Netflix podzielił się zwiastunem zapowiadanej na pierwszy dzień grudnia kontynuacji norweskiego przygodowego filmu akcji, z elementami fantasy, i istotami znanymi z skandynawskich baśni i legend. Troll 2 powraca na Netflix już niebawem.
Norweskie legendy i baśni odżyją na nowo w kontynuacji przygodowego filmu akcji z elementami fantasy, w dalszej historii znanej z filmu Troll, którego recenzję miałam okazję pisać. Troll 2, w którym do życia budzi się kolejna olbrzymia istota ma konkretną datę premiery, a wczoraj Netflix podzielił się jego polskim zwiastunem.
Mityczne stwory, znane z mitologii nordyckiej, z jej legend i baśni, wykorzystywane w produkcjach, także na Netflix, jak choćby w serialu Nisser, ale i grach, takich jako Röki czy Bramble: The Mountain King, powracają w kontynuacji norweskiego filmu, w Troll 2.
W filmie ponownie śledzimy losy profesor Nory Tidemann, Andreasa i kapitana Krisa, którzy muszą zmierzyć się z jeszcze większym zagrożeniem, kiedy to w górach budzi się do życia nowy, większy i groźniejszy troll. Wkrótce gigantyczna istota zaczyna siać zniszczenie w całej Norwegii, więc nasi bohaterowie będą zmuszeni znaleźć sprzymierzeńca, w tym celu zanurzając się w schowaną głęboko historię swojego kraju.
W obsadzie filmu: Ine Marie Wilmann, Kim Falck, Mads Sjogard Pettersen, Sara Khorami, Karoline Victoria Sletten Garvang, Anne Krigsvoll.
Reżyserem filmu ponownie jest Roar Uthang, zaś autorem scenariusza, podobnie jak w przypadku poprzedniej produkcji, Espen Aukan.
Przygodowa gra w klimacie grozy, rozgrywana w stylu point-and-click, ale będąca jednocześnie karcianką, krótka, acz intensywna, zatytułowana CARIMARA: Beneath the forlorn limbs, będzie mieć swoją premierę na Steam.
CARIMARA: Beneath the forlorn limbs to gra będąca mroczną bajką, inspirowana folklorem Norwegii, która zabiera graczy w rozgrywkę "wskaż i kliknij", ale w karcianym stylu. Przygodowy karciany horror to krótka gra, przewidziana na pół do godziny zabawy, wykonana ręcznie, za pomocą rysunku odtworzonego ze zdjęć i nagrań francuskiej wsi. Projekt został stworzony i zostanie wydany przez Bastinus Rex. Premiera w maju.
CARIMARA: Beneath the forlorn limbs to gra, w której wcielamy się w tytułowego Carimarę, którego misją jest wygnanie ducha, który zadomowił się w domu pewnej starszej pani, domostwie krytym strzechą, gdzieś w piwnicy. Zrobi to za pomocą kart, odpowiadając na pytania.
Gra wykonana jest w ręcznie malowanym, retro stylu, z raczej niskim poziomem horroru, ale w klimacie mrocznej fantasy baśni, z mechaniką point-and-click i dialogami, które znajdują się na kartach, które trzeba będzie zbierać.
Gra obsługiwana jest za pomocą klawiatury i myszki, inspiracją stała się dla twórców mitologia norweska, a przejście krótkiej rozgrywki ma zająć od 30 minut do godziny. Przygoda dostępna jest w pełnej francuskiej wersji językowej, z angielskimi napisami.
Premiera gry na PC, na Steam przewidziana jest na 22 maja 2025 roku.
Sekrety i tajemnice fińskich lasów odkryjemy w przygodowym survivalu, Among the Trolls, który udostępniony zostanie we Wczesnym Dostępie. Data premiery nie została jeszcze ogłoszona.
Among the Trolls, przygodowy survival, w którym nauczymy się jak przetrwać, a przy okazji poznamy tajemnicę fińskiej dziczy to gra stworzona przez studio Avantgarden, której wydaniem zajęło się studio 505 Pulse. Data premiery tegoż projektu, który zadebiutuje we Wczesnym Dostępie nie została jeszcze ogłoszona.
W Among the Trolls wcielamy się w Annę, podróżującej ze Stanów Zjednoczonych do Finlandii, do dziadka mieszkającego w chacie położonej z dale od innych zabudowań, w lesie. Po przybyciu okazuje się, że chata jest pusta, a jej dziadka nigdzie nie ma.
Nasza bohaterka zostaje wciągnięta do krainy nordyckiej mitologii oraz wspomnień z minionych, odległych lat. Będzie zmuszona ruszyć na poszukiwania swojego dziadka, i przetrwać w głuszy, ale i stawić czoła nadprzyrodzonym istotom znanym w fińskiej mitologii, tym żywym, ale i silom natury.
