Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 sierpnia 2026

Tormentum II - recenzja. Dark fantasy wypełnione łamigłówkami

Tormentum II - recenzja. Dark fantasy wypełnione łamigłówkami

Serdecznie zapraszam do przeczytania kolejnej recenzji na moim blogu. Tym razem oceniam przez wielu oczekiwaną, mroczną, polską przygodówkę, na którą zapewne wiele z nas czekało. Oto co myślę o Tormentum II.

Jesteśmy w połowie wakacji, z kolejną falą upałów, przy której pracowanie czy tworzenie, w tym wena twórcza nie przychodzą łatwo. Gorące lato zachęca raczej do leniuchowania, niż do twórczej pracy, potrafiąc zniechęcić nawet do grania w gry wideo. Ale są takie produkcje, które nie tylko zachęcają do ich sprawdzenia, ale swoim klimatem mogę nieco studzić gorący wokół nas klimat, i to w dobrym tego słowa znaczeniu. Równie gorącą, jak tempretarura na zewnątrz premierą tego lata stała się bowiem kolejna odsłona polskiej produkcji przygodowej, stworzonej przez OhNoo Studio, zatytułowana Tormentum II, gry na którą przyszło nam czekać ponad dekadę. Nowy tytuł, który wyszedł spod skrzydeł rodzimego studia miał swoją premierę 23 lipca, a ja miałam przyjemność sprawdzić ową przygodówkę i opisać na blogu dzięki uprzejmości twórców, za co serdecznie w tym miejscu dziękuję. Was tymczasem zapraszam do poniższej recenzji, która mam nadzieję zachęci do sprawdzenia tej gry osobiście, bo nadmienię od razu, zdecydowanie warto! 

Inne przykładowe recenzje na moim blogu:

Jak wspominałam powyżej opowieść w mrocznym świecie fantasy, inspirowana twórczością malarzy H.G.Gigera i Zdzisława Beksińskiego miała swój początek ponad dekadę temu, a dokładnie w marcu 2015 roku. Wtedy to na growym rynku pojawiło się Tormentum: Dark Sorrow, którego recenzję oraz poradnik/solucję znajdziecie na moim blogu. Po drodze rodzime OhNoo Studio zboczyło nieco z mrocznego, ciężkiego klimatu, oddając w ręce graczy przygodówkę wprawdzie nawiązującą do fantasy-baśniowego stylu, ale w bardziej wesołym klimacie, znaną jako TSIOQUE, której poradnik/solucję znajdziecie w dziale "Moja twórczość"

Wiele lat przyszło graczom, którzy zaczynali po cichu wątpić w kontynuację opowieści, a przynajmniej w powrót do mrocznego świata, który finalnie nie umarł śmiercią naturalną, a odrodził się do życia z jeszcze większą mocą i dużą obszerniejszą zarówno fabularnie, jak i zadaniowo, treścią. Tormentum II wynagrodziło graczom czekanie, ponownie przenosząc do ciężkiego, klimatycznego świata, który połączył technologiczną przyszłość, współczesność, z atmosferą co tu kryć, bardzo dobrej poprzedniczki.

W najnowszej odsłonie, która powstawała przez osiem lat, będąc zapowiedzianą w październiku 2018 roku, mamy okazję przenieść się do przyszłości, do rzeczywistości, która została mocno przekształcona przez technologię, bezpośrednio wpływającą na ludzi, ich stan, życie, na ich umysły. Poznajemy w niej Dawida, młodego programistę pragnącego stworzyć symulację znaną jako Tormentum, niepowtarzalną, niebanalną, wyjątkową. Napędzany swoimi pragnieniami i chęcią sukcesu, sam boryka się z własnymi demonami, a dokładnie z nocnymi majakami, w których widzi tajemniczą skrzynię, i słyszy równie tajemniczy, wzywający go kobiecy głos. 

Pewnego dnia Dawid otrzymuje wiadomość od tajemniczego sprzedawcy, który ma mu do zaoferowanie pewien procesor, który nasz bohater oczywiście kupuje. Po zainstalowaniu go w serwerze i na swoim komputerze, domowa, i znana mu rzeczywistość zaczyna się wypaczać, zmienia się, a on sam trafia do nieznanego mu miejsca. Staje się więźniem na pewnej wyspie znajdującej się na środku morza.

Szybko przekonuje się, że trafił do świata, który sam stworzył, a który z jeszcze nie znanych mu przyczyn nie jest w najlepszym stanie. Nie to jest jednak najdziwniejsze. Kraina którą jest jego własną symulacją, jest jednocześnie swoistym bytem, mającym wolną wolę i potrafiącym kontrolować nie tylko życie w tym miejscu, ale i jego mieszkańców. Wspomina się tu o bogach, którzy jak szybko i nagle się pojawiają, tak i szybko i sekretnie, znikają. 

Wkrótce okazuje się, że poznanie tego miejsca, rządzących się tu praw oraz ucieczka z symulacji do własnego życia nie będzie wcale taka prosta. Na barkach Dawida będzie "poprawienie" tego świata, wykonanie wielu zadań, odkrycie mnóstwa tajemnic i odnalezienie skrzyni, o której jeszcze nie tak dawno śnił po nocach. 


Tormentum II nie jest bezpośrednią kontynuacją jakże docenionej poprzedniczki. To samodzielna gra przygodowa, w bardzo podobnym klimacie, ponownie nawiązująca atmosferą i graficznym stylem do nadmienionych już przeze mnie malarzy. To klimatycznie ciężka opowieść, w której nie brakuje cierpienia, gorzkiej nostalgii, bólu, a nawet śmierci. Gra traktowana jako horror, jest nim bardziej pod względem psychologicznym, nadając opowieści zagadkowej mroczności. Atmosfera nie jest tu łatwa, nie jest ani lekka, ani przyjemna, ale jeśli polubiliście klimat Tormentum: Dark Sorrow, to w recenzowanej przeze mnie grze również się odnajdziecie. 

Gra nie wymagająca znajomości swojej poprzedniczka, będąca zupełnie inną opowieścią, poprowadzi Was przez surrealistyczny świat, z równie surrealistyczną historią, w której dialogi pisane są w iście poetyckim, podniosłym, ale i ociekającym grozą i mrokiem stylu. 

Świat Tormentum II nie jest wesoły. Wprost przeciwnie, jest smutny, przytłaczający, momentalnie moralnie trudny, ale jest i niewiarygodnie pociągający, intrygujący i zdecydowanie bardziej rozbudowany. Pierwsze Tormentum było grą treściową, zwięzłą fabularnie, nie stroniącą od zagadek i minigier, ale dość krótką. Lata pracy nad projektem, który obawiano się, że może nie powstać, zaangażowanie jest twórców - Piotra Ruszkowskiego i Łukasza Rutkowskiego, zaowocowały grą, której przejście zająć może Wam nawet kilkanaście godzin. Przeciętny czas rozgrywki Tormentum II, podawany przez jej autorów, to od 8 do 12 godzin, które wypełnia nie tylko ciekawa fabuła, rodem z opowieści fantasy, z domieszką sci-fi i wszędobylskiej, ręcznie rysowanej grozy, ale i niesamowita ilość zagadek, zadań, minigier i dialogów.

Recenzowana przeze mnie przygodowa produkcja jest klasyczną przygodówką w rozgrywce "wskaż i kliknij", obsługiwaną za pomocą myszy. Gracz może jednak posłużyć się również kontrolerem, by wygodnie, siedząc na kanapie, bądź fotelu, delektować się surrealizmem opowieści i graficznym artyzmem.

Przygodowa klasyka point-and-click to oczywiście czynności typowe dla tego gatunku, czyli eksploracja, zbieranie i używanie przedmiotów, liczne rozmowy pchające fabułę do przodu, ale i wyzwania natury przedmiotowej i logicznej. Nie inaczej jest w przypadku Tormentum II, w którym zaczynając od rzeczywistości, i przechodząc do świata symulacji, rozpoczynamy wędrówkę po licznych lokacjach, wędrując po ponad dwustu ręcznie rysowanych scenach. O grafice wspomnę jednak za moment, zatrzymując się chwilę nad samą rozgrywką i growym interfejsem.

