Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja.recenzja filmu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja.recenzja filmu. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 października 2024

Maudie - recenzja. Wyjątkowe, kameralne kino dla wymagającego widza

Maudie - recenzja. Wyjątkowe, kameralne kino dla wymagającego widza

Maudie, wyjątkowe, kameralne kino dla wymagającego widza , z fenomenalnymi rolami Sally Hawkins i Ethan Hawke'a. Zachęcam do lektury!

Kino to magiczne miejsce, pozwalające choć na chwilę przenieść się w zupełnie inny świat, pełen akcji, strachu, humoru, czy kolorowych bajek. Wśród szeregu mniej lub bardziej reklamowanych produkcji filmowych czasami trafi się coś niezwykłego, mała, kameralna perełka, która wprawdzie nie wypełni sal kinowych, ale tych, którzy skusili się na takowy seans, szybko sobie zjedna.

Może zainteresujesz się również:

Takim tytułem jest Maudie, irlandzko – kanadyjski film, który do kin w naszym kraju trafił 29 września 2016 roku, a który zdołał zachwycić uczestników 11. edycji Festiwalu Filmowego Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym, na którym został wyróżniony Nagrodą Publiczności. Maudie to obraz niezwykły, słodko gorzki, wypełniony bólem bohaterki i radością życia i niesiony niezwykłą kreacją aktorską Sally Hawkins, która typowano na pewną kandydatkę do Oskara.

Historia skupia się wokół Maud Lewis, lokalnej kanadyjskiej malarki, której proste, dziecinne, ale niezwykle kolorowe rysunki były odskocznią od bólu, który towarzyszył jej przez całe życie. Artystka zmagała się bowiem z reumatoidalnym zapaleniem stawów, jej palce powyginane artretyzmem z czasem nie pozwalały jej opanować pędzla, ale chęć tworzenia i wrodzona radość życia pchały ją ku sztuce na tyle mocno, że stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych malarek kanadyjskich.

Opowieść zaczerpnięta z biografii Maud Lewis, nieco przez reżyserkę Aisling Walsh ubarwiona i złagodzona, przenosi nas do Nowej Szkocji, rozgrywając się na przestrzeni lat 20 i 70-tych ubiegłego wieku. Młoda Maud mieszkająca z nadopiekuńczą, ale zarazem niezwykle szorstką ciotką, znajdując w sklepie ogłoszenie miejscowego rybaka Everetta Lewisa o poszukiwaniach gosposi, postanawia skorzystać z okazji, by końcu stać się niezależną. Pakuje zatem niewiele swoich rzeczy i rusza w drogę. Wyśmiewana przez miejscowe dzieciaki, a nawet obrzucona przez nie kamieniami, zgarbiona, utykająca na jedną nogę, w końcu dociera do niewielkiej, zapuszczonej chaty rybaka i sprzedawcy drewna, który okazuje się być niezwykle szorstkim, małomównym i brutalnym człowiekiem. Maud jest jednak kobietą widzącą we wszystkim jasną stronę i choć nie godzi się na złe traktowanie, to w głębi serce wie, że jej pracodawca jest tak naprawdę dobrym człowiekiem, tak samo jak ona skrzywdzonym przez życie. Odskocznią od bólu towarzyszącego chorobie i brutalności mężczyzny, któremu sprząta, pierze, gotuje a także dzieli łoże, jest malowanie. Swoimi prostymi, ale niezwykle kolorowymi dziełami pokrywa niemal wszystko, zaczynając od ścian domu, po okna i drzwi, na tabliczkach, kawałkach drewna i pocztówkach kończąc. Pogarda, szorstkość, a nawet brutalność Everetta stopniowo łagodnieje, dając miejsce więzi, która doprowadza do ślubu. Z czasem rysunki artystki stają się sławne, pojawia się telewizja, wywiady i oczywiście pieniądze.

Maudie to film bardzo emocjonalny, niezwykle wzruszający, a zarazem trudny, bowiem opowiada o niemal niemożliwym związku, o miłości, która nie miała prawa zaistnieć, o uczuciu do kogoś, kto na nie w ogóle nie zasługiwał. Okrutny dla Maud Everett, świetny w swej roli Ethan Hawke (Czarny telefon, Zostaw świat za sobą) potrafiący śmiać się z jej kalectwa, wyszydzający jej ułomność, traktujący swoją gosposię gorzej niż swoje psy: „Najpierw jestem ja, potem psy, kury, a ty na końcu”, jest w oczach tej niezwykle ciepłej kobiety tylko zagubionym, potrzebującym drugiej osoby człowiekiem. Maudie w cudowny sposób pokazuje, że każdy zasługuje na miłość, że nikt z nas nie jest tak do końca zły, bo słowo niemożliwe, nie istnieje.

Maudie to także film o miłości do malowania, sztuki, której nie trzeba się uczyć, bo wypływa z wnętrza, bo rodzi się ze wspomnień, wzruszeń, z pamięci. Bohaterka nigdy nie uczyła się rysunku, to co wychodziło z pod pędzla tej kruchej, przygarbionej i powykręcanej chorobą istoty, wydobywało się z serca i z tego jak ona postrzegała świat i ile radości czerpanej z życia mogła z siebie wykrzesać.

Jest to także dzieło o wierze i nadziei, która góry przenosi i zmienia to, w co nikt nie wierzył. Na naszych oczach dokonuje się przemiana Everetta, który sam nie do końca wierząc, że tak się dzieje, staje się dla Maud oparciem, dostrzegając w niej nie tylko źródło dochodu, ale przede wszystkim kobietę.

Klimat produkcji budują nie tylko piękna i wzruszająca historia i sama postać kanadyjskiej malarki, ale i aktorzy oraz ich wyżyny artystycznego kunsztu, na jaki się wznieśli. Sally Hawkins (Kształt wody, Wonka) wcielając się w Maud Lewis dokonała niemal cudu, sprawiając, że jej postać nabrała niezwykłego wyrazu, tak realnego, że byłam niemal pewna iż patrzę na kogoś chorego i kogoś kto maluje od dziecka. Modulacja głosu, śmiech, sposób chodzenia, trzymania pędzli, sposób bycia, to coś czego nawet nie można opisać słowami, to coś co koniecznie trzeba zobaczyć. Równie rewelacyjny jest także Ethan Hawke. Aktor znany z ról człowieka łagodnego, tu wcielić musiał się w gbura i brutala, który sam ze sobą żyje w sprzeczności i broni się przez uczuciami, wiedząc, że sama sobie wyrządza tym krzywdę i robi to rewelacyjnie.

Maudie gwarantuje niezwykłą filmową rozrywkę ubarwioną pięknymi krajobrazami skąpanymi w barwach jesieni i zimy, ale i dopieszcza nas cudowną muzyką, równie prostą, wesołą i wielobarwną jak życie Maud Lewis.

Zasiadając w sali kinowej nie byłam pewna czy wybrałam dobry film i troszkę się obawiałam, że to kameralne kino nie spełni moich oczekiwań. Wystarczyło kilka minut bym zmieniła zdanie, kilka słów wypowiedzianych przez Maud, kilka jej rysunków, jej uśmiech i radość życia, bym była pewne, że zostanę zauroczona, a zachwyt będzie w cudowny sposób mieszał się ze wzruszeniem. I choć mam świadomość, że Maudie nie jest filmem dla każdego, to jestem przekonana, że wielu z Was zauroczy tak samo jak mnie, bo nie mam nic piękniejszego niż miłość i radość z tego czerpana. 

Moja ocena 9/10.

poniedziałek, 30 września 2024

Pan Samochodzik i Templariusze - recenzja. Kolejny polski koszmarek Netfliksa

Pan Samochodzik i Templariusze - recenzja. Kolejny polski koszmarek Netfliksa

Pan Samochodzik i Templariusze - recenzja kolejnego polskiego koszmarka od Netfliksa, kolejnej nieudanej adaptacji filmowej. Co sądzę o filmie? Zapraszam do recenzji! 