Oprócz walki o przetrwanie gracz będzie także budował i tworzył, odkrywając przy tym sekrety swoich przodków. Będzie równoważył magię Väki i szczęście Lykky, a jego działania wpływać będą na środowisko. Z czasem odkryjemy tajemnice zaginionego dziadka. Gra inspirowana jest klasycznymi mitami Kalevali.
Gra zadebiutuje na Steam, we Wczesnym Dostępie. Data nie została ogłoszona.
Röki, oto wrażenia z wersji demonstracyjnej, uroczej, ręcznie malowanej skandynawskiej baśni. Serdecznie zapraszam!
Festiwal gier - The Games Awards 2019 był dla wielu graczy okazją do sprawdzenia oczekiwanych przez nich tytułów. Tak też było w moim przypadku. Była bowiem w zapowiedziach na rok 2020 taka gra, która do tej pory, do czasu zagrania w demo, była tak naprawdę dla mnie zagadką. Röki, bo o niej mowa to przygodówka, która choć bardzo mnie ciekawiła, żeby nie powiedzieć intrygowała, budziła także niepokój, gdyż wydawała mi się być gatunkową mieszaniną, którą ja, zwolenniczka przygodowej klasyczności, nie za bardzo lubię. Skoro zatem nadarzyła się okazja sprawdzenia, jak to z nią właściwie jest, nie omieszkałam skorzystać z okazji i wykorzystując dwudniowy czas dostępności wersji demonstracyjnej na platformie Steam, sprawdzić ów tytuł. I już tu....w tym miejscu....mogę Was zapewnić, że przynajmniej demo (mam nadzieję, że całość gry też), to klasyczny point and click, bez elementów zręcznościowych z łamigłówkami przedmiotowymi i prześliczną grafiką. Ale po kolei.
Röki, demo, którego przejście, (ja oczywiście skupiałam się na wszystkich interaktywnych punktach), zajęło mi około 40 minut rozgrywki, to historia dziewczynki o imieniu Tove. W wersji demonstracyjnej zostałam wrzuca wprost do przepięknej zimowej lokacji, zaczynając swoją podróż w drzewie, magicznym i nieco strasznym. Celem Tove, czyli także moim, było przemierzanie tejże inspirowanej folklorem skandynawskim krainy, by pomóc, a nawet uratować rodzinę.
Wędrowałam zatem po przecudnych, lśniących w słońcu i skrzących się śniegiem miejscówkach, po drodze spotykając i pomagając bardzo dziwnym istotom. Udzieliłam pomocy trollowi, w którego ramieniu tkwił sztylet, próbowałam uratować trochę straszne zwierzątko zamknięte w klatce. Przede wszystkim jednak skupiałam się na eksploracji, która jest podstawą tej gry, przynajmniej tak wynika z wersji demo.
Wędrówka wiązała się z klasycznymi rozwiązaniami przygodowymi, gdyż twórcy, niezależne studio Polygon Treehouse stworzyło tradycyjną grę adventure, w której eksplorujemy, zbieramy przedmioty, rozwiązujemy związane z nią zagadki, ratujemy i sami staramy się być ratowani. Wszystko jednak przebiega w swoim, powolnym, nie nachalnym baśniowym rytmie, któremu nie brakuje pewnej nutki mroczności.
Röki to bowiem współczesna, podszyta dozą tajemnicy i nutką straszności, skandynawska baśń, w której rzeczywistość przeplata się z mitami, legendami i opowieściami o magicznych stworach, które grając mamy okazję poznać osobiście. Klimat tejże opowieści w wersji demonstracyjnej był niezwykle dobrze wyczuwalny. Wynikał nie tylko z zachowania Tove, z tego o czym rozmawiała z magicznymi istotami, które miała okazję spotkać, ale i z tego jakie miejsca napotykała. Wiele z nich snuło smutną, melancholijną i intrygującą opowieść, utkaną z wspomnień, umieszczoną w przeuroczej, malowanej lokacji.
Trzeba przyznać, że opisywany przeze mnie krótki fragment zaprezentował mi grę niezwykle piękną graficznie, urokliwą pod wieloma względami, nie tylko dzięki rysowanym tłom, ale i całej malowanej, śnieżnej otoczce. Grając w tę cudną przygodówkę, w krótkiej wersji demo, tak bardzo brakowało mi śniegu, śnieżnego klimatu, o którym, przynajmniej ja, mogę na chwilę zapomnieć. Dlatego też, często przystawałam, by razem z Tove podziwiać przysypany czapami śniegu dach kościoła, oświetlony skandynawskim słońcem. Stawałam i zachwycona patrzyłam na ośnieżone góry, gdzieś tam w oddali. Patrzyłam jak zaczarowana na migoczący biały puch, przypominający mi dzieciństwo i mój nim zachwyt, gdyż ten w mroźny zimowy dzień lśnił jak miliony malusieńkich diamentów. Muszę przyznać, gra doskonale te poczucie oddaje.