Podstawą zabawy z Tormentum II jest badanie odwiedzanych miejsc, zbieranie przeróżnych przedmiotów, łączenie ich i manipulowanie. Zebrana rzecz, która często prezentuje się równie surrealistycznie, i równie artystycznie koszmarnie, ale jakże piękno, trafia do klasycznie prezentującego się ekwipunku. Ten zamknięty został w skrzyni zlokalizowanej w prawym dolny roku. Jej otwarcie powoduje wysunięcie się wszystkich zebranych przedmiotów, która mają swoją nazwę, a które najczęściej używamy wkrótce po ich odnalezieniu. 

Nasz bohater wyposażony jest również w notatnik, tym razem umieszczony przez twórców po przeciwnej stronie. Nie służy on nam jednak do spisywanie zadań i celów, jakie stawia przed nami gra, choć czasami by się to przydało, ale do robienia notatek, przerysowywania ważnych wskazówek, mających na celu pomoc w zadaniach z jakimi wkrótce przyjdzie się nam zmierzyć.

A tych jest w grze naprawdę dużo. Wspominałam przy okazji recenzji pierwszego Tormentum, które podobnie jak i nowa jego odsłona, nie będzie nas dręczyć zręcznościówkami, czasówkami, walkami czy elementami skradankowymi, że gra miała do zaoferowanie sporą ilość przeróżnych zagadek o dość wyważonym stopniu trudności. Ale nadmieniłam również, że była przygodówką dość krótką.

W przypadku omawianej przeze mnie przygodowej opowieści, z racji jej dwa razy dłuższej rozgrywki, ilość stawianych przed graczem zagadek, zdecydowanie wzrosła. Tak właściwie można by było nazwać ten tytuł przygodową grą logiczną w klimacie grozy. Tu niemal każda miejscówka, a przypomnę że mamy ich kilkaset, ma do zaoferowanie jakąś tajemnicę, którą poznamy właśnie dzięki zmierzeniu się z zagadką logiczną. 

Zadaniowa część owej przygodówki jest stworzona tak, by w rozgrywce mogli odnaleźć się nie tylko zaawansowani przygodówkowo gracze, mający za sobą sporą ilość logicznych wyzwań, ale również ci, którzy z przygodówkami mają okazję zaznajamiać się sporadycznie i bardzo okazjonalnie. Stąd wśród minigier, zadań logicznych i łamigłówek znalazły się wyzwania o dość przeciętnym stopniu trudności, do których w swoim notatniku znajdziemy podpowiedź, i które nie zatrzymają żadnego gracza na dłużej niż by tego oczekiwał. Znajdą się oczywiście "starzy wyjadacze przygodowi", którym marzyłaby się nieco wyższa trudność logicznych wyzwań, ale z racji na ilość zagadek, myślę, że nie ma powodów do narzekań. 

Tormentum II to mroczne dark fantasy, ale i pewna dawka science-fiction, nawiązująca do współczesnych ludzkich dylematów i obaw. Gra zapowiedziana osiem lat temu, stała się tematycznie bardzo, ale to bardzo aktualna. Znajdziemy w niej bowiem nawiązania do świata sztucznej inteligencji, która symuluje, często nazbyt wiarygodnie, ludzką rzeczywistość, zaburzając realny poziom percepcji. Coś co było jedynie sci-fi, staje się faktem. Stajemy, podobnie jak bohater gry, już nie jak w pierwszej części, bezimienny, przed pytaniem co jest prawdą, a co jedynie sztucznym tworem, symulatorem życie, ułudą, a nawet fałszem. 

W dobie tak zwanych "fake newsów", w czasach gdy AI jest w stanie wygenerować niemal wszystko, często podszywając się pod rzeczywistość, tematyka Tormentum II nabiera innego, ludzkiego i bardzo realnego wymiaru, choć wciąż jest jedynie wytworem wyobraźni twórców.

A ta wyobraźnia obrazowana jest nie tylko poprzez klimatyczną fabułę, ociekającą mrokiem, groteską, koszmarem, a nawet bólem. Pełnię surrealizmu tej opowieści widzimy po przybyciu do Tormentum, które odsłania w całej krasie graficzną, przytłaczającą, ale jakże pociągająco piękną grozę. Surrealistyczne lokacje, również niebanalne postaci, rzeźby rodem z obrazów Beksińskiego. Trud, znój, upokorzenie i rozpad. Wszystko to zamknięte w niesamowicie klarownych tematycznie lokacjach, z których każda kolejna jest jeszcze mroczniejsza, jeszcze bardziej fascynująca.

Do wielu z przedziwnych, trochę pokręconych, z pewnością wyjątkowych graficznie miejscówek, dotrzemy dzięki mapie, odsłanianej nam przez kolejne postaci, gdy tylko czymś się im przysłużymy. Aby móc im pomóc, musimy najpierw z nimi porozmawiać. Podobnie jak w przypadku Tormentum: Dark Sorrow, tak i w recenzowanej przeze mnie przygodówce, mamy do czynienia z grą pozbawioną dialogów mówionych. Ogrywamy zatem tytuł jedynie z napisami, w tym również w języku polskim. 

Z poprzedniczką ów tytuł łączy nie tylko klimat, nie tyle styl graficzny, który jest tu bardzo podobny, choć Tormentum II ma do pokazania zdecydowanie więcej, a także mnogość zagadek, ale i konieczność podejmowanie moralnych wyborów. Podczas rozgrywki nie raz i nie dwa podejmować będziemy wybór, decydować się będziemy na decyzję, które finalnie zmienią nieco fabułę, pozwalając na przejście gry w różny sposób. 

Dość długa przygodówka, zdecydowanie dłuższa niż ta z roku 2015, może wydłużyć się o kolejne godziny, dzięki podejmowanym wyborom. Oczywiście można sprawdzać jak dana decyzja wpłynie na rozgrywkę, poprzez zapisywanie gry, a oferuje ona ręczny zapis, a potem wczytywanie rozgrywki ponownie, ale pełną satysfakcję z zabawy czerpać będziemy z ponownego jej przejścia. 

Na uznanie, i to duże zasługuje również ścieżka dźwiękowa, szczególnie muzyczna, która w wielu lokacjach, i w wielu momentach robi tak zwaną robotę. Oprawa muzyczne tego rozbudowanego, mrocznego tytułu potrafi zdziałać cuda, zbudować atmosferę ciężkości, mroku, tajemnicy, a nawet grozy, tworząc z przygodówki bez mówionej gadaniny, tytuł pełny jakże surrealistycznego, nierzeczywistego, często przesiąkniętego bólem życia. 

Podsumowując, Tormentum II to samodzielny, przygodowy tytuł osadzony w świecie znanym z poprzedniej odsłony tejże serii, ale jednocześnie pozwalający sprawdzić grę bez względu na to czy znany Tormentum: Dark Sorrow, czy też nie. To również gra, która swoim klimatem, swoim surrealistycznym, często brutalnym, ale jakże wymownym i jak surowym, poziomem rozgrywki, atmosferą i ilością zagadek, może zachęcić graczy nie znających tej serii, na przyjrzenie się, na poznanie jej początków, a być może na zapoznanie się z całością twórczości OhNoo Studio. 

Ta klimatyczna opowieść przenosząca gracza w mroczne dark-fantasy, zahaczające o science-fiction, nawiązująca do współczesnych, ludzkich dylematów, w tym wpływu sztucznej inteligencji na ludzką rzeczywistość, potrafi zaciekawić fabułą, zaangażować ciężką atmosferą i zachwycić niesamowitą grafiką. Kunszt, artyzm wykonania, niesamowitość surrealistycznych lokacji, które przykuwają uwagę gracza na dłuższe chwile, potęgowany jest zmyślnie zaprojektowanymi zagadkami, których w grze znajdziemy niesamowitą ilość. Twórcy postawili na zadania o przeciętnym poziomie trudności, pozwalając na cieszenie się rozgrywką także początkującym, raczkującym w gatunku przygodowych graczom.

Klasyczna forma rozgrywki, pozbawiona elementów zręcznościowych, czasowych i walk, pozwala delektować się atmosferą, bez niepotrzebnego pośpiechu i nerwowości, za którą osobiście w przygodówkach nie przepadam. 

