Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religjny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religjny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 stycznia 2025

Tin i Tina, recenzja hiszpańskiego religijnego horroru, który można obejrzeć, ale wcale nie trzeba

Tin i Tina, recenzja hiszpańskiego religijnego horroru, który można obejrzeć, ale wcale nie trzeba

Tin i Tina, recenzja hiszpańskiego religijnego horroru, który można obejrzeć, ale wcale nie trzeba. Oto nasza ocena kolejnej produkcji platformy!

Zwykle hiszpańskie horrory kojarzą mi się bardzo dobrze, z niezłym kinem, fabułą która potrafi porządnie utrzymać mnie w napięciu, a nawet przestraszyć, choć filmów grozy przerobiłam już naprawdę sporo, i niewiele jest w stanie mnie przerazić.

Warto przeczytać również:

Zatem gdy zobaczyłam, że Netflix ma w swojej ofercie produkcję w takim właśnie gatunku, a na dodatek bazującą na nagrodzonym krótkometrażu, nie wahałam się, i w dniu premiery, a było to 26 maja 2023 roku, postanowiłam film Tin i Tina sprawdzić i sama ocenić jak wypada kolejny horror Netfliksa, pozostawiając po seansie jego recenzję. A oto ona! 

Tin i Tina – fabuła 

Zanim skupię się na opisie tego, o czym w ogóle opowiada fabuła hiszpańskiego horroru, muszą zacząć od początku i skupić się na jego pochodzeniu. Nie jest to bowiem wymyślona oryginalnie historia, napisana na własnym scenariuszu od samego początku do końca, a obudowana wokół filmu, który miał premierę w roku 2013 i jest produkcją krótkometrażową. Podstawą scenariuszową filmu Tin i Tina jest wielokrotnie nagradzany, króciutki film pod takim samym tytułem, który opowiada o małżeństwie, które adoptuje dwójkę bliźniaków. Krótkometrażowa produkcja, która spodobała się wielu, została rozbudowana na projekt fabularny, napisany i wyreżyserowany przez tego samego twórcę, Rubena Steina, który dziesięć lat po premierze swej krótkiej opowieści, postanowił ją mocno rozciągnąć, zamykając opowieść w dwóch godzinach filmowego seansu.

A ta skupia się na świeżo poślubionym małżeństwie. Lola i Adolfo bardzo się kochają, i właśnie planują wspólne życie, w którym niebawem ma pojawić się ich dziecko. Niestety szczęście pary nie trwa długo, gdyż po wyjściu z kościoła, w dniu zaślubin, Lola traci dziecko. Załamana wpada w rozpacz, i w stan który nazwalibyśmy depresyjnym. Alfonso, który stara się jakoś pocieszyć żonę, która już wie, że nie będzie miała z nim dzieci, bo jest bezpłodna, proponuje, by udali się do pobliskiego klasztoru, który prowadzi także sierociniec. Niechętnie, ale Lola w końcu przystaje na propozycję męża.

Na miejsce okazuje się, że uwagę kobiety zwracają pewne siedmioletnie bliźnięta, Tin i Tina, dzieci bardzo religijne, które pięknie grają na organach. Adolfo z początku jest bardzo niechętny adopcji tak dużych, i tak… dziwnych dzieci, ale Lola uważa, że powinni dać im miłość. Tak czy siak dzieciaki trafiają do ich pięknego domu, który prowadzi Lola, gdy jej mąż pilot jest w kolejnym trasach. Dzieciaki, które wyraźnie różnią się od innych, bo charakteryzują się oznakami albinizmu, mają białe włosy i jasną cerę, mają jeszcze skłonność do interpretowania religii, w tym wypadku Biblii w bardzo dosłowny sposób. Wkrótce staje się to przyczyną wielu problemów młodej pary, a także tragedii. 

Tin i Tina – Netflix idzie w stronę horrorów religijnych? 

Tin i Tina to kolejna produkcja od Netfliksa, skupiająca się na religii. Na platformie możemy oglądać kinową produkcję Sanktuarium, która koncentruje się na objawieniach, niestety nie koniecznie Maryjnych. Religijność ponownie staje się dla Netfliksa podstawą fabularną, ale tym razem twórca tejże opowieści, wspomniany już wyżej Ruben Stein skupia się na pojęciu teofonii, znanym w teologii, określanym jako pojedynczy akt objawienia się Boga. Teofonia to umacnianie wiary i poczucie bliskości Boga, pozwalające jednocześnie odczuć niemal w dosłowny sposób obietnice Boga, a nawet go usłyszeć i zobaczyć. 

W opisywanym przeze mnie filmie pojęcie to, w miarę dobrze oddane pojęciowo i teologicznie, zmierza jednak w kierunku przesady, i nadmiernej a także dosłownej interpretacji Biblii, która staje się przyczyną fanatyzmu i wypaczeń. Jednocześnie twórca, bawiąc się treścią i przedstawiając małoletnich bohaterów, dosłownie kilkuletnie dzieci, może ukryć ów fanatyzm za zasłoną niezrozumienia przez nie tego co jest dobre, a co złe. W końcu to tylko niewinne dzieciaki, od urodzenia wychowywane w klasztorze, w niezwykle surowych i religijnych warunkach. 

Tin i Tina – dziwność, nuda i brak spójności

To ich nielogiczne, często psychopatyczne zachowanie, widzenie Boga niemal wszędzie, nadinterpretowanie zasad kościoła i religii, a często brutalność z tym związana jest jednak spójna, bo można sobie ją logicznie wytłumaczyć. Wiemy, że te „dziwne dzieci” to wychowankowie klasztoru, którym od urodzenia wpajano zarówno miłość Boga, jak i jego gniew. Dzieciaki boją się burzy, bo grzmot to według przełożonej klasztoru „gniew boży”. Nie rozstają się z Biblią, umieją ją cytować i żyć według jej zasad, bo tego od nich oczekiwano. 

Pomijając ich psychopatyczne skłonności, jak choćby podduszanie się workiem foliowym, by zobaczyć Boga, ich działanie nie przeczy logice, ma bowiem podstawy. Gorzej jednak z logiką małżeństwa, które je adoptowało. Alfonso, który jest przeciwny adopcji, nagle staje się kochającym ojcem, nie widzącym nic dziwnego w przerażających aktach okrucieństwa, jakich dokonują jego adoptowane dzieci. Próbująca dać im miłość matka, szybko uważa je za wcielone zło, po czym w cudowny, zupełnie niezrozumiały dla mnie sposób jej postawa odmienia się o 180 stopni, i staje się dla psychopatycznych dzieci przykładną i kochającą matką.

Tin i Tina to dziwny film, o którego dziwności trudno za wiele mówić, by zwyczajnie Wam nie spojlerować. Dziwny, nudny i rozciągnięty na tyle, że trudny do obejrzenia naraz. Coś tu zwyczajnie nie zagrało. Twórca starał się zabawić horrorem psychologicznym, grając na uczuciach, przerażenie budując tylko w dzieciach, w tytułowych bliźniakach. Tak naprawdę film może jako takie napięcie wywołać zachowaniem Tina i Tiny, które bywają przerażająco nielogiczne. 

Poza tym horror ma niezwykle irytujące postacie, które potrafią wkurzać i zachowywać się mega nielogicznie i irracjonalnie. Problemem tejże produkcji jest to, że nie można polubić tu ani jednej postaci, ani jednej nie można kibicować. Nikogo nie jest się w stanie żałować, choć teoretycznie jest czego. Mdłe, antyspołeczne i nielogiczne są postaci Loli, granej przez Milenę Smit (The Girl in the Mirror, Śnieżna dziewczyna) i Adolfio, w którego wcielił się Jaime Lorente (Dom z papieru, Szkoła dla elity). Lepiej wypadają Carlos González Morollón i Anastasia Russo, wcielający się w Tina i Tinę, którzy mimo przedziwnych, fanatycznych zachowań, są bardziej logiczni… są po prostu jacyś. 

Tin i Tina – podsumowanie recenzji

Hmm… Tin i Tina  to niestety kolejna filmowa opowieść, która wpisuje się w styl Netfliksa, na którym od dłuższego czasu wieje nudą. Kolejna mdła opowieść, tak właściwie o niczym, próbująca ponownie bawić się religią, a dokładnie pojęciem teofonii, znanej w teologii, związanej bezpośrednio z wiarą w Boga, często nadmierną. Platforma, która wyraźnie zmierza w stronę przesadnego skupiania się na pojęciu wiary, czyniąc z opowieści grozy, również w przypadku filmu Tin i Tina historię zmierzającą utartymi ścieżkami, nic nowego nie pokazując, a wręcz działając wbrew sobie, logice i grozie.

