Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino niezależne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino niezależne. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 grudnia 2024

Aż do kości - recenzja. Film o szukaniu samej siebie

Aż do kości - recenzja. Film o szukaniu samej siebie

Zdjęcie: Netflix

Zapraszam do recenzji osobistego, intelektualnego dramatu, kina niezależnego, jaki obejrzeć możemy na Netflix, filmu o tytule Aż do kości. 

Anoreksja, stan chorobowy obrazujący się zaburzeniami jedzenia, zwany inaczej jadłowstrętem. Choroba powszechnie nazywana problemem cywilizacyjnym, narzucającym szczególnie młodym ludziom rygorystyczne normy dotyczące wyglądu, wcale nie jest niczym nowym. Po raz pierwszy nazwał ją i udokumentował angielski lekarz, Richard Morton, a było to w XVII wieku. Wymogi cywilizacyjne i konsumpcyjny tryb życia pozwoliły rozwinąć się jej, na tyle, że w obecnych czasach anoreksja jest już sporym problemem. 

Warto również przeczytać:

Co tu dużo mówić, współcześni ludzie mają być przebojowi, wygadani, zaradni, a przede wszystkim…..szczupli. Z góry zakłada się, że człowieka, którego tu, czy ówdzie jest zbyt dużo, nikt nie doceni, a tym bardziej nie polubi. Kolorowa prasa zarzuca nastolatki i osoby wchodzące w dorosłość, uśmiechniętymi kobietami w rozmiarze 34, gloryfikując niską wagę ciała. Chcąc dorównać i sprostać kanonom obecnego „piękna” dziewczęta i młode kobiety przestają jeść, oddając się dobrowolnie w ramiona anoreksji. Ale to nie jedyny powód tej strasznej i trzeba to zaznaczyć, śmiertelnej choroby. Przyczyn jej rozwoju w głowie pacjenta, bo jest to zaburzenie psychiczne, znajdziemy wiele i nawet sami chorzy, czasami, nie są ich w stanie określić. 

Tak też jest w przypadku bohaterki filmu dostępnego na platformie strumieniowej, Netflix. Aż do kości, porusza ważny, acz kontrowersyjny temat anoreksji nie szokując, a przybliżając nas do problemu, pokazując go i pozwalając zadumać się nad jego złożonością.

Projekcja przybliża nam życie młodej, dwudziestoletniej Ellen, która już od wielu lat boryka się z tą straszną chorobą. Sama do końca nie jest świadoma, co tak naprawdę było powodem wpadnięcia w szpony anoreksji, która doprowadza ją do irracjonalnych zachowań. Dziewczyna potrafi przeliczyć kalorię prawie wszystkiego, jej posiłek jedynie przerzuty, zostaje niemal natychmiast wypluty, a ona sama mimo tego, że jest przeraźliwie chuda, robi wszystko by broń boże nie przytyć. Biega po schodach, meczy kręgosłup ustawicznymi ćwiczeniami brzuszków i wciąż i wciąż mierzy sobie przedramię, sprawdzając, czy nie utyła. 

Ellen, kobieta niezwykle utalentowana artystycznie, nie ma łatwego życia. Los stawia przed nią wiele przeciwności, które mogą, choć sama tego nie mówi, pogłębiać jej stan chorobowy, a może i nawet były jego początkiem. Jej rysunki na Tumblrze, cieszące się niezwykłą popularnością doprowadziły do śmierci głodowej młodą dziewczynę. Jej matka, rozstała się z ojcem i gdy Ellen miała trzynaście lat postanowiła spędzić resztę życia z kobietą, w związku homoseksualnym, nie dając córce możliwości zamieszkania z nią w jednym domu. 