Tormentum II to gra stworzona tak, by móc przejść ją nie jeden, a przynajmniej dwa, a może i więcej razy. Pozwalają na to wbudowane do rozgrywki wybory moralne, z którymi, by popchnąć fabułę do przodu, musimy się zmierzyć. 

To także przygodówka, której twórcy umieli wykorzystać czas poświęcony na jej tworzenie.  Zdecydowanie dłuższa, bardziej rozbudowana, z wieloma lokacjami do zwiedzania, z mnóstwem postaci do rozmowy, w grze, muszę tu nadmienić, dostępnej jedynie z napisami, bez dialogów mówionych. 

Na plus, oprócz wciągającej fabuły, niesamowitej grafiki i mnogości zagadek, również klimatyczna ścieżka muzyczna, która zdecydowanie podbija atmosferę, nadając każdej lokacji wyjątkowego wyrazu tajemnicy, mroku i pewnej niepowtarzalności. 

Jeśli polubiliście pierwsze Tormentum, jeśli odnaleźliście się w jej klimacie, to kolejna odsłona tej serii, niezależna fabularnie, ale mocno w jej klimacie, z pewnością Was zachwyci, pozwalając na wiele godzin stać się uczestnikiem surrealistycznej historii w symulacyjnym świecie, który odpowiada na pytania, ale równie wiele ich zadaje. Polecam serdecznie ten tytuł, bo zdecydowanie warto!

Moja ocena 9/10. 

Serdecznie dziękuję OhNoo Studio za udostępnienie gry do recenzji!

Grałam w wersję na komputery PC - Steam.

Zalety:

  • Wciągająca fabuła;
  • Niesamowity, niepowtarzalny klimat;
  • Mroczny surrealizm;
  • Atmosfera niewypowiedzianej grozy;
  • Klimatyczna grafika;
  • Doskonała ścieżka muzyczna;
  • Wybory i decyzje;
  • Możliwość przejścia gry więcej niż raz;
  • Mnogość zagadek i zadań;
  • Możliwość ręcznego zapisywanie gry;
  • Klasyczna rozgrywka point-and-click

Wady:

  • Łamigłówki czasami zbyt proste;
  • Notatnik mógłby być bardziej rozbudowany

poniedziałek, 20 lipca 2026

Threshold of Awakening - recenzja. Zagadkowa misja w Tybecie

Threshold of Awakening - recenzja. Zagadkowa misja w Tybecie

 

Serdecznie zapraszam do przeczytania kolejnej recenzji gry przygodowej na moim blogu. Tym razem opisuje polską przygodową wizualną powieść, grę w klimacie grozy, zatytułowaną Threshold of Awakening. Miłej lektury!

Pod koniec czerwca, czyli można już napisać prawie miesiąc temu swoją premierę na platformie Steam miała przygodówka autorstwa polskiego studia Astrolabe Stories, którą miałam okazję poznać w pełnej wersji i zrecenzować właśnie dzięki uprzejmości jej twórców. Gra będąca klasyczną wizualną powieścią w klimacie grozy zabrała mnie do dalekiego Tybetu, w którym przyszło mi zmierzyć się z zagadką zaginięcia męża niejakiej Jane Ferguson. Co myślę o Threshold of Awakening? Dla kogo jest to gra, i czy warto ją poznać? O tym w mojej recenzji, do której przeczytania serdecznie Was zachęcam!

Inne przykładowe recenzje dostępne na blogu:

Mój pierwszy kontakt z Threshold of Awakening miał miejsce prawie dwa lata temu, w sierpniu 2024 roku, kiedy miałam okazję poznać jej fragment, a na blogu pojawiły się wrażenia z wersji demonstracyjnej. Przyznam się, że tytuł ów mocno mnie wtedy zaintrygował, szczególnie klimatem, wizualnym stylem i tematykę nadprzyrodzoności, paranormalności, duchowości i wszystkim tym, czym po trosze się interesuje. Na pełną wersją gry, o której niestety za wiele się nie mówiło, i wciąż nie mówi, nawet przez jej twórców, przyszło mi jednak trochę poczekać. 

Zagrałam w nią, już w całości, ze względu na życiowe perturbacje z małym opóźnieniem, mogąc się dzięki pełnej grze, upewnić, że jest to tytuł skupiający się na klimacie grozy, ale nie w sposób dosłowny. Recenzowana przeze mnie gra jest pełnoprawną visual novel, czyli dziełem nastawionym na narrację i wybory, które w mniejszym i większym stopniu decydują o tym jak potoczy się fabuła. Poza tym jest opowieścią dla której inspiracją stała się jakże wdzięczna, ale i jakże często wykorzystywana, także w przygodówkach proza mistrza gatunku grozy H.P.Lovecrafta. Mamy zatem do czynienie z horrorem, ale jest to horror w psychologicznym stylu, który nie zamierza przerażać nas "straszakami", ale wpływać na nasze odczucia, wzbudzać uczucie niepokoju, i dotykać moralnych dylematów. 

Wspominałam, że podczas rozgrywki, o której nieco więcej napisałam poniżej, przenosimy się do dalekiego Tybetu, miejsca które ma swoją kulturę, swoje wierzenia i swój rodzaj mistycyzmu, do którego gra mocno nawiązuje. Oprócz wspomnianego już Lovecrafta, który słynie z kosmicznej, niewypowiedzianej i namacalnej grozy, w grze natkniemy się jeszcze na historię, która czerpie garściami z Tybetańskiej Księgi Umarłych. Sporo jest w grze tradycji Tybetu. Wspomina się o Yeti, nawiązuje do duchowości i duchów, przytacza się legendy. 

Przenosi nas tym samym w świat buddyzmu i rytuału tej religii, w którym w obecności zmarłego odczytuje się tekst, który opisuje proces umierania i stan umysłu podczas przejścia. Threshold of Awakening nie jest grą lekką fabularnie, i mimo swojemu rysunkowemu klimatowi, nie jest tytułem przeznaczonym dla najmłodszych. Dzieje się tak z kilku powodów. 

Po pierwsze fabuła potrafi przenieść gracza w klimat śmierci, i ceremonii pogrzebowych dalekich od wpojonych nam i przyjętych rodzimych kulturowych i religijnych zasad. Znajdziemy w niej pewną dawkę brutalności, nawiązanie do przemocy, w tym temat samookaleczeń. Nie brak w grze również języka, który uważa się na niecenzuralny. Klimatyczna opowieść z grozą, raczej słowną, niźli obrazową, raczej psychologiczną, a nie dosłowną, jest tytułem dla osób lubiących klimat, ceniących sobie poznawanie innych kultur i atmosferę tajemniczości. 

To również tytuł, który charakteryzuje się bardzo gęstym klimatem, budującym napięcie bardzo powoli, stopniowo, zachęcającym jednocześnie do poznawania gry w różny sposób, dzięki podejmowanym decyzjom i wyborom, z racji swojej nieliniowości. 

Historia opowiedziana w Threshold of Awakening na początku przenosi gracza do Nowego Jorku, gdzie żyje i pracuje właścicielka restauracji Jane Ferguson. Wkraczamy wraz z tą młodą kobietą do Stanów Zjednoczonych lat 60. ubiegłego wieku. Jane od wielu lat nie wie co przydarzyło się jej mężowi. Siedem lat temu Mark, mężczyzna pracujący jako agent GIA wyjechał na misję w Tybecie, i ślad po nim zaginął. 

Ale pewnego dnia Jane otrzymuje telefon dotyczący jej zaginionego męża, który może nie tylko wyjaśnić to co było do tej pory niewyjaśnione, ale przede wszystkim odkryć sekret jego tajemniczego zniknięcia. Aby móc zrealizować postawiony przed nią plan, nasza bohaterka musi udać się do wspomnianego Tybetu, gdzie krok po kroku odkryje coś, czego o swoim mężu nie wiedziała. Pozna sekret i samą siebie dzięki naukom starożytnego klasztoru mnichów i Tybetańskiej Księgi Umarłych. Zmierzy się z duchowością, a nawet wykroczy poza ziemską cielesność. 

