poniedziałek, 13 stycznia 2025

Gibbous: A Cthulhu Adventure - wrażenia z demo. Gra, w którą warto zagrać

Gibbous: A Cthulhu Adventure - wrażenia z demo. Gra, w którą warto zagrać

Serdecznie zapraszam do przeczytania moich wrażeń z demo przygodowej gry zatytułowanej Gibbous: A Cthulhu Adventure. Gra, w którą warto zagrać! 

Są takie produkcje przygodowe na które zwyczajnie się czeka, z różnych powodów, choćby ze względu na ciekawą fabułę, śliczną grafikę, styl wykonania i klasyczność formy. Jednym z takich tytułów, który ma wszystkie wyżej wymienione cechy, jest Gibbous - A Cthulhu Adventure, klasyczna przygodówka point & click, stworzona w formie komediowego horroru, w pięknej, rysunkowej oprawie, dzieło niezależnego studia Stuck In Attic. I choć na przygodową nudę narzekać nie mogę, to nie mogłam sobie odmówić przyjemności spędzenia choć kilku chwili z ową przygodówką, mierząc się z nią w jej demonstracyjnej wersji i był to bardzo przyjemnie spędzony czas. Recenzję jej pełnej wersji oraz poradnik/solucję napisałam dla serwisu lubiegrac.pl.

 Warto przeczytać również:

Tytuł w pełnej wersji zagościł ma zarówno na Steam, jak i na GOG.com, jak również na Switchu, a skupia się wokół dwóch ludzkich bohaterów, detektywa Dona R. Ketype’a i studenta a zarazem bibliotekarza, Buzza Kerwana oraz jego kotki Kitteh, która dzięki pradawnej, przeklętej księdze Necronomicon, która trafiła w ręce jej pana, a którą nieroztropnie użył wspomniany już Buzz, zaczęła gadać ludzkim głosem. Historia w grze zawarta prowadzi nas przez wątki, których celem jest odwrócenie zaklęcia, które pozwali Kitteh znów być tylko kotem.

Podczas około 30-40 minutowej wersji demonstracyjnej, którą ku mojej uciesze można zapisywać jak pełną wersję gry w dowolnym momencie, przejmiemy kontrolę jedynie nad Buzz'em, który w towarzystwie swojej cynicznej kotki, spróbuje wydostać się z miasteczka Darkham, by poza nim poszukać kogoś, kto znajdzie sposób na odczarowanie jego kota. 

Podczas ogrywania wersji demo, które rozgrywa się, trzeba to zaznaczyć, w mrokach nocy (jakże pięknie rozświetlonych), będziemy mieli okazję spotkać bardzo interesujące, charakterne postacie, które jak to w przygodówkach bywa służyć nam będę taką lub inną pomocą. Wśród nich znaleźli się Voodoo Gentelmen, pełniący rolę szamana i wróżbity, lubiąca bogatych mężczyzn blond niewiasta o imieniu Margo, nieco mroczna i pyskata dziewczynka szukająca swojej zabawki, Priscilla oraz tajemniczy taksówkarz, nie wyściubiający nosa ze swego auta. 

Już fragment rozgrywki daje nam odczuć, że będziemy mieli okazję zmierzyć się z grą, która postaciami i nie przesadzonym humorem stoi. Wyluzowany, obwieszony biżuterią, dziarsko machający bosą stopą Voodoo Gentelmem, to postać troszkę jak z Disney'owskiej animacji, zaś mroczne dziewczę o imieniu Priscilla zdaje się skrywać jakieś tajemnice. Przykłady zapewne można mnożyć.  

Główne skrzypce w demo Gibbous - A Cthulhu Adventure gra jednak nasza dwójka, czyli Buzz i kocica, Kitteh, która muszę przyznać zanimowana jest perfekcyjnie. Urokliwa czarna kotka prawie nigdy nie siedzi w miejscu. Podczas gdy my zajmujemy się rozmową, czy też eksplorujemy okolicę, ona spaceruje, kładzie się, ziewa, przeciąga, czyści futerko itp. 

Ruch i świetna gra świateł dominuje w tej prześlicznej graficznie i klasycznej w swej formie przygodówce. Rozgrywające się podczas nocy demo zachwyciło mnie ilością kolorów zarówno postaci, jak i lokacji, po których przyjdzie nam spacerować. A te są przecudowne, niezwykle kolorowe, bajkowe, wykonane z taką starannością i dbałością o szczegóły, że za nic nie chce się gry opuszczać.

Oprócz wyjątkowej, animowanej grafiki 2D stworzonej przez pochodzące z Transylwanii niezależne studio Stuck In Attic nasze oko ucieszy świetnie wykonana animacja i z humorem rozpoczęte i zakończone demo, które przygotowane było z myślę o kampanii finansowej na Kickstarterze. Nie będę w tym miejscu zdradzać co w nim znajdziemy, mogę jedynie zachęcić do ogrania owego fragmentu, bo warto.

A warto jeszcze dla klasycznej formy rozgrywki, która opiera się na jednym kliknięciu myszy. Czynność komputerowym gryzoniem otwiera ikony, "oka" - oglądanie, "ust"- rozmowa czy "dłoni" - użycie, zabranie przedmiotu. Oglądać możemy wiele rzeczy oraz miejsc i osób, a kilkukrotne na nich kliknięcie spowoduje, że usłyszymy wiele różnych komentarzy Buzza, do których czasami wtrąci się nieco uszczypliwa, bo pokrzywdzona przez los kotka. 

Kolejnym ważnym elementem są rozmowy, które popychają rozgrywkę do przodu, czasami źle wybrane powodują jej zatrzymanie. Dodatkowo, przynajmniej w wersji demo, za wszelaką wykonaną czynności otrzymujemy punkty, które wyświetlają się nad głową naszego protagonisty. 

Zebrane przedmioty, wykonane zadanie, lub odkrycie ważnego elementu w rozgrywce jest nam sygnalizowane w bardzo ciekawy, chyba nie spotykany w grach przygodowych sposób. Nad naszym bohaterem pojawią się wtedy błyszczące kropeczki, a ciekawy w swym wykonaniu efekt podkręcany jest jeszcze odpowiedni dźwiękiem. 

Tradycyjność formy zachowana została także w podświetlaniu aktywnych miejsc w lokacjach. Hot-spoty aktywujemy za pomocą klawisza "spacji" na klawiaturze. W demku i myślę, że także w całej grze nie są to ani kropki, ani nazwy określające daną rzecz, a podświetlone żółtym światłem, oznaczone miejsca. Wygląda to wyjątkowo dobrze, jeszcze bardziej podkreślając niesamowity klimat tej przygodówki.  

Zebrany i wcześniej, czy później użyteczny "drobiazg" trafia do klasycznego w swej formie ekwipunku zlokalizowanego na dole ekranu. Aktywujemy go poprzez najechanie kursorem myszki. Daną rzecz można w nim obejrzeć, używając jej na znajdującym się powyżej symbolu "oczka". 

Wracając do dźwięków, to pozwolę sobie skupić się na chwilę  właśnie na tym aspekcie, gdyż ten, podobnie jak reszta wykreowany jest fantastycznie, realnie, perfekcyjnie. Deweloperom udało się wiernie odtworzyć wszelakie charakterystyczne brzmienia nocy od pohukiwaniu sów, po słyszane w oddali szczekania psów, czy dźwięk świerszczy. 

Wprawdzie grywalna wersja demonstracyjna to jedynie niewielki fragment całości, ale już ona daje pewność, że czeka nas świetna zabawa w klasycznej, niepowtarzalnej graficznie, klimatycznej przygodów. zapewniam Was, że demo Gibbous - A Cthulhu Adventure to tylko wstęp do świetnej zabawy, w przepięknej oprawie. Szkoda tylko, że przygodówka swojej bezpośredniej kontynuacji się nie doczeka. W nowej grze studia zatytułowanej Near-Mage, z której wrażenia z demo też znajdziecie na blogu, będziemy mieli, jak dowiedziałam się od twórców, przyjemność spotkać pewne znajome nam z ich pierwszej gry postaci. Nie mniej jednak pełną wersję gry Gibbous: A Cthulhu Adventure polecam ograć, bo zdecydowanie warto! Demo nie jest już dostępne. 

Gibbous: A Cthulhu Adventure dostępna jest od 7 sierpnia 2019 roku.

Karta Steam

Karta GOG

niedziela, 12 stycznia 2025

Dirty John i Dirty John: Betty Broderick - recenzja. Dwa sezony serialu Netflix opartego na prawdziwych wydarzeniach

Dirty John i Dirty John: Betty Broderick - recenzja. Dwa sezony serialu Netflix opartego na prawdziwych wydarzeniach

Recenzja Dirty John i Dirty John: Betty Broderick, czyli dwa sezony serialu dostępnego na platformie Netflix, opartego na prawdziwych wydarzeniach.

Wrzesień 2018 był dość ciekawym filmowym miesiącem, szczególnie na Netflixie, na którym zadebiutował serial oparty na prawdziwych wydarzeniach, choć jak jesteśmy informowani podczas seansu, ze zmienionymi nieco postaciami i nieco pokolorowaną fabułą. Mowa tu o dwóch częściach produkcji o tytule Dirty John, który w dwóch sezonach jest dostępny na platformie Netflix.

Warto przeczytać także:

Ponieważ jak dotąd nie miałam okazji recenzować pierwszej części serialu, a obejrzałam właśnie drugą, to mimo tego, że serie nie są ze sobą fabularnie związane, myślę, że winna Wam jestem małe podsumowanie obydwu serialowych seansów. Te choć zupełnie różne, skupiają się i wynikają z sytuacji i wydarzeń, które niosło ze sobą życie. Wszyscy wiemy, że najlepsze, czasem niestety najbardziej okrutne i traumatyczne przeżycia niesie właśnie los. Filmy czy seriale zbudowana na takich właśnie opowieściach, są zwyczajnie pociągające i dają twórcom szerokie pole do popisu. Tak jest w przypadku dwóch sezonów Dirty John.