Problem w tym, że Netflix nie bardzo wie, jak z religijności i przesadnej wiary zrobić dobry film. Tin i Tina gubi wątki, oferuje płytką i niczego nie wnoszącą opowieść, strasząc jedynie dziwnymi dziećmi, o dziwnych, nielogicznych i spaczonych poglądach. O ile ich zachowanie można sobie jeszcze jakoś wytłumaczyć, choćby sposobem ich wychowania, klasztornego i surowego zarazem, o tyle postępowanie ich adopcyjnych rodziców przeczy logice, a wręcz samo siebie wyklucza. 

Tin i Tina cierpi także na monotonię, dłużyzny, powodując, że z czasem wieje w nim nudą. To nie jest film straszny, to produkcja irytująca, z wymuszonymi dialogami, pustą historią, która sugeruje, że reżyser chciał trochę na siłę obudować wokół czegoś już skończonego i doskonałego, jakim jest wspomniany film krótkometrażowy, twór żyjący własnym życiem. A tymczasem stworzył potworka, który dziwnie się zaczyna, i równie dziwnie kończy. Kolejna propozycja Netflix, którą można obejrzeć, ale wcale nie trzeba. 

Moja ocena 5/10. 

Film Tin i Tina można obejrzeć na platformie Netflix.

poniedziałek, 30 grudnia 2024

Sanktuarium, recenzja religijnego horroru. Objawienie nie jedno ma imię!

Sanktuarium, recenzja religijnego horroru. Objawienie nie jedno ma imię!


Sanktuarium, recenzja religijnego horroru. Objawienie nie jedno ma imię! Oto moja recenzji kolejnego filmu grozy.

Netflix z racji na wyraźnie mniejszą ilość oryginalnych produkcji i spory spadek formy, od jakiegoś czasu stawiał na tytuły nie oryginalne, kinowe, które miały już swoją mniej lub bardziej udaną premierę kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat temu. Nie wychodzi na tym źle, szczególnie na polskim Netfliksie, na którym te filmowe nie nowe „nowości” mają się całkiem dobrze, goszcząc w topowych produkcjach tejże platformy. Na filmowej liście najchętniej oglądanych produkcji znalazł się niegdyś dostępny na wspomnianej wyżej platformie, recenzowany przeze mnie horror o tematyce religijnej, zatytułowany Sanktuarium, który teraz obejrzymy tylko w ramach opcji wypożyczenia, w zupełnie innych serwisach streamingowych. 

Warto przeczytać również:

Religia i groza, która się z tym wiąże to temat znany jak świat. Miłośnicy kina z pewnością obeznani się z tematami opętania, demonów, duchów i diabłów, które w świecie filmowym i serialowym, w produkcjach grozy zajmują ważne miejsce. Ci temat znają i doceniają. Na Netflix możemy oglądać religijny i satanistyczny polski film Ostatnia wieczerza, są też filmy z serii Obecność. Wszystkie one bazują na demonicznych opętaniach, przedstawiając grozę z tym związaną w dość charakterystyczny i jasno nakreślony sposób. Nieco inaczej religijną produkcję, w klimacie horroru widzi grecki reżyser Evan Spiliotopoulos, który do swojego dzieła o tytule Sanktuarium napisał także scenariusz. Film traktuje bowiem o objawieniu, którego wiarygodność, mimo cudów należy kwestionować. 

Sanktuarium to film, którego scenariusz powstał na bazie powieści "Święte miejsce" autorstwa Jamesa Herberta, a którego motywem przewodnim jest boskie objawienie, a dokładnie objawienie się Matki Boskiej. W całej historii świata udokumentowanych i potwierdzonych objawień nie jest dużo, a spora ich ilość jest przez kościół kwestionowana. W czasach, w których nagle narodziło się wielu jasnowidzów, proroków i ludzi objawiających prawdę, temat objawień wydaje się być dość aktualny.