Threshold of Awakening to jak napisałam powyżej wizualna powieść, której istotą są dialogi, rozmowy i wybory, często czysto moralne, stawiające gracza na granicy psychicznej wątpliwości. Nieliniowa rozgrywka, która poprzez wybory kształtuje fabułę, powoduje, że dzięki decyzjom grę możemy przejść w różny sposób, poznając jej szczegóły mocniej, albo zdecydowanie mniej.

Wszystko dzięki wprowadzeniu w grze różnych stanów osobowych Jane. Oprócz ciała fizycznego nasza żeńska protagonistka ma także ciało astralne. Zarówno jedne, jak i drugie wpływa na rozgrywkę na tyle, by niepostrzeżenie zakończyć zabawę przed czasem, nazbyt raniąc swoje ciało. Poprzez wybory, ale i dzięki zadaniom przed nami postawionym, w tym licznym minigrom, układankom i misjom, możemy nie tylko ochronić nasze fizyczne życie, ale i zyskać wyższy poziom ciała astralnego, poprzez dodanie kolejny aur, na przykład "przebudzenia" czy "współczucia". 

Dzięki decyzjom, czasami wydawałoby się błahym, zadaniowa część rozgrywki może również się nieco zmieniać, dając nam możliwość na zmierzenie się z większą liczbą minigier, co pozwoli nie tylko lepiej poznać fabułę, ale i wpłynąć na ciało i ducha. 

Niestety pewna część zadań jest czasowa, czego ja niestety w grach nie lubię. Uważanie na to, by zmieścić się w danym zakresie czasowym, radząc sobie z układanką czy innym zadaniem, nie jest tym co mi się podoba. Nie należy się jednak (na szczęście) obawiać, że nie zmieszczenie się w z góry ustalonym czasie spowoduje, że w grze się zatniemy. Obojętnie czy poradzimy sobie z zagadką czy też nie, rozgrywka potoczy się dalej, choć nie gwarantuje to pewnego i pożądanego przez nas zakończenia. 

Threshold of Awakening to przygodówka "wskaż i kliknij", obsługiwana za pomocą myszy, jednak bez zbierania i używania przedmiotów. Twórcy postawili w niej na eksplorację i narrację, dodając do gry dodatkowe elementy rozszerzające świat tej produkcji. 

Do dyspozycji mamy pamiętnik Jane, w którym zapisywane są istotne w owej przygodzie momenty i wydarzenia. Znajdziemy także opis postaci, na które w grze się natkniemy, a także zwiedzanych przez nas lokacji. Oprócz tego sprawdzimy stan naszego ciała, zarówno fizycznego, jak i astralnego - duchowego. 

Często od nas samych, od tego jak chcemy grać zależeć będzie ile treści w recenzowanej przeze mnie grze poznamy. Możemy bowiem podczas dialogów wypytać daną osobę o tematy nie związane bezpośrednio z fabułą, dające nam, między innymi, poznać nieco bliżej kulturę Tybetu, miejsca które odwiedzamy, czy towarzyszące temu regionowi świata legendy. Gra w pewnym sensie nagradza naszą dociekliwość i dokładność, pozwalając cieszyć się pełniejszą rozgrywką, dłużej w grze pozostając. 

Graficznie, jak już wcześniej nadmieniłam, Threshold of Awakening to przygodówka stworzona w ręcznie rysowanym 2D. Dwuwymiarowe lokacje, z rysowanymi postaciami, z ręcznie malowanym i opisywanym ołówkiem pamiętnikiem, prezentują się całkiem przyzwoicie. Choć gra ma do pokazania barwne, malowane lokacje, nie brakuje w niej także mroczniejszych, bardziej przerażających, dobitnych momentów. Groza przedstawiana jest tu rysunkami, które pojawiają się w wizjach, snach czy wspomnieniach. 

Opisywany przeze mnie tytuł jest produkcją niezależną, grą niewielkiego, jak wspomniałam polskiego studia, które nie zdecydowało się na dodanie do swojego projektu dialogów mówionych. Rozgrywka, którą poznamy również z polskimi napisami, co wcale nie jest takie oczywiste w przypadku rodzimych gier, oferuje także kilka innych językowych lokalizacji.

Niestety w tej sferze growej całości, natknąć możemy się na pewnie niedoróbki. Wiele tekstów, szczególnie w późniejszym etapie gry, nie jest przetłumaczona na język polski, a w innych tekstach znajdziemy dziwne wstawki/wtrącenia w języku angielskim. Nie wiem czy jest to celowe działanie twórców, czy zwyczajnie braki w tłumaczeniu. 

Pozostając jeszcze przy pewnych niedociągnięciach, które ten niezależny tytuł niestety posiada, muszę zwrócić jeszcze uwagę na bug polegający na skaczącym tekście na ekranie, który skutecznie utrudniał mi rozgrywkę, bardziej irytując, niźli uniemożliwiając dalszą zabawę. 

Słabszą stroną recenzowanej przeze mnie przygodówki jest również sama muzyka, która jest dość powtarzalna, a czasami niezbyt wyczuwalna i mało zapamiętywalna. Na szczęścia dźwięki muzyki to nie wszystko. W czasie zabawy z ową grą wprawdzie nie towarzyszą nam teksty mówione, ale dźwięki otoczenie są wyraźnie zarysowane, niejednokrotnie na tyle, że skutecznie potrafią podbić klimat. 

Podsumowując, Threshold of Awakening to mały, niezależny przygodowy projekt, który pochwalić może się fabułą pełną tajemnic, mistycyzmu i duchowości. To klasyczna wizualna powieść, która opowieść buduje dzięki grozie, ale nie dosłownej, a psychologicznej, czerpiąc inspirację z Lovecrafta i Tybetańskiej Księgi Umarłych. To tytuł odpowiedni dla graczy którzy nie zamierzają ślęczeć nad zagadkami, choć tych w grze nie brakuje, dla tych, którzy wolą pobudzającą narrację, i eksplorację, ale i poznawanie sekretów, które gra odsłania stopniowo.

Nieliniowa opowieść bazująca na wyborach i decyzjach, pozwalająca na zgłębianie fabuły bardziej, lub mniej dokładnie, zachęca i jednocześnie pozwala na przejście gry więcej niż jeden raz. Skupienie się na ciele fizycznym i astralnych jest czymś co dodaje recenzowanej przeze mnie grze świeżości i inności wobec pozostałych tytułów z gatunku visual novel.

Miła, ręcznie rysowana grafika, nawiązująca również do kultury Tybetu, przeplatana jest momentami grozy, która buduje klimat poprzez bardzo wymowne, czasami krwawe rysunki, które w połączeniu z ogólnym klimatem gry, wskazują na przygodówkę dla raczej dorosłego gracza.

Niestety omawiania przeze mnie gra nie uniknęła pewnych niedoróbek i błędów. Natknęłam się w niej na nieprzyjemne skakanie obrazu, ale i na sporą ilość nieprzetłumaczonego na polski tekstu. 

Nie mniej jednak, jeśli lubicie niewypowiedzianą, bardzo zagadkową i stopniowo poznawaną grozę, tematyka wizualnych powieści nie jest Wam obca, no i chcecie wesprzeć polski projekt, to najwyższy czas to zrobić. 

Moja ocena 6.5/10. 

Bardzo serdecznie dziękuję twórcom, studiu Astrolabe Stories za udostępnienie gry do recenzji!

Grałam w wersję na komputery osobiste PC - Steam

Zalety:

  • Ciekawa fabuła;
  • Stopniowe odsłanianie sekretów;
  • Sporo minigier;
  • Tematyka Tybetu;
  • Klimat grozy;
  • Możliwość zagrania po polsku;
  • Wybory i decyzje wpływające na rozgrywkę;
  • Możliwość przejścia gry więcej niż raz;
  • Miła dla oka grafika

Wady:

  • Braki w tłumaczeniu;
  • Bug ze skaczącym obrazem;
  • Nieco nudnawa ścieżka muzyczna

czwartek, 16 lipca 2026

The Mermaid Mask - recenzja. Kontynuacja przygodowej serii, ktorą zdecydowanie warto poznać

The Mermaid Mask - recenzja. Kontynuacja przygodowej serii, ktorą zdecydowanie warto poznać

 

Serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji przygodowej gry detektywistycznej, kontynuacji dobrze przyjętej serii o detektywie Grimoire i jego towarzyszce Sally. Oto recenzja The Mermaid Mask!