Pozwolicie zatem, że zacznę od części pierwszej, której tytuł brzmi po prostu Dirty John. Premiera serialu, którego twórcą jest Alexandra Cunningham miała miejsce w 2018 roku. Twórczyni czerpała inspiracje z podcastu o takim samym tytule. Jest to dzieło wyprodukowane przez telewizyjną Bravo, dostępne na platformie Netflix. Podcast, na którym bazuje to trzymająca w napięciu serialowa opowieść będąca jednocześnie dramatem i klimatycznym dreszczowcem, bazuje na serii artykułów autorstwa Christophera Goffarda. Zostały one opublikowane  w Los Angeles Times. 

Historia tytułowego Johna, psychopaty, oszusta i jednocześnie uwodziciela i mordercy obiegła cały świat i jest naprawdę wstrząsająca. Mimo tego, że podcast do tej pory nie został zrealizowany jako filmowy dokument, a serial raczej nie oddaje całości dramatycznej, czasami wręcz przerażającej historii, to mimo wszystko potrafi zaciekawić. Problemem jednak bywa jego realizacyjna, fabularna niespójność a momentami przesada. Ale zacznijmy od początku!

Fabuła przenosi widzów w sam środek biznesowej rzeczywistości Debry Newell (Connie Britton), kobiety osiągającej sukcesy zawodowe, żyjącej w luksusie, ale mającej problemy natury sercowo-uczuciowej. W jej przypadku szczęście w sferze "pracowej", nie idzie w parze ze szczęściem w miłości. Debra to czterokrotna rozwódka, szukająca miłości na przeróżnych portalach randkowych. Po wielu niepowodzeniach, w końcu trafia na mężczyznę idealnego. Ten uroczy, przystojny, wygadany i rozumiejący ją w lot John Meehane (Eric Bana) szybko chwyta naszą bohaterkę za serce i już dwa miesiące później, w tajemnicy przed córkami, Debra po raz kolejny jest szczęśliwą żoną. Niestety, do czasu. Wkrótce okazuje się, że jej wybranek to urodzony kłamca, mający skłonności do agresji, na dodatek narkoman. Te jakże negatywne cechy jej wybranka, choć momentami wprawiają młodą małżonkę w rodzaj dyskomfortu, nie mają jednak wpływu na jej dozgonną miłość. Zaślepiona i szczerze oddana urokliwemu oszustowi, tkwi w przeświadczeniu, że on także ją kocha. Problem w tym, że John chce coraz więcej, bierze coraz więcej i staje się coraz bardziej niebezpieczny. To przekonuje naszą serialową protagonistkę do wycofania się ze związku i ukrycia, ale to nie jest wcale takie proste.

Jak widzicie, historia w Dirty John jest stara jak świat, bo obrazuje klasycznego oszusta matrymonialnego, z tą różnicą, że ten jest znacznie bardziej niebezpieczny i zdecydowanie psychopatycznie inteligentny, co daje mu przewagę i czyni go wiarygodnym. Muszę przyznać, że historia potrafi zaciekawić, momentami trzyma w napięciu, choć wydaje się już dobrze znana i przewidywalna. Atutem jej jest zapewne świadomość, że budowana była na autentycznych wydarzeniach, to bowiem opowieść o prawdziwych ludziach i ich prawdziwym życiu. 

Problem w tym, że mimo tego, że dreszczyk emocji często nam towarzyszy, a to dobrze o serialu świadczy, to reżyserka postanowiła opowieść nieco ułagodzić, spłaszczyć i podciągnąć pod melodramatyczną, obyczajową historię rozgrywającą się w świecie bogaczy. Serial, który składa się z ośmiu odcinków, jest zwyczajnie nie równy. Z jednej strony zaskakuje, denerwuje (w dobrym tego słowa znaczeniu, jak być w thrillerze powinno), a z drugiej trąci myszką i dłużyznami. Jest też kwestia doboru aktorów do granych przez nich postaci i samej niespójności i nierówności w grze aktorskiej. 

Zdecydowanie na pierwszy plan w serialu wysuwa się postać Johna Meehane'a  granego przez Erica Bana, którego możemy oglądać między innymi w horrorze Zbaw nas od złego, również dostępnym na Netflix. Aktor wcielił się w rolę psychopatycznego uwodziciela, chorobliwego kłamcy i mordercy, będącego zarówno słodkim kochankiem, "do rany przyłóż" i agresywnym samcem, doskonale. Grana przez niego postać jest tak autentyczna i taka barwna, że trudno nie rozumieć na pozór bezsensownego zachowanie oszukanej przez niego kochanki, a później żony. 

Sporo widzów miała jakieś "ale" do Connie Britton, która zagrała postać Debry Newell, określając jej aktorską kreację jako mdłą. Nie zgadzam się z tym zdaniem, bowiem choć obrazuje ona zupełnie inny charakter postaci, niźli wspomniany John, to jej infantylność, emocjonalny chaos i rozterki rozum - serce są w serialu bardzo widoczne. Zdarzało mi się wściekać na graną przez nią postać, nie rozumiejąc jej zachowania, ale szczerze jej kibicując i dopingując, by jakoś dobrnęła do szczęśliwego finału.  

Poprzestanę na tych postaciach, na tych rolach aktorskich, bowiem postacie drugoplanowe nie są tymi, które mogą was niczym pozytywnym zaskoczyć. Można zaryzykować stwierdzenie, że będziecie rozczarowani. Z niewyjaśnionych dla mnie pobudek, reżyserka Alexandra Cunningham, postanowiła przedstawić je dość płytko charakterologicznie, baa....momentami nawet je za nadto przerysować. 

Dity John to ciekawa, może nie powalająca, ale intrygująca i trzymająca w napięciu opowieść, zbudowana na dramacie kobiety, która tylko chciała kochać, a która miłości, tej prawdziwej nie znalazła, być może nie mogła znaleźć. Opowieść, choć nie równa, nie skąpi dreszczyku emocji, ubarwiając trzymającą w napięciu treść, świetną pierwszoplanową grą aktorską. 

Cóż...pozostaje ocenić dzieło, które według mojej oceny, zasługuje na mocne 6,5/10. Sprawdźcie, obejrzycie, oceńcie sami! Myślę, że warto!

Pora płynnie przejść do kolejnego sezonu Dirty Johna, który niedawno miał swoją premierę na Netflix. Tym razem jest to historia Betty Broderick i takiż tytuł: Dirty John: Betty Broderick otrzymała kolejna serialowa seria. Podobnie jak część pierwsza jest to opowieść, której dominującą, najważniejszą osobą jest kobieta, ale w tym wypadku, kobieca postać wysuwa się zdecydowanie na plan pierwszy.   

Podobnie jak pierwszy sezon, tak i ten, fabułę opiera na prawdziwych wydarzeniach, tym razem skupiając się na szokującej zbrodni, którą dokonała wzgardzona, oszukane i odtrącona kobieta, tytułowa Betty. No i w tym wypadku jest tak, że serial absolutnie powala, niezwykle mocno wpływa na współodczuwanie, daje do myślenia i stawia pytania, na które żądamy odpowiedzi. 

Jak wspomniałam jest to podobnie jak poprzedni sezon serial składający się z ośmiu odcinków i tak samo jak Dirty John w sezonie pierwszym, wyreżyserowany przez Alexandrę Cunningham, z tą różnicą, że wydarzenia, życiowe losy, na których zbudowana jest ta produkcja potrafią zwalić z nóg.

Określiłabym tą produkcję na bardzo dobrą, a nawet zmierzającą ku doskonałej z rewelacyjną rolą Amanda Peet, która wcieliła się w rolę tytułowej Betty Broderick. Jest to opowieść o rodzinie, właściwie o małżeństwie, które nie mając nic, kocha się na zabój. Po osiągnięciu sukcesu przez męża, na który złożyło się poświęcenie żony, wychowującej dzieci, pracującej dla męża, spełniającej jego zachcianki, nagle wszystko wywraca się do góry nogami. Świat jaki zna Betty, życie, nagrodzone zawodowym sukcesem męża znika bezpowrotnie. Pozostaje wściekłość, ból, bezsilność i brak zrozumienia dlaczego. 

Postaram się Wam nieco przybliżyć warstwę fabularną, ale w taki sposób, by za bardzo nie spojlerować. Otóż w sezonie drugim poznamy historię rodziny Broderick, Betty i jej męża Dana, w którego wcielił się równie doskonały Christian Slater. Jest to opowieść, która zaczyna się wielką miłością, w której to oddana, kochająca żona stara się robić wszystko, by równie mocno kochający ją mąż skończył studia lekarskie i podjął dobrze płatną pracę. Robiąc wszystko, by jego plan się powiódł Betty, pracuje gdzie popadnie, a zachodząc w liczne ciąże, siedzi całymi dniami sama w domu, starając się zapewnić rodzinie miłość i należyty szacunek. Choć w domu jest biednie, ich miłość utrzymuje ich ze sobą razem i daje przetrwać. Aż pewnego dnia Dan postanawia rzucić prace lekarza i zostać prawnikiem. I tak zaciąga kredyt i spełnia swoje marzenia, pozostawiając żonie większość obowiązków przy stale rozrastającej się rodzinie. Gdy już osiąga swój życiowy/zawodowy sukces, a status finansowy rodziny rośnie (już można sobie pozwolić na drogie życie w luksusach), znajduje sobie nową miłość, spychając Betty na plan dalszy, a nawet próbując ją wszystkiego pozbawić. To doprowadza do tragedii, która jest motywem przewodnim tejże serialowej serii.

