SkyShowtime w lipcu wzbogaci swój serwis o nagrodzony dwoma Oscaremi i nominowany przez Akademię w dziesięciu kategoriach, film z przesłaniem. Wicked, filmowa wersja cenionego musicalu w już w te wakacje na SkyShowtime.
Zapewne już niebawem otrzymamy od SkyShowtime zestaw czerwcowych premier serwisu. Zanim się to stanie wiemy, że już na początku lipca, w serwisie swoją premierę będzie mieć filmowa wersja jednego z ulubionych i najdłużej granych musicali na deskach światowych teatrów. Nagrodzony Oscarami, nominowany do wielu nagród Wicked będzie miał swoją streamingową premierę w wakacje. Tymczasem SkyShowtime dzieli się jego zwiastunem i prezentuje zdjęcia.
Wicked to poruszająca historia dwóch czarownic z Krainy Oz. Elphaba (Cynthia Erivo) odtrącana i niezrozumiana młoda kobieta, która dopiero odkrywa swoją prawdziwą moc. Glinda (Ariana Grande) lubiana, ale jeszcze nie znająca samej siebie. Pewnego dnia spotykają się na Uniwersytecie Shiz i pomimo dzielących je różnic nawiązują przyjaźń.
Niestety po spotkaniu z Czarnoksiężnikiem z Oz ich każda idzie w swoim kierunku i każda, mimo przeszkód wypełni swoje przeznaczenie. Elphaba staje się Złą Czarownicą z Zachodu, a Glinda – Dobrą Czarownicą z Północy.
Wicked to film bazujący na kultowym musicalu z muzyką i tekstem zdobywcy nagród Grammy i Oscara Stephena Schwartza oraz scenariusza Winnie Holzman. Film jest inspirowany powieścią Gregory'ego Maguire'a.
Za reżyserię Wicked odpowiada ceniony i kilkukrotnie nagradzany Jon M. Chu (Bajecznie bogaci Azjaci, In the Heights: Wzgórza marzeń).
W obsadzie: zdobywczyni Oscara Michelle Yeoh (Wszystko wszędzie naraz, Bajecznie bogaci Azjaci, Star Trek: Sekcja 31), zdobywca Oliviera i nominowany do nagrody Emmy Jonathan Bailey (Bridgertonowie, Towarzysze podróży), nominowany do nagród Tony Ethan Slater (broadwayowski SpongeBob SquarePants, Fosse/Verdon), Marissa Bode, Peter Dinklage (Gra o tron, Dexter: Zmartwychwstanie) oraz Jeff Goldblum (Park Jurajski, Dzień Niepodległości).
Na blogu pojawiła się recenzja filmu, na którym byłam niegdyś w kinie, a który w zimowy czas może zabrać nas w czas cieplutkich, beztroskich wakacji. Oto recenzja Mamma Mia: Here We Go Again!
Sezon letni równa się sezon ogórkowy, czyli czas, w którym do kin trafiają filmy lekkie, wpisujące się w klimat wakacyjnego lenistwa. Taki też jest muzyczny hit lata 2018, kontynuacja musicalu Mamma Mia z roku 2008, produkcji wypełnionej piosenkami szwedzkiego zespołu ABBA.
Mamma Mia: Here We Go Again! konwencją od swej poprzedniczki nie odbiega, realizując te same zamierzenia bawienia i wzruszania widzów, bez nadmiernego skupiania się na fabule, która dawkowana jest nam bardzo oszczędnie. Zalewa nas natomiast muzyka, oczy cieszy wielobarwność owej produkcji (strasznie kolorowy film), zadowala niezła praca aktorska, wzruszenie wywołuje sentymentalna podróż w przeszłość Donny czyli sprytnie wpleciona w film retrospekcja. Szczelną klamrą spina wszystko jak zwykle rewelacyjna Cher o anielskim głosie. Mamma Mia: Here We Go Again w reżyserii Ola Parkera to produkcja filmowa, która śmieszy i wyciska łzę. Jeśli jesteście gotowi na taki rodzaj rozrywki, to pora wybrać się do kina.
Fabuła filmu toczy się jednocześnie na dwóch płaszczyznach czasowych, współcześnie i w przeszłości, w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Obserwujemy zatem zmagania Sophie, córki nieżyjącej już Donny w przywrócenie świetności greckiemu hotelowi i jednocześnie realizację marzeń zmarłej mamy, co jakiś czas cofając się wstecz, by wgłębić się w historię Donny, jej początków na malowniczej greckiej wyspie i romansu z trzema przystojniakami, potencjalnymi ojcami Sophie.