Podobnie więc zachowywałam się w ogrywanej przeze mnie wersji demonstracyjnej, ale podziwianie i zwiedzanie to przecież nie wszystko. Röki to też cała growa otoczka, w tym sterowanie, które tu nie skupia się na komputerowej myszce, a klawiszach WSAD i wielu innych przyciskach na klawiaturze. Za pomocą "I" aktywujemy na przykład ekwipunek, który stanowi jego klasyczną formę. Zlokalizowany na górze ekranu gromadził wszystkie zebrane do tej pory przeze mnie przedmioty, które twórcy słownie oznaczyli.
Miałam jednak pewien problem z używaniem zebranych przeze mnie przedmiotów. Niezależne studio Polygon Treehouse zdecydowało się na dość niekonwencjonalny sposób wykorzystywania zebranych przez gracza rzeczy. Otóż, przyznam się trochę przypadkiem (być może później do pełnej wersji zostanie wbudowana forma podpowiedzi), wpadłam na rozwiązanie w jaki sposób ową rzecz wyciąga się z inwentarza i używa na danym miejscu, postaci i tym podobnych, interaktywnych lokacjach. Otóż trzymając klawisz "enter", który w grze stanowi odpowiednik działania, przedmiot w ekwipunku jakby się rozdwajał. Wtedy to, dalej trzymając "enter", za pomocą przycisków "A" lub "D" przesuwamy go i odpowiednio wykorzystujemy. Hmm.....oczywiście można się do takiego manewrowania rzeczami z czasem się przyzwyczaić, ale ten rodzaj udziwniania, myślę nie jest potrzebny. Lepsza byłaby jednak intuicyjna praca myszką.
Poza tą dziwną obsługą przedmiotową, cała reszta interfejsu to już tak zwana klasyczność, choć dalej nie przy pomocy komputerowego gryzonia. W grze, w wersji demo, miałam przyjemność zapoznać się z pierwszymi wpisami w notatniku, którego aktywowałam za pomocą klawisza "J". Twórcy wbudowali także system podpowiedzi, w postaci podświetlania interaktywnych miejsc w lokacjach, które oprócz tego, że błyszczą, wydają także charakterystyczny dźwięk. Hot-spoty aktywowałam za pomocą "H".
Pozostając przy dźwiękach, muszą zaznaczyć, że Tove to osóbka, która nie mówi, a jedynie, okazjonalnie wydaje z siebie jakieś nieartykułowane szepty, coś mruczy pod nosem i po swojemu dopowiada. Czasami jednak z tych nieokreślonych dźwięków mogłam wyłuszczyć znane, angielskie słowo. Mimo tego, że Tove i reszta postaci pozbawiona jest aktorstwa głosowego, co nie jest niczym dziwnym w grach niezależnych, to doskonale potrafiłam wyczuć jej nastrój, w którym jak na szalkach wagi huśtała się wesołość i smutek.
Nastrój bajkowości świetnie budowała w wersji demonstracyjnej także niezwykle klimatyczna ścieżka dźwiękowa, która idealnie podkreślała to co podkreślić i wypunktować, czy też zaznaczyć w grze powinna. Ta jej mroczna "uroczość" sprawiała, że miewałam ciarki na ciele, ale przede wszystkim czułam się tak, jakbym na chwilę znalazła się tam, gdzie właśnie jest Tove. Jakbym na moment wkroczyła w jej ciało, za co twórcom dziękuję, bo to nie często zdarza mi się odczuć w ogrywanych przeze mnie demach.
Pełna wersja gry Röki trafiła do sprzedaży 23 lipca 2020 roku. Dostępna jest na PC, PlayStation 5 i Xbox Series X\S.
Troll, recenzja filmu Netflix. Norweskie fantasy inspirowane baśniami skandynawskimi w efektownej oprawie wizualnej. Oto moja ocena topowego filmu Netflix.
Norweskie fantasy przygodowe akcji Troll, które w zapowiedziach obiecywało ciekawe wizualnie widowisko i klimat norweskich baśni i legend. I pod tym względem nie zawiodło. A jaki jeszcze jest Troll od Neflix?