Bo cokolwiek powiedzielibyśmy o Dirty John: Betty Broderick, to produkcja o wzgardzonej, zdradzonej i opuszczonej żonie. O miłości tak silnej, że niemal dotykającej nienawiści. O braku szacunku, i o tym, że bogactwo zmienia człowieka i jego spojrzenie na to, co kiedyś uznawał za normę

Muszę Wam się do czegoś przyznać. Otóż oglądając ów serial, a zrobiłam to jednym tchem, byłam jednocześnie wściekła, zażenowana i zrozpaczona jak można się zmienić i jaką podłą osobą można się stać i jak dobrze można taką postać zagrać. Targały mną takie mocne uczucia, jakich dawna podczas serialowego seansu nie uświadczyłam, nie odczułam. Działo się tak przede wszystkim z powodu świetnie narysowanej fabuły, opartej na faktach, ale także i chyba przede wszystkim, dzięki świetnej pracy aktorskiej. 

Zacznę może od męskiej postaci. Otóż Christian Slater dokonał prawie cudów wyciągając z postaci lekarza - prawnika Dana Brodericka wszystko co w nim słodkie i wszystko co najgorsze. Jeśli mieliście kiedykolwiek uczucie, że macie chęć krzyknąć do kogoś "co ty do diabła robisz?" to wierzcie mi, oglądając ten serial, nie raz przebiegnie wam taka myśl po głowie. Trudno określić postać Dana, oczywiście na etapie bycia już kimś w prawniczym światku, za miłą i słodką. To po raz kolejny obraz wyrachowanego, pewnego siebie, a nawet zadufanego w sobie mężczyzny, który wprawdzie nie jest, jak w przypadku pierwszej części, psychopatą, ale potrafi sprawić, by kobieta, która tak wiele dla niego poświęciła, stała się nikim. Wszystko w tej postaci gra, przede wszystkim mimika twarzy, a szczególnie nie schodzący z twarzy uśmiech. Rewelacja i zarazem koszmarnie emocjonujące doświadczenie, chyba szczególnie dla kobiet.

Ale królową gry aktorskiej w tym sezonie Dirty John jest zdecydowanie Amanda Peet, jako Betty Broderick. Hmm.....to bardzo zdradziecka postać, która wydaje się nie być klarownie czystą, pozytywną i trudno, przynajmniej na początku określić jej jako ofiarę. I to właśnie jest plus tejże opowieści, bowiem tworzona jest wyrywkowo, kolejne fragmenty rodzinnego scenariusza odkrywane są stopniowo. I oto przekonujemy się jak i dlaczego Betty jest taka nerwowa, czemu działa impulsywnie, czemu jeden czym rodzi agresje, pociągając kolejne traumatyczne wydarzenia i ciąg zdawałoby się bezsensownych jej zachowań. Poznając Betty już wiemy co nią kierowało, strasznie szybko, głównie dzięki świetnej grze Amandy Peet zżywamy się z nią, współczujemy, a nawet kibicujemy w szczęśliwym zakończeniu, choć wiemy, że to łatwe nie będzie.

Zwykle tak jest, że to część druga, kontynuacja jest tą słabszą wersją całości. W przypadku Dirty John: Betty Broderick tak oczywiście nie jest, zdecydowanie nie jest. Choć pierwszy sezon zaciekawiał, dawał dreszczyk emocji i był, że tak powiem, w porządku, to drugi powala na kolana, szczególnie fabularnie i zdecydowanie pod względem pracy aktorskiej i bardzo dobrze dobranych aktorów. To nie jest film jednobarwny, wyraźnie skłaniający się w jedną stronę. To serial o niewyobrażalnej zmianie w życiu, jaką samą sobie zbudowała para osób, która kiedyś tak mocno się kochała. 

To przede wszystkim serialowa produkcja, która w bardzo emocjonalny sposób pokazuje jak blisko miłości do nienawiści, jak cienka granica dzieli te jakże silne emocjonalne stany. Rewelacja! Sprawdźcie serial koniecznie, nawet jeśli nie oglądaliście pierwszej jego odsłony. Pamiętajcie, że fabuły nie są ze sobą w żaden sposób połączone. 

Miłego seansu, a tymczasem wystawiam swoja ocenę, którą jest mocne 8,5/10. Polecam! 

Mroczne The Blind Prophet - wrażenia z wersji demonstracyjnej

Mroczne The Blind Prophet - wrażenia z wersji demonstracyjnej

Serdecznie zapraszam do wrażeń z wersji demonstracyjnej przygodowej gry w klimatach mrocznego RPG, zatytułowanej The Blind Prophet.

Były w zapowiedzianych takie gry, na które czekałam i które, jeśli jest oczywiście taka okazja, a w przypadku The Blind Prophet jak najbardziej była, musiałam sprawdzić, testując jej wersję demonstracyjną. Miałam zatem niezwykłą przyjemność zapoznać się bliżej z tą niezwykle mroczną, komiksową i ręcznie rysowaną, klasyczną przygodówką point & click, w wersji demo, którą pozwolicie, troszeczkę Wam przybliżę. Mogłam w nią zagrać także w pełną wersję opisując jej recenzję, ale i robiąc dla niej poradnik/solucję na lubiegrac.pl. 

 Warto przeczytać także:

The Blind Prophet święciło sukcesy w kampanii na Kickstarterze, co pozwoliło twórcom wprowadzać do gry zupełnie nowe pomysły, aktualizacje i przenosić ich projekt na coraz to nowe platformy. Gra już na początku dostępna była w wielu językach, niestety nie w polskim, nad czym strasznie ubolewałam, a cieszyć się nią mieli nie tylko gracze PC-owi i posiadacze Mac-a, ale i użytkownicy konsol i urządzeń mobilnych. 

Historia przenosi graczy do nawiedzonego przez demony miasteczka Rotbork, do którego zesłany zostaje pewnego dnia, w swojej naprawczej misji ratowania ludzkości, Apostoł Bartholomeus, anioł sprawiedliwości, wyposażony w miecz, którym ową sprawiedliwość ma wymierzać. W wersji demonstracyjnej, która obejmuje jakieś czterdzieści minut rozgrywki, wrzuceni zostajemy jako gracze wprost do animacji, w której pewien wielki mężczyzna próbuje zaatakować kobietę, podcinając jej gardło. Jak się zapewne domyślacie życie przerażanej mieszkanki Rotbork zostaje uratowane, a my, gracze, wcielając się w Bartholomeusa, postaramy się nie tylko doraźnie jej pomóc, przynosząc coś co postawi ją na nogi, ale i rozgryźć tajemnicę zagadkowego ataku, a przynajmniej spróbować to zrobić.

The Blind Prophet to klasyczny przygodowy "wskaż i kliknij", pozbawiony elementów zręcznościowych czy akcji, które oczywiście się pojawiają, ale jedynie w formie komiksowych animacji i rysunkowej brutalności, od której produkcja studia ARS GOETIA nie stroni. Mrok i ciężki, wyjęty rodem z komiksów klimat, to pierwsza rzecz uderzająca po włączeniu dema, które nie tylko bije po oczach mroczną, ręcznie rysowaną i niezwykle klimatyczną atmosferą zła, które bezkarnie rozpanoszyło się po okolicy, ale i doskonale współgrającą z owym nastrojem ścieżką dźwiękową, ciężką, elektryzującą muzyką. 

Oprócz klimatu, który w wersji demonstracyjnej wylewa się z gry strumieniami i to tymi bardziej krwistymi, niźli przejrzystymi jak górski strumień, dreszcz emocji, przynajmniej w moim wypadku, wywołuje wpasowująca się w atmosferę przesiąkniętego złem miasteczka grafika, która idealnie współgra z interfejsem, mechaniką i całą otoczką rozgrywki w jej tradycyjnej formie.

Mając świadomość, że opisuje jedynie demo czyli produkt, który stanowi niewielki ułamek, jak mniemam większej całości, która sądząc po ocenach wersji demonstracyjnej na itch.io i Gamejolt, podoba się nie tylko mnie, muszę już w tym momencie zaznaczyć, iż gra ma do zaoferowania bardzo dużo.  I nie dotyczy to jedynie fabuły, która w tak krótkim kawałku nie miała okazji się rozwinąć, choć zapowiada wciągającą i pełną tajemnic historię, a całej otoczki związanej ze sterowaniem, mechaniką i dodatkowymi funkcjami rozgrywki, którą zaczynamy od pięciostopniowego samouczka, co ma w tym miejscu sporo sensu, gdyż jest się czego uczyć.

Zagłębiając się w elektryzujący klimatem i ręcznie rysowanym stylem prolog The Blind Prophet, w wersji demo, musimy nieco się z nią zapoznać, ucząc się nie tylko ikon związanych z interfejsem, typu: "obejrzyj", "użyj", "zabierz" czy "porozmawiaj", ale i delektując funkcjami dodatkowymi, które ja w przygodówkach zwyczajnie uwielbiam, szczególnie jeśli dotyczą one dogłębniejszego poznawania rozgrywki lub jak w tym przypadku, świata gry. Otóż mamy w The Blind Prophet menu, w którym znajduje się nie tylko lubiany przeze mnie notes protagonisty, do którego wpis sygnalizowany jest nie tylko dźwiękiem, ale i widocznym w dole ekranu wykrzyknikiem, ale i informacje dodatkowe, w tym przypadku dotyczące postaci, jakie przyjdzie nam spotkać (w demo jedynie jedna z nich), jak i zakładkę "demony", a w niej szczegółowe opisy kilku złych mocy, które zapewne odegrają ważną rolę w rozgrywce.