Serię o detektywie Grimoire poznałam stosunkowo niedawno, bo w marcu tego roku od przygodówki o tytule Detective Grimoire, która swoją premierę miała w roku 2014, a której recenzję umieściłam na moim blogu. Zachęcona intrygującym stylem poprowadzenia narracji, ciekawym klimatem, wciągającą detektywistyczną fabułą i intrygującymi postaciami, oczywiście sprawdziłam kolejną grą z tej serii. I tak kilkanaście dni później na blogu pojawiła się recenzja Tangle Tower, gry, która choć zachowała swoją formę, to wyraźnie rozwinęła skrzydła. Zapragnęłam zatem sprawdzić także najnowszą część tego doskonałego, przygodowego cyklu, który w grze pod tytułem The Mermaid Mask ma swoją premierę właśnie dzisiaj. Grę miałam okazję sprawdzić dzięki twórcom, a jest to podobnie jak w przypadku dwóch poprzednich gier studio SFB Games, za co serdecznie dziękuję. 

Inne recenzje mojego autorstwa dostępne na blogu:

Przygoda z The Mermaid Mask w pełnej jej wersji nie jest moim pierwszym z nią spotkaniem. Fragment tejże opowieści miałam okazję sprawdzić w wersji demonstracyjnej, z której wrażenia zamieściłam na blogu. Demo oczywiście nie dało mi wglądu w pełen zasób dobroci tej klasycznej, a jednak jakże innej rozgrywkowo gry przygodowej. Odczułam na własnej skórze, że twórcy jednocześnie dotrzymali kroku poprzedniczce, jak i wyszli przed szereg, dokładając do gry nowości, usprawniając śledcze dochodzenie, dodając pewien system podpowiedzi, nowości graficzne, a przede wszystkim znacznie wydłużając rozgrywkę, którą ustalono na kilkanaście godzin. Mnie jednak zajęła ona zdecydowanie więcej czasu. Ale po kolei...

Historia pozwala ponownie wcielić się w detektywa Grimoire i jego towarzyszkę w śledztwie, sympatyczną Sally, którzy zostają wezwani do pewnego opuszczonego miasteczka rybackiego przez tajemniczego kapitana o nazwisku Seafoam. Mają udać się na pokład statku podwodnego zwanego Mortuga, na którym w zamkniętej kajucie, w towarzystwie starożytnego kotła, podobno otwartego po raz pierwszy, znaleziony zostaje martwy kapitan Magnus Mortuga, człowiek równie tajemniczy jak ów starożytny przedmiot, uważany za nieśmiertelnego podróżnika w czasie, wampira, a nawet osobnika dotkniętego klątwą.

Zadaniem naszej jakże sympatycznej pary, która świetnie się dogaduje, ale umie również rzucać wobec siebie, czego mistrzynią jest Sally, celnymi słownymi ripostami, jest eksploracja każdego zakamarka bardzo specyficznego podwodnego statku, pełnego sekretów, sprawdzenie, czy za śmiercią kapitana nie stoi oby wspomniane klątwa, a może jego zabójcą jest jeden z członków dość ekscentrycznej, mającej swoje zdanie załogi. 

Detektywistyczne zadanie leży w rękach naszej doborowej pary detektywów, którymi przyjdzie nam dowodzić. A zrobimy to w znany już fanom serii sposób, w rozgrywce "wskaż i kliknij", za pomocą komputerowej myszy, bądź kontrolera. Osobiście grałam właśnie za pomocą komputerowego gryzonia, więc pozwolicie że moja recenzja odnosić się będzie do takiego właśnie sterowania. 

Jak w klasycznej przygodówce skupionej na sterowania point-and-click przystało, wystarczy, że klikniemy na dany przedmiot, by go obejrzeć, bądź zabrać do naszego ekwipunku. Nie jest to jednak inwentarz taki jaki spotykamy w większości klasycznych przygodówek, ale zupełnie taki sam jak w przypadku wspomnianego już Tangle Tower. Ilość zebranych podczas dochodzenia przedmiotów jest imponująca, na tyle duża, że z czasem możemy mieć mały problem z wybraniem właściwej wskazówki, która posunie dochodzenie do przodu. Ale autorzy gry znaleźli na to sposób. Otóż w przeciwieństwie do wspomnianej poprzedniczki The Mermaid Mask posiada system podpowiedzi, który nakieruje gracza w jakim kierunku ma podążać. Kliknąwszy bowiem na znajdujący się w czerwonej ramce znak zapytania, w każdym jego miejscu występowania, otrzymamy podpowiedź, która ukierunkuje nasze działanie. 

Podpowiedzi znajdziemy nie tylko w zarysie mapy pokoi, która prezentuje się podobnie jak w przypadku poprzedniej części, ale również w konkretnych działach dotyczących zebranych dowodów, postaci czy w samych zagadkach, których muszę tu nadmienić, jest naprawdę sporo. W tym przypadku podpowiedzi przekazuje nam nie sama gra, ale jej bohaterowie, którzy starają się objaśnić na czym polega postawione przed nami zadanie, jednocześnie nie dając jednoznacznego jego rozwiązania.

Podsumowując w grze utknąć oczywiście można, bo do przepytania mamy wiele osób, do zebrania i porozmawiania o nich mnóstwo przedmiotów, do eksploracji sporą ilość sekretów poukrywanych na podwodnym statku Mortuga, który będziemy odkrywać stopniowo, ale system growych wskazówek, rozgrywkę może nam znacznie ułatwić. Nie ponosimy tego kosztów, nie otrzymujemy za to ujemnych punków w dostępnej procentowej punktacji, która wskazuje ile gry udało się nam właśnie przejść.

A jak już wspominałam, recenzowana przeze mnie przygodowa opowieść nie należy do produkcji krótkich. Przewidziane przez jej autorów szesnaście godzin, może znacznie wydłużyć chęć porozmawiania z każdym na każdy temat, pogadanie o wszystkich dowodów i wskazówek, co często jest bardzo pomocne. Okazuje się, że nasi rozmówcy mają chęć opowiedzenia nam o każdej wskazówce, o każdej rzeczy, a często gęsto potrafią naprowadzić nas na nieoczekiwany trop. Możemy zatrzymać się kombinując przy licznych, przeróżnych zagadkach, z których każda jest inna, i każda zaoferuje graczowi różny stopień trudności. 

Wydłużenie czasu zabawy z detektywem i jego asystentką może również przynieść chęć klikania dosłownie na wszystko. Podobnie jak we wspomnianym już Tangle Tower, także w The Mermaid Mask nie istnieje podświetlanie interaktywnych miejsc w lokacjach, a one same nie są odpowiednio nazwane. Możemy obejmując dane miejsce znacznikiem w postaci sześcianu zaznaczyć odpowiednie miejsce w lokacji i dokładniej je zbadać, bądź zabrać przedmiot do ekwipunku, który z pewnością w śledztwie się nam przyda.

Autorzy wyciągnęli również lekcję z poprzedniego swojego projektu, który nie dawał nam jasnego i konkretnego finału, zostawiając graczy w poczuciu pewnego niedosytu brakiem zamknięcia historii mordercy. Zakończenie The Mermaid Mask jest bardziej satysfakcjonujące, a dla wielu z Was będzie pewnie i będzie zaskakujące. 

Ale żeby dojść do zakończenie opowieści, należy przejść najpierw przez wszystkie rozdziały gry i następujące po sobie elementy dochodzenia. A składają się na nie między innymi rozmowy z pasażerami tego podwodnego pojazdu. A postaci owej gry są nie tylko bardzo charakterystyczne, ale również pełnią na statku swoją rolę, a każdy z nich ma swoje bardzo specyficzne miejsce na statku. 

