Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 maja 2026

Moses & Plato - Last Train to Clawville - recenzja. Śledztwo pełną gębą

Moses & Plato - Last Train to Clawville - recenzja. Śledztwo pełną gębą

 


Serdecznie zapraszam do przeczytania mojej recenzji przygodowej gry w stylu wizualnej powieści, w detektywistycznej rozgrywce, zatytułowanej Moses & Plato - Last Train to Clawville. Miłej lektury! 

W połowie kwietnia swoją premierę miała kolejna przygodówka będąca dziełem studia The Wild Gentlemen, mającego na swoim koncie serię Chicken Police, w którą przyznam się nie miałam jeszcze okazji zagrać. Wiedziona przeświadczeniem dobrej zabawy, zważywszy jak oceniane są poprzednie tytuły tegoż studia, intrygującymi zwiastunami i ogólnym pozytywnym odzewem na temat ich najnowszej produkcji, zatytułowanej Moses & Plato - Last Train to Clawville, postanowiłam grę sprawdzić. Udało mi się to dzięki uprzejmości GOG, za co bardzo dziękuję. Bez zbędnej gadaniny zapraszam Was zatem do przeczytania recenzji gry, która jak się okazuje ma swoje naprawdę mocne strony, ale wad również nie jest pozbawiona. 

Inne przekładowe recenzje w tym klimacie detektywistycznym na blogu:

Podobnie jak w przypadku poprzednich gier tegoż niezależnego dewelopera (przypominam, nie miałam przyjemności ich poznać, przynajmniej na razie), tak i tu bohaterami są antropomorficzne zwierzęta, które pełnią w grze rolę ludzi. Przenosimy się zatem do świata, w którym klasycznych ludzkich bohaterów nie uświadczymy, a głównymi bohaterami tej podzielonej na kilka rozdziałów opowieści są dwaj detektywi, którzy zostają pewnego dnia uwikłani w bardzo trudną, a wręcz śmiertleną sprawę, związaną z ich klientem.

Akcja tej klasycznej rozgrywkowo, czyli skupionej na typowych rozwiązaniach gier przygodowych typu "wskaż i kliknij" opowieści, rozgrywa się w luksusowym pociągu Clawville Express, którym podróżuje osoba, którą detektywi Moses - lis i detektyw Plato - kot, mają chronić. Jest nim ambasador kraju zwanego Stowonia, który podróżuje do wspomnianego Clawville, by dzięki pertraktacjom i sojuszom w końcu zakończyć panującą od lat niezgodę między tymi krajami. Dumny, i szorstki w obejściu Ignat Alexei Ivarrinich, śnieżna pantera, zostaje jednak zamordowany w swojej kabinie. Co gorsza na miejscu zbrodni, z jeszcze dymiącym pistoletem przyłapany zostaje jeden z detektywów. Jest nim Moses, który o zgrozo..... zupełnie nic nie pamięta z poprzedniego wieczora. Jego pamięć nie sięga poprzedzających mord wydarzeń i chce czy nie, nie ma pewności czy nie on, faktycznie, jest sprawcą zabójstwo. Nie wierzący w winę swego policyjnego partnera Plato, postanawia wraz z nim prześledzić wydarzenia i odnaleźć prawdziwego sprawcę, co okaże się nie lada wyzwaniem. 

Wraz z dwójką bohaterów cofamy się zatem w czasie, by krok po kroku, ścigani przez upływający czas, który nie działa na naszą korzyść, poprowadzić śledztwo, który ujawni prawdę, i odkryje co wydarzyło się w pociągu. Śledztwo, które jest nadrzędnym działaniem w tej detektywistycznej wizualnej powieści, oferuje dość rozbudowany system działania. Powiedziałabym, że spokojnie poczujemy się jak rasowy śledczy, mając jednocześnie do pomocy nie tylko towarzysza, zupełnie różniącego się od Mosesa, temperamentnego Plato, ale i zestaw lisich zdolności.

Otóż oprócz licznych rozmów, podczas których będziemy mieli okazję przesłuchać wszystkich podejrzanych, nie tylko w normalnych, ale w dodatkowych, mocniej rozbudowanych dialogach, Moses posiada także zwierzęce zdolności. Są to doskonały słuch, równie dobry węch oraz świetny wzrok. Podczas gadaniny z podejrzanymi, a są to oczywiście zwierzęta, będziemy mogli, kierując naszym lisim detektywem, użyć zwierzęcych zmysłów, które ukrywają się pod ikonami w prawym, dolnym rogu ekranu. Użycie ich nie tylko zmieni nam obraz, rozświetlając to co widzimy kolorami, ale przede wszystkim da możliwość podsłuchania ważnych rozmów, zobaczenia tego czego nie widać na pierwszy rzut oka, czy wyczucia zapachu, który może się wkrótce złożyć, wraz z innymi wskazówkami, w bardzo przydatny dowód naszej niewinności. 

Istotą rozgrywki, jak już wcześniej nadmieniłam jest gadanina, czyli rozmowy, bądź bardziej przesłuchania, na których gra opiera swoją fabułę. Rozmowy mogą mieć formę ograniczoną do kilku zdań, ale mogę być również o wiele bardziej rozbudowane, pozwalając nam otrzymać punkty, bądź je stracić. Pomocne w takich zadaniowych częściach rozgrywki, która ma do zaoferowanie również inne, bardziej logiczne zagadki, bywają notatki jakie robi Moses. 

Te zamknięte są w jego umyśle, zakładce mocno wpisującej się w detektywistyczny styl tejże przygodówki, trochę przywodzącej mi na myśl gry z serii Sherlock Holmes od Frogwares, ale i detektywistyczne przygodówki z serii Agatha Christie. Ogród umysłu detektywa obejmuje kilka zakładek, które przydają się bezpośrednio, bądź pośrednio w śledztwie. Mamy "kodeks", w którym niczym w rodzaju encyklopedii znajdują się wszystki informacje na temat miejsc i przedmiotów. Są i "zwierzęta" czyli postaci, a jest ich aż dwanaście, na które natkniemy się podczas rozgrywki. Jest również zakładka "połączenia, znajomości" dotyczące postaci, która jest raczej ciekawostką, niźli koniecznym działaniem oraz "fakty i wskazówki". Całość tworzy rodzaj notatnika detektywa i pisemnej pomocy, do której będziemy mogli sięgać gdy tylko będziemy mieli taką potrzebę. 

Oprócz czystko śledczych działań, czyli eksploracji kolejnych wagonów pociągu, i co jakiś czas przystanku na kolejnej stacji, na której zatrzymuje się tenże luksusowy pociąg, prowadzenia śledztwa czyli przesłuchań, i zaglądania w przeszłość, przyjdzie graczom zmierzyć się z bardziej tradycyjnie przygodowymi wyzwaniami.

Choć Moses & Plato - Last Train to Clawville jest grą bardzo, bardzo przegadaną, i niestety, nad czym bardzo boleję, nie dostępną w polskiej wersji językowej, czym mocno traci w moich oczach, grą w klimacie wizualnej powieści, nie brakuje w niej również wyzwań logicznych. Niestety, z jakiejś niezrozumiałej dla mnie przyczyny zadania owe, a przynajmniej niektóre z nich, mają zbyt dużą trudność, są przesadzone, zbyt skomplikowane i stresogenne, a często mało niezrozumiałe. 

Rozumiem oczywiście chęć uatrakcyjnienia rozgrywki, która w większości opowieści płynie spokojnie i lekko do przodu, napędzana ciekawą fabułą i równie intrygującymi postaciami. Jednak niektóre zagadki, choć to związane z pudełkiem z puzzlami lub lekiem nie należą do najłatwiejszych, zupełnie niepotrzebnie. Przez takie zadania, gra która nie jest tytułem najkrótszym, mocno sie wydłuża, staje się sztucznie wydłużona, potrafi wprowadzić w stan irytacji, a nawet złości. Rozbieranie pudełka na części składowe, poszukiwanie elementów, obracanie go i kombinowanie trwa w nieskończoność i niestety, przynajmniej mnie, potrafiło mocno wkurzyć. Przyznam się, czułam się tą zagadką zniechęcona. 

Śledztwo, rozmowy, zagadania i zagadki to w tej grze nie wszystko. Twórcy mocno postawili także na możliwość eksploracji, bardzo dokładnego przeszukiwania całkiem bogatego w szczegóły, i gustownie wyposażonego w przedmioty pociągu. Kolejne kabiny kolejnych pasażerów pociągu są jednocześnie bardzo różne, jak i pełne przedmiotów, które mogę pomóc nam w śledztwie. 

I mimo tego, że eksploracja jest w grze swobodna, to czas niestety będzie nas gonił, za czym również w przygodówkach nie przepadam, bo taki rodzaj ograniczenia, nieco mnie stresuje. Niektóre czynności zabierają bowiem znacznie więcej czasu, który w grze jest cenny. Warto zatem mocno zastanowić się z kim i kiedy chcemy rozmawiać.

A gadać będziemy z aż dwunastoma postaciami, pasażerami, ale i pracownikiem kolei, zwierzętami z ludzkimi cechami, począwszy od osób wysoko postawionych, bogaczy, po znanych aktorów, aż po klasycznych włóczykijów. Każda z postaci skrywa jakieś swoje tajemnice, ma pewne sekrety, które będziemy próbowali ujawnić i każda jest naprawdę dobrze zdubbingowana. 

To czego recenzowanej przeze mnie grze odmówić nie można to zdecydowanie świetnej angielskiej wersji językowej, z doskonałą obsadą aktorów. Do swych ról przykładają się naprawdę należycie, radząc sobie nie tylko z intonacją głosu, ale i akcentowaniem, naleciałościami danego języka tych postaci, które swoje korzenie mają w fikcyjnym wprawdzie państwie, ale czerpiącym akcent językowy z rosyjskiej mowy. Problemem jest jedynie to, że nie wszystkie dialogi mają głosową wersję, ale i także to, że postaci podczas rozmów nie poruszają ustami. 

Szkoda, wielka szkoda, że gra dostępna w kilkunastu językach w formie napisów, niestety nie doczekała się polskiej wersji. Brak rodzimej lokalizacji to największa wada tej gry, przygodówki, która rozmowami i pisanym tekstem stoi. Bez znajomości języka zrozumienie wszystkich dialogów będzie raczej nie możliwe. 

Pod względem sterowania Moses & Plato - Last Train to Clawville to klasyczna przygodówka, którą możemy obsługiwać za pomocą myszy, bądź kontrolera. Istnieje możliwość podświetlania miejsc interaktywnych w lokacjach. Jest i wbudowany w grę ekwipunek. 

Graficznie tytuł prezentuje się prześlicznie. Jest to przygodówka ręcznie rysowana, z wielką dbałością o szczegóły, starannością wykonania. Zarówno lokacje, jak i postaci ogląda się z wielką przejmnością, a aktywowanie zmysłów Mosesa sprawia, że miejscówki nabierają zupełnie innego, wręcz magicznego wyrazu. 

Podsumowując Moses & Plato - Last Train to Clawville to ciekawie stworzona, pełna zwrotów akcji, ale i detektywistycznego zacięcia, bardzo barwna i niezwykle wdzięczna przygodówka. Gra spodoba się zwolennikom prowadzenie śledztw, badania, poszukiwania wskazówek i zagłębiania się w dochodzenia. Czas, który stanowi ważną w grze rolę, również robi tu robotę.

Do tego dochodzi niesamowita ścieżka dźwiękowa, w tym muzyczna, ale przede wszystkim doskonały dubbing, którego naprawdę świetnie się słucha, i który sprawia, że każda z postaci nabiera pełni, staje się wiarygodna i mimo swojej zwierzęcości, ludzka. 

Trochę problemów, mimo ogólnej przystępności rozgrywki mogą sprawić niektóre wbudowane w grę zagadki logiczne, kilka z nich mocno irytujących. Brakuje również polskiej wersji językowej. 

Nie mniej jednak Moses & Plato - Last Train to Clawville to godna polecania przygodówka, którą warto sobie dawkować, podchodząc do śledztwa roztropnie, z przemyśleniem i spokojem. To myślę nie jest gra na raz. Przejście jej po raz kolejny może sprawić jeszcze więcej przyjemności. Serdecznie ją polecam, tym bardziej, że jest to tytuł w całkiem przystępnej cenie!

Moja ocena 8/10

Bardzo dziękuję GOG za udostępnienie gry do recenzji!

Grałam w wersji na PC - GOG.

Zalety:

  • Ciekawa fabuła;
  • Intrygujące postaci;
  • Prowadzenie śledztwa;
  • Mnogość zadań;
  • Dość długa;
  • Bohaterowie, których da sie lubić;
  • Urocza ręcznie rysowana grafika;
  • Świetna ścieżka muzyczna;
  • Doskonały angielski dubbing

Wady:

  • Brak polskiej wersji językowej;
  • Momentami za trudne zagadki;
  • Chwilami zbyt przegadana;
  • Brak ręcznego sposobu zapisywania gry

środa, 15 kwietnia 2026

Piekło kobiet - recenzja. Brutalna, i wciąż aktualna prawda

Piekło kobiet - recenzja. Brutalna, i wciąż aktualna prawda

 


Piekło kobiet, brutalnie prawdziwy, choć odnoszący się do życia lat 30. ubiegłego wieku serial HBO Original, który warto obejrzeć. Jest jednak pewne ale. Jakie? O tym w mojej recenzji dostępnego na platformie pełnego sezonu serialu. Miłej lektury! 

Pewnie zabrzmię mało patriotycznie, ale od dłuższego już czasu w zwyczaju unikać polskich seriali, które jakoś nie potrafią mnie sobą zainteresować. Zwykle jeśli już takowy zaczynam, tracę chęć oglądania po mniej więcej drugim odcinku. To, że Piekło kobiet, serial, który na HBO Max trafił 6 marca, w pierwszym odcinku, potrafił zatrzymać mnie do końca, zdecydowała jego tematyka, niestety wciąż, choć serial rozgrywa się w latach 30. ubiegłego wieku, bardzo aktualna, ale i całkiem dobre aktorstwo. Mimo płynności, dramaturgii i intrygi kryminalnej, nie dowozi jednak intrygującej opowieści do satysfakcjonującego końca. Ale po kolei....

Inne przykładowe recenzje na moim blogu:

Serial Piekło kobiet to produkcja będąca dramatem kryminalnym, rozgrywającym się w Warszawie w latach trzydziestych, w międzywojennej stolicy, odsłaniając mroczne sekrety wyższych sfer, jednocześnie zaglądając w okna tym, którzy są w klasie społecznej szczeble niżej. To produkcja niczego w bawełnę nie owijająca, pokazująca brutalną, trudną prawdę, której nie ukryją ładne ciuszki i gustowne wnętrza. 

Historia ma początek na różnych płaszczyznach społecznych, choć w podobnych ramach czasowych. Do podrzędnej akuszerki, robiącej "zabiegi" na kuchennym stole, trafia siedemnastoletnia Zuzanna Heckmannówna (Paulina Krzyżańska), by poddać się zabiegowi usunięcia niechcianej ciąży. Towarzyszy jej przyjaciółka z teratru rewiowego, gdzie dziewczyny tańczą, Fela Turczykówna (Karolina Kowalska). Wkrótce dziewczyna umiera. Zmarłą z wykrwanienia siostrę odnajduje jej brat, student medycyny Emil Heckman (Hubert Miłkowski).

Niedługo później do redakcji pisma o profilu matrymonialnym "Fortuna Amandii", gdzie swoją pracę wykonuje żona właściciela redakcji, Helena Wróbleska (Agata Turkot), dociera list od kobiety, która twierdzi, że została zgwałcona przez tajemniczego mężczyznę znanego jako "Uczciwy Jan", który, jak się szybko okazuje, był klientem redakcji. Gdy na światło dzienne wychodzą śmierci kobiet i kolejne gwałty, Helena nie zamierza być bierna, odkrywając tym samym fakty i prawdy, z którymi nie myślała się przyjdzie się jej zmierzyć.

Równolegle z historią Heleny i Maksymiliana Wróblewskich, młodego przyszłego lekarza, praktykującego na ginekologii Emila, poznajemy również losy Ewy (Maria Kowalska), siostrzenicy Heleny, która szykuje się do ślubu z rozsądku, z dużo starszym, zamożnym producentem prezerwatyw Ludwikiem Apostołowiczem (Piotr Polak), choć jej serce należy do kolegi z redakcji, Bruna Cajmera (Michał Wójtowicz). 

Piełko kobiet to serial przenoszący widza wiele lat wstecz, bowiem do międzywojennej Warszawy. Choć opowiada historię sprzed prawie stu lat, to mimo wszystko skupia się na tematyce wciąż niestety bardzo aktualnej. Obrazuje, w bardzo dobitny sposób przerażającą rzeczywistość kobiet stających w obliczu jednej z najtrudniejszych i najbardziej bolesnych w swoim życiu decyzji, aborcji, robionej kątem u często nie znającej się na medycynie pseudoakuszerki. Zabiegi wykonywane za pomocą drutu, wieszaka na ubrania, bądź innego przedmiotu, często zakończone śmiercią kobiety, czy to z wykrwawienia, czy zakażenia organizmu, nie były wtedy niczym niezwykłym. 

Czasy się zmieniły, nie ma już takich miejsc, takich "domowych zabiegów", żyjemy w wieku XXI, a mimo wszystko temat nielegalnej aborcji wciąż jest aktualny, wciąż podgrzewa atmosferę i dalej jest swoistym tematem tabu. Jest okazją do politycznych, populistycznych i propagandowych pogadanek. 

Wciąż niestety aktualny jest pokazany w serialu problem przemocy wobec kobiet. Pamiętamy niedawny wydźwięk filmu Smarzowskiego Dom dobry (do obejrzenia na Prime Video), jego społeczny odzew dotyczący przemocą w rodzinie, a już brzydka i brutalna prawda powraca, przypominając nam, że przez niemal wiek nic się w tej kwestii nie zmieniło.

Piekło kobiet odsłania przykrą rzeczywistość kobiet w latach trzydziestych, spychanych do ról domowych "maskotek", mających pięknie wyglądać i pachnieć, ale nie mających praw własnego zdania, decydowania o swoim życiu, uległych i poddanych zdaniu męża. Brutalność tej prawdy jest w serialu jednoznaczna i smutno przekonywująca, prawdziwa. 

Nie jest to serial łatwy, w żadnym razie nie ugładzony, nie prosty, pokazujący klasowe różnice, obrazujący przepych i wyższość opłacaną często uzależnieniami, znikomą moralnością, rozwiązłością i przemocą, taką którą trudno sobie wyobrazić, której nie da się uzasadnić. 

Piekło kobiet serial bardzo kobiecy, bardzo w stronę kobiet, i to zarówno od strony jego twórców, jak i aktorstwa. Jest to produkcja stworzona przez kobiety, za którą odpowiada Ewa Puszczyńska, producentka nagrodzonej na świecie oscarowej "Idy" i "Strefy interesów" . Reżyserką serialu jest natomiast Anna Maliszewska, mająca w swoim dorobku film "Tata", zaś za scenariusz odpowiadają Magdalena Franczuk i Ewa Popiołek.

I choć w serialu znalazły się świetne role męskie, to właśnie kobiety stanową trzon tej opowieści. Na pierwszym planie tej wstrząsającej, przerażającej wymiarem szczerej i brutalnej prawdy jest Helena, zagrana w doskonały sposób przez Agatę Turkot. Aktorka zasłynęła z doskonałej roli we wspomnianym już przeze mnie "Domu dobrym". Ale oprócz osobistości filmowych, aktorek bardziej znanych, HBO postawiło na kobiece twarze mniej nam znane, i sądzę, że był to strzał w dziesiątkę. Każda kobieca rola, już tych wyżej wymienionych przeze mnie aktorek jest prawdziwa, dobitna, jest autentycznie dramatyczna i ludzka.

Są oczywiście jeszcze całkiem dobrzy w swych rolach panowie. Doskonały jako Maksymilian Wróblewski Mateusz Damięcki, który z kolejnymi odcinkami odsłania swoje serialowe oblicze, czy profesjonalny w roli populisty i ideologa Borys Szyc, który wcielił się w postać Wiktora Denara. Na uwagę zasługuję również Jacek Koman jako rosyjski mistrz teatru rewiowego, imieniem Lew. Nie można zapominać o niesamowitej, dwuznacznej roli Katarzyny Herman, która wcieliła się w postać róży Milwicz, siostry Maxa, a także Bogumiły Bajor, która w serialu zagrała Hankę Stalówną. 

Na uznanie zasługują również dobre zdjęcie, super kostiumy z epoki, w które chętnie wiele kobiet ubrało by się również i teraz. I wszystko byłoby super i wspaniale, gdyby nie muzyka i zupełnie nie przystające do dramaturgii, do stylu poprowadzenia opowieści zakończenie. 

Nie bardzo rozumiem dziwnej mody umieszczania w serialach, które przenoszą widza w przeszłość, często wiele lat wstecz, muzyki w formie współczesnej. Przez taki dziwny zabieg przerwałam oglądanie dobrze zapowiadającego się serialu Ród Guinnessów, gdyż uwspółcześniony muzyczny styl zbyt mocno kontrastował mi z opowieścią osadzoną w XIX wieku. Podobne odczucia miałam zagłębiając się w produkcję Piekło kobiet, która choć dzieje się znacznie później, bo już w wieku XX, muzycznie wyprzedza swoje czasy. Z niezrozumiałych przeze mnie względów do muzyki z tych czasów, z lat trzydziestych ubiegłego wieku, dorzucono również współczesne piosenki. Wprawdzie są w zmienionej aranżacji brzmią nieco inaczej, to finalnie łamią, żeby nie powiedzieć, niweczą klimat. 

Zupełnie nie pojmuje również niemal idylicznego zakończenie Piekła kobiet, który z dramatu stał się obyczajowym serialikiem, czerpiącym nieco z historii i strojów tej epoki. Finał sezonu wyraźnie odstaje od stylu opowieści, jest nieco dziwny, żeby nie powiedzieć żenująco abstrakcyjny. Być może zamysłem twórczyń było pokazanie spływającej na kobiety nadziei i błogostanu lepszego jutra. Może taka była wizja finału. Nie mniej jednak coś wyraźnie poszło nie tak. 

Podsumowując Piekło kobiet, miniserial zaledwie sześcioodcinkowy to pozbawiona złudzeń i upiększania historia kobiet lat trzydziestych, przerażająco aktualna w czasach obecnych. Produkcja potrafi wciągnąć, zaintrygować klimatem, zagrać na emocjach. Serial zadaje niewygodne pytania, zahaczając o etykę lekarską, moralność, ludzkie, często trudne i tragiczne w skutkach wybory. 

Mimo zwięzłej całości, szczególnie do przedostatniego odcinka, finał opowieści niestety nie dowozi. Zawodzi sama jego, zbyt ułagodzona, promienna i niemal fantastyczna końcówka. Irytuje również moim zdaniem zbyt współczesna, nie pasująca do klimatu lat trzydziestych (przynajmniej w sporej części serialu), zbyt współczesna ścieżka muzyczna. Mimo wszystko potrafi wciągnąć. Był w stanie utrzymać moją uwagę aż do końca. 

Moja ocena 7/10. 

Serial Piekło kobiet, w dostępnych sześciu odcinkach oglądać można na HBO Max. 



czwartek, 9 kwietnia 2026

Origament: A Paper Adventure - recenzja. List origami w drodze do odbiorcy

Origament: A Paper Adventure - recenzja. List origami w drodze do odbiorcy

 

Serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji przygodowo-logiczno-zręcznościowej, ale i eksploracyjnej gry, podróży pewnego listu. Oto co myślę o przygodówce Origament: A Paper Adventure! Czy warta jest poznania?

Raz na jakiś czas grywam w tytuły, które w pewnym sensie wychodzą poza moją strefę rozgrywkowego komfortu, mając w zanadrzu elementy, które wymagają ode mnie zręczności, która wciąż nie jest moją najmocniejszą stroną w grach wideo. Jednym z takich projektów jest Origament: A Paper Adventure, zupełnie nie klasyczna przygodówka, a połączenie eksploracji, gry logicznej i momentami zręcznościowej, choć nie do końca typowo platformowej. Recenzowana przeze mnie gierka jest ciekawym połączeniem wielu growych gatunków, i dość świeżym spojrzeniem na rozgrywkę, która może się podobać wielu graczom. Czy podobała się i mnie? O tym w mojej recenzji, do której serdecznie zapraszam 👇

Inne przykładowe recenzje na moim blogu:

Origament: A Paper Adventure to gra, która swoją premierę miała dwa dni temu, na platformie Steam, tytuł stworzony przez Space Sauce Studio, którego wydaniem zajęło się Beverlor i Assemble Entertainment, mające na swoim koncie kilka znanych mi przygodówek w jakie niegdyś grałam i jakie opisywałam w recenzjach i poradnikach. I ich portfolio są dwie części nowych przygód Larry'ego -Leisure Suit Larry: Wet Dreams Don't Dry i Leisure Suit Larry: Wet Dreams Dry Twice czy przygodówka ENCODYA, których linki do tekstów znajdziecie w dziale "Moja twórczość".

Recenzowana przeze mnie w tym teście growa produkcja jest zupełnie innym rodzajem rozgrywki, nie do końca typową, powolną i eksploracyjnie, łamigłówkowo i statecznie prowadzoną wideo zabawą. To bowiem przygodówka bardziej w klimacie logiczno-platformowym, w której kierujemy poczynaniami raczej nietypowego protagonisty.... papierowego listu. 

Prawdę powiedziawszy ciężko mi przypisać ten projekt do jakiegoś zamkniętego w szczelnych ramach gatunku, bo ten po trosze zawiera wiele przeróżnych. Wraz z ową grą odkryjemy podróż przez epoki, czas i przestrzeń, w typowo eksploracyjnym stylu, mając okazję podziwiać naprawdę urokliwe lokacje. Dzięki tej podróży odkryjemy moc elementów zręcznościowo-platformowych, w których poprzez zmianę wyglądu naszego listu, który może przyjmować przeróżne formy, przyjdzie nam skakać, pływać, latach, a nawet kręcić się, uważając jednocześnie by nie trafić na mordercze owady, kłujące krzaki czy przeróżne pułapki. Próbując popchnąć dość szybko toczącą się opowieść, w niezbyt długiej, możliwej do przejście w niecałe dwie godziny grze, zmierzymy się również z wyzwaniami logicznymi, w ciekawie skonstruowanych łamigłówkach. 

Origament: A Paper Adventure to zdecydowanie tytuł stawiający na różnorodność, zupełnie nie klasyczny przygodówkowo, wymagający, ale i potrafiący wciągnąć. Zagłębiając się w kolejne lokacje uświadamiamy sobie, że z wielką chęcią, i jeszcze większą ciekawością sprawdzimy co się kryje dalej. Poznamy jakie zagadki, jakie pułapki, jakie przeszkody i w końcu jakie widoki twórcy przed nami ukryli. Bez dwóch zdań gra spodoba się fanom ruchu, akcji i ciągłych zmian, ale nie będzie chyba zadawalać zwolenników lekkiej i spokojnej rozgrywki. A to dlatego, że z racji na liczne przeszkody i na stale zwiększającą się trudność rozgrywki, i momentami małą intuicyjność, gracz nie obeznany w platformowych rozgrywkach, może ginąć, i to bardzo, bardzo dużo razy. 

Tych śmierci doświadczyłam w grze sporo, i prawdę powiedziawszy co jakiś czas musiałam nieco od gry odpocząć, by nabrać do niej dystansu. Jak wspomniałam na początku mojego tekstu, wciąż w elementach zręcznościowo-platformowych jestem laikiem, i choc gram od lat wielu, jeśli chodzi o ten przygodowy podgatunek, wciąż go poznaje, wciąż się go uczę. Oddechu pomagały mi nabrać momenty medytacyjne i orientalne, którymi ów tytuł jest wypełniony, chwile spokoju i fabularnej lekkości, w opowieści, która historię opowiada dość szczątkowo. 

Origament: A Paper Adventure to jedna z takich gier, o której fabule trudno się za wiele rozpisywać, bo nie jest ona jakoś mocno widoczna, ale nie oznacza to, że nie intrygująca i innowacyjna. Otóż w grze wcielamy się w zupełnie nie ludzkiego protagonistę, mając za towarzysza podróży, i rozmowy, bez mówionego dialogi, również nie człowieka.

W grze sterujemy bowiem listem, który niegdyś napisany został przez dziecko, ale nigdy nie dotarł do nadawcy. Mimo wszystko jego marzeniem, i jego celem jest wypełnienie swojej misji, swojego przeznaczenia. Pokonując epoki, czas i świat, mierząc się z siłami powietrza, logiki, poznając sekrety, list który ma moc origami, czyli może zmieniać swoje kształty, powoli realizuje plan, gotowy do wypełnianie swojej roli. 

W podróży, która wymagać będzie od niego wiele wysiłku, ale przyniesie również zadowolenie, pozytywne wrażenia, między innymi z poznawania świata, czasami nie tylko fizycznego, towarzyszy mu uroczy, niewielki kotek. To z nim nasz list będzie się komunikował, za nim podążał. Choć razem stanowią zespół, i mogą sobie wzajemnie pomagać, to kawałek zapisanego papieru jest tak naprawdę naszym growym protagonistą.

To musicie przyznać dość innowacyjne potraktowanie bohatera przygodówki. W swojej recenzenckiej i growej karierze nie pamiętam by kiedyś przyszło mi grać listem, i to szczególnym, bo mogącym formować swoje kształty, celem pokonywanie ścieżek i wszelakich przeszkód oraz trudności. 

Rozgrywkowo, jak już nieco w tym teście nadmieniłam, twórcy postawili na elementy zbliżone do gier platformowych, z eksploracyjnym sznitem i klimatem narracji. Platformowość widać po elementach zręcznościowych, których w grze będziemy sporo doświadczać, starając się dość płynnie przechodzić między różnymi formami naszego listowego origami. Ów list może bowiem przyjmować kilka form. Może być zwykłą okrągłą kulką, toczącą się swobodnie na płaskim terenie. Może zmieniając się w papierowy statek sunąć po wodzie, by natychmiast wzlecieć w powietrze stając się samolocikiem. Dzięki umiejętności przemiany w kręcącą się gwiazdę, może również stać się taranem likwidującym przeszkody w postaci, choćby ogrodzeń, bądź przepędzać krążące nad nim mordercze owady. 

Śmierć, która cofa gracza do pewnego momentu, często nakazując przejść dany fragment jeszcze raz, bywa częsta, bywała dla też irytująca. Mam jednak świadomość, że ta irytacja może dotyczyć jedynie mnie, osoby która w platformówkach jest słaba, a zgony w grach są jej raczej obce.


Mimo tych niedogodności rozgrywka jest raczej płynna, zmiany formy, które spokojnie możemy nazwać transformacjami listu, są intuicyjne i gdy tylko wczujemy się w rozgrywkę, okaże się, że lekkość eksploracji przychodzi sama. Origament: A Paper Adventure ma jeszcze jedną, dość ważną zaletę, małą, a właściwie znikomą powtarzalność działań. To, że z czasem gra staje się intensywniejsza, to że lokacje i czynności w nich do wykonana ciągle się zmieniają, sprawia, że zabawa się nie nudzi, nie staje się monotonna i przewidywalna.

Przewidywalności zdecydowanie w tym intrygującym projekcie, w którym kolekcjonujemy żółte żetony jak w klasycznych platformówkach, czy łapiemy wiatr, by wzlecieć wyżej i dalej, zbieramy listy, a nawet zatrzymujemy się by porozmawiać z naszym kocim towarzyszem, zdecydowanie nam nie grozi. Nie spodziewajmy się jej w grze choć krótkiej, to intensywnie wypełnionej zmieniajacymi się zadaniami, w tym ciekawie skonstruowanymi zagadkami logicznymi. Te skupiają się na manipulacji środowiskiem, zmianie formatu listu, ale i współpracy kot-list. 

Urokliwy jest to graficznie świat, pełen zmian i klimatu. Choć na początku gramy zwykłym, białym listem, to z czasem, wraz z odwiedzaniem nowych miejscówek, nawiązujących klimatem do różnych epok i różnych państw, i nasz liścik nieco się zmienia. Potrafi stać się świecąco złoty, mieć na sobie barwne wzorki i ciekawy kolor. 


Wędrując przez przeróżne miejsca, zmieniające nie tylko system rozgrywki, ale wprowadzające konieczność mierzenia się z różnymi wyzwaniami, także z licznymi przeszkodami, możemy jednocześnie podziwiać zmieniające się widoki. Będzie czasami lekko, melancholijnie, nastrojowo i orientalnie. Będzie nieco mrocznie, zagadkowo, a nawet westernowo. Wraz z naszą zmieniającą kształty listową, bardzo zmienną osobowością przywędrujemy na szachowe pole, zmierzymy się w czasowym labiryntem, pojedziemy wózkiem w kopalni i tym podobne.

Różnorodność lokacji może zachwycić, może przyciągać uwagę i może nadawać grze zmienności, satysfakcjonującego dreszczyku emocji. Nigdy bowiem, przynajmniej za pierwszym przejściem tej gry, nie wiemy co nas dalej czeka. 

Kolorostycznie Origament: A Paper Adventure utrzymane jest raczej w stonowanych, pastelowych barwach, które od czasu do czasu wybuchają większą intensywnością barw, jak choćby poprzez różowe krzaczyska czy jaskrawo oświetlone miejsca. 

To czym gra oprócz intensywności rozgrywkowej może do siebie przyciągać, jest również ścieżka dźwiękowa, i mam na myśli tę muzyczną, nie dialogową. Recenzowana przeze mnie growa opowieść jest bowiem tytułem pozbawionym dialogów mówionych. Ma to swój plus, gdyż pozwala w ów tytuł zagrać osobom, które nie znają języka, ale ma również minus. Otóż rozmowy listu z kotem byłyby bardziej wdzięczne, bardziej intensywne, gdyby wprowadzić do nich nieco ludzkiej gadaniny, albo jakiś dźwięków. Tych zwyczajnie wcale nie ma.

Na plus natomiast ścieżka muzyczna, która jest tak barwna i tak ciekawe, intrygująco zmienna, że podobnie jak lokacje, zwyczajnie nie może nudzić. Widać, że autorzy tego projektu włożyli mnóstwo pracy w to, by bezgłosowa opowieść opowiadała historię nie tylko obrazem, co oczywiście robi, ale również dźwiękiem. 

Podsumowując, Origament: A Paper Adventure to piękna, intrygująca, mocno angażująca, ale i wymagająca gra, która mocno miesza w gatunkowym kotle. Trudno bowiem recenzowany przeze mnie growy tytuł zamknąć w określone ramy. To raczej growe doświadczenia, w którym spotkała się eksploracyjna przygoda, platformowa wędrówka, narracyjna opowieść o celowości życia i mnóstwo logicznym zagadek. 

Możliwość kombinowania jak, kiedy i po co zmienić kształt listu, którego kierujemy do adresata, sprawia wielką przyjemność, ale i niejednokrotnie jest wielkim wyzwaniem. Jeśli, tak jak ja, raczej nie grywacie w gry z elementami platformowymi, a growe czynności zręcznościowe, nie są tym co lubicie, opisywany tytuł może budzić w was pewną dozę frustracji, szczególnie gdy często się w grze ginie.

Jednak dla osób dobrze odnajdujących się w takiej płynnej, platformowo-logicznej rozgrywce, zabawa listem, jego podróż w towarzystwie uroczego kota i jednocześnie pomocnika, może być niezwykle przyjemna i innowacyjna. 

Przyjemna dla oka grafika, która zmienia się w zależności od odwiedzanej lokacji, przepiękna i budująca klimat ścieżka dźwiękowa, i zmienność rozgrywki, stawiającej na ciągłe wyzwania, sprawia, że gra jest nie tylko ciekawa, ale i nie wieje nudą i powtarzalnością. A ta przecież w takim growym gatunku, nie jest niczym dziwnym.

Myślę, że Origament: A Paper Adventure sprawdzić warto, szczególnie jeśli lubi się miks przygody, zręczności i logiki, bo satysfakcja z przejścia kolejnych poziomów, w dość krótkiej, ale niezwykle treściwej grze, jest murowana. Serdecznie ją polecam! 

Moja ocena 8/10

Serdecznie dziękuję Space Sauce Studio u Beverlor, Assemble Entertainment za udostępnienie gry do recenzji.

Grałam w wersji na komputery osobiste PC, na Steam


Zalety:

  • Intrygująca rozgrywka;
  • Ciekawy protagonista;
  • Zmienność rozgrywki;
  • Kompletny brak powtarzalności;
  • Dobra ścieżka muzyczna;
  • Przyjemna dla oka grafika;
  • Krótka, ale treściwa rozgrywka

Wady:

  • Brak ręcznych zapisów;
  • Momentami zbyt wymagająca

wtorek, 17 marca 2026

Tangle Tower - recenzja. Detektyw Grimoire ponownie w akcji, i już nie sam

Tangle Tower - recenzja. Detektyw Grimoire ponownie w akcji, i już nie sam

 

Serdecznie zapraszam do przeczytania mojej recenzji przygodowej gry "wskaż i kliknij", w detektywistycznym stylu, kontynuacji przygód detektywa Grimoire, który tym razem nie działa już sam. Oto co myślę o grze Tangle Tower!

Może nie powinnam się przyznawać, ale przygodówki z detektywem Grimoire do tej pory, czemu się dziwię, jakoś umknęły mojej uwadze. Natknąwszy się na demo trzeciej już, pełnoprawnej, a właściwie czwartej opowieści z tej serii, i ograniu i opisaniu wrażeń z demo The Mermaid Mask, stwierdziłam, że muszę się przyjrzeć tej serii i sprawdzić na własnej skórze, co ma mi do zaoferowania. Postanowiłam to zrobić, bo fragment najnowszej odsłony, która ma mieć premierę tego lata, pobudził moje przygodowe ją zainteresowanie. I tak nabyłam zarówno pierwszą, czyli tak naprawdę drugą grę tegoż studia (pierwsza była grą flashową, bezpłatną), dzieląc się z Wami recenzję Detective Grimoire oraz drugą (czytaj trzecią), zatytułowaną Tangle Tower. Czas zatem najwyższy podzielić się przemyśleniami na temat kolejnej gry z tegoż cyklu, nowego śledztwa, z którym zmierzył się detektyw Grimoire, tym razem w uroczym towarzystwie.

Inne przykładowe recenzje na moim blogu:

Pora na słowo wstępu - wprowadzenie do fabuły

Tangle Tower jest drugą pełnoprawną przygodówką o przygodach detektywa Grimoire, grą, która tak naprawdę jest trzecią odsłoną serii. Przy okazji recenzji Detektyw Grimoire wspominałam, że ów cykl przygodowy miał swoją premierę jako darmowa gra flashowa. Twórcy, a jest to opowieść stworzona przez dwóch braci, znanych jako SFB Games, w roku 2014 wydali pierwszą komercyjną przygodówkę, której bohaterem był wspomniany detektyw, w której mogliśmy po raz poznać Sally.

Wspominam o tym nie bez powodu, bowiem w wydanej pięć lat później grze, której tytuł nosi Tangle Tower owa zielonowłosa bohaterka ponownie się pojawia. Tym razem nie jest jedynie postacią w grze, a partnerem w śledztwie, pełnoprawną protagonistką, która w śledztwie, jakie w grze prowadzimy, ma swoje zdanie, przemyślenia i spostrzeżenia. 

Cieszy mnie fakt dodania do rozgrywki właśnie Sally, bo jest postacią niezwykle ważną i ciekawą, szkoda tylko, że twórcy nie pokusili się o wyjaśnienie graczom tego jak i kiedy dziewczyna prowadząca w pierwszej części budkę z pamiętkami, nagle stała się detektywem. Liczę po cichu, że w kolejnej, bądź kolejnych częściach zostanie to graczom wyjaśnione. 

Tyle słowem wstępu. Dodam jeszcze, zanim zacznę rozpisywać się o grze, że jest to przygodówka, choć wchodząca w skład większej serii, nie wymagająca znania swojej poprzedniczki. Oferuje ona zupełnie inną historię, choć uważni gracze znajdą w niej nawiązania do części pierwszej. I nie jest to jedynie postać Sally, ale i powiązania rodowe, które odkryjemy nie tylko z drzewa genealogicznego wiszącego w holu posiadłości, ale i z samej fabuły. 

Fabuła - posiadłość, dwie rodziny, tajemnica i nawiązanie do poprzedniczki

Tangle Tower przenosimy się do posiadłości o takiej właśnie nazwie, do miejsca, w którym żyją dwie rodziny, powiązane ze sobą pokrewieństwem rodowym, rodziny, które tak naprawdę nie opuszczają domostwa, a więzi między nimi są raczej kruche. 

W zbudowanej wokół jeziora o dziwnym kolorze wody, wielkiej rezydencji, mieszka rodzina Fellow i Pointer. Detektyw Grimoire i jego towarzyszka Sally pojawiają się na miejscu, by zająć się niezwykle tajemniczą sprawą zabójstwa członkini tego rodu. Dziewiętnastoletnia artystka, Freya Fellow zginęła podczas malowania porteru Flory Fellow. Sprawcą tej przedziwnej, trudnej w logicznym wyjaśnieniu sprawy wydaje się być obraz, który malowała. 

Zabójstwo nożem z obrazu, który podobno pokryty był ludzką krwią, mord dokonany w zamkniętym pomieszczeniu, na wieży, wydaje się jednak naszym detektywowom niemożliwy. Nie wierząc w nadprzyrodzoną moc malowidła, obecnie jedynego podejrzanego, postanawiają głębiej przyjrzeć się sprawie, przesłuchując wszystkich domowników, eksplorując, szukając wskazówek, rozwiązując zagadki i łącząc fakty. Tym samym na jaw wychodzą sekrety, które skrywa to miejsce, ale i tajemnice jego mieszkańców, sięgające czasów poprzednich pokoleń, ale nie tylko. 

Przygodówka w rozgrywce podobna do poprzedniczki, ale z pewnymi zmianami

Opowieść śledzimy w rozgrywce mocno zbliżonej do poprzedniczki. Tangle Tower to ponownie gra w rozgrywce "wskaż i kliknij", tym razem jednak pozwalająca graczom kierować postaciom nie tylko za pomocą myszy, ale również kontrolera. I choć recenzowany przez mnie tytuł rozgrywkowo nawiązuje do poprzedniej opowieści, to twórcy wyraźnie się w nim rozwinęli, dodając do swego dzieła ulepszenia, mocniej rozgrywkę rozbudowując i uatrakcyjniając. 

Nie ma już konieczności przemieszczania się za pomocą widocznego w prawym dolnym rogu ludzika. W tej grze wędrujemy po mapie, stopniowo odkrywając coraz więcej miejsc w posiadłości, która systematycznie odkrywa swoje sekrety. Jednocześnie nie widzimy widoku mapy, która została zredukowana do ikony na dole z lewej, dającej nam widok posiadłości, i kolejnych w niej miejscówek. 

Gra, które została mocniej rozbudowana pod względem rozgrywki, stała się zdecydowanie trudniejsza, została przez brytyjskie studio, za nią odpowiedzialne, wzbogacona o system podpowiedzi. Jest nią znak zapytania zlokalizowany w prawym górnym rogu, dający grającemu, który utknie, wskazówkę co w danym momencie powinien zrobić.

Rozgrywka, która stawia na wyzwania natury detektywistycznej skupia się rzecz jasna na śledztwie. Istotą owego dochodzenia są tu rozmowy. Podczas gry przesłuchiwać będziemy wszystkich członków dwóch rodzin zamieszkujących wielką posiadłość.

Gadanina pozwoli nam nie tylko dowiedzieć się co w chwili śmierci obiecującej malarki robili wszyscy podejrzani, czyli mieszkańcy tego miejsca, ale i da możliwośc poznania ich wzajemnych, rodzinnych relacji, odkrycie sekretów i ukrytych motywów. Badanie zależności i familijnych układów i układzików rodziny zakorzenionej w tym tajemniczym miejscu, mającej skłonności do poszukiwania nieznanego i zagadkowego, sprawia w grze wielką frajdę.

Przygodówka owa została zbudowana w taki sposób, by zagadki rodziny gracz mógł odkrywać stopniowo, dzięki swojemu dochodzeniu, dzięki uważności, również dzięki odnajdywaniu wskazówek, także przez zbierane przedmioty.

Podobnie jak w przypadku gry Detektyw Grimoire, tak i tu zbierane rzeczy nie trafiają do klasycznie wyglądającego ekwipunku. Tak właściwie takowego w grze nie znajdziemy. Sa natomiast, wraz z postępami rozgrywki kolejne zakładki, do których zbierane przez nas przedmioty trafiają. O każdym z nich możemy coś więcej przeczytać. Możemy również posłużyć się powiększającą lupą, która pozwoli nam na bliższe przejrzenie się takowej wskazówce.

Wszystkie ważne dla rozgrywki wskazówki, czyli dosłownie nasz inwentarz otworzymy klikając na ikonę notatnika, w który zawsze zaopatrzony jest detektyw Grimoire. W tym samym miejscu odnajdziemy też zakładkę postaci. O każdej osobie w tej przepastnej posiadłości możemy porozmawiać z inną postacią, podobnie jak o każdym zebranym przedmiocie, notatce czy wskazówce, nie zawsze otrzymując wyczerpującą odpowiedź. 

Gra, podobnie jak poprzedniczka, niestety nie oferuje ręcznego zapisywania. Zapis odbywa się automatycznie, a do dyspozycji, znów mamy trzy profile. Twórcy zrezygnowali również z systemu punktowego. W tej grze nie ma już procentów, które wskazują na to ile w grze wykonaliśmy, a co udało się nam pominąć. Jest wprawdzie punktacja profilowa, ale nie jest już ona tak szczegółowa. 

To również kolejna przygodówka, w której możemy, a nawet powinniśmy klikać na wszystko. Nie ma tu bowiem podświetlanie aktywnych miejsc w lokacjach, nie ma, do czego grających w poprzednią grę, przyzwyczaili już twórcy, nazywania klikalnych przedmiotów. To gra, w której liczy się detektywistyczna uważność, gra point-and-click, w nieco innym wymiarze. 

Gra, w której nudzić się zadaniowo nie będziemy

Tangle Tower to także kolejna gra wspomnianego studia, która nie pozwoli się nam nudzić. Na ilość wykonywanych czynności, na jakość zadań zdecydowanie nie będziemy narzekać, a radość z wykonanych zagadek, i posunięcia fabuły do przodu, wierzcie mi, będzie wielka. 

Wspominałam w recenzji Detektyw Grimoire, że mimo detektywistycznej, satysfakcjonującej rozgrywki, zadaniowo była to raczej krótka, i łatwa gra, przynajmniej pod względem klasycznych zagadek, czy minigier. Jej autorzy odrobili jednak lekcję, i w kolejnej swojej grze mocno się rozwinęli. Opisywana przeze mnie detektywistyczna, śledcza przygoda, w której mimo zbrodni nie brakuje humoru, szczególnie dialogowego, zyskała na jakości i trudności. 

Do gry dodano mnóstwo związanych z fabułą zagadek, wiele łamigłówek, o różnym natężeniu trudności. Nie są to może jakoś mocno wygórowane trudnościowo wyzwania, ale są różnorodne, często bardzo pomysłowe i jest ich sporo. W dłuższej niż poprzedniczka grze mamy co robić, mierząc się z wyzwaniami natury logicznej, kombinując, szukając wskazówek i łącząc fakty. 

Jednocześnie rozgrywka nie jest przesadnie trudna, a swoją formą nawiązuje do poprzedniego tytułu SFB Games. Ponownie po odkryciu kolejnych wskazówek, ważnych przedmiotów, czy istotnych rozmów, odpowiadać będziemy na pytania, już nie tylko detektywa Grimoire'a, ale i Sally. Wtedy to zmierzymy się z zagadką słowno-obrazkową, w której przyjdzie nam wybrać odpowiedni rysunek, rzecz bądź postaci, a następnie dobrać do niego treść, tak by stworzyć sensowną, logiczną odpowiedź na sformułowane przez naszych detektywów pytanie.

O ile kontynuacja serii stała się grą nieco dłuższą i nieco trudniejszą, bardziej dopracowaną i rozgrywkowo efektowniejszą, o tyle mam wrażenie, że wspomniane pytania nieco straciły na trudności. W całej grze jest ich całkiem duża ilość, ale odnalezienie na nie prawidłowej odpowiedzi, nie sprawia już trudności, a przynajmniej nie aż takiej jak w grze z 2014 roku. 

Graficzne zmiany w kontynuacji przygód detektywa

Zmiany zauważalne są również w warstwie graficznej. Tangle Tower to gra wykonana w ręcznie malowanym stylu, ale styl ten, w porównaniu do przygodówki Detektyw Grimoire, mocno się różni, co ma swoje plusy, ale i kilka minusów.

Nie ma już animacji, które mocno w poprzedniczce podbijały klimat, co piszę grze na lekki minus, ale jest bardziej szczegółowy wygląd kolejnych miejscówek, których na terenie posiadłości, na której jedynie przebywamy, zwyczajnie jest sporo. Ponownie do czynienia mamy z pastelowymi, ale i niezwykle kolorami, statecznymi tłami, i postaciami o bardzo, bardzo charakterystycznych wyglądach, często mocno przerysowanych. 

Recenzowana przeze mnie gra jest graficznie przyjemna dla oka, bogata w miejsca na które możemy kliknąć i przedmioty, które możemy zabrać. Uroda tej gry leży w jej prostocie i dziwności bohaterów, ale w pewnej zmienności, postępie jakie w grze się dokona.

Przygoda nie tylko została rozbudowana, ulepszona rozgrywkowo, ale i uległa graficznym, postaciowym zmianom. Te najbardziej widać w Sally, która z piegowatej, z intensywnie zielonymi włosami, wiecznie zmieniającej pozy młodej kobiety, stała się mniej wyrazista. Straciła również piegi i swą ruchliwość. 

Ciekawym rozwiązaniem, którego nie doświadczyliśmy w poprzedniej odsłonie tej intrygującej serii, jest wprowadzenie do gry zmian związanych z porą dnia. Przebywając w posiadłości pewien, stosunkowo niedługi okres czasu, śledzić będziemy mogli zmianę dnia na noc, przechodząc przez etap dniowej szarówki, co jest bardzo fajnym zabiegiem.

Oprawa dźwiękowa, dubbing i muzyka 

Oprawa dźwiękowa, szczególnie pod względem dźwięków otoczenia stoi na podobnym poziomie. Kontynuacja mimo podobieństw, w dobrym tego słowa znaczeniu, patrząc na całość rozgrywki, stała się pełniejsza, dokładniejsza, oferująca nieco więcej możliwości, głównie śledczych. Równie dobrze, i na wysokim poziomie brzmi ścieżka muzyczna, która potrafi podkręcić klimacik, zachęcić do obcowania z grą, a także zbudować atmosferę niepewności i zagadkowości. A tej grze zdecydowanie nie brakuje. 

Po raz kolejny mamy przyjemność obcować z niezwykle dobrą angielską wersją językową, i to dla każdej w grze postaci, szczególnie dla Sally, w którą wciela się ta sama aktorka głosowa, i kilku innych, damskich postaci. 

Tak czy siak, Tangle Tower oferuje tylko angielska wersję dubbingową i wiele tłumaczeń w formie napisów. Brak polskiej wersji to największy mój zarzut względem tej przygodówki. Gra, która została przetłumaczona na czternaście języków, nie ma polskiej lokalizacji. Przygodówka posiadająca sporo tekstu, skupiona na dedukcji, na śledztwie i na wyciągania wniosków, z dialogów, również z dialogowych zagadek, bez rodzimej wersji, z pewnością nie zachęci polskojęzycznych graczy do jej sprawdzenia, a to wielka szkoda, bo to jest naprawdę świetna. 

Tangle Tower - podsumowanie recenzji. Dłuższa, bardziej rozbudowana, ciekawsze i z nową bohaterką 

Podsumowując, Tangle Tower to przygodówka z serii, którą warto, a nawet trzeba poznać. To intrygująca, rozbudowana, bardzo ciekawa, klimatyczna i mocno detektywistyczna historia. To także opowieść, w której twórcy rozwinęli skrzydła. Gra, jeśli spojrzymy na niej poprzedniczkę, stała się trudniejsza, bardziej wymagająca rozgrywkowo, ale jednocześnie mocno grywalna. 

Śledzenie fabuły, która płynnie wędruje przez kolejne growe rozdziały, napędzanej różnorodnymi, zagadkami, których jest zdecydowanie więcej niż w Detektyw Grimoire, a wiele z nich wymaga od gracza uważności i kombinowania, to wielka przyjemność. Tu każda zagadka wynika z fabuły, i z ową fabułą się łączy. Tu każda z postaci ma swój charakter, swoje upodobania, swoje dziwności. Nie brakuje humoru, a relacja detektyw Grimoire - Sally, ich wzajemne rozmowy, wywołuje uśmiech na twarzy.

Dobre zagadki, ciekawa fabuła, w grze którą cieszyć się można, bez względu na to czy znamy poprzedni tytuł z tegoż cyklu, śledczy styl prowadzania rozgrywki i mrugnięcia okiem w stronę graczy znających przygodowy detektywa, to kolejny plus tej godnej uwagi przygodówki.

Do tego dochodzi rewelacyjna wersja angielska, z doskonałymi rolami głosowymi, miłymi dla ucha pod każdym względem, ze szczególnym uznaniem dla głosu Sally. Na plus również ścieżka dźwiękowa i muzyczna, która potrafi zbudować klimat.

Do garnka miodu muszę wrzucić jednak szczyptę goryczki. Ta po raz kolejny związana jest z brakiem polskiej wersji językowej, w grze, która została przetłumaczona na aż czternaście języków. Wielka szkoda, że po polsku w nią zagrać nie możemy. 

Nie mniej jednak Tangle Tower to świetna przygodówka, w którą warto zagrać, którą warto poznać. Zagrałam i nie żałują, a nawet polecam, czekając na kolejną przygodową opowieść z serii, która już niebawem.

Moja ocena 8.5/10

Grałam w wersję na komputery PC - Steam



 Zalety:

  • Wciągająca fabuła;
  • Rozbudowana rozgrywka;
  • Ciekawe postaci;
  • Relacja Grimoire - Sally;
  • Humor dialogowy;
  • Mnogość zagadek i minigier;
  • Ładna grafika;
  • Dobra ścieżka muzyczna;
  • Świetny dubbing;
  • Dłuższa niż poprzedniczka

Wady:

  • Brak polskiej wersji językowej

sobota, 14 marca 2026

Reflections of the void - recenzja. Gra nastawiona na emocje i wiele zakończeń

Reflections of the void - recenzja. Gra nastawiona na emocje i wiele zakończeń

 


Serdecznie zapraszam do przeczytania najnowszej recenzji mojego autorstwa, tym razem opisującej nastawioną na emocje i wiele zakończeń przygodową grę z gatunku visual novel, pod tytułem Reflections of the void. Oto co sądzę o tej grze!

Wizualne powieści, czyli przygodówki nastawione na narrację, ze znikomą, albo w ogóle pozbawioną zagadek logicznych opowieścią z wyborami, lubują się w historiach skupionych na grozie, mroku i emocjonalnej fabule. Znajdziemy w nich wiele wyborów, które kształtują losy bohaterów, zmieniają wątek fabularny i prowadzą do różnych zakończeń. Visual novel to także tytuły o bardzo charakterystycznej, malowanej grafice, często odwołujące się do gier azjatyckich, niejednokrotnie w stylu anime. Przedstawicielem tegoż gatunku jest Reflections of the void, przygodówka, która po trosze ma wszystkie wyżej wymienione cechy, ale od siebie twórcy, a jest to studio Echo Story Games, dokładają do rozgrywki coś jeszcze. Co? O tym dowiecie się z mojej recenzji, która powstała dzięki uprzejmości autorek tejże gry. Serdecznie za to im dziękuję!

Inne przykładowe recenzje na moim blogu:

Po raz pierwszy do czynienia z przygodową wizualną powieścią jaką jest Reflections of the void, grą która miała swoją premierę w dniu wczorajszym, czyli 13 marca, miałam podczas ogrywania, wciąż dostępnego na Steam dema. Wtedy to historia owa zachwyciła mnie ciekawym klimatem, prostą, acz pełną zagadkowości rozgrywką, śliczną grafiką w rysunkowym stylu, klasyką wizualnej powieści i polską wersja językową. Moje przemyślenia, o wtedy jeszcze nadchodzącej grze, spisałam we wrażeniach, będąc już przekonaną, że chcę sprawdzić opowieść w całości, próbując tym samym odkryć wszystkie dostępne w niej zakończenia. To jak się później okazało, nie było takie proste, a angażująca fabuła i jej stopniowe odkrywanie stało się nie tylko przyjemnością, ale i ciekawym dla mnie wyzwaniem.

Historia zaczyna się od Emily, młodej kobiety, która postanawia opowiedzieć graczom losy nielicznych, którym udało się przeżyć. Fabuła przenosi nas w post-apokaliptyczną rzeczywistość roku 2095, do świata który wiele lat temu uległ dramatycznej zmianie. Wielu ludzi poniosło największą ofiarę, oddało swoje życie. Wspomniana dziewczyna jest jedynie narratorką opowieści. My natomiast podczas faktycznej rozgrywki przenosimy się do pewnego domu. Tam wcielamy się w Novę, opiekuna zajmującego się kilkorgiem mieszkańców tegoż domostwa, których celem jest podróż do podobno lepszego, szczęśliwszego "Nowego Świata". 

Bytowanie w tym miejscu niesie z sobą wiele ograniczeń. Podopieczni Novy, który musi trzymać się z góry ustalonych zasad, nie mogą wychodzić ze swoich pokoi, są stale testowani i badani poprzez pobranie krwi, a żadne z nich nie posiada imienia, a jedynie trzycyfrowy numer. Nie wychodzący przed szereg Nova, sterowany poleceniami z tabletu, posiadający pełną świadomość tego, że złamanie zasad wiązać się będzie z karą, często brutalną i ostateczną, czyli śmiercią, zaczyna wkrótce wątpić w słuszność swej pracy.

Problem w tym, że pewnego dnia do domu, wraz z kolejną "dostawą" trafia nowa mieszkanka, już nie dziecko, a pierwsza dorosła kobieta, która zachowuje się zupełnie inaczej niż poddani swemu losowi podopieczni. Na dodatek zdaje się wiedzieć dużo więcej na temat nowego, acz obecnego, ale i starego świata. Nova, a tym samym i my stopniowo odkrywamy kolejne fragmenty większej opowieści, próbujemy uniknąć losu ofiary, staramy się rozwikłać tajemnicę, udowodnić fałsz i rozpracować prawdę, przy okazji dowiadując się wiele o roli opiekuna, w tym growego protagonisty. Jak się wkrótce okaże odstępstwa od zasad staną się kluczem do odblokowanie nowych ścieżek, i nowych, otwierających oczy faktów.

Reflections of the void to przygodówka autorstwa dwóch kobiet, klasyczna powieść wizualna, w której filozoficzne przemyślenia mieszają się z horrorem, dramatem i science-fiction. Mroczny klimat opowieści, w której nie braknie również momentów określanych jako jamp scare'y, czyli klasycznych "straszaków", jest w grze mocno zaznaczony, ale nie jedyny. Uważni gracze odkryją w pozoru wydającej się prostej rozgrywce dużo większą głębię. Wielowymiarowy świat, kształtowany jest przez wybory, napędzany przez decyzje jakie przyjdzie nam podejmować.

I wierzcie mi, wpływanie na rozgrywkę poprzez wybory okaże się być bardzo intrygujące, bo każdy wybór otwiera nie tylko nowe dialogi, ale i kształtuje dalsze ścieżki fabularne, odkrywa to co było zakryte, schowane. Dzięki wychodzeniu poza z góry ustalone zasady, dzięki łamaniu zasad, do czego twórczynie gry zachęcają, poznajemy nowe i nieznane. I nawet jeśli decyzja kończy się śmiercią jednej z postaci, a także i naszą, bo nikt nie jest w tej grze nieśmiertelny, to los możemy zmieniać, bo nawet śmierć nie jest w grze ostateczna. 

Celem gracza jest nie tylko odkrycie prawdy, ale i uratowanie wszystkich osób, którymi przyjdzie nam się zajmować. Z czasem, wraz z naszym wyborem i udaniem się do piwnicy, gdzie dana osoba wysyłana jest do "Nowego Świata", dowiadujemy się, że tablet, w który jesteśmy wyposażeni posiada pewną prawidłowość, której rozwiązanie pomoże nam ocalić wszystkich. Nie odkryjemy jej jednak od tak. Aby móc popchnąć fabułę do przodu, by odkryć kolejne puzzle większej układanki, musimy ponieść straty, decydując się na wybór.

Bywa, że decyzja, którą podejmiemy doprowadza nas do szybkiego zakończenia gry, do niemal natychmiastowej śmierci Novy. Często, by ruszyć opowieść do przodu, a tym samym odkryć inne ścieżki, musimy złamać zasady, albo trzymając się zadań z tabletu wysłać jednego z mieszkańców do piwnicy, miejsca transportu do "lepszego świata". I choć wiemy, że jest to zła decyzja, przyjdzie nam zdecydować się na moralnie niewłaściwe zachowanie. 

Wszystko po to, by odkryć wszystkie growe zakończenia. A jest to przygodowy tytuł, który zagwarantować, szczególnie uważnym graczom, może aż dziesięć niezależnych zakończeń. Przy czym w całej zabawie mamy pełną dowolność. Tu my decydujemy jaką drogą wybierzemy, jakie drzwi otworzymy, z kim będziemy się mocniej integrować, kogo upatrzymy sobie za ulubieńca. Jest i, jak to w powieści wizualnej bywa, również wątek romantyczny. Ale by romansować, musimy najpierw poznać osobę, która nas interesuje, musimy ją zrozumieć, co wymagać będzie od gracza dużej uważności i odpowiednich wyborów, nie tylko dialogowych.

Postępy rozgrywki śledzić możemy w zakładce "Zakończenia". W tym samym miejscu sprawdzimy ile dni udało się nam przeżyć. Opowieść bowiem podzielona jest na kilka dzionków, podczas których wykonujemy wyznaczone nam zadania. Sprzątamy pokoje, testujemy podopiecznych i siebie, pobieramy krew, karmimy, co jakiś czas dając wybranej osobie pożywniejszy posiłek. Wykonując czynności, którymi zajmujemy się od dawna, wpadamy w rutynę, którą spróbujemy złamać, wychodząc na przykład poza teren domostwa położonego na odludzi, wkraczając do skażonego, tajemniczego lasu, który jeśli tylko się odważymy odkryje przed nami nadprzyrodzone zjawiska.

I choć gra nie stawia przed nami wyzwań natury logicznej, choć pewna pamięciowa minigra tu występuje, a koncentruje się na odnajdywaniu fabularnych ścieżek prowadzących do odkrywania tajemnic, i finalnie do kolejnych zakończeń, na nudę narzekać raczej nie będziemy.

Pewne powtarzalne fragmenty mogą budzić obawę graczy, ale w wielu wypadkach sytuację ratują zapisy rozgrywki. Gra została pomyślana tak, że każdy fragment poznawania opowieści, można w dowolnym miejscu zapisać, na nieskończonej liczbie slotów na save'y. 

Reflections of the void oferuje ręcznie rysowaną grafikę, wpisującą się w styl typowych produkcji visual novel. Śledzić będziemy malowane lokacje, które oferują stateczne lokacje, z równie statecznymi postaciami, których ruch, każde działanie opisane zostaje słowami. Nie ma tu animacji ruchu warg, nie ma poruszania się postaci niezależnych, nie ma fizycznej akcji. Są za to dialogi, opisy, są słowa, jest po prostu narracja, na której gra się opiera.

Recenzowany przeze mnie tytuł stworzony został w ciekawym, mieszanym kolorystycznie stylu. Spora część gry to czarno-biała grafika, przytykana, czasami, jeśli zdecydujemy się na pewien wybór, dużą ilością czerwieni. Ale są także miejsca, które nabierają barw, mimo kolorystyki, jednak bardzo stonowanych, tajemniczych, niemal filozoficznych, niczym fabuła. Klimat opowieści podbijają pojawiające się tu i ówdzie wstawki filmowe, czyli animacje. 

Klimatyczna opowieść, która jak już nadmieniłam budowana jest dzięki narracji, pełna jest dialogów zmieniających się dzięki decyzjom gracza. Śledzimy fabułę, która nie posiada pełnej angielskiej wersji, jest grą pozbawioną dialogów mówionych, na szczęście także w polskiej wersji - napisy. Dostępność rodzimego tłumaczenia, choć nie jest ono doskonałe, i posiada niestety błędy, w niezależnej, stworzonej jedynie przez dwie osoby przygodówce, jest miłą odskocznią od większości przygodówek, w które po polsku nie mamy szansy zagrać. Polska lokalizacja, w przypadku wizualnej powieści skupionej na słowach, na dialogowych wyborach, na opowieści pisanej tekstem, jest bardzo ważna, i bardzo potrzebna. 

Klimatu i atmosfery tajemniczości, często izolacji, smutku i ludzkiej niemocy dodaje także ścieżka muzyczna. Gra pozbawiona głosowej gadaniny, dzięki dźwiękom muzyki staje się pełniejsza, ożywiona i zagadkowa. Szczególnie urokliwie brzmi w lesie, który w grze odwiedzamy.

Podsumowując, Reflections of the void to klimatyczna, ręcznie malowana powieść wizualna, w której twórczynie umieściły ludzkie dramaty, złożoność zmienionego, post-apokaliptycznego świata i ludzkiej natury. To wciągająca historia na pograniczu horroru, fantasy i science-fiction. To opowieść rozwijana przez liczne wybory i decyzje graczy, zbudowana tak, by gracz mógł wielokrotnie do niej podchodzić.

Decyzje podejmowane, mniej lub bardziej rozsądnie, budują narrację, zmieniają dialogi, otwierają nowe ścieżki, zachęcają do odkrywania wszystkich, aż dziesięciu zakończeń. I wierzcie mi, bądź nie, poznawanie ich jest bardzo angażujące, ale wcale nie jest takie proste i oczywiste. To nie jest łatwa tematycznie opowieść. Wręcz przeciwnie. Tu radości jest niewiele, a smutku i filozoficznych przemyśleń o istocie człowieka, zdecydowanie nie brakuje. Ale to lawirowanie między grozą, tragedią, a romansem, który również możemy w grze poczuć, jest tym czego gracze lubiący wizualne powieści, właśnie w nich szukają.

Przygoda w pięknej oprawie graficznej, mimo swojej stateczności ożywa dzięki animacjom, które niejednokrotnie oddają grozę sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, czasami wręcz dosłownie. Rozgrywka skupiona na narracji, bez wyzwań natury logicznej, co nie jest niczym dziwnym w tym przygodowym podgatunku, nakazuje nam szukać ścieżek opowieści, zachęca do odkrywanie fabularnych rozgałęzień. Pozwala uważnym graczom na odkrywanie prawdy, nie tylko o świecie przedstawionym, ale i osobie samego protagonisty, niejakiego Novy. 

Na plus podbijająca atmosferę mroku, tajemnicy i post-apokalipsy ścieżka muzyczna, która grę pozbawioną dialogów mówionych, potrafi nieco podkręcić. Cieszy, mnie osobiście, również dostępność polskiej wersji językowej, nawet jeśli polskie tłumaczenie nie należy do najlepszych, a grający natknie się w nim na błędy. Cieszy, bo jest to jedna z nielicznych gier przygodowych, która polskie tłumaczenie do swojej gry wprowadziła. 

Uważam, że Reflections of the void to kawał porządnej przygodówki, mocno osadzonej w ramach wizualnej powieści, w której jedno przejście gry, pozwoli nam poznać opowieść tylko w jej fragmencie. Odkrywanie kolejnych zakończeń i poznanie pełni historii opowiedzianej przez Emily, przyniesie, zapewniam Was, sporo satysfakcji, i mimo tego, że gra nie oferuje klasycznych przygodowych wyzwań, wcale nie będzie takie łatwe. 

Polecam grę wszystkim lubiącym narracyjne przygodówki z wieloma zakończeniami, grę stawiająca na wiele wyborów, zmieniających czasami fabularną opowieść dość drastycznie i ostatecznie. Warto ją poznać, warto się z nią zmierzyć, warto wyciągnąć z niej własne wnioski i przemyślenia. Serdecznie polecam!

Moja ocena 8/10.

Bardzo serdecznie dziękuję Echo Story Games za udostępnie gry do recenzji! 

Grałam w wersję na PC - Steam

Zalety:

  • Angażująca fabuła;
  • Mnóstwo fabularnych ścieżek;
  • Wiele wyborów;
  • Mnóstwo zakończeń gry;
  • Równie sporo osiągnięć Steam;
  • Klimat, który wciąga;
  • Urocza graficznie;
  • Dobra ścieżka muzyczna;
  • Możliwość zagrania po polsku;
  • Ręcznie zapisywanie

Wady:

  • Brak wersji głosowej;
  • Błędy w polskim tłumaczeniu