Jasno sprecyzowane zadania, jakie produkcja przez nami stawia, których w wersji demonstracyjnej nie było wcale tak mało, mnóstwo lokacji do zwiedzenia, wiele dialogów, przeważnie pisanych, bowiem The Blind Prophet,  na etapie prologu w wersji demo, jak i w pełnej grze, jest tytułem bezdialogowym, klasyczność ekwipunku i zagadki... tak, przygodowe zagadki, to wyraźny sygnał do tego, że czeka nas godny uwagi, przygodowy tytuł. 

Sukces finansowy na Kickstarterze nie wziął się zapewne z niczego, bowiem deweloperzy, a trzeba tu zaznaczyć jest to niewielkie, niezależne studio, pomyśleli o niemal każdym aspekcie, wprowadzając do gry między innymi podświetlanie aktywnych miejsc w lokacjach, zwanych hot-spotami, zaciekawiając formą użycia przedmiotów, które ukryte są w czymś w rodzaju torby i na pierwszy rzut oka dla gracza niedostępne, dając jednocześnie, mimo klasyczności, sposób decydowanie o swoich czynach, poprzez stosowne decyzje.

A wszystko to zamknięte w przygodówce wykonanej w stylu, jaki ja kocham w tym gatunku czyli ręcznie rysowanej, troszkę niedbałej, nawiązującej do książkowego i komiksowego stylu warstwie graficznej, która potęgowana jest takimi też animacjami. 

Pojedyncze słowa wypowiadane przez naszego protagonistę wprowadzają ciekawy nastrój, tym bardziej, że głos Apostoła Bartholomeusa brzmi niezwykle mrocznie, mocno i męsko, co idealnie współgra z jego stanowczym i nieco władczym wyglądem, a zarazem łagodnością. Jestem bardzo ciekawa jak postać podczas gry się rozwinie, jak charyzmatycznym protagonistą będzie Bartholomeus i jak wiele od siebie wniesie do jej pełnej wersji, bo coś czuję, że tak właśnie się stanie.

Zanim zagrałam w demo czekałam na więcej informacji na temat rozgrywki, na to ile nowości jeszcze w grze zobaczymy, jak sukces kampanii, która przypominam wciąż trwa, przełoży się na finalną wersję The Blind Prophet. Po zagraniu w wersję demonstracyjną czułam się mówiąc kolokwialnie "podjarana", podekscytowana, zaciekawiona i wciągnięta w historię, którą dopiero poznaję. 

Miałam wielką, ogromną nadzieję, że przygodówka prędzej czy później zadebiutuje na Steam w języku polskim, pozwalając  rodzimym graczom w pełni, w języku ojczystym (który miał być dodany), poznawać każdy aspekt tej rewelacyjnie zapowiadającej się produkcji przygodowej. Czekałam i mocno trzymałam kciuki, życząc twórcom dużo zapału i wiary! Niestety gra wydana w pełnej wersji w lutym 2020 roku do tej pory nie doczekała się wersji PL, i już się jej raczej nie doczeka. 

Premiera gry miała miejsce 5 lutego 2020 roku. Można w nią zagrać na Steam oraz GOG.

Karta Steam

Karta GOG

sobota, 11 stycznia 2025

Pewnego razu na krajowej jedynce - recenzja. Polska, całkiem zgrabna serialowa czarna komedia

Pewnego razu na krajowej jedynce -  recenzja. Polska, całkiem zgrabna serialowa czarna komedia

Pewnego razu na krajowej jedynce, recenzja polskiej, całkiem zgrabnej serialowej czarnej komedii, o której przed premierą niewiele słyszeliśmy. 

Na polskim Netfliksie możemy wybierać w całej masie filmów i seriali z niemal każdego kraju, w tym także z naszego. Jedne są mniej, drugie mocniej reklamowane. Ale bywają takie, o których niemal, albo właściwie nic nie słyszymy. Przykładem tego stał się polski serial Pewnego razu na krajowej jedynce, który po prostu zagościł na platformie Netflix, nikogo o tym specjalnie nie informując. I może zostałby przeze mnie pominięty, gdyby nie to, że znalazł się w miarę szybko w topowych produkcjach Netfliksa.

Warto przeczytać również:

Nie oznaczało to, że musiał być ciekawy, bo niemal wszystkie polskie tytuły prędzej czy później trafiają do TOP 10, ale… No właśnie, to ale spowodowało, że sięgnęłam po serial, wiedziona zwyczajną ciekawością i krótkim opisem fabularnym. Postanowiłam, mimo tego, że niechętnie oglądam rodzime tytuły Netfliksa, bo umówmy się… nie stoją na zbyt dobrym poziomie, obejrzeć serial i pomimo drobnych wad, nie uważam seansu za czas stracony, a wręcz przeciwnie. 

Historia, którą zechciała opowiedzieć widzom twórczyni serial Dorota Trzaska mieści się w ramach czarnej komedii z nutką opowieści kryminalnej i klasycznego dramatu z pokręconymi ludzkimi kolejami losu, niczym z reality TV. Każda z postaci, jakie poznajemy w Pewnego razu na krajowej jedynce ma z sobą, albo z życiem na bakier, i postanawia to zmienić, mając nadzieję, że to, co planuje przyniesie pozytywny skutek. 

Leon Perkowski to wdowiec, borykający się z problem alkoholizmu i z córką Dianką, która ma na bakier z prawem, i za kradzieże i inne przestępcze wyczyny, kuratora na głowie. Pewnego dnia oświadcza, że jest w ciąży, więc zdesperowany ojciec postanawia naprawić błąd dziecka i wyjechać do czeskiego Cieszyna, w wiadomej sprawie. Klara Kaczorowska to młoda, ale już nie tak bardzo kobieta, która właśnie się rozstała z facetem i nie bardzo wie, co dalej  robić ze swoim z życiem. Postanawia pojechać zatem do siostry. Wojtek Słomka kocha się na zabój w pewnej młodej kobiecie, udając bogatego Włocha. Tak naprawdę stara się wyrwać spod skrzydeł nadopiekuńczej matki, a wcześniej spotkać z ukochaną, z którą ma jedynie kontakt online, mając nadzieję, że to ta jedyna i że zostanie zaakceptowany. Wszyscy spotykają się w samochodzie Leona, w którym przez odpowiednią aplikacją mają udać się  wspólnie, właśnie do Cieszyna. 

Tymczasem Emil, mający nóż na gardle mężczyzna, wiszący sporą gotówkę bezwzględnym bandytom, dokonuje skoku na bank, kradnąc z niego okrągłą sumkę dwóch milionów złotych. Kasa znajduje się w bagażniku samochodu, który wygląda identycznie jak samochód Leona. I tak oto na stacji benzynowej grupka Leona zamienia się autami. Wkrótce zauważają, że coś jest nie tak, znajdują pieniądze, które mogą stać się lekarstwem na ich życiowe problemy. Problem w tym, że ich śladem rusza gotowy na wszystko Emil, a po drodze o kasie dowiaduje się także prostytutka Celina i jej Alfons i kochanek Adrian. Jak się domyślacie, oni też mają chrapkę na sporą ilość gotówki. Zaczyna się zatem zabawa w kotka i myszkę i planowanie jak położyć łapę na milionach. 

I właśnie ten motyw, walki o pieniądze staje się motorem napędzającym fabułę tej opowieści. Ale nie tylko. Przede wszystkim tym co powoduje, że krótki, bo sześcioodcinkowy serial ogląda się dobrze, nie brakuje żartów sytuacyjnych. Czarna komedia w tym wypadku jest naprawdę czarna, bowiem nie brakuje w niej humoru niczym z makabry i absurdu, ale i klasycznie mrocznych momentów, które sprawiają, że serial śledzi się sprawnie i szybko. 

Jest mrok, jest gęsta atmosfera, jest kryminalna historyjka, którą w odpowiednie ramy ubierają bohaterowie i ich mniejsze czy większe problemy ze sobą. Oczywiście bolączki każdego z nich są w ich oczach przerażająco wielkie, ale i są powodem do uśmiechu, i przyczynkiem wielu komicznych sytuacji. Co ciekawe to co naprawdę ich w życiu spotkało nie zostaje przed nami od razu ujawnione. To, że problemy każdego z nich poznajemy poprzez nawiązania, poprzez wspomnienia czy formę retrospekcji jest czymś, co buduje klimacik, nie wiejąc nudą. 

Jednocześnie produkcja jest w całkiem ciekawy sposób zrealizowana. Dzieje się tak za sprawą pocięcia ekranu, czyli pokazywania nam toczących się w równym czasie wydarzeń, bardzo ze sobą związanych, pokazanych w nieco komiksowej formie. Zabieg całkiem ciekawy, bo nie przenosimy się z miejsca na miejsce, nie podróżujemy w czasie, ale śledzimy wydarzenia tu i teraz, nie tracąc nic z fabuły. A ta pędzi dość szybko, oferując widzom wartką akcję, w której atmosfera z każdym momentem coraz mocniej gęstnieje, staje się bardzo mroczna, a nawet krwawa. Serial nie szczędzi nam widoku brutalności, krwi i bardzo mrocznego poczucia humoru. Scen, w których przemoc jest na ekranie nie brakuje, i choć te bywają, jak to przemoc trudne i nieprzyjemne do oglądania, większość z nich bywa podszyta nutą humoru, często absurdalnego. 

Nie jest to jednak zupełnie lekka historyjka, z dozą kryminału, ale jak nadmieniłam wcześniej także dramat. Koleje losy każdego z bohaterów, zarówno tych kluczowych, jak i tych pobocznych są dramatyczne. Wiemy, że potrzebują pomocy, mamy świadomość, że pieniądze, która są w zasięgu ich ręki, byłyby dla nich jedynym lekarstwem. W pewnym momencie zaczynamy myśleć, że powinni je wziąć, sami wpadając w pewną pułapkę myślową. Mamy świadomość, że to kasa zdobyta z przestępstwa, a jednocześnie chcemy się stać częścią tej zwariowanej i absurdalnej gry w kotka i myszkę. Zaczynamy im dopingować, choć nie powinniśmy. I tylko klimacik tej pogoni za kasą, który serial zbudował, psuje jak zwykle zakończenie, które jest jak kubeł zimnej wody, wskazując nam, że dobro zawsze powinno zwyciężyć… Ale czy także w tym wypadku?

Pewnego razu na krajowej jedynce to także jeden z tych seriali, który umiejętnie bawi się kamerą, zdjęciami, w punkt potęgując, także przez miejscówki, mroczną atmosferę, która uzupełniania jest całkiem zgrabnie poprzez bardzo dobrą muzykę. Wszystko wydaje się piękne, i opakowane w niczego sobie otoczkę, ale bywają luki scenariuszowe i nieco przesady. Na szczęście problem ten niweluje szybkość toczących się scen, i całkiem zgrabne aktorstwo.

To także jedna z tych produkcji, w której nie zobaczymy znanych serialowych gwiazd, a aktorów mniej popularnych, choć zapewne Wam znanych. Wśród nich Juliusz Chrząstowski (Boże ciało, Kler) jako Leon, Łukasz Garlicki (Rojst, Wielka woda) jako Emil, Anna Ilczuk (Sala samobójców, Świat według Kiepskich, Szadź) jako Klara, Michał Sikorski (Czarna owca, Wszyscy moi przyjaciele nie żyją) jako Wojtek, Maja Wolska (Zenek, Wesele) jako Dianka, Jaśmina Polak (Miasto 44, Szczeliny) jako Celina czy Mateusz Król (Jak pokochałam gangstera, Teściowie) w roli Adriana.  

Każdy ma do zagrania zupełnie inną rolę osoby po przejściach, z problemami i na życiowym zakręcie, z którego pragnie się wydostać. Aktorstwo, choć z pewnością do fenomenalnych nie należy, stoi tu na naprawdę porządnym poziomie. Ich wszystkich chce się oglądać, wydają się poprzez swoje zaangażowanie w rolę bardzo wiarygodni, nawet jak momentami, przez tak napisany scenariusz, bywają dziwni czy sztuczni. 

Podsumowując Pewnego razu na krajowej jedynce to udana polska produkcja, która może pochwalić się ciekawą formą i stylem czarnej komedii, prostą, ale wciągającą opowieścią kryminalną, i angażującą historią. Drobne braki scenariuszowe rekompensuje wartka akcja, fajne, choć mrocznie - humorystyczne dialogi, dobre zdjęcia i naprawdę fajna muzyka. Jeśli dołożymy do tego dobre aktorstwo, to otrzymamy godną obejrzenia serialową produkcję, którą jeśli jeszcze nie widzieliście, warto nadrobić. Mnie pozostaje życzyć miłego sensu!

Moja ocena 7/10. 

Serial do obejrzenia na Netflix. 

Röki - wrażenia z wersji demo, uroczej skandynawskiej baśni

Röki - wrażenia z wersji demo, uroczej skandynawskiej baśni

Röki, oto wrażenia z wersji demonstracyjnej, uroczej, ręcznie malowanej skandynawskiej baśni. Serdecznie zapraszam!

Festiwal gier - The Games Awards 2019 był dla wielu graczy okazją do sprawdzenia oczekiwanych przez nich tytułów. Tak też było w moim przypadku. Była bowiem w zapowiedziach na rok 2020 taka gra, która do tej pory, do czasu zagrania w demo, była tak naprawdę dla mnie zagadką. Röki, bo o niej mowa to przygodówka, która choć bardzo mnie ciekawiła, żeby nie powiedzieć intrygowała, budziła także niepokój, gdyż wydawała mi się być gatunkową mieszaniną, którą ja, zwolenniczka przygodowej klasyczności, nie za bardzo lubię. Skoro zatem nadarzyła się okazja sprawdzenia, jak to z nią właściwie jest, nie omieszkałam skorzystać z okazji  i wykorzystując dwudniowy czas dostępności wersji demonstracyjnej na platformie Steam, sprawdzić ów tytuł. I już tu....w tym miejscu....mogę Was zapewnić, że przynajmniej demo (mam nadzieję, że całość gry też), to klasyczny point and click, bez elementów zręcznościowych z łamigłówkami przedmiotowymi i prześliczną grafiką. Ale po kolei.

 Warto przeczytać również:

Röki, demo, którego przejście, (ja oczywiście skupiałam się na wszystkich interaktywnych punktach), zajęło mi około 40 minut rozgrywki, to historia dziewczynki o imieniu Tove. W wersji demonstracyjnej zostałam wrzuca wprost do przepięknej zimowej lokacji, zaczynając swoją podróż w drzewie, magicznym i nieco strasznym. Celem Tove, czyli także moim, było przemierzanie tejże inspirowanej folklorem skandynawskim krainy, by pomóc, a nawet uratować rodzinę. 

Wędrowałam zatem po przecudnych, lśniących w słońcu i skrzących się śniegiem miejscówkach, po drodze spotykając i pomagając bardzo dziwnym istotom. Udzieliłam pomocy trollowi, w którego ramieniu tkwił sztylet, próbowałam uratować trochę straszne zwierzątko zamknięte w klatce. Przede wszystkim jednak skupiałam się na eksploracji, która jest podstawą tej gry, przynajmniej tak wynika z wersji demo. 

Wędrówka wiązała się z klasycznymi rozwiązaniami przygodowymi, gdyż twórcy, niezależne studio Polygon Treehouse stworzyło tradycyjną grę adventure, w której eksplorujemy, zbieramy przedmioty, rozwiązujemy związane z nią zagadki, ratujemy i sami staramy się być ratowani. Wszystko jednak przebiega w swoim, powolnym, nie nachalnym baśniowym rytmie, któremu nie brakuje pewnej nutki mroczności. 

Röki to bowiem współczesna, podszyta dozą tajemnicy i nutką straszności, skandynawska baśń, w której rzeczywistość przeplata się z mitami, legendami i opowieściami o magicznych stworach, które grając mamy okazję poznać osobiście. Klimat tejże opowieści w wersji demonstracyjnej był niezwykle dobrze wyczuwalny. Wynikał nie tylko z zachowania Tove, z tego o czym rozmawiała z magicznymi istotami, które miała okazję spotkać, ale i z tego jakie miejsca napotykała. Wiele z nich snuło smutną, melancholijną i intrygującą opowieść, utkaną z wspomnień, umieszczoną w przeuroczej, malowanej lokacji.

Trzeba przyznać, że opisywany przeze mnie krótki fragment zaprezentował mi grę niezwykle piękną graficznie, urokliwą pod wieloma względami, nie tylko dzięki rysowanym tłom, ale i całej malowanej, śnieżnej otoczce. Grając w tę cudną przygodówkę, w krótkiej wersji demo, tak bardzo brakowało mi śniegu, śnieżnego klimatu, o którym, przynajmniej ja, mogę na chwilę zapomnieć. Dlatego też, często przystawałam, by razem z Tove podziwiać przysypany czapami śniegu dach kościoła, oświetlony skandynawskim słońcem. Stawałam i zachwycona patrzyłam na ośnieżone góry, gdzieś tam w oddali. Patrzyłam jak zaczarowana na migoczący biały puch, przypominający mi dzieciństwo i mój nim zachwyt, gdyż ten w mroźny zimowy dzień lśnił jak miliony malusieńkich diamentów. Muszę przyznać, gra doskonale te poczucie oddaje. 

Podobnie więc zachowywałam się w ogrywanej przeze mnie wersji demonstracyjnej, ale podziwianie i zwiedzanie to przecież nie wszystko. Röki to też cała growa otoczka, w tym sterowanie, które tu nie skupia się na komputerowej myszce, a klawiszach WSAD i wielu innych przyciskach na klawiaturze. Za pomocą "I" aktywujemy na przykład ekwipunek, który stanowi jego klasyczną formę. Zlokalizowany na górze ekranu gromadził wszystkie zebrane do tej pory przeze mnie przedmioty, które twórcy słownie oznaczyli. 

Miałam jednak pewien problem z używaniem zebranych przeze mnie przedmiotów. Niezależne studio Polygon Treehouse zdecydowało się na dość niekonwencjonalny sposób wykorzystywania zebranych przez gracza rzeczy. Otóż, przyznam się trochę przypadkiem (być może później do pełnej wersji zostanie wbudowana forma podpowiedzi), wpadłam na rozwiązanie w jaki sposób ową rzecz wyciąga się z inwentarza i używa na danym miejscu, postaci i tym podobnych, interaktywnych lokacjach. Otóż trzymając klawisz "enter", który w grze stanowi odpowiednik działania, przedmiot w ekwipunku jakby się rozdwajał. Wtedy to, dalej trzymając "enter", za pomocą przycisków "A" lub "D" przesuwamy go i odpowiednio wykorzystujemy. Hmm.....oczywiście można się do takiego manewrowania rzeczami z czasem się przyzwyczaić, ale ten rodzaj udziwniania, myślę nie jest potrzebny. Lepsza byłaby jednak intuicyjna praca myszką. 