Akcja gry rozgrywająca się jedynie właśnie na nim, w żadnym razie nie może i nie jest nudna, i to nie tylko za sprawą barwnych postaci, ale również dzięki niesamowitym lokacjom. Podczas wielu godzin przebywanie na statku, będziemy mieli okazję doświadczyć na własne oczy zmienności recenzowanej przeze mnie przygodowki, poznając iluzjonistkę o ciekawym imieniu, doktora zajmującego się badaniem snu, pisarza i jego towarzysza aktora, nową, młodą panią kapitan, pełnego życia sprzedawcę i baloniarza, a nawet pół syrenę - pół kobietę. 

Postaci gry są intrygujące, ekscentryczne, zarówno zabawne, jak i poważne, skrywają tajemnicę, które sprawny gracz przygodowy z nich z pewnością wyciągnie. Są zwyczajnie ciekawe, a na dodatek każda w rozmowie znajduje się w ruchu, ma swoją indywidualną animację. Potrafią specyficznie się ruszać, mają swoje atrybuty, z którymi się nie rozstają, i tym razem również wskazują ręką istotny szczegół z przedmiocie, notatce czy dokumencie. Twórcy w doskonały sposób zadbali by bohaterowie tej barwnej, wielowątkowej, w pozytywny sposób pokręconej, detektywistycznej opowieści mieli nie tylko coś do powiedzenia, ale również nie byli w rozmowie jedynie statystami. 

Choć w grze, co niezwykle mnie cieszy znalazło się wiele nawiązań do poprzedniczki, choć system rozgrywki obydwa tytuły, które pozwolicie pozwolę sobie łączyć, mało od siebie różni, to opisywany przeze mnie projekt ma do zaoferowania nie tylko więcej treści, ale również nieco inaczej wyglądające rekonstrukcje wydarzeń, czy wspomnień i zdecydowanie większą ilość zagadek, minigier i zadań logicznych.

W tej grze pod względem logicznym każdy znajdzie coś dla siebie, każdy będzie zadowolony, bo każda zagadka jest inna, a poziom trudności jest tu w miarę dopasowany, czasami nieco trudniejszy, ale nie aż tak, by po czasie nie wpaść na właściwie rozwiązanie. 

Gracze, którzy znają cały ów przygodowy cykl ponownie zanurzą się w klasycznie detektywistyczną opowieść z mnóstwem wniosków i wskazówek, z ogromem dialogów, bo gra zdecydowanie stawia na gadaninę, ale również ze znajomym wypełnieniem pustych miejsc, do których należy wstawić odpowiedni obrazek, dobierając jednocześnie właściwą kwestię słowną. Działanie znane zapewne grającym w dwie poprzednie części tegoż cyklu, ma w przypadku The Mermaid Mask dodatkowe rozwiązanie. Otóż tym razem możemy posłużyć się przygotowaną przez twórców podpowiedzią. Po pierwszym nieudanym wyborze, pojawia się znak zapytania, który jeśli go klikniemy, pozwoli nam na zobaczenie czy wybrany element jest właściwy czy nie. Wskazuje to symbol łapki w górę, bądź w dół. 

Wspomniałam, że recenzowany przeze mnie tytuł to produkcja która czerpie fabularne treści z mnóstwa rozmów, które prowadzimy z niezwykle barwnymi postaciami, które jak zwykle są niesamowicie zdubbingowane. Zaletą wszystkich gier studia SFB Games, tak samo jak i tej, jest umiejętność doskonałego dobrania aktorskiej obsady swoich tytułów. The Mermaid Mask to gra, której bohaterów nie tylko doskonale się słucha, ale i poprzez odpowiednią modulację głosów aktorów, dbałość o szczegóły dialogowe, również szybko się z nimi utożsamia. 

Przekrój postaci od posiadającej śpiewny głos Symmetry, przez niskie brzmienie doktora Zephyra, pełnego animuszu i swoich dziwactw Godrika Grippa, wesołego aktora o imieniu Dirk, po próbującego pracować nad nową książką pisarza J.D. Wirmana, aż po mającą niesłychany węch Mariany Moon, nową kapitankę pannę Seafoam, aż po prawie syrenę Madam Tadpole. Każda z postaci aktorsko/głosowo pasuje do jej osobowości, a wierzcie mi, charakterek każda z nich posiada. 

No i jest oczywiście nasza niezawodna para detektywów, którzy powracają w takiej samej aktorskiej obsadzie, z równie ciętym humorem, celnymi ripostami i słownymi żartami. 

Niestety po raz kolejny bardzo, ale to bardzo mi smutno, że w zestawie aż dwunastu dostępnych języków, w jakich w grę można zagrać, nie znalazł się język polski. Brak polskiego tłumaczenie przygodówki, która stoi dialogami, rzuca bardzo specyficznym, angielskim żartem i nie szczędzi gier słownych, może być dla graczy nie operujących językiem obcym zbyt dobrze, przeszkodą i brakiem zachęty jej ogrania. 

Pozostając przy pewnych brakach, nie mogę nie wspomnieć, że według mnie wadą nie tylko tej, ale i poprzednich gier z tej serii jest niemożność zapisywania rozgrywki ręcznie. To jedna z tych przygodówek, której zapis odbywa się automatycznie. 

Nie sposób nie docenić również miłej dla oka grafiki, bardzo charakterystycznej dla tegoż studia. Jest ona w pełni rysowana ręcznie, łączaca 3 D z 2 D, ze statecznymi, malowanymi, bardzo kolorowymi, i bogatymi w szczegóły i różnorodność tłami. 

Rozgrywce towarzyszy niesamowita ścieżka dźwiękowa, która została wykonana przy udziale Budapest Art Orchestra.. I choć znajdziemy w niej znane motywy muzyczne, które obeznani z serią gracze z pewnością rozpoznają, ma w swoim repertuarze oszałamiającą ilość niesamowitych motywów muzycznych, umiejętnie podkręcając nie tylko klimat, ale i styl i miejsca, czyli pokoje które odwiedzamy. 

Podsumowując The Mermaid Mask to jedna z najlepszych, jak do tej pory, bo mniemam, że twórcy nie zakończą na tym swojej serii, części przygodowej, detektywistycznej opowieści. Niesamowicie długa, jak na współczesne standardy gier przygodowych produkcja, ma do zaoferowania wiele zarówno nowym, jak i powracającym do opowieści graczom. 

Ciekawa fabuła, z mnóstwem dialogów, z równie intrygującymi postaciami. Gra oferująca ogromną ilość wskazówek, które aż proszą się o zbadanie i przepytanie o nie charyzmatyczne, często zabawne postaci. Tytuł z mnóstwem zagadek, które znajdziemy niemal w każdym pokoju, zadań zarówno logicznych, jak i minigier, o różnym stopniu trudności, bez takich, przy których zatrzymać się można nazbyt długo, albo całkiem zastopować.

Gra dopasowana została do grającego, który może mieć trudności w odnajdywaniu odpowiednich wskazówek, bądź właśnie utknął, poprzez system podpowiedzi, które w przypadku części zadaniowo-logicznej, nie dają jednak, co również mnie cieszy, czystej odpowiedzi.

Niesamowita głosowa obsada aktorska, która w angielskiej wersji językowej, bo tylko tak gra dostępna jest w pełnym dubbingu, nie tylko podbija klimat, ale i nadaje każdej z postaci niebywała siłą przebicia i indywidualny charakter. W tej odsłonie wracają również aktorzy znani z poprzednich serii, którzy wcielają się w detektywa Grimoire i jego asystentkę Sally. Wzajemna chemia między tymi bohaterami, żarty i żarciki i angielski humor, nadają opowieści specyficznego klimatu, w którym nie brakuje bardzo dobrego i wyważonego humoru. 

Szereg ochów i achów na temat tej gry zamyka również przyjemna dla oka grafika, która buduje atmosferę gier z tej serii oraz ścieżka muzyczna, której ilości dobrych kawałków muzycznych odmówić zdecydowanie nie można. 

Niestety brakuje mi bardzo w The Mermaid Mask polskiej lokalizacji językowej, która w grze bazującej na tekście, z rozbudowanym angielskim na wyższym poziomie, byłaby bardzo potrzebna, szczególnie dla tych graczy, którzy przygodówki kochają, ale angielski nie jest ich mocną stroną. 

Tak czy siak, recenzowana przeze mnie przygodówka to dobry kawałek przygody, z bardzo satysfakcjonującym zakończeniem, gra, najlepsza część serii, którą zdecydowanie warto poznać.