Pan Samochodzik i Templariusze, film Netfliksa, który obejrzałam z ciekawości, choć przyznam się, że z początku nie miałam w planach seansu, podejrzewając, że Netflix zrobi z książek Nienackiego kolejnego potworka, i prawdę powiedziawszy, mogę się wkurzyć. No ale koniec z końców, ciekawość wzięła górę. Obejrzałam, a raczej zmęczyłam film, który….., od razu nadmienię z książkami Zbigniewa Nienackiego ma niewiele wspólnego, no może imię/pseudonim bohatera opowieści, imiona bohaterów, i mniej więcej czasy w jakich opowieść się rozgrywa, choć te nie zostały określone.

Warto także przeczytać:

Reszta to netfliksowski koszmarek, nieudolnie naśladujący Indianę Jonesa i trochę Bonda. Już na wstępie zaznaczę, że jeśli jesteście miłośnikami prozy Nienackiego, i pragniecie poczuć ducha jego książek w tym czymś od wspomnianej platformy, to seans sobie darujcie, poświęcając czas na coś sensowniejszego, coś, co nie przyprawi Was o nerwową palpitację serca, jak niestety mnie. 

Pan Samochodzik i Templariusze – fabuła

Fabuła filmu Pan Samochodzik i Templariusze rozgrywa się w bliżej nie określonym czasie, w umownych, sądząc po strojach latach 70-tych. Bohaterem opowieści jest Tomasz (Mateusz Janicki), historyk i poszukiwacz skarbów, który za kolejny cel obrał sobie skarb Templariuszy, który ma podobno wielką moc. Przedmiotem, który może do niego doprowadzić jest krzyż Templariuszy, który najprawdopodobniej był własnością Jakuba de Molay. 

Tomasz nie waha się i rusza w Polskę, na miejsce gdzie organizowany jest wyścig po skarb, swoiste zawody rozumu, sprytu i szybkości. Na poszukiwania rusza także pewna dziennikarka Anka (Sandra Drzymalska), trójka harcerzy – Sokole Oko (Olgierd Blecharz), Wiewióra (Kalina Kowalczyk) i Mentorek (Piotr Sega), którzy uciekają z obozu oraz córka przyjaciela Tomasza, niejaka Karen (Maria Dębska). Cała piątka jednoczy się, z początku w niezbyt zgrany zespół, co później się zmienia, a przeszkadza im Hiszpan, niejaki Adios (Jacek Beler), który jako pierwszy pragnie dotrzeć do skarbu, nie wahając się nawet użyć siły. 

Pan Samochodzik i Templariusze – film, któremu daleko do klimatu książek Nienackiego

Hmm…… wszyscy dobrze wiemy, że platforma Netflix opisując swoje filmowe i serialowe dzieła jako ekranizacje książek, czy też nimi inspiracje, robi krok w kierunku marketingowym, wcale nie zamierzając sztywno trzymać się książkowego pierwowzoru, a wręcz zmieniając opowieść na swoją modłę. Tak stało się z Wiedźminem, bazującym, w bardzo….., ale to bardzo luźny sposób na książkach Andrzeja Sapkowskiego. Wkurzeni fani serii, wkurzony aktor wcielający się w postać Geralta w trzech sezonach, i spadająca oglądalność, wcale nie sprawiły, że przedstawiciele Netfliksa zrezygnowali z własnej interpretacji, czy nadinterpretacji prozy Sapkowskiego. 

Na platformę zmierzają kolejne produkcje bazujące na znanych powieściach, albo nowe wersje już znanych produkcji, jak choćby Znachor czy Janosik. Tymczasem można tam oglądać nowy twór Netfliksa, który podobno nie miał być ani ekranizacją książek Zbigniewa Nienackiego, ani remake’em, ani niczym w tym stylu. Skoro nie miał, to platforma powinna darować sobie w opisie gatunkowym filmu umieszczanie hasła „adaptacje filmowe”. 

Muszę bowiem z całym przekonaniem, z pełną świadomością ogłosić, ich Pan Samochodzik i Templariusze to własna, i to dość nieudolna wersja przygód pana Tomasza, i jego towarzyszy, którzy znani są z kart powieści, ale nie są i nigdy nie będą żadną adaptacją. Jak dla mnie Netflix powinien odnotować w swoim serwisie, że jest to luźna wersja znanej książkowej i serialowej opowieści, nie związana z prozę pisarza, jeśli chodzi o fabułę, ani trochę. 

W filmie nie znajdziemy nic wspólnego z serialem Samochodzik i Templariusze, w którym w głównej roli, jako Pan Samochodzik, wystąpił Stanisław Mikulski, ani z książkami. Jest to luźna, i niestety płytka, pozbawiona polotu, i bardzo sztuczna interpretacja owych dzieł, napisana przez Bartosza Sztybora, scenarzystę filmu. Produkcja, która wkurzyła Polaków, szczególnie znających zarówno książki, jak i serial, jest kolejnym tytułem, który wcale nie ma trafiać w gusta Polaków, a spróbować dotrzeć do widza na całym świecie. Jest to bowiem film, który jest dostępny na platformie Netflix, nie tylko w naszym kraju. 

Jeśli jesteście fanami książek Nienackiego, albo kochacie rewelacyjny serial, to serio mówię, darujcie sobie oglądania, bo raz nie znajdziecie tam nic z tych wzorów, dwa historia nie będzie maiła nic wspólnego z serialem, a trzy z każdą kolejną minutą opowieści będziecie mieli wrażenie, że ktoś zwyczajnie nabił was w butelkę.

Pan Samochodzik i Templariusze – sztuczna opowieść, która męczy, nie tylko widza, ale i aktorów 

Będąc fanem prozy pisarza, i miłośniczką wspomnianego wyżej serialu czułam, że film Pan Samochodzik i Templariusze od Netfliksa coraz bardziej mnie męczy. Czytając komentarze wkurzonych Polaków, którzy kończyli seans po dosłownie kilku minutach, mogę być z siebie dumna, bo wytrzymałam do końca, blisko dwugodzinnej produkcji, która prawdę powiedziawszy mocno mnie zmęczyła. Co najciekawsze, nie tylko mnie, bo wydaje się, że aktorów i twórców, również. 

Oglądając film ma się wrażenie, że wkroczyło się w opowieść stworzoną przez grupę niezależnych fanów, których budżet był na tyle znikomy, że nie mogli sprostać wyzwaniom skupionym na efektach specjalnych. Nie podołali z momentami walk, które mają, w sposób nieudolny nawiązać do serii Indiana Jones, a nawet Bonda, i to takiego po przejściach. Amatorszczyznę potwierdza także fatalna wręcz, sztuczna gra aktorska, która szczególnie mocno widoczna jest na samym początku filmu, nie tylko u młodych, dziecięcych aktorów, ale i u całej reszty. 

Męczące stają się momenty akcji, których banalność i tandeta aż bije po oczach. Nudna jest także warstwa fabularna, która wcale nie sprawie, że jesteśmy w opowieść wciągnięci, tak jak w serialu z lat 70-tych, czy oczywiście w książkach. W sumie to nawet nie wiemy kiedy rozgrywa się opowieść, której twórcy nie zamknęli w czasowych ramach. Możemy, z racji stylu ubierania domyślać się, że są to lata 70-te, ale to co widzimy, nie potwierdza to co słyszymy.

Fala sprzeczności i absurdu wylewa się bowiem z dialogów, które starają się zachować znaną z Netfliksa poprawność polityczną. I tak harcerka znana jako Wiewióra wspomina o męskim szowiniźmie i o czwartej fali feminizmu. Banalność wylewa się niemal na każdym rogu. Jednocześnie film stara się sięgać w przeszłość, budując coś na wzór czasów współczesnych. Tylko po co? Tego nie wie nikt. 

Na pewne rzeczy, pewne problematyczne dialogi, których naprawdę jest sporo, można byłoby przymknąć oko, gdyby aktorstwo było tu na poziomie choć przyzwoitym. Niestety tak nie jest. Dzieciaki grają tak sztucznie, jakby właśnie znalazły się po raz pierwszy na scenie, a reżyser, a jest nim debiutant w produkcji fabularnej, Antoni Nykowski, zapomniał zrobić kolejnej dogrywki, kolejnego powtórzenia. Nie wiele lepiej swoje pozbawione emocji role odkrywają inni aktorzy, w tym tajemniczy Hiszpan, który raz mówi z akcentem hiszpańskim, innym razem posługuje się czystą polszczyzną.

Pan Samochodzik i Templariusze – co może uratować ten film? 

Pan Samochodzik i Templariusze to film, który zdenerwował i zdenerwuje pewnie jeszcze wielu Polaków. Pomijając fakt zupełnego braku podobieństwa do oryginału, z którym wiąże go tylko kilka kwestii, produkcja ma za zadanie nieść przygodową opowieść z ładnymi widoczkami. 

I w pewnym sensie oddaje klimat, zarówno wspomnianych, bliżej nie określonych, ale wyraźnie nawiązujących do lat 70-tych, barwnych czasów. Oko cieszyć mogą miejscówki. Niektórzy z sentymentem mogę wspominać dawne czasy, patrząc na stroje i styl kostiumów. Całkiem nieźle wypadają także zdjęcia, z solidnymi ujęciami, ciekawą grą świateł, które mogą się podobać. Klimacik tworzą nawiązania do wspomnianych czasów, letnich obozów, harcerstwa, czy przygód z poszukiwaniem skarbów. 

Pan Samochodzik i Templariusze – podsumowanie recenzji

Płytkie, pozbawione logiki rozmowy, nędzne aktorstwo, banalna historia. Opowieść, która nie stała nawet obok zarówno wersji książkowej, jak i serialu. Przemożne wrażenia bycia po seansie kolejnego polskiego filmu, oszukanym. To wszystko co przychodzi na myśl obejrzeniu filmu.

Pan Samochodzik i Templariusze to płytki scenariusz, który nie jest w stanie zaangażować widza, (mnie się nie udało), sprawiający, że potwierdza się teza o tym, iż polskie produkcje Netfliksa należy traktować zupełnie niepoważnie, a być może nawet z przymrużeniem oka.

Pan Samochodzik i Templariusze to film, który wkurzył niejednego miłośnika prozy Zbigniewa Nienackiego, wywołał palpitacje serca u zwolenników serialu Samochodzik i Templariusze z roku 1972 i po raz kolejny rozczarował Rodaków. Ale jak już wspomniałam, nie jest to do końca produkcja z przeznaczeniem dla widza polskiego. Owszem, to projekt rodzimy, ale stworzony dla szerszego, światowego grona odbiorców. Stąd w filmu elementy akcji, pościgi, bijatyki, i rodzaj klimatu rodem z produkcji o Indianie Jonesie. 

Zamykając moją recenzję, powtórzę po raz kolejny, że jeśli jesteście fanami książek pisarza, jeśli kochacie serial, i chcecie znaleźć to wszystko w produkcji od Netfliksa, to darujcie sobie seans, bo nic takiego Was tam nie czeka. Jeśli natomiast nie znacie książek, albo ich na pamiętacie, i nie widzieliście serialu, a chcecie obejrzeć coś prostego, banalnego, typowego na wakacje, coś dla zabicia czasu, to możecie film obejrzeć. Możecie, ale nie musicie. 

Pan Samochodzik i Templariusze jest dostępny na platformie Netflix.