Zagubiona mieszka zatem z macochą, przyrodnią siostrą Kate i ojcem, którego tam naprawdę nigdy nie ma. Wielokrotne, niestety nieudane próby ratowania Ellen i wyciągnięcia jej z anoreksji, nie przynoszą skutków. Macocha znajduje jej zatem alternatywny sposób leczenia, ostatnią deskę ratunku, jaką ma być terapia u wziętego, ale słynącego z dość kontrowersyjnych metod leczenia, doktora Williama Beckhama. Dziewczyna zamieszkuje zatem w niewielkim ośrodku, prowadzonym przez wspomnianego lekarza, gdzie wraz z niedużą, kilkuosobową grupą młodych ludzi ma stanąć na nogi i ……przytyć. Wchodzenie z choroby ma być jej indywidualną decyzją, to ona ma chcieć wyzdrowieć i to ona musi sobie uświadomić w czym jest problem. Terapia do niczego nie zmusza, nic nie nakazuje, chcesz to jesz, nie chcesz nie jesz, ale wiedz, że twoje życie jest w twoich rękach.

To ostatnie zdanie doskonale nakreśla to, co  reżyserka i scenarzystka Marti Noxon, sama borykająca się z problemem anoreksji, chciała przekazać w swym filmie. Jeśli spodziewacie się tu dramatycznych, szokujących i wbijających w fotel scen, to nie jest to film dla Was. W Aż do kości wszystko jest tylko zarysowane, nic nie jest przesadzone ani podane na tacy, nic do końca nie wyjaśnione, bo i sama choroba jest mimo wszystko dalej dla większości z nas zagadką. Oglądając go, rozumiemy doskonale złożoność problemu, wiemy, że my zdrowi nigdy nie wiemy na pewno co tak naprawdę chodzi w anoreksji, czemu osoba, która ma przed sobą całe życie, dobrowolnie skazuje się na śmierć, popełniając powolne, ale mimo wszystko samobójstwo. Śledząc losy Ellen możemy się tego jedynie domyślić.

Słodko – gorzki wydźwięk dzieła doskonale lecz z umiarem łączy dramatyzm sytuacji, z komizmem i nutą nadziei, wiary w to, że mimo wszystko „mogę!” Ellen, w tej roli niesamowita Lily Collins, mówiąca o sobie jako o „problemie, z którym rodzina już  sobie nie radzi” nie jest nim dla siostry Kate, w którą wcieliła się Liana Liberato. Mierząc się ze swym problemem w ośrodku, dziewczyna przekonuje się, że nie ma rzeczy niemożliwych, że świat, mimo złych chwil, mimo przeciwności, potrafi dać i radość, a życie to przeplatanka dobrych i złych chwil, z którymi należy się pogodzić.

Aż do kości, to nie jest film jedynie o anoreksji, choć wysuwa się ona na pierwszy plan, to także obraz o szukaniu samej siebie. To poszukiwanie akceptacji, zrozumienia i pogodzenia się z losem, które myślę chciała przekazać autorka tego filmu i muszę przyznać zrobiła do wspaniale. Doskonale przedstawiła fakt, że aby poradzić sobie z problemem tej choroby, tak dobrze jej znanej, trzeba najpierw się zaakceptować, zrozumieć i polubić. Tą formą jest, jeśli o takim stanie można mówić w kontekście człowieka, postać Luke’a, którego brawurowo zagrał Alex Sharp, byłego tancerza, borykającego się nie tylko z anoreksją, z której prawie wyszedł, ale i z kontuzją kolana. Przyjaźń, a i być może rodzące się uczucie między nim a Ellen jest światełkiem w ciemnym tunelu, jakim jest ta straszna choroba. Takim źródłem światła, rozjaśniającym mroki umysłu bohaterki jest także osoba doktora Williama Beckhama, w tej roli równie dobry Keanu Reeves, którego stanowczość, a jednocześnie wiara w pacjentów, czasami nieuzasadniona, jest nieodzownym elementem układanki nazywającej się „zdrowie”.

Aż do kości, to nie jest projekcją, która przeciągnie nasz akcją, czy wysokobudżetowym rozmachem. To film niezależny, skupiony na opowiedzianej historii, dramatycznej, a jakże, ale i niosący nadzieję, zabarwiony kilkoma świetnymi scenami z pewną metaforą. Jedną z nich, moją ulubioną, jest scena w awangardowym muzeum w którym grupa leczonym przez doktora osób, z nim na czele, staje pod ścianą wody, która spokojnie, ale stanowczo spływa im po ciele, dając metaforyczne oczyszczenie, czy spłukanie wszystkich, życiowych trosk oraz bolączek.