Moja ocena 9/10.

Serdecznie dziękuję studiu SFB Games za udostępnienie gry do recenzji!

Grałam w wersji na komputery osobiste PC - Steam


Zalety:

  • Niesamowicie wciągajaca fabuła;
  • Doskonała kontynuacja serii;
  • Długość gry;
  • Ciekawe postaci;
  • Świetna obsada głosowa;
  • Mnogość zagadek i minigier;
  • Chemia między Grimoire a Sally;
  • Niepowtarzalny klimat;
  • Rewelacyjna ścieżka dźwiękowa

Wady:

  • Brak polskiej wersji językowej;
  • Brak ręcznego zapisywania rozgrywki

piątek, 26 czerwca 2026

A Lost Man: Chapter I - recenzja. Klasyka, zagadki i pewna doza surrealizmu

A Lost Man: Chapter I - recenzja. Klasyka, zagadki i pewna doza surrealizmu

 

Serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji przygodowej gry niezależnej, pierwszego jej rozdziału, zatytułowanej A Lost Man: Chapter I. Oto co sądzę o tej klasycznej, podzielonej na rozdziały grze, jej przygodowym początku. 

Dziś swoją premierę na platformie Steam miała przygodowa gra w klasycznym stylu "wskaż i kliknij". Przygoda stworzona i wydana przez Studio Arkos, zadebiutowała w pierwszym swoim rozdziale, szykując się tym samym do premiery części kolejnej. Tę klasyczną, wykonaną w ręcznie rysowanym stylu przygodówkę, z typową rozgrywką, zagadkami przedmiotowymi i ciekawymi łamigłówkami, miałam okazję sprawdzić i opisać w recenzji dzięki uprzejmości twórców. Za co oczywiście w tym miejscu serdecznie im dziękuję 😀Was natomiast zapraszam do lektury poniższego tekstu!

Inne przykładowe recenzje na moim blogu:

O grze A Lost Man usłyszałam po raz pierwszy kilka miesięcy temu, zapoznając się z nią bliżej w wersji demonstracyjnej - A Lost Man: Chapter I, której fragment rozgrywki opisałam w wrażeniach z demo, właśnie na blogu. Jeśli czytaliście mój tekst, to już wiecie, a jeśli nie, to informuję, że gra zaciekawiła mnie na tyle, by chcieć sprawdzić ją w pełnej wersji, w pełnym pierwszym rozdziale. 

A on przeniósł mnie do bliżej nieznanego miejsca, zaczynając się ciemną nocą roku 1916, podczas trwania I wojny światowej. Wtedy to pragnący uwolnić się od przerażającej rzeczywistości, pełnej bólu, ludzkiego cierpienia i śmierci młody żołnierz, postanawia uciec z okopów. Zagubiony między dwiema liniami frontu, budzi się w nieznanym mu miejscu, które przyjdzie mu poznać, i nieoczekiwania odkryć pewną starożytną tajemnicę.

W grze, która stawia na klasykę, i to pod każdym względem, eksplorujemy przeróżne lokacje, wczuwamy się w mroczny, często troszkę zahaczający o grozę klimat, poznajemy upiorne miejsca i ciekawe, bardzo charakterystyczne i niejednoznaczne postaci. 

Fabuła jest tu zdecydowanie mroczna, kierująca się monetami w stronę pewnej brutalności, związanej najczęściej z wojennym czasem, ale nie tylko. Pewne działania, w tej nastawionej na typową rozgrywkę przygodówce, mogą wydawać się niektórym (mnie tak) zbyt dosadne, zbyt obcesowe, nazbyt drastyczne. Ale każde z nich mają swoje uzasadnienie w fabule, swoje miejsce w popychaniu jej do przodu. 

Mrok tej opowieści budowany jest również dzięki ciekawemu stylowi graficznemu, który poprzez ręczny rysunek, nie tylko teł, ale i postaci, wykonany w czarno-białym stylu, wpisuje się w klimat. Ale co ciekawe, gra choć wydaje się być utrzymaną w kolorach czerni, bieli i odcieni szarości, nie jest do końca jedynie monochromatyczna. Szarość lokacji, a zwiedzamy ich w pierwszym rozdziale kilka, rozświetlana jest palącym się ogniem w kominku, blaskiem świec czy krwistą czerwienią.

Miejscówki, które zwiedzamy, a są one położone w niewielkim miasteczku i obejmują także jego okolice - kościół i klasztor, wykonane są, jak już wspominałam w ręcznie rysowanej grafice 2D. Dwuwymiarowa gra przygodowa charakteryzuje się także pewnym surrealizmem wykonania, który mocno widoczny jest w rysunku postaci. Wcielamy się w niej w bezimiennego bohatera, w pewnego żołnierza, który jest oczywiście człowiekiem, ale jego ludzka postać narysowana jest w sposób niezwykle charakterystyczny. Na pierwszy rzut oka on, ale i inne napotkane w grze postaci, może kojarzyć się nam z postacią Muminka. Nie mam pojęcia czy jest to zamierzony ruch twórców, czy raczej ich osobista wizja graficzna. Nie mniej jednak zarówno nasz wojskowy dezerter, jak i osoby, które spotyka, mają nosy jak znane nam postaci z również znanych książkowych cykli. Poprzez brak oczu i ust, nie widzimy również mimiki ich twarzy. Emocje budowane są tu poprzez gesty, ale najbardziej mocno przez udźwiękowienie, dźwięki otoczenia i muzykę. 

Na plus zaliczam również pewne interakcję naszego protagonisty, który odpowiednio reaguje na brak naszego działania w grze. Zaprzestanie kierowania go w tę czy inną stronę, bądź zostawienie gry samej sobie na jakiś czas, powoduje, że postać się obraca, jakby sygnalizując nam swoje zniecierpliwienie. Motyw znany mi z kilku przygodówek, i zawsze przeze mnie mile widziany. Bezruch jest zresztą częścią dodatkowej treści tej przygodówki, czyli zdobywanych przeze nas osiągnięć Steam, a jest ich sporo.

A Lost Man: Chapter I to gra pozbawiona dialogów mówionych, dostępna z napisami w języku angielskim oraz francuskim. Niestety nie jest to tytuł, w który zagrać możemy po polsku, nad czym oczywiście ubolewam. A robię to nie tylko z powodu chęci czerpania większej satysfakcji z fabuły, ale również z faktu, że owa gra bazuje na teście, również na łamigłówkach w postaci zagadek słownych.

Wspomniałam, że tym co najbardziej buduje klimat wszędobylskiego mroku tej barwnej, klasycznej przygody, jest jej udźwiękowienie, naprawdę realistyczna i trafiająca dosłownie w punkt ścieżka dźwiękowa. Grającemu towarzyszy podczas eksploracji, która powinna być dość dokładna, gdyż gra nie posiada podświetlania interaktywnych miejsc w lokacjach, dźwięki wojny,  wybuchów, strzelaniny, zagrożenia. Ale nie tylko odgłosami walki w grze żyjemy. Tytuł pełen jest wiarygodnych dźwięków otoczenia, ale i zjawisk atmosferycznych. Szum wiatru, ptaki, zwierzęta domowe, ale i burza i inne, bardziej nadprzyrodzone odgłosy, potrafią zbudować atmosferę, która przenika nasze ciało grozą. Nie raz, nie dwa na mojej ręce pojawiała się gęsia skórka. Często przystawałam również na chwilę, by w spokoju posłuchać tego co dochodziło do moich uszu. 

Również muzyka potrafi w A Lost Man: Chapter I zbudować atmosferę mroczności, umiejętnie łącząc klimat opowieści wojennej, z zagadkowością, tajemnicą i pewnym sekretem, który przychodzi nam w grze odkryć. 

Jeśli pozostajemy jeszcze przy kwestii udźwiękowienia, ale w tym wypadku aspektu tekstowego, to muszę wspomnieć, że gra jest raczej tytułem przeznaczonym dla nieco starszego gracza, i to nie tylko ze względu na jej klimat i tematykę, ale również na pojawiające się w grze wulgaryzmy. Nie znajdziemy ich w właściwym tekście dialogowym, bo nasz bohater jest raczej spokojnym osobnikiem, a w pewnym pamiętniku, na który się w grze natkniemy. Jeśli zatem lubicie, jak ja czytać w przygodówkach wszelkie notatniki i dzienniki, to miejcie to na uwadze. 