Reżyserowi udało się zgrabnie wpleść w fabułę obydwa odrębne wątki, które jak się okazuje mają ze sobą dużo wspólnego. W Mamma Mia: Here We Go Again! historia zatacza koło, a to co zdawało się niemożliwe przychodzi zadziwiająco lekko. Cóż, to mimo nutki smutku i wzruszenia niezwykle optymistyczny film, bajeczka, w której wszystko, nawet złe ma swój pozytywny finał.
Troszkę zdziwieni, a może nawet rozczarowani mogą być jednak kinomaniacy, szczególnie miłośnicy poprzedniego filmu liczący na rozbudowaną i wyjaśniającą wszystko fabułę. Wprawdzie rąbek tajemnicy, jaki skrywała Donna jest nam odsłaniany, bowiem poznajemy młodego Billa (Josh Dylan), Harrego (Hugh Skinner) i Sama (Jeremy Irvine) lecz jest on potraktowany jedynie pobieżnie, ogólnikowo, słowem z grubsza. Podobnie sprawa ma się z samą młodą Donną zagraną przez Lily James, znaną z recenzowanego przeze mnie dramatu Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek, czy z jej równie młodymi przyjaciółkami Rosie (Alexa Davies) i Tanyą (Jessica Keenan Wynn).
Reżyser pozwolił zaistnieć w scenariuszu nie występującej od lat na wielkim ekranie, Cher, która w Mamma Mia: Here We Go Again! wcieliła się w rolę babci Sophie. Rólka wprawdzie nie duża, ale potwierdzająca możliwości głosowe tej niezwykłej, wiekowej (czego nie widać) wokalistki i aktorki.
Wadę filmowych kontynuacji jest to iż w większości przypadków należy znać pierwszą część, by zrozumieć kolejną. W przypadku drugiej odsłony Mamma Mia nie jest to konieczne. Ci z Was, którzy jakimś cudem jeszcze filmu z 2008 roku nie widzieli, a chcą obejrzeć dalszą historię Sophie zachęcam oczywiście do obejrzenia musicalu Mamma Mia, jednocześnie informuje, że nie jest to konieczne. Spokojnie wszystko zrozumiecie, nie pogubicie się, a bawić będziecie się przednio, bo…..
Na plan pierwszy wysuwa się tu bezsprzecznie muzyka i oczywiście piosenki ABBY, do tekstów których przypisane zostały filmowe dialogi i na których zbudowano scenariusz, a ten, nie da się tego nie zauważyć, jest w tym wypadku kwestią drugorzędną.
Choć sala kinowa nie jest miejsce idealnym do tańca i szeroko pojętej zabawy, to większości nam znane i bardzo popularne melodie szwedzkiego zespołu sprawiają, iż trudno usiedzieć na miejscu. Mnie samej zdarzało się tupać nogą, czy też kiwać się na kinowym fotelu z cicha wyśpiewując znane mi doskonale teksty.
Przyjemność w ich odbiorze potęgowana jest dobrze dobranymi aktorami, którzy wokalnie radzą się doskonale. O ile w pierwszej części torturowano bardziej wprawnych słuchowo widzów średnimi umiejętnościami wokalnymi Pierce’a Brosnana i paru innych aktorów, tak w nowej odsłonie skupiono się jedynie na utalentowanych w tej kwestii, młodych aktorach. Dzięki temu widzowie mogę podziewać nie tylko urok osobisty, ale i talent muzyczny Lily James jako młodej Donny i po raz kolejny posłuchać aksamitnego wokalu Amandy Seyfried, filmowej Sophie i choć przez chwilę podziwiać umiejętności głosowe, wszechstronnej, utalentowanej aktorki, Meryl Streep, jako Donny.
Mamma Mia: Here We Go Again! to typowy przedstawiciel filmowego gatunku muzycznego, nastawiona na muzykę, zabawę, letni klimat, przesiąknięta greckimi, pięknymi widokami bajkowa opowieść, wypełniona utworami ABBY, która jednocześnie bawi i wzrusza. Pogodna, familijna historia, idealna na wakacje, albo po to, by sobie je przypomnieć. Polecam!
Moja ocena 7/10.