Aż do kości, to tytuł, który bardzo ciężko podsumować. Bo co ja tak naprawdę wiem o tej chorobie? Nie mnie oceniać ani chorych, ani sytuacje, w której się znaleźli. Mogę za to spojrzeć trzeźwym, laickim okiem na problem, w doskonale, ale nie brutalny sposób tutaj pokazany. Zbudowanie równowagi między dramatem a rodzącą się nadzieją, wyszło Marti Noxon rewelacyjnie, czyniąc film wiarygodnym, ciekawym, jednocześnie nie robiąc z niego kolejnego paradokumentu. 

Moja ocena 7/10.

Film Aż do kości można obejrzeć na platformie Netflix. 

czwartek, 31 października 2024

Curse of the Witch’s Doll - recenzja. Uboga wersja Laleczki Chucky

Curse of the Witch’s Doll - recenzja. Uboga wersja Laleczki Chucky

Curse of the Witch’s Doll, niskobudżetowa opowieść w klimacie grozy, będąca ubogą wersję cyklu Laleczka Chucky. Zapraszam do recenzji! 

Nawiedzona lalka. Znacie ten motyw w filmie? Oczywiście, że tak, musicie znać! Na stałe do kinematografii i historii horroru wpisała się seria Laleczka Chucky, groza o zabawce, która nawiedzona przez sadystycznego mordercę pozbawiała życia, niejednokrotnie w sposób bardzo okrutny. Lalki straszyły widzów także między innymi w Magic, Dolls, Puppet Master, czy w serii Annabelle

Może zainteresuje Cię także: 

Bardzo zła zabawka powraca po raz kolejny, tym razem w horrorze zatytułowanym Curse of the Witch’s Doll, w reżyserii Lawrence’a Fowlera, który jest również autorem scenariusza. Produkcja jest filmem nisko budżetowym, powstałym z pasji tworzenia, którą ja sama niezwykle sobie cenię. Dlatego też w owym tekście postaram się spojrzeć na „dziecko” Fowlera nieco łagodniej, bo mimo dużego potencjału, produkcja nie ustrzegła się wielu niedociągnięć i braków. 

Anglia rok 1942. Młoda matka, Adeline Gray, wraz z nastoletnią córką imieniem Chloe na skutek działań wojennych traci dom. Szukając nowego, bezpiecznego schronienia dla siebie i córki,  trafia do dworku położonego w lesie, własności niejakiego Arthura, który pozwala jej tu mieszkać,  zupełnie za darmo. Domostwo jest wielkie, chłodne i zdaje się ukrywać jakąś tajemnicę. Sytuacja rodziny Gray dramatycznie się zmienia, gdy podczas zabawy w lesie,  w niewyjaśnionych okolicznościach, prawie na oczach matki,  Chloe znika. Wkrótce potem paranormalne  zjawiska, które zaczynają się dziać wokół naszej bohaterki, każą jej sądzić, że córka została porwana przez wiedźmę ukrywającą się w ohydnej, małej lalce. Zrozpaczona matka gotowa jest zrobić wszystko, by wyrwać pierworodną z rąk mściwej czarownicy.

Zdjęcie: kadr ze zwiastuna

Curse of the Witch’s Doll jest zbudowany bardzo prosto i jakby od linijki, jak poprawnie napisany tekst, który ma początek, rozwinięcie i wymuszony koniec, który jest, bo tak trzeba. Śledząc fabułę można odnieść wrażenie, że reżyser chciał wpleść do filmu element zaskoczenia, próbując nieco zamieszać w głowie i oprócz straszenie (nie ma tego za wiele), wpakował do niego nieco kryminału i thrillera, przy czym ta mniej horrorowa część jest według mnie w filmie bardziej wartościowa. Podzielono fabułę, podzielono również zazębiające się w jednej produkcji gatunki filmowe. Pierwsza część to przewaga horroru, druga zaś, to klasyczny kryminał z domieszką thrillera. Takie mieszanie gatunkowe nie jest oczywiście niczym dziwnym, ale w przypadku Curse of the Witch’s Doll żaden ten element nie jest do końca wiodący i ani jeden  nie zaskakuje, ani nie straszy. Jest po prostu przeciętnie. Szkoda, bo potencjał był.

Najmocniejszą stroną filmu jest chyba jego scenariusz, który nie uniknął oczywiście błędów, ale potrafi zaciekawić i to na nim trzeba się skupić, wyróżniając go jako pozytyw tej „horroro” podobnej produkcji. Twórca postarał się przekazać widzowi niejednorodną historię, sygnalizując tym samym, że jego twór nie jest typowym straszakiem, ale nieść ma ze sobą ukryte przesłanie, koncentrując się nie tyle na samym straszeniu widza, co na psychologicznym aspekcie życia. Problem w tym, że pewne wątki są jedyni muśnięte, tylko lekko zarysowane, a trzeba by było nam tego pokazać dużo więcej. Żałuję, że nie rozwinięto historii wiedźmy, o której wiemy niewiele, żeby nie powiedzieć prawie nic.

Zdjęcie: kadr ze zwiastuna

Jestem osobą, która w swoim życiu obejrzała mnóstwo horrorów i niestety z każdym kolejnym staje się bardziej wymagająca i mniej wrażliwa na wyskakująca zza rogu straszaki, jeśli takowe w ogóle występują. Niestety nie spodziewajcie się tego po Curse of the Witch’s Doll. Co tu dużo mówić, ten film wcale nie jest straszny, no chyba, że jesteście w stanie przerazić się brzydką lalką z wyszczerzonymi zębiskami, która skądinąd nie tylko wygląda sztucznie, ale i sztucznie się porusza. Żeby wystraszyć wymagającego widza, nie wystarczy powolne obracanie się głowy upiornej porcelanowej lalki, czy też też statyczne sceny, w których  wstaje z podłogi. To zwyczajnie za mało. Może gdyby pojawiała się znienacka lub wyskakiwała zza rogu, to byłby to jakiś zastrzyk emocji. Jeszcze gorzej wypadają momenty, w których nasza nawiedzona zabawka wstaje, czy też przemieszcza się po wielkim domostwie. W ten sposób twórca nie wystraszy nikogo, a już na pewno nie osobę, która obejrzała nie jeden film grozy w swoim życiu i bardzo je sobie ceni. Niestety w tym miejscu wyraźnie widać braki budżetowe, które przekładają się na jakoś produkcji grozy.

Finansowe niedociągnięcia  widać także w wielu innych aspektach, między innymi w niskiej jakości udźwiękowienia produkcji, przeciętnych ujęciach i kadrach, w nie najlepszych zdjęciach.

Zdjęcie: kadr ze zwiastuna

Curse of the Witch’s Doll to przeciętniak, w którym rzecz jasna nie znajdziemy gwiazd światowego kina, co niestety słychać. Brak emocji, to największa bolączka aktorstwa, przy czym najgorzej wypada Adeline Gray grana przez Helen Crevel. Po kobiecie, która w dramatycznych i niewyjaśnionych okolicznościach straciła dziecko, które najprawdopodobniej więzione jest przez przerażającą i zdolną do wszystkiego wiedźmę, należałoby się spodziewać dramaturgii w głosie, nawet paniki, czy choćby rozpaczy, ale jej nie ma. Wiele kwestii wypowiadanych jest przez aktorkę bez najmniejszego drżenia głosu, tak jakby mówiła o obcej osobie, a nie o swojej ukochanej córce. Równie słabe aktorstwo prezentuje Layla Watts, czyli filmowa Chloe. Oprócz nich w filmie zagrali jeszcze  Claire Carreno, Philip Ridout i Neil Hobbs, prezentując podobnie jak poprzednie postaci, raczej przeciętne aktorstwo.

Bardzo bym chciała napisać o Curse of the Witch’s Doll w samych superlatywach, ale zwyczajnie nie mogę, bo produkcja choć nie najgorsza (widziałam dużo gorsze), nie bardzo ma pomysł sama na siebie. Brakło sznytu, zbrakło być może funduszy, brakowało zapewne możliwości. Produkcja miesza wątki, nie straszy, nie zaskakuje. Jest jednak filmem powstałym z pasji tworzenia, z chęci zaistnienia, z marzeń, co niewątpliwie trzeba docenić.

Moja ocena 5/10.