Rozgrywkowo A Lost Man: Chapter I wpisuje się w klasyczną przygodówkę "wskaż i kliknij", w pełni obsługiwaną jedynie za pomocą myszy. Naszą postacią nie pokierujemy kontrolerem. Zabawa, w zależności od tego na ile zechcemy badać okolicę, czy będziemy klikać na każdy interaktywny przedmiot, i ile czasu poświęcimy na zagadki, zając nam może jedno, bądź dwa popołudnia. 

Gracz skupia się tu na eksploracji, zbieraniu i wykorzystywaniu przedmiotów, mając okazję klikania wszystkim na wszystko. Metoda prób i błędów może się przydać, bo niektóre rozwiązania zagadek bywają nader surrealistyczne. Ale spora ich część ma logiczne uzasadnienie, a rozwiązanie zagadki logicznej, skupionej na zadaniach słownych, śmiem sądzić, sprawi Wam wielką frajdę. Muszę napisać, że jest to całkiem zgrabna, i dobrze przemyślana łamigłówka, która łączy logikę z tajemnicą, z pewnymi opowiedzianymi w księdze legendami, z domieszką astrologii i astronomii. 

Postacią pokierujemy jak wspomniałam za pomocą myszy, mając do dyspozycji znane graczom ikony "dłoni", pozwalającej na zabranie przedmiotu, "lupy" dzięki której obejrzymy przedmiot, "ust", które pozwolą nam porozmawiać, ale i "kół zębatych", dzięki którym wykonamy działanie, zrealizujemy jakąś czynność. 

Głównym motywem działaniowym w tej klasycznej grze są przedmioty, ich wykorzystywanie w odpowiednim miejscu, ale i właściwe ich łączenie. Tego dokonujemy w znajdującym się na dole ekranu ekwipunku. Rzecz tam się znajdująca, po najechaniu na nią kursorem myszy nie zostaje nazwana, ale w każdym momencie możemy ją obejrzeć, czytając krótki jej opis. 

Ważnym elementem rozgrywki, pchającym fabułę do przodu są, jak to w przygodówkach bywa, dialogi. Nie natkniemy się w recenzowanym przeze mnie tytule, który jak już wiecie jest wstępem do większej całości, na wiele postaci, ale interakcja z nimi będzie niezmiernie ważna, a co istotne po informacje przyjdzie nam do nich wracać. Od tego jak dokładni w grze będziemy, czy wyciągniemy od postaci wszystkie potrzebne informacje, zależeć będzie płynność rozgrywki, która może, choć wcale nie musi, czasami nas stopować pojawiającymi się na naszej drodze przeszkodami. 

Gra nagradza dokładność, zachęcając do pełnego, dokładnego poznawania, często dość upiornego otoczenia, wcale nie trzymając gracza za przysłowiową rękę. Jak w staroszkolnych przygodówkach nie ma w niej podświetlania hotspotów, nie ma również jednoznacznie liniowej rozgrywki. Niektóre czynności możemy wykonać w dowolnej kolejności, mocno kombinując z przedmiotami.

Możemy, co według mnie jest całkiem fajne, liczyć również na pomoc jednej z postaci gry, która podpowie, ale nie dosłownie, rozwiązanie zagadki. Wieloetapowy system podpowiedzi, jest w tym wypadku żywym przykładem na różnorodność wykonania zadania, na wspomnianą nieliniowość. Otóż zniecierpliwieni, i nie lubiący się głowić nad zagadkami gracze, mogą oddać zadania w ręce pomocnika, albo w innym przypadku posłużyć się pewnym przedmiotem. 

A Lost Man: Chapter I  nie tylko nagradza dokładność, zdolność logicznego myślenia i kombinowanie, ale i swoją rozgrywką nakłania gracza do poszukiwania wskazówek, ukrytych w otoczeniu, ale i w prowadzonych podczas gry rozmowach. Wskazówki znajdziemy również w odnajdywanych podczas eksploracji notatkach, zapiskach i dziennikach. Warto zatem zaglądać w każdy kąt, otwierać szuflady, bądź czytać to co ma do powiedzenia nasz protagonista. 

Omawiana przeze mnie przygoda to tytuł, który oprócz klasyki pod względem rozgrywki, oferuje również system ręcznego zapisywania postępów. Fakt ten niezmiernie mnie cieszył, choć zmartwiła ograniczona ilość dostępnych do zapisu slotów. Jest ich w grze zaledwie kilka. 

Podsumowując, A Lost Man: Chapter I to zachęcająca do poznawania więcej i więcej, klasyczna przygodówka, w której oprócz mroku wojny, znalazła się również starożytna tajemnica. To pobudzający szare komórki, napędzający wyobraźnię i podkręcający ciekawość krok ku większej przygodzie, którą twórcy planują nam niebawem przedstawiać. 

Cieszy fana gier przygodowych, takiego jak ja, klasyczna rozgrywka "wskaż i kliknij", w której nie znalazły się żadne elementy zręcznościowe, a w której króluje eksploracja, zbieranie i używanie przedmiotów, często w rozwiązaniach nieco pokręconych i surrealistycznych i oczywiście wbudowanie w grę zagadek. Ciekawa logiczno-słowna łamigłówka zapewne zaciekawi każdego przygodomaniaka, będąc intrygującym dla niego wyzwaniem, dając jednocześnie niecierpliwym graczom, stawiającym bardziej na poznawania fabuły, a nie ślęczenie nad zagadką, możliwość pomocy w jej rozwiązaniu. 

Mimo tego, że recenzowana przeze mnie gra jest tytułem mocno niezależnym, przygodówką stworzoną przez niewielkie studio, które zdecydowało się na rozgrywkę bez dialogów mówionych, może poszczycić się nie tylko zadaniami przedmiotowymi, ale pokazać, że stawia również na wyzwania umysłowe, zachęcając jednocześnie do bacznego przyglądania się wskazówkom. 

Choć jak już wspomniałam recenzowana przeze mnie gierka jest tytułem pozbawionym głosowego, angielskiego dubbingu, a oferuje jedynie napisy w tym właśnie języku oraz po francusku, to nie jest to tytuł cichy i monotonny. Nastrój buduje w niej bowiem doskonałe udźwiękowienie, mocno wybijające upiorny jej klimat, jak i zgrabnie podbijająca atmosferę muzyka. 

Na plus również możliwość ręcznego zapisywania rozgrywki, która zawsze jest przeze mnie mile w przygodówkach widziana, choć ilość slotów na save'y powinna być według mnie większa. Docenić należy również ręcznie malowaną grafikę, która podobnie jak niektóre zagadki przedmiotowe, trąci nieco surrealizmem i budzi, szczególnie jeśli chodzi o postaci, pewne skojarzenia. 

Tak czy siak A Lost Man: Chapter I to godna uwagi niezależna przygodówka, której warto dać szansę, nawet jeśli nie bardzo przepadamy za grami podzielonymi na rozdziały. Ciekawa, klasyczna i powiedziałabym pomysłowa, i intrygująca to opowieść, będąca wstępem do dłuższej historii naszego dezertera. Serdecznie ją polecam! 

Moja ocena 8/10. 

Bardzo serdecznie dziękuję Studio Arkos za udostępnienie ich gry do recenzji!

Grałam w wersję na kompoutery osobiste PC - Steam.

Zalety:

  • Ciekawa fabuła;
  • Miła dla oka grafika;
  • Klasyka rozgrywki;
  • Ciekawe zagadkami przedmiotowe;
  • Równie fajne zagadki logiczne;
  • Rozgrywka stawiająca na kombinowanie przedmiotami;
  • Dobra ścieżka dźwiękowa i muzyczna;
  • Możliwość ręcznego zapisywania gry

Wady:

  • Zbyt mało slotów na zapisy rozgrywki;
  • Czasami zbytnia dosadność w tekście;
  • Brak polskiej wersji językowej;
  • Mimo wszystko zbyt krótka