Film do 6 stycznia dostępny jest na platformie Netflix.
Serdecznie zapraszam do mojej recenzji oscarowego musicalu, w doborowej osadzie aktorskiej, musicalowej produkcji z przesłaniem.
Po zakończeniu projekcji La La Land przyszło mi na myśl, że z tym dziełem jest tak jak z Oskarami, chwila radości, a potem rozczarowanie. Czytając wiele pochlebnych recenzji na temat owej produkcji (muszę przestać to robić), liczyłam na coś, co zapadnie mi w pamięć, zachwyci i sprawi, że będę szczęśliwa lub przynajmniej zadowolona. Sądziłam, że da mi chociaż poczucie dobrze wykorzystanego czasu wolnego. Być może jestem zbyt wymagająca, albo oczekuję po musicalach za dużo, ale ten film niczym mnie nie zaskoczył, nie porwał, nie wywołał uśmiechu, ani nie wzruszył, a dlaczego? Postaram się Wam to pokrótce przybliżyć.
Zacznijmy jednak od tego o czym jest La La Land. Ot pewien niespełniony muzyk jazzowy o imieniu Sebastian, żyje z dnia na dzień w mieszkaniu pełnym nierozpakowanych pudeł, dorabia przygrywając w restauracjach, w skrytości ducha marząc o swoim jazzowym klubie. Ot pewna młoda kobieta, imieniem Mia, baristka, biegająca na przeróżne castingi, śni o byciu uznaną aktorką, tak jak jej ciotka. Los stawia ich na swojej drodze nie raz i choć zdawałoby się nie są sobie przeznaczeni, wkrótce rodzi się między nimi uczucie. On pcha ją ku realizacji swoich marzeń, ona pokazuje mu, że wszystko jest możliwe. To tyle!
La La Land to głównie historia o miłości, zwyczajna opowiastka o dwójce z pozoru nie pasujących do siebie osób. Historia stereotypowa i zwyczajna, taka jaką widzieliśmy nie raz w wielu produkcjach z gatunku dziesiątej muzy. Najnowszy projekt Damiena Chazelle’a, który notabene jest też autorem scenariusza, w swoim wyrazie i specyficznym łączeniu gatunków, o których zaraz napiszę, bardzo przypomina mi bollywoodzkie produkcje, których największym problemem jest to, że są zbyt proste i przewidywalne, ale jednocześnie przyciągają widzów swoją lekkością w odbiorze, co w wypadku La La Land sprawdza się doskonale.
Wskazałam Bollywood nie przypadkowo. Trudno nie kojarzyć tej produkcji z tytułami indyjskiego przemysłu kinowego. Po pierwsze – miejsce akcji. Historia opowiedziana w La La Land dzieje się w Los Angeles, mieście, w którym słowo „spełnienie” nabiera innego wymiaru. Tu każdy dąży do sukcesu, tu życie toczy się szybciej i jest bardziej kolorowe. Po drugie reżyser w bardzo zgrabny sposób połączył w jednym filmie przeróżne gatunki. Mamy musical, ze sporą ilością piosenek, romans, melodramat i element baśniowy. Wszystkie te aspekty razem się przeplatając, tworzą dość klarowną i dobrze oglądającą się historię. Przez ponad dwie godziny projekcji zostajemy wciągnięci w wir wydarzeń, które tak jak w życiu toczą się raz wolno, raz szybko, raz baśniowo a za chwilę zupełnie prozaicznie. Problem w tym, że to już było. Ot „odgrzewany kotlet”, który nie smakuje już tak dobrze.
Jeśli musical, to oczywiście spora dawka muzyki. W tym miejscu po raz kolejny sprawdza się zasada, do której powinnam się stosować bezwzględnie. Pod żadnym pozorem nie słuchać i nie czytać opinii o czymkolwiek przed sprawdzeniem tego na własne oczy czy też uszy. Nie rozumiem fenomenu miłości i uwielbiania względem utworów muzycznych w tych filmie. Owszem, piosenki są ładne, melodyjne i na swój, niestety prosty sposób angażujące, ale nie ma w nich niczego pięknego. W żadnym razie nie mają prawa umywać się do melodii z musicali lat pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych, a nawet do tych nieco młodszych. Gdyby ktoś teraz poprosił mnie o zanucenie jakiegoś utworu z La La Land, to wierzcie mi, nie potrafiłabym tego zrobić, (choć mam pamięć muzyczną) bo ich zwyczajnie nie pamiętam.