A historia rozgrywa się współcześnie, choć jej początek to XIX wiek i rok 1845, kiedy to oskarżona, następnie okaleczona, powieszona na drzewie i spalona zostaje posądzona o bratanie się z szatanem niejaka Mary Elnor. Zły duch, który ją opętał zostaje umieszczony w lalce, jaką farmerzy składają jako dar plonów, zabawce związanej łańcuchami i schowanej w drzewie, na którym zginęła Mary. Wiele lat później, czyli obecnie pewien zdegradowany dziennikarz, Gerry Fenn, który stracił szacunek i pracę w gazecie za wymyślanie sztucznych historii, dostaje kolejne nisko płatne zlecenie. Ma udać się do niewielkiego miasteczka Banfield, gdzie podobno coś niezwykłego dzieje się z krowami.

Na miejscu okazuje się, że temat jest już nieaktualny, bo przejęła go zupełnie inna gazeta. Gerry postawia znaleźć inny, zastępczy, i o dziwo... ten znajduje go wkrótce sam. Mężczyzna odnajduje pod drzewem wspomnianą wcześniej lalkę, i niszczy ją, usiłując przypisać jej zniszczeniu ciekawą historyjkę. I jest to początek tego co niebawem doświadczy. Wracając do motelu niemal potrąca stojącą na drodze dziewczynę. Idąc jej śladem dociera do drzewa, pod którym znalazł ową lalkę. Widzi, że dziewczyna modli się tam do kogoś. Jakie jest jego zdziwienie, kiedy to miejscowa lekarka twierdzi, że Alice, bo tak ma na imię, jest od zawsze głuchoniema, nie mówi i również nie słyszy.

Niedługo później, podczas jednej z mszy, którą prowadzi jej stryj ksiądz, jedyna rodzina dziewczyny, Alice przemawia, twierdząc jednocześnie, że przemówiła do niej Matka Boska, dając jej również możliwość uzdrawiania ludzi. Gerry widzi w tym wielki potencjał, możliwość napisania reportażu, jaki znów uczyni z niego uwielbianego dziennikarza. Po tym, jak on i mieszkańcy Banfield stają się świadkami cudów, Gerry otrzymuje wyłączność na rozmowy z Alice. Ona twierdzi, że kontaktuje się z nią matka Boga, zaś jej stryj ojciec Hagan zaczyna dopatrywać się w tych czynach złej siły. Do zbadania wiarygodności objawień wysłany zostaje wysłannik watykański ojciec Delgarde. Wkrótce w miasteczku zaczynają dziać się przerażające wydarzenia, które kwestionują boską siłę, a potwierdzają działania diabelskiej, nieczystej mocy, z którą przyjdzie się dziennikarzowi i Alice zmierzyć. 

Sanktuarium jest kolejnym przedstawicielem horroru, który bawi się religią, i tematami z nią związanymi, ale w przeciwieństwie do tytułów powszechnie nam znanych, nie koncentruje się na egzorcyzmach, nie stopniuje emocji, a konsekwentnie ciągnie z góry już określoną historię. Twórca filmu nie pokusił się na tajemnicę, którą z wolna mielibyśmy w jego filmie odkrywać, poznawać, ale dał ją nam już na wstępnie, na samym początku seansu. Wiemy, albo przynajmniej domyślamy się jaka siła kieruje poczynaniami Alice, która nagle słyszy i mówi, i dodatkowo ma dar uzdrawiania. 

Evan Spiliotopoulos przewrotnie bawi się ludzką wiarą, usiłując przekonać widza, że szatan, diabeł czy inna mroczna siła z piekła rodem, w osobie powieszonej w dziewiętnastym wieku swojej oblubienicy, może działać na korzyść ludzi, by zjednywać sobie grono jego wyznawców. Na ile jesteśmy w stanie w takie działanie uwierzyć, to już inna kwestia. Ale trzeba przyznać, że zabawa formą jest w miarę ciekawa i pokazuje, jak bardzo chcemy wierzyć, jeśli tylko borykamy się z problemami, szczególnie zdrowotnymi, w boskie cuda… nawet jeśli nie pochodzą od Boga.