Troll to jak wspomniałam norweska produkcja łącząca fantasy, z przygodą i z akcją. Jak możemy się domyślić z tytułu, jest to dzieło wpisujące się w klimat tego państwa, bazujące na skandynawskich mitach, legendach i baśniach, które czasami wykorzystują twórcy, zarówno filmowi, jak i growi. Klimat mitologii skandynawskiej poczujemy między innymi w serialu Nisserod Netflix, który miałam okazję również recenzować, a także w filmie Wilk Wikingów, ale i w grach Röki i Bramble: The Mountain King.
Baśnie i podania ludowe, przekazywane z pokolenia na pokolenie odżywają także w filmie Troll, który porusza tylko jedną z wielu legend. Jest bohaterem jest troll. Istoty te niegdyś żyły podobno w całej Norwegii, tworząc wspólnoty i rodziny i pojawianie się ich na drodze człowieka nie było niczym dziwnym. Tak przynajmniej niosła wieść ludowa. Ale pewnego dnia, w starciu z człowiekiem, a potem ze słońcem istoty te zniknęły. Teraz zamieniły w skały, tworzą malownicze góry. I tylko wyobraźnia może je pobudzić do życia.
W niewielkim miasteczku, położonym pod górami Dovre, budzi się do życia uśpiony i zatopiony od tysiącleci w skałach górski troll, który znajdując się sam jeden w zupełnie innym świecie, którego kompletnie nie zna, i będąc istotą gigantycznych rozmiarów i równie olbrzymiej siły, sieje zniszczenie, a wkrótce zagraża stolicy kraju.
W tym samym niemal czasie, w innej części Norwegii prowadzone są wykopaliska archeologiczne, którymi przewodzi profesor Nora Tidemann, którą ojciec, teraz samotnik i dziwak, dalej opowiadający przedziwne bajeczki o trollach, karmił niegdyś pewną legendą właśnie o tych istotach. Czas jednak zatarł u Nory ślady między wyobraźnią, dzieciństwem i baśniami, i zdawał się nie móc powrócić, a nawet być jedynie typową bajeczką. Tymczasem przyszłość niosła zgoła inne plany. Atak dziwnego stworzenia, które z pewnością stanie się zagrożeniem dla wielkiego miasta i jego mieszkańców, jest dla władz państwa powodem do powierzenia właśnie Norze, znanej geolog i paleontolog, rozwikłania tej zagadki. I tak panna Tidemann ma na zlecenie władz, przy pomocy asystenta pani prezydent i wojskowego oraz ojca, który wydaje się mieć problemy natury psychicznej, zająć się śledztwem dotyczącym tajemniczego wybuchu w górach Dovre i równie tajemniczych śmierci, jakie są jego konsekwencją.
I choć z początku Nora nie wiążę, a nawet nie chce wiązać tego zdarzenia z jedną z legendarnych istot, to prawda, jak się domyślacie, a jest ona uwieczniona również w filmowym zwiastunie tejże produkcji, wkrótce wychodzi na jaw i zmienia jej spojrzenia na nadprzyrodzony świat baśni. Pozostaje jednak zasadnicze pytania, co zrobić z bestią siejącą zniszczenie i panikę. Na to sposób musi znaleźć zarówno ona, jak i jej pomocnicy.
I to staje się głównym motywem opowieści, którą śledzimy w filmie Troll, który chyba nieco na wyrost określany był jako norweskie "monster movies". Porównywano go do Godzilli, która jakiś czas temu świętowała swój powrót na ekrany kin. Problem w tym, że Roar Uthaug oraz Espen Aukan, czyli twórcy tegoż filmu, spojrzeli na opowieść z punktu samego trolla, nie do końca widząc go jak obiekt zniszczeń i śmierci, a raczej jak zabłąkaną, zagubioną istotę, która jest żywą legendą obudzoną w nieprzyjaznym i nieznanym jej świecie.
Przy okazji udało się przedstawić ją w tak niesamowity sposób, że aż dech zapiera. Co by nie powiedzieć o tym filmie, a ma on swoje niedoróbki, efekty specjalne wbijają w fotel. Postać trolla jest tak niesamowita i tak szczegółowa, że wydaje się, że jest stworzony w animacji, a nie w filmie fabularnym. Efektu nie psują także zbliżenia na głowę trolla, i w ogóle na jego gigantyczne ciało. Stwór stworzony ze skał, z ludzkimi przenikliwymi oczami, porośnięty mchem i trawą zdaje się być chodzącą skałą, bez uczuć i rozumu, nierealną, baśniową, a jednocześnie tak prawdziwą i zbliżoną do ludzi, i od ludzi zależną… i to niemal dosłownie.
Otóż przy okazji trolla i jego gigantycznej, niszczycielskiej działalności, przemycono do filmu, i tego nie da się nie zauważyć, wątki ekologii i zgubnej działalności człowