Po prawie trzydziestu latach na ekrany kin powraca kultowy slasher, nowa wersja kultowej produkcji z lat 90-tych. Koszmar minionego lata zacznie się już w lipcu, a tymczasem Sony Pictures dzieli się jego zwiastunem.
Powroty kultowych produkcji sprzed lat nikogo już nie powinny dziwić. Twórcy powracają do znanych i cenionych hitów, w tym do kultowych horrorów. Jednym z takich powrotów jest Koszmar minionego lata, nowa wersja filmu z roku 1997, który miał także, niestety nieudany powrót w roku 2006. Nowa wersja horroru, który jest klasycznym slasherem wróci do kin w wakacje, już w lipcu, a tymczasem Sony Pictures Entertainment dzieli się zwiastunem.
Koszmar minionego lata to historia piątki przyjaciół ukrywających nieumyślnie spowodowany śmiertelny wypadek samochodowy. Zawierają umową, że nikomu o nim nie powiedzą. Żyją spokojnie przez jakiś czas. Po roku demony przeszłością odzywają się, gdy ktoś, kto wie o ich czynie, zaczyna ich prześladować.
Film jest kolejną próba ekranizacji powieści z roku 1973, której autorem jest Lois Duncan, i kolejnym filmem, którego pierwowzór miał premierę w roku 1998. W 2006 swoją premierę miał film Koszmar kolejnego lata. W 2021 roku na Amazon Prime pojawił się również serial pod tym samym tytułem, który doczekał się jednego sezonu.
W obsadzie horroru Koszmar minionego lata z roku 2025 znaleźli się: Madelyn Cline, Sarah Pidgeon, Chase Sui Wonders, Jennifer Love Hewitt, Jonah Hauer-King, Tyriq Withers, Lola Tung, Nicholas Alexander Chavez, Gabbriette.
Reżyserką filmu jest Jennifer Kaytin Robinson (Zróbmy zemstę, Thor: Miłość i grom), zaś autorami scenariusza Jeff Howard i Jennifer Kaytin Robinson.
Kinowa premiera przewidziana jest na 18 lipca 2025 roku.
Zapraszam do przeczytania recenzji klasycznego thrillera, z domieszką slashera, albo przynajmniej survivalowej walki o przetrwanie, filmu o tytule Hush.
Nastała jesień, krótsze dni, i dłuższe wieczory. W związku z powyższym jest czas na oglądanie filmów i czytanie recenzji. Tym razem padło na dzieło z gatunku thrillerów, gdyż tylko one, no i może horrory zdołają mnie zaciekawić. Niestety tych naprawdę dobrych, interesujących, tych niezwykle wciągających chyba ze świecą szukać, a i świeca owa musi być pokaźnych rozmiarów i dawać spore światło, żeby móc w ogóle przyuważyć filmową perełkę. Hush, bo dzisiaj na nim się skupię, to raczej przeciętniak, produkcja jakich wiele, która nie zanudzi, ale i niczym wielkim i spektakularnym nas nie zaskoczy, niosąca pewne, narzucające się przesłanie: „Nigdy nie mieszkaj w domu położonym na odludziu, bo nie znasz dnia, ani godziny”.
Historia zaczyna się w niewielkim domu położonym w lesie, z dala od innych domostw, w którym mieszka głuchoniema pisarka o imieniu Maddie. Utrata słuchu i mowy była następstwem powikłań po zapaleniu opon mózgowych, na jakie bohaterka filmu zapadła w wieku trzynastu lat. Mieszkająca na odludziu autorka książek, żyje tu z dala od rodziny, przyjaciół i bliskich kontaktując się ze światem zewnętrznym za pomocą Internetu. Jedyną odwiedzającą ją czasami osobą jest Sarah, przyjaciółka, który próbuje szkolić się w języku migowym. Spokój i swoiste odizolowanie od rzeczywistości słyszących przerywa Maddie pewnego wieczoru atak zamaskowanego psychopaty z kuszą w dłoni, który postanowi zrobić wszystko, by pozbawić ją jej młodego życia. Od tej chwili jedynym sprzymierzeńcem kobiety będzie głos, który czasami słyszy w głowie, mówiący jej co ma robić, a któremu musi się bezwzględnie poddać. Tym razem podpowiada jej jedno możliwe rozwiązanie, żeby się uratować, sama musi zabić.
No cóż fabuła jakich wiele w takich rodzaju produkcjach. Jest przeciwnik, jest i walka o przeżycie. Nie ma jednak motywu i przesłania jakim kieruje się napastnik. O ile o Maddie trochę wiemy, choć nie za dużo, to o agresorze zupełnie nic. Nie mamy pojęcia co nim kieruje, że chce zabić, co siedzi mu w głowie i dlaczego kobieta jest jego ofiarą. Fabułę tego projektu, wyreżyserowanego przez Mike’a Flanagana można porównać z growym survivalem, w którym chodzi jedynie i wyłącznie o przetrwanie. Jednym taka forma poprowadzenie akcji może się nie podobać, ale zapewne znajdzie się wiele osób, których zaciekawi, bo po pierwsze nie wymaga specjalnego zrozumienia sensu filmu, a po drugie potrafi być angażująca. Ma jeszcze jeden wielki plus. Nie trzeba skupiać się na dialogach, bo jest ich niewiele.
Niepełnosprawność Meddie nie jest w tej grze na śmierć i życie atutem, jak choćby w jakiś czas temu obejrzanym przeze mnie Nie oddychaj (Don’t Breathe). Z góry wiemy, że dziewczyna ma niewielkie szanse na przetrwanie, a reżyser skutecznie podkręca atmosferę karząc nam oglądać bohaterkę złamaną, dosłownie i w przenośni. Sceny, w których cierpi bezgłośnie, wijąc się na podłodze, muszę przyznać, są niezwykle sugestywne i wiarygodne. W tym miejscu chylę czoła w kierunku aktorki, która wcieliła się w pisarkę, Kate Siegel, bo owe chwile nadają temu było nie było przewidywalnemu dzieło, nieco wyrazu. Reszta aktorów wypada dość blado i przeciętnie, włącznie z mordercą, w którego wcielił się John Gallagher Jr., czy przyjaciółką Meggie, Sarahę, w tej roli Samantha Sloyan.
Dużą wadą, być może jedynie dla mnie, jest to, że większa część filmu rozgrywa się w ciemnościach. Czasami nie sposób zauważyć co się dzieje na ekranie i trzeba bardzo usilnie się w niego wpatrywać, by cokolwiek zobaczyć. Nie jest to fajne, szczególnie, że w tym filmie akcja, nie dialogi jest najważniejsza i to na niej zbudowany jest film i jego atrakcyjność lub nie.
Drugim minusem jest niebywała przewidywalność, spowodowana zapewne tym, że z góry wiemy co tak naprawdę może się tu wydarzyć. Choć dziewczyna, wbrew pozorom nie ma szans z dużo silniejszym i sprawniejszym mężczyzną, to nie odnosimy wrażenia, że coś się jej stanie. Nie ma (przynajmniej ja tak czułam) tego potrzebnego tu napięcia, oprócz być może dwóch scen, które z wiadomych przyczyn nie będę przytaczać.
Na uznanie z mojej strony zasługują zdjęcia i sceny prowadzone w domu, w których z prześladowcą dzieli naszą bohaterkę tylko przeszklone drzwi lub okna. W tych momentach jest stosowne napięcie i to coś, ten taki jak ja to mówię „filmowy dryg”, który zachęca mnie do oglądania thrillerów, które uważam za bardziej emocjonalne od horrorów.
Cóż mogę napisać w podsumowaniu Hush? Przeciętniak z wybijającymi się scenami. Film dla zabicie upalnej nudy lub nudy jakiejkolwiek. Obraz, który nawet jak niczym nas nie zaskoczy, to jednak nie zanudzi. Niestety na tle poprzednich tytułów Mike’a Flanagana, takich jak: Oculus, Zanim się obudzę, czy Ouija: Narodziny zła, czy choćby Gra Geralda bardzo przeciętny i nieco blady.
Klub miłośników kryminałów, oryginalny horror-slasher od platformy Netflix. Hiszpańska opowieść o młodych ludziach mordowanych przez zabójcę w przebraniu klauna. Zapraszam do kolejnej recenzji, kolejnej mdłej opowieści, tym razem z fatalnym aktorstwem.
Netflix nie jest platformą, na której znajdziemy rzucające nas na kolana filmy grozy, szczególnie jeśli chodzi o produkcje oryginalne tegoż serwisu. Gigant streamingowy oryginalnymi horrorami nie zachwyca, serwując raz po raz przeciętniaki, które powielają standardy tegoż gatunku. Filmy, które mają nas straszyć często wieją nudą, najczęściej emanują banalnością i prostotą, która nie zachęca do oglądania. Dla fanów filmowej grozy na Netflix niestety nie czeka zbyt wiele dobroci. Nadzieją wydają się być nowości, które co jakiś czas goszczą na platformie.
Jedną z nich, o której za wiele się przed jej debiutem nie mówiło, jest hiszpański horror w konwencji slashera, o tytule Klub miłośników kryminałów. Z racji mojej miłości, często nie odwzajemnionej, do horrorów, nie mogłam sobie filmu odmówić. Pewnego optymizmu w moje serce wlewała także świadomość, że jest to groza rodem z Hiszpanii, a ja lubię horrory z tego kraju. W pamięci mam Sierociniec, Słodkich snów, czy komediowy horror Netfliksa Zjawiska. Czy zatem nowość od Netflix potrafiła mnie zaciekawić? Czy sprawiła, że poczułam dreszczyk emocji? Czy udało się jej mnie wystraszyć? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w mojej recenzji.
Klub miłośników kryminałów – fabuła
Fabuła nowej produkcji od Netflix koncentruje się na ośmiorgu młodych ludzi, studentów, których łączy zamiłowanie do opowieści kryminalnych. Co tydzień spotykają się w klubie miłośników kryminałów, by wymieniać się ocenami świeżo przeczytanych książek, i nie tylko. Pewnego dnia, jedna z koleżanek tegoż klubu, niejaka Ángela staje się ofiarą molestowania przez swego wykładowcę, przekonanego, że dziewczyna oczekuje od niego seksu. Ángela żali się swoim kolegom, którzy postanawiają dać profesorowi nauczkę. Wpadają na plan wystraszenia go, robiąc to w przebraniach klaunów. Pogoń za winnym molestowania nauczycielem kończy się jednak tragicznie, i mężczyzna ginie. Studenci i przyjaciele postanawiają jednak ukryć owo zdarzenia.
Ten czyn nie uchodzi jednak uwadze psychopatycznego mordercy, który podobnie jak oni, w przebraniu klauna, teraz właśnie im zamierza wymierzyć sprawiedliwość. Poszczególne osoby mają umierać z jego ręki, w taki sposób, jaki ów morderca opisuje w kolejnych rozdziałach książki, które im przesyła. Odtąd zaczynają ginąć, jeden po drugim.
Klub miłośników kryminałów – czym jest właściwie ten film?
Klub miłośników kryminałów to bardzo przeciętna, momentami fatalna kopia wielu amerykańskich horrorów znanych jako slashery, w których trup ściela się gęsto, a śmierć jest bolesna i niezwykle widowiskowa. Problem w tym, że opisywana przez mnie produkcja jest tytułem około „slasherowym”, nieudolną kopią tego, co niektórym wychodzi naprawdę dobrze. Nie jest to także klasyka grozy. Po chwili oglądanie możemy mieć nieoparte przeświadczenie, że przy horrorze owa produkcja jedynie stała, gdyż wystraszyć nas nie może.
Twórcy Klubu miłośników kryminałów porywają się także na wplecenie do gatunku horror-slasher nieco dramatu młodzieżowego i opowieści kryminalnej. Ta wydaje się na początku być dość intrygująca. Pomysł mordercy opisującego swe zabójstwa w opowiadaniach wrzucanych do sieci, sam w sobie jest ciekawy. Problem w tym, że dramaturgię tej historii trudno utrzymać na w miarę wysokim poziomie. Atmosfera niemal natychmiast spada na poziom zera i z kryminalnej historii pozostaje jedynie wspomnienie.
Klub miłośników kryminałów – wad i niedoróbek bez liku
Klub miłośników kryminałów to dzieło, w którym próżno szukać smaczków i klimatu klasycznych horrorów. Hiszpańskie filmowy projekt, którego reżyserem jest Carlos Alonso-Ojea, którego filmy w naszym kraju nie są raczej znane, zaś autorem scenariusza Carlos Garcia Miranda, o którym można powiedzieć to samo, to produkcja, w której nie brakuje wad, mniej lub bardziej widocznych. Mieszanina gatunków niczym się nie wyróżnia, żadnego z gatunków nie wybija na plan pierwszy, co w efekcie prowadzi do nudy.
Twórcy próbują w sposób chaotyczny opowiedzieć ciekawie zapowiadającą się historię, której finał nie zachwyca, a której treść fabularną i zagadkę mordercy przebranego za klauna, niezwykle łatwo odgadnąć. W filmie nic, dosłownie nic nie jest w stanie nas zaskoczyć, zaciekawić i sprawić, byśmy na chwilę wpadli w pewne zakłopotanie i zaczęli zadawać sobie pytanie „kto zabija i po co?”. Nawet jeśli je sobie zadamy, szybko przekonamy się, że odpowiedź jest równie banalnie prosta, jak i cała fabuła.
Największą wadą Klubu miłośników kryminałów jest jednak brak ciekawych postaci i fatalne aktorstwo. Jakoś postaci, które rozpisane są równie fatalnie jak aktorstwo i beznadziejne dialogi, sprawia być może, że młodzi aktorzy nie potrafią się w swoje role wczuć. Bohaterowie są mdli, nijacy i puści, jak lalki. Nawet w chwili zagrożenia, trzeba sobie tu jasno powiedzieć….., śmiertelnego, ich emocje są niemal żadne, płytkie, a aktorstwo tak sztuczne, że niemal śmieszne. Przetrwać film, w którym aktorzy męczą się podczas grania i wyraźnie modlą się o koniec, to wyjątkowo trudne zadanie.
Mierne aktorstwo, nudne, nie wnoszące do opowieści niczego sensownego, a nawet momentami głupie dialogi sprawiają, że film, który mógłby być odskocznią od codzienności, ciekawym slasherem, pełnym momentów gore, w tym wypadku krwawej śmierci, staje się jedynie kopią tego co już gdzieś widzieliśmy. I to kopią nie najwyższych lotów.
Klub miłośników kryminałów, podsumowanie – czy warto oglądać?
Nowa, zbliżona do horroru produkcja grozy, od Netflix to kolejny film, który spokojnie możemy wrzucić do worka filmowych różności, przeciętności i bylejakości, jakiej na platformie nie brakuje. Wpisująca się w nurt dzieł przeznaczonych dla młodszej widowni, opowiadająca o młodych, produkcja utrzymana w stylu ociekającego krwią slashera, może przykuć uwagę tylko chwilami zabójstw, których tu nie brakuje.
Klub miłośników kryminałów nie stara się nawet zapożyczać dobroci i kanonów grozy z horrorów, na jakich się stara wzorować. Slasher nudzi, zamiast przerażać, groza i napięcie thrillera chowa się pod płaszczykiem banału, a dialogi nie wnoszą do fabuły nic odkrywczego. Nie zachwyca także bardzo przeciętne aktorstwo, które nie potrafi zbudować klimatu. Atmosfera grozy ucieka natychmiast po tym jak się pojawi. Jedyną grozą może być klaun…... jeśli tylko czujecie strach na same słowo tej postaci, no i nie spodziewacie się postaci rodem z horroru To. Takiej tu nie uświadczycie.
Czy zatem warto obejrzeć recenzowany przez mnie film? Jeśli nie jesteście fanami grozy jako takiej, boicie się klasycznych horrorów, za to krwawe momenty i częsta śmierć w filmach Wam nie przeszkadza, a na dodatek lubicie produkcje o młodych ludziach, i dla młodych ludzi, to Klub miłośników kryminałów obejrzeć możecie, ale nie musicie. Ale jeśli jesteście fanami horrorów, jak ja, to ów seans zdecydowanie Wam odradzam, bo wynudzicie się przy nim jak mopsy, a zagadka mordów, którą z pewnością odkryjecie od razy, humoru Wam nie poprawi. Klub miłośników kryminałów to bowiem kolejny tytuł zapychający bibliotekę Netfliksa, o którym nie warto wiedzieć, albo po jego obejrzeniu, warto o nim szybko zapomnieć.
Terrifier 3, morderczy klaun powraca do kin już w październiku. Zanim jednak z najbardziej krwawych horrorów tego roku trafi na srebrne ekrany, Monolit Film prezentuje zwiastun oraz plakat trzeciej odsłony znanego slashera.
Art, bezlitosny morderca ukrywający się po przebraniem klauna to postać znana i mająca swoje stałe miejsce w kinowej popkulturze kina grozy. Klaun postać, która doskonale wpisuje się w klimat grozy powraca w trzeciej odsłonie niezwykle brutalnego, bardzo krwawego i morderczego slashera. Film Terrifier 3 ma oficjalną datę premiery, ma zwiastun, ma również plakat i zdjęcia z planu.
Terrifier 3 jest kontynuacją krwawego slashera, w której wspomniany Art, czyli przerażający klaun, mimo tego, że Sienna pozbawiła go głowy, a przynajmniej tak mogliśmy sądzić, wciąż żyje. Tymczasem młoda kobieta próbuje pozbierać się po rodzinnej tragedii, a senne miasteczko Miles County szykuje się do świąt.
Nie będą to jednak spokojne święta, gdyż żądny krwi klaun Art powraca, wskrzeszony za pomocą nieczystych sił. Jeszcze mocniej pragnie zadawać ból, siać śmierć i czuć smak ludzkiego cierpienia. Na dodatek nie jest sam. Tym razem u jego boku staje ogarnięta szaleństwem zwyrodniała dama. Piekłu na ziemi zapobiec może jedynie Sienna, choć nie będzie to łatwe.
W obsadzie horroru Terrifier 3 znaleźli się: Lauren LaVera („Terrifier 2: Masakra w Święta”, „Iron Fist” – serial, „Prawo i porządek” – serial), David Howard Thornton („Masakra w Halloween”, „Gotham” – serial), Daniel Roebuck („Oszukać przeznaczenie”, „Ścigany”, „Agenci T.A.R.C.Z.Y.-serial, „Człowiek z Wysokiego Zamku” – serial).
Terrifier 3 zapowiada się jeszcze bardziej elektryzująco od wcześniejszych części. Według prestiżowego USA Today, Terrifier 3 to jeden z dziesięciu najbardziej oczekiwanych horrorów 2024 roku.
Na film do kin wybierzemy się już 11 października 2024 roku.