Czytając moją recenzję, przynajmniej do tego momentu, pewnie macie wrażenie (ci z Was, którzy jeszcze nie wyrobili sobie o nim zdania), że film mi się nie podobał, że skreśliłam go grubą kreską raz na zawsze. Nic z tych rzeczy. Produkcja ma dwie wielkie zalety, a może nawet trzy. Pierwsza to lekkość w odbiorze, mimo zakończenia, które nie do końca mi odpowiadało. Druga to świetna praca aktorska.
Ryan Gosling, który wcielił się w rolę Sebastiana (Seba) i Emma Stone, filmowa Mia, to para aktorska, która spotkała się już w kilku filmach, co widać, bo dwójce pracowało się na planie wyjątkowo dobrze. Przekłada się to na ich pracę, gesty, wypowiadane słowa i zaangażowanie, którego im nie brakuje. Są dowcipni i weseli, by za moment wybuchnąć złością i chwilę później zmienić się w nieśmiało chwytającą się za rękę parę. Nie można im odmówić także talentu wokalnego, co w przypadku takiego rodzaju filmu, musicie przyznać, ma znaczenie i to spore. Trzecia i ta dla mnie najważniejsza, pozytywna cecha tego filmu, to przesłanie, jakie Chazelle chciał widzom przekazać i to udało mu się świetnie.La La Land, choć kolorowe i nieco w bajkowym stylu ma gorzkawy smak. To nie jest słodki film. To projekt, w którym doskonale pokazano że wolno, należy i trzeba walczyć o spełnienie marzeń, ale coś zyskując, zawsze coś tracimy.
La La Land to z pewnością nie jest film, czy raczej musical idealny, ale pokazuje, mimo swego baśniowego charakteru coś, co jest wartością samą w sobie – prawdę. To opowieść o miłości ale ukazana nie w przesłodzony, cukierkowy, ale czasami w nieco przykry sposób. Reżyserowi i scenarzyście, udało się w naturalny sposób pokazać, że czasami miłość to wyrzeczenie, a życie to jeden wielki kompromis. Mimo kilku wad i przede wszystkim odgrzewania tego co już gdzieś kiedyś było, warto wrzucić ten film na listę do obejrzenia, jeśli takową macie.
Moja ocena 7/10.
Film można obejrzeć w opcji subskrypcji na Prime Video.
Musical komediowy Mean Girls, stworzony przez Tinę Fey i oparty na nominowanym do nagrody Tony® broadwayowskim musicalu, współczesna jego wersja, jest już dostępny, wyłącznie na SkyShowtime.
Hit Broadwayu Mean Girls, o tym samym tytule to zabawna od studia Paranount. Muzicalowy film komediowy trafił na SkyShowtime. Platforma podzieliła się zwiastunem współczesnego klasyka, który do serwisu trafił w dniu wczorajszym.
Mean Girls to historia nowej uczennicy, Cady Heron, która szybko zostaje przyjęta do grupy popularnych dziewczyn zwanych „Plastikami”. Przewodzi nimi przebiegła Regina George oraz jej pomocniczki: Gretchen i Karen. Sytuacja zmienia kiedy Cady zakochuje się w byłym chłopaku Reginy, Aaronie Samuelsie. Regina natychmiast przystępuje do ataku. Cady postanawia nie poddać się bez walki. Pomagają jej przyjaciele znajdujący się na dole drabiny społecznej: Janis i Damian.
Film Mean Girls oparty jest na broadwayowskim musicalu o tym samym tytule. Reżyserami są Samantha Jayne i Arturo Pereza Jr. Scenariusz napisała Tina Fey, muzykę skomponował Jeff Richmond, a autorem tekstów jest Nell Benjamin. Za produkcję odpowiadają Lorne Michaels i Tina Fey, a producentami wykonawczymi są – Jeff Richmond, Nell Benjamin, Eric Gurian, Erin David i Pamela Thur. Dystrybutorem tych filmów jest Paramount Global Content Distribution.
W produkcji Broadway Video i Little Stranger, Mean Girls występują: Angourie Rice, Auliʻi Cravalho, Reneé Rapp, Jaquel Spivey, Avantika, Bebe Wood, Christopher Briney, Jenna Fischer, Busy Philipps, Tina Fey i Tim Meadows.