Reżyser, który ma na swoim koncie film Piękna i Bestia, Łowca i królowa lodu, a także produkcją opartą na faktach horror Egzorcysta papieża, wcale nie sili się żeby przekazać widzowi złożoną historią. Wręcz przeciwnie, serwuje ją na tacy, już na wstępie, niepokój, dramatyzm i horror podając jako danie główne, ale dopiero pod koniec seansu, na finał opowieści. Nie ma w filmie szans na strach, a przynajmniej na ten nieco wyższych lotów. Opowieść z gatunku grozy podszyta jest tu dramatem, procesami czarownic i wiarą w cuda, które nie zawsze mają cudowną i właściwie ukierunkowaną nadprzyrodzoną moc. Twórca stawia na lubość widza tym, co paranormalne, dziwne i niewyjaśnione, nie dbając czy to ma jakiś sens.

I choć logiki i straszności w filmie jak na lekarstwo, produkcja broni się dobrymi ujęciami, które obrazują niewielkie bogobojne miasteczko, w którym nie brakuje problemów. Momenty, kiedy kamera  ustawia się w ten, czy inny sposób przywołują niepokój. Wiemy, że coś strasznego zaraz zadziać się może, a i, jak to w horrorach bywa, dramaturgię buduje oczywiście muzyka. 

To, co jednak niesie zwykłą, niestraszną i płytką opowiastkę grozy ku wyżynom, wybijając ją nieco ponad przeciętność, to aktorstwo. Co tu kryć, reżyser postanowił obsadzić w swojej kolejnej produkcji gwiazdy kina, a i debiutująca w roli Alice aktorka sprawuje się tu bardzo dobrze. Pierwsze skrzypce grają bowiem Jeffrey Dean Morgan w roli Gerry'ego Fenna, dziennikarza, który ma na sumieniu wiele grzeszków, a którego społeczność i jedna dziewczyna odmienia, dając mu inne, lepsze życie. Aktor, który znany jest z serii The Walking Dead, spin-offu The Walking Dead: Dead City czy z serialu bijącego rekordy popularności Nie z tego świata, robi co może by jego postać była wiarygodna, zarówno dramatyczna, jak i dziennikarsko-cyniczna. I to co zamierza oddać w filmie swoją osobą, robi doskonale.

Wtóruje mu w doskonałości nie często widziana na wielkim ekranie młoda aktorka Cricket Brown, która w roli Alice, wierzącej i zaangażowanej w służbie Maryi, więżącej w jej prawdziwą moc, jest mega wiarygodna. Nie należy zapominać o roli jaką w filmie ma ojciec Hagan, jedyna rodzina i opiekun Alice, w którego brawurowo wcielił się William Sadler, znany z The Grudge: Klątwa, filmu Zielona mila czy Skazani na Shawshank.

W pozostałych rolach w filmie zagrali także: Katie Aselton (Gorący temat, W imię diabła) jako lekarka Natalie Gates, Cary Elwes (Stranger Things, Rebel Moon, Gra fortuny) jako Biskup Gyles czy Diogo Morgado (Posłańcy, Syn Boży) w roli wysłannika watykańskiego, ojca Delgarde.

Podsumowując Sanktuarium to kolejny horror, który niczym Was nie zaskoczy, niczego nowego w dziejach kina nie wniesie. Nie będzie straszył, przerażał i trzymał w napięciu, a tematy religijne postara się pokazać w nieco innym ujęciu. Mimo tego, że nie jest to horror najwyższych lotów, a bardzo zwyczajny przeciętniak, ma w sobie coś, co powoduje że oglądanie go nie jest nieprzyjemne, a momentami nawet wciąga. 

Jeśli potraktujecie go jak kolejny film mający dawać rozrywkę, i nie będziecie go traktowali zbyt poważnie i rozbierali fabularnie na czynniki pierwsze, a i nie lubicie typowej grozy znanej z horrorów, to możecie go obejrzeć. Miejcie tylko na uwadze fakt, że wywraca on do góry wiele religijnych pojęć, a wątek fabularny nie ukrywa, ujawniając go na wstępie, obudowując wokół niego fabularną otoczkę.

Moja ocena 6/10.

Sanktuarium można obejrzeć w opcji wypożyczenia na Prime Video i Apple TV+.