Poza tą dziwną obsługą przedmiotową, cała reszta interfejsu to już tak zwana klasyczność, choć dalej nie przy pomocy komputerowego gryzonia. W grze, w wersji demo, miałam przyjemność zapoznać się z pierwszymi wpisami w notatniku, którego aktywowałam za pomocą klawisza "J". Twórcy wbudowali także system podpowiedzi, w postaci podświetlania interaktywnych miejsc w lokacjach, które oprócz tego, że błyszczą, wydają także charakterystyczny dźwięk. Hot-spoty aktywowałam za pomocą "H".

Pozostając przy dźwiękach, muszą zaznaczyć, że Tove to osóbka, która nie mówi, a jedynie, okazjonalnie wydaje z siebie jakieś nieartykułowane szepty, coś mruczy pod nosem i po swojemu dopowiada. Czasami jednak z tych nieokreślonych dźwięków mogłam wyłuszczyć znane, angielskie słowo. Mimo tego, że Tove i reszta postaci pozbawiona jest aktorstwa głosowego, co nie jest niczym dziwnym w grach niezależnych, to doskonale potrafiłam wyczuć jej nastrój, w którym jak na szalkach wagi huśtała się wesołość i smutek.

Nastrój bajkowości świetnie budowała w wersji demonstracyjnej także niezwykle klimatyczna ścieżka dźwiękowa, która idealnie podkreślała to co podkreślić i wypunktować, czy też zaznaczyć w grze powinna. Ta jej mroczna "uroczość" sprawiała, że miewałam ciarki na ciele, ale przede wszystkim czułam się tak, jakbym na chwilę znalazła się tam, gdzie właśnie jest Tove. Jakbym na moment wkroczyła w jej ciało, za co twórcom dziękuję, bo to nie często zdarza mi się odczuć w ogrywanych przeze mnie demach. 

Pełna wersja gry Röki trafiła do sprzedaży 23 lipca 2020 roku. Dostępna jest na PC, PlayStation 5 i Xbox Series X\S. 

Karta Steam

Karta GOG

czwartek, 9 stycznia 2025

The Ghost Bride - recenzja serialu Netflix. Orientalny fantasy-horror

 The Ghost Bride - recenzja serialu Netflix. Orientalny fantasy-horror

Są na Netflix seriale, które debiutują na owej platformie niepostrzeżenie, bez rozgłosu i zapewne część z nas widzów, zupełnie nie wie, że takowe produkcje w ogóle tam istnieją. Czy tak jest z The Ghost Brigde? 

Tak jest, przynajmniej odnoszą takie wrażenie, w przypadku serialu malezyjskiej produkcji, zatytułowanej The Ghost Brigde, na którą natrafiłam zupełnie przypadkiem. W oczekiwaniu na drugi sezon serialu Kingdom, może także ze względu na tajemniczy jej klimat i pewną dozę egzotyki, która rzucała się w oczy, postanowiłam bliżej się serialowi przyjrzeć. I wiecie co? Nie żałuję, mimo tego, że tak naprawdę nie wiem do jakiej kategorii mam tę produkcję zaliczyć.

Warto przeczytać również:

The Ghost Brigde, kolejny serial oparty na powieści

Jak zapewne zdążyliście się już zorientować platforma Netflix uwielbia korzystać z zasobów literatury, czy to tej bardziej młodzieżowej, czy komiksowej, od tej nam bliższej, europejskiej, po znaną amerykańską, aż po niezwykle egzotyczną. Produkcją serialową, która żywo pasuje do tej ostatniej kategorii, bo przedstawia odmienną kulturę i jest zarazem ekranizacją książki Yangsze Choo, zatytułowanej The Ghost Bride. Narzeczona ducha, jest serialem o takim samym tytule, który zagościł jakiś czas temu na Netflix.

Fabuła skupia się wokół nieprawdopodobnej opowieści, w której pewna kobieta ma skończyć jako żona ducha. Li Lan Pan (Peijia Huang), to młoda dziewczyna pochodząca z zubożałej rodziny. Mieszka z ojcem wdowcem (Jordon Voon) i dwójką domowych pomocników, których trudno nazwać służącymi, a raczej gospodarzami i powiernikami. Rodzina nie może pochwalić się bogactwem. Ojciec Li Lan ma zawodowe problemy, a nawet długi, z którymi nie bardzo może sobie poradzić. Zbawieniem dla nich może być propozycja najbogatszej rodziny w mieście, państwa Lim. Dziewczyna zna ich dobrze, gdyż jako dziecko przyjaźniła się bardzo blisko z krewnym rodziny, teraz jedynym ważnym mężczyzną w rodzinie Lim. Pani domu, składa Li Lan propozycje. Oferuje jej i jej rodzinie dostatnie życie w zamian na ślub z jej synem.

Problem w tym, że ten jest martwy. Ciąg wydarzeń, które wkrótce zadzieją się w jej życiu, zmusza Li Lan do zawarcia układu z rodziną Lim, co wiąże się nie tylko z nietypowym małżeństwem, ale i ze zmierzeniem się ze światem duchów, sił nadprzyrodzonych, intrygami, spiskiem, a nawet niebezpieczeństwem stracenia życia. Dziewczyna wkracza do Świat Umarłych, w którym musi poznać nie tylko tajemnicę swego przyszłego męża Lim Tian Chinga (Kuang Tian), ale zawalczyć o swój los. Towarzyszem i zarazem opiekunem dziewczyny, zostanie, dość przypadkowo, tajemniczy demon Er Lang (Kang Jen Wu), który jako wysłannik bogów, musi zapanować nad światem żywych i umarłych.

Serial z niewiarygodną historią, niczym mroczne i zarazem egzotyczne fantasy 

Zdawałoby się, że fabuła The Ghost Brigde jest absurdalna, a nawet nieco fantastyczna, jak przedziwna bajka fantasy z elementami horroru. Z jednej strony tak jest, ale z drugiej pomysł na książkę, jak i scenariusz, myślę pierwszego sezonu serialu Netflix, zaczerpnięto  ze starej chińskiej, ludowej tradycji, która głosi, iż dusza zmarłego kawalera nigdy  nie zazna spokoju, dopóki nie poślubi żyjącej kobiety. 

Rozpoczynając oglądanie tej barwnej opowieści można zatem odnieść wrażenie, że twórców aż za bardzo poniosła wyobraźnia, ale poznając stare chińskie wierzenia, opowieść ta, nie wydaje się dziwna, a z czasem staje się też  niezwykle intrygująca.

Serial miesza gatunki bardzo sprawnie, tworząc niezwykle tajemniczą, nieco pokręconą, ale i zarazem wciągającą mieszankę filmową, w której tak naprawdę znajdziemy niemal wszystko. Jest dramat rodzin, Pan, która boryka się z widmem biedy oraz nieszczęście bogaczy Lim, rodziny, która straciła ukochanego, acz skrywającego mroczny sekret syna i brata. Jest doza orientalnego horroru, który straszy upiorami i mroczną magią. Jest także niespełniona miłość, w której na plan pierwszy wychodzi ukochany z dzieciństwa Tian Bai (Ludi Lin), ale i baśniowe fantasy, które zgrabnie spaja całość w wartko opowiedzianą historię. Na dokładkę w serialu można znaleźć także elementy zbliżone do kryminału i kryminalnego śledztwa, jakim para się nasza młoda bohaterka i jej pomocnik  Er Lang. 

The Ghost Bride to także dawka innej kultury, garść orientu i egzotyki podana w całkiem przystępnej, bo intrygującej, a co za tym idzie, wciągającej formie. A pewna wyolbrzymiona w ekspresji i przesadnego aktorstwa forma, podbijana muzyką i piosenkami, których owa serialowa produkcja nie szczędzi, buduje niecodzienny klimat. 

Całkiem przyjemny, mroczny a zarazem nostalgiczny 

Muszę przyznać, że rozpoczynając przygodę z tym serialem miałam mieszane uczucia i nie bardzo wiedziałam, czy jestem mu przychylna czy raczej powinnam go sobie darować. Trochę śmieszyła mnie forma mieszania stylu, o którym wspominałam, bawiło dziwne wplątanie współcześnie brzmiących melodii, z fabułą rozgrywającą się w odległej przeszłości. Czułam pewny opór przed dziwnością fabularną, która jeszcze wtedy, taka mi się wydawała.

Ale ten stan rzeczy na szczęście nie trwał długo, gdyż niezwykle szybko wchłonięta zostałam nie tylko wartko, niemal błyskawicznie biegnącą linią fabularną, ale i szeregiem innych czynników. Akcja, która miesza wątki i prze do przodu, wcale się nie zastanawiając nad konsekwencjami, osadzona została bowiem w rzeczywistości, która nie tylko przybliża nam klimat nieznanego nam, odległego kraju, ale przenosi w zaświaty. 

Muszę przyznać, że urokliwa, mimo straszności i mroku jest owa Kraina Umarłych, która nie tylko kusi pięknymi strojami, dobrymi ujęciami filmowymi i operowaniem światłem, ale dozą niepewności i szczyptą współczesności w świecie mało rzeczywistym. 

Duchy, zjawy, mroczne wizje, piekielni słudzy pod postacią zwierząt, unoszące się lekko nad ziemią służki innego, nieznanego żyjącym świata, dusze w przedziwnych maskach, to jedynie jedna strona medalu. Pod drugiej stronie Li Lan mierzy się nie tylko z tym, ma okazję, a dzięki niej my, bliżej poznać cykl życia i śmierci, reinkarnację, życie, po życiu. 

Opowieść mimo klimatu bardziej zbliżonego ku fantasy - horroru, jest także melancholijną przypowieścią o ludzkiej powinności, przeznaczeniu i przyjmowaniu losu takim jakim jest, z czym czasami my ludzie, nie umiemy sobie poradzić. Li Lan musi bowiem na szali swojego losu położyć to czego chce, to czego oczekuje z tym co niesie jej codzienność i jej ludzka, kobieca, rodzinna powinność. A to pokazane jest w serialu w niemal namacalny sposób. 

The Ghost Brigde, niecodzienna, ciekawa serialowa opowieść - podsumowanie

The Ghost Brigde to serialowa mieszanka, w której wkraczając w dziewiętnastowieczną historię o miłości i przeznaczeniu, stajemy się szybko uczestnikami opowieści o zgoła innym przeznaczeniu. Mrocznej, ale i baśniowej, melancholijnej, a zarazem rzeczywistej i nastawionej na przyjmowanie i mierzenie się z przeznaczeniem. Wartko poprowadzona akcja, śliczne kostiumy, intrygująca, czasami zdawałoby się nie pasująca do całości muzyka i klimat zadumy i losowości, sprawiają, że serial ogląda się naprawdę dobrze. Nie jest to może produkcja dla każdego, zważywszy na treść i przesłanie i pewną dozę dziwności, ale jeśli lubicie nieco odmiany i cenicie sobie orient i obcą kulturę, a i nie pogardzicie dawkę dreszczyku, to zachęcam do obejrzenia. 

Moja ocena 7/10. 

Serial można oglądać na Netflix.


Framing Dawes - wrażenia z demo. Bardzo klimatyczna i bardzo intrygująca

Framing Dawes - wrażenia z demo. Bardzo klimatyczna i bardzo intrygująca

Serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji gry przygodowej, która do tej pory nie doczekała się swojej premiery. Oto co myślę o demo niezależnej Framing Dawes. Zapraszam!

Czas po świąteczny i sam początek roku to czas idealny na sprawdzenie wszelakich wersji demonstracyjnych, których przejście zajmuje maksymalnie godzinkę, a nawet mniej. Jakiś czas temu miałam okazję opisać swoje wrażenie ze świetniej gry Röki, a teraz moją uwagę skupię na kolejnym tytule, który wróżył doskonałą przygodową rozgrywkę w nadchodzącym, 2020 roku. Jednak tak się nie stało. Dziś opiszę Wam moje wrażenia z przejścia wersji demonstracyjnej klasycznej, niezależnej, ręcznie rysowanej i nieco mrocznej, epizodycznej przygodówki zatytułowanej: Framing Dawes

 Warto przeczytać również:

Gra, która jest dziełem niewielkiego studia Jinx-It Games, została podzielona na pięć epizodów, z którego pierwszy, noszący tytuł: Framing Dawes, Episode 1: Thyme to Leave ,miał zadebiutować na Steam kilka lat temu. Tak się jednak nie stało. Jego mniej więcej jedna trzecia rozgrywki, czyli około godzina zabawy, jest wciąż dostępna w wersji demonstracyjnej, więc jeśli jesteście ciekawi jak się prezentuje, to zachęcam do jego sprawdzenia. Tymczasem zapraszam do przeczytanie poniższego tekstu, w którym co nieco na temat tej klasyki przygodowej w ręcznie malowanym stylu.

Historia w Framing Dawes miesza rzeczywistość z magią i rzekłabym ze sporą dawką gry grozy, co jest ciekawym, ale trochę zaskakującym elementem. Jej zaletą jest przede wszystkim to, że klimatem potrafi zaciekawić i zachęcić do jej odkrywania. Demo odsłania zarówno wesołe, melancholijne, jak i straszne chwile. Wszystko zaś dopowiada ciekawą narracją i czymś, co w przygodówkach jest najfajniejsze.....magią. 

W grze wcielamy się w nastolatkę, Bay Dawes, która po kłótni z ojcem, wybiega do lasu, odkopuje rzeczy matki i wypija zawartość butelki, którą pośród nich znajduje. Panna Dawes jeszcze nie wie, że mikstura, którą właśnie wypiła, bardzo zmieni jej życie. Budząc się w swoim łóżku ma wrażenie, że z dnia poprzedniego niewiele pamięta, a na dodatek na komputerowej poczcie pojawia się wiadomość, która mrozi dziewczynę. Nieznajomy nadawca pisze jej bowiem, iż jest oskarżona o zamordowanie zaginionego chłopca. Ostrzega ją, że natychmiast musi uciekać z domu, bowiem niebawem pojawi się w jej tu policja, by ją aresztować. 

Cóż zatem robi nasza protagonistka? Oczywiście próbuje ratować własną skórę, ale przede wszystkim postanawia dociec prawdy. Wkrótce przekonuje się, że płyn, którym wypełniona była butelka, dzieło mamy, skądinąd parającej się czarami, ma niezwykłe działanie. Choć do końca jeszcze tego w grze nie wiemy, ale domyślamy się, że nastolatka widzi rzeczy, których widzieć nie powinna. Jej towarzyszem staje się bowiem dawno zmarły królik, który został pochowany na podwórzu. Trochę mroczny, czarny zwierzak o imieniu Dink jest nie tylko przyjacielem, pomocnikiem, ale i rodzajem narratora. To, że stworzenie zmartwychwstało, to jeszcze nie jest szczyt dziwności, jaka towarzyszy Bay. Otóż okazuje się, że dziewczynę prześladują jakieś wizje, majaki czy też zjawy. Zagadka goni zagadkę, którą oboje, Bay Dawes i królik Dink muszą jakoś rozwiązać.

A robią to w ładnym rysunkowym stylu graficznym, który ja bardzo lubię w przygodówkach. Świat otaczający naszych bohaterów jest w wersji demonstracyjnej wprawdzie ograniczony, bo obejmuje kilka pokoju domu, oranżerie i kawałek podwórka, ale jest za to niezwykle bogaty. Pięknie narysowane stateczne tła 2D, a na niej trójwymiarowe, ale także rysowane postaci całkiem fajnie zanimowane. Mogłabym nieco przyczepić się do sposobu chodzenie Bay, która porusza się nieco sztywno, ale to przecież drobnostka. Rewelacyjnie za to animowany jest Dink, ciekawie prezentują się inne postaci, na przykład ożywające na naszych oczach zabawki.

Rozgrywka, która w wersji demonstracyjnej zajmuje około godziny, ubarwiana została ręcznie rysowanymi animacjami, które rozbudowują warstwę fabularną, która już na etapie demo, naprawdę zaciekawia. Oprócz tego, to właśnie one podbijają klimat gry, który może być określany jako kryminalny thriller w klasycznym point and clicku stylu.

Demo z Framing Dawes, Episode 1: Thyme to Leave, pierwszego epizodu gry, jak i zapewne cała rozgrywka, to więc klasyczne "wskaż i kliknij", przygodówka, której poczynaniami Dawes kierujemy za pomocą myszki. Ikony "lupy" oraz "klucza francuskiego" wskazują nam interakcje z przedmiotami, miejscami, osobami, na które możemy patrzeć lub użyć. Przedmioty, jakie podczas rozgrywki zbieramy trafiają do klasycznego ekwipunku. W wersji demo nie było ich dużo, ale każde z nich miało swoje uzasadnienie, co dobrze wróży na przyszłość. Panna Bay nie nosi zatem ogromu niepotrzebnych do niczego gratów, co jest częstym problemem w grach przygodowych. Twórcy postarali się także zaopatrzyć naszą podróżniczkę w notatnik, co jest także dużym plusem. 

Ciekawym rozwiązaniem jest podświetlanie się rzeczy znajdujących się w naszym inwentarzu, które wybrane, czyli kliknięte kursorem myszy znajdować się będą na wyraźnie zaznaczonym zielonym polu, co ułatwia ich wybranie. W przyszłości, w pełnej wersji ten element, gdy zebranych klamotów będzie dużo więcej, może być bardzo przydatny. 

W zaprezentowanym demo miałam okazję zmierzyć się jedynie z zadaniami przedmiotowymi, do których rozwiązania czasami trzeba było poszukać, także we wspomnianej przeze już magii, albo czynności ku niej zbliżonej. Czy w pełnej wersji gry pojawiają się bardziej rozbudowane zadania, między innymi zagadki logiczne? I czy gra w ogóle się pojawi? Trudno powiedzieć.

Wiemy natomiast, że autorzy myśleli o wystartowaniu z kampanią gry na Kickstarterze, która pozwoliłaby rozwinąć rozpoczęte już projekty i pomysły. Możemy bowiem w wersji demo posłuchać próbkę wersji głosowej, rozmowy Dawes i Dinka. Ten aspekt mógłby być dzięki owej kampanii na stałe wprowadzony do rozgrywki. Demo jest bowiem fragmentem gry pozbawionym dialogów mówionych, choć tych pisanym jest tu zdecydowanie dużo.

Rozgrywce skupionej na klasycznych rozwiązaniach przygodowych, w tym rozmowach, eksploracji i łamigłówkach przedmiotowych, towarzyszy fajna ścieżka dźwiękowo - muzyczna. Tu do naszych uszu dochodzą dźwięki gitary i chyba dzwonków. Kwestia udźwiękowienia gry także znalazła się w planach rozbudowy, którą może ułatwić kampania finansowa. 

Framing Dawes w wersji demonstracyjnej to zalążek ciekawego przygodowego projektu, który myślę pozwoli nam świetnie się bawić. Zaciekawiająca fabuła, sporo mrocznych elementów, które ja, fanka horrorów, bardzo sobie cenię, klasyczna rozgrywka bez zręcznościówek i tak zwanych "udziwnień", między innymi względem sterowania, no i śliczna rysunkowa grafika, prosta, ale jakże urokliwa. To wszystko sprawia, że gra znajduje się już na mojej liście tytułów oczekiwanych w nadchodzącym roku. Jeśli lubicie klasykę i nutkę mroku i macie czas w przerwach między przedświątecznym krzątaniem się, to polecam sprawdzić wersję demo tegoż tytułu. Gwarantuje Wam, że będziecie się dobrze bawić. 

Testowałam wersję dostępną na komputery osobiste PC - Steam. 

Karta Steam - pobierz demo

środa, 8 stycznia 2025

Grimm będzie miał reboota. Powstaje film bazujący na popularnym serialu

Grimm będzie miał reboota. Powstaje film bazujący na popularnym serialu

 

Zdjęcie: SkyShowtime

Grimm, niezwykle popularny i bardzo lubiany serial, w którym połączone kryminał, horror i klasyczne fantasy powróci, ale tym razem w filmowej formie. W przygotowaniu jest bowiem reboot serialu. Co o nim wiemy?

Grimm, serial lubiany i doceniony, którego recenzję wszystkich sześciu sezonów znajdziecie na moim blogu, powróci. Na razie nie wiemy kiedy, ale powstanie filmu bazującego na tejże opowieści jest już pewne. Wiemy kto zajmuje się pisaniem scenariusza oraz kto znalazł się w wśród jego producentów.

Warto przeczytać także:

Grimm, serial, który doczekał się sześciu sezonów, a nie doczekał się zapowiadanego spin-offu z żeńską bohaterką, będzie miał reboot. Film, którego producentami są twórcy oryginalnej serialowej serii, czyli David Greenwalt i Jim Kouf powstaje dla Universal Television. Scenariusz do tejże produkcji, która jeśli odniesie sukces ma być dalej rozwijana pisze Josh Berman, mający na swoim koncie również niezwykle popularny serial Kości, Zaginiona czy CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas.

Na temat fabuły filmu, bazującego jak wspomniałam na serialu Grimm, którego sześć sezonów mogliśmy przez jakiś czas oglądać na SkyShowtime (obecnie dostępne są jedynie trzy pierwsze), jak na razie nie wiadomo nic. Na temat serialu, i tego o czym opowiada możecie natomiast przeczytać w mojej jego recenzji. 

Wspomnę tylko, że serial miał początek w roku 2011 i był tworzony dla stacji NBC. Jego bohaterem jest policjant pracujący w wydziale zabójstw w mieście Portland. Odkrywa on pewnego dnia, że jest jednym z z potomków łowców istot nadprzyrodzonych, ukrywających się pod ludzką postacią. Nick Burkhardt jest Grimmem, którego zadaniem jest ich zabijanie. Wkrótce tajemnice Nicka poznaje także jego policyjny partner i przyjaciel Hank Griffin, a Nick zyskuje przyjaciół będących jednocześnie Wesenem, czyli magiczną, nadprzyrodzoną postacią.

Data premiery, obsada, ani fabuła reboota serialu nie zostały ogłoszone. 

Futurust, wrażenia z krótkiego demo. Czy doczekamy się ogłoszenia daty premiery?

Futurust, wrażenia z krótkiego demo. Czy doczekamy się ogłoszenia daty premiery?


Zapraszam do przeczytania moich wrażeń z przygodówki na której premierę wciąż czekamy, i to już dość długo. Jest to polska gra, jej tytuł brzmi Futurust, a jej premiera wciąż stoi pod znakiem zapytania. 

Futurust to klasyczna przygodówka typu wskaż i kliknij stworzona przez niezależne studio Cobble Games. Gra inspirowana, jak twierdzi twórca, produkcjami Amanita Design i LucasArts, przywodząca na myśl ciepło przyjęte Machinarium ma swoje miejsce na platformie Steam, gdzie można ją już dodawać do listy życzeń. Autor umieścił także malutki fragment gry w formie króciusieńkiego demo, które możecie sprawdzić właśnie za pośrednictwem Valve. Co już można powiedzieć o tej grze? O tym w poniższym tekście. 

 Warto przeczytać również:

Jestem zwolenniczką propagowania i pokazywania naszych rodzimych przygodowych produkcji, szczególnie, gdy te należą do grona klasycznych przygodówek typu point and click, w rysunkowej, klimatycznej formie. Takie właśnie jest Futurust od Cobble Games, które przedstawia nam robocią rzeczywistość w ręcznie malowanej grafice. W zaprezentowanym demo, zawartym w jednej lokacji, poznajemy bohatera produkcji, który żyje w świecie pozbawionym ludzi. Codzienna rzeczywistość miasta robotów, które nauczyły się żyć tak jak ludzie, zburzona zostaje przez złe mechaniczne postaci, dzikich, którzy winią inne roboty za całe zło ich robociego świata.

Jednego z takich najeźdźców widzimy w początkowej animacji z wersji demonstracyjnej. W niej także poznajemy protagonistę Futurust, robota o imieniu Rust, który wraz z żoną "tworzą" właśnie swego synka robota. Niestety spokój ich domostwa burzy robot - agresor, który wyciąga z ciała połowicy Rusta baterię, a naszego bohatera, próbującego ratować ukochaną, wykopuje gdzieś daleko poza granicę jego domowych pieleszy. W ten sposób trafia on do jednego z domostw, a dokładnie do łazienki, z której podczas wersji demonstracyjnej, musimy pomóc się mu wydostać.

Zaprezentowana wersja demonstracyjna to niewielki ułamek rozgrywki, rodzaj jej prezentacji, który została wzbogacony o jedną, prościutką mini - grę, zagadkę logiczną polegającą na odpowiednim ustawienie kół zębatych. Twórcy sygnalizują zatem, że w pełnej wersji, której premiera nie została ogłoszona, gracze mają zmierzyć się także z zagadkami, łamigłówkami logicznymi. Liczę, że będą to śmielsze wyzwania, wymagające więcej skupienia i uwagi. Gra nie poskąpi także typowych zadań przedmiotowych, których przedsmak mogłam poczuć w wersji demonstracyjnej. Czekam zatem na więcej!

Ta prezentowała mi klasyczną rozgrywkę, w której zbierany przedmiot trafiał do ekwipunku zlokalizowanego na górze ekranu. Jak i ile rzeczy będziemy nosić w pełnej wersji, trudno na razie stwierdzić. Demo pozwalało mi na natychmiastowe wykorzystanie danego przedmiotu, co myślę jest fajnym rozwiązaniem

Klasyczność wykonania, widoczna jest także w wersji demo w odpowiednim nazwaniu przedmiotów, z których każdy jest oznaczony, co także jest fajne. Zdarzają się bowiem przygodówki, w których zabieramy coś, co właściwie nie wiadomo czym tak naprawdę jest. 

Futurust to gra obsługiwana za pomocą myszy, jednego jej kliknięcia. Interfejs wygląda na prosty i intuicyjny, więc nie sądzę, żeby później miało się coś zmienić. Rozgrywka umożliwia także podświetlanie aktywnych miejsc w lokacji. Na razie opcja ta była raczej zbędna, bo demo jest zwyczajnie bardzo proste, ale twórcy obiecują, wraz z rozwojem prac, coraz większy poziom trudności. Trzymam zatem za słowo! 

Futurust to produkcja wykonana, jak wspomniałam, w ręcznie malowanych stylu, w pastelowej formie, z dbałością o szczegóły. W zaprezentowanym demo wprawdzie kunszt i praca twórców nie mogła się rozwinąć, bowiem obejrzymy jedynie krótkie wprowadzenie, animację i jedną lokację, w postaci łazienki, ale już teraz widać, że styl jest ciekawy, przyjemny dla oka i nieco zabawny. Humor ma być jednym ze składowych elementów tejże przygodówki. 

Taka humorystyczna forma ma bowiem towarzyszyć graczom podczas przemierzania owej klasycznej produkcji przygodowej, która, jak już nadmieniłam ma być dostępna w polskiej wersji językowej. Na razie nie daje graczom możliwości zagranie w ojczystym języku. 


Pozostając przy dialogach, to z tego co widziałam w wersji demonstracyjnej projekt skupi się na dialogach pisanych, czyli na wersji polskiej w formie napisów. Animacje, przynajmniej tak jest w demo, przedstawiane będą zaś w formie dymka - myśli bohaterów, obrazowanej poprzez szkicowane rysunki. Taki styl tworzenie znany właśnie z produkcji przygodowych od Amanita Design, jak Machinarium, Samorost. CHUCHEL, albo Creaks.

 Same głosowe dialogi w grze nie są dostępne. W wersji demonstracyjnej, jaka miałam przyjemność sprawdzić, Rust wydawał z siebie nieartykułowane dźwięki, przypominające mowę robota. Przyznam się, że słuchanie ich nieco dłużej, może być uciążliwe. 

 Futurust od Cobble Games zaczyna dopiero swoją przygodę w świecie gier, która ma, albo miała szansę rozwinąć się w przyszłości. Jednak jest to gierka, która powinna sądzę trafić do mojego cyklu "zapomniane, porzucone?", bo planowana jest dawno jej premiera, nie doszła do skutku. 

Bardzo króciutkie demo to jedynie zarys tego, powiedziałabym szkic możliwości owej przygodówki, które jeśli zaoferuje graczom dużo więcej przestrzeni, moc nowych lokacji i przede wszystkim większą ilość zagadek, ma szansę spodobać się fanom przygodowego gatunku. Przypadnie do gustu szczególnie tym, którzy, tak jak ja cenią się rodzime produkcje, w klasycznym stylu, w uroczej rysunkowej formie, jeśli tylko doczekamy się jej debiutu. 

Gra nie ma swojej daty premiery. Zadebiutować ma na Steam, na PC. 

Karta Steam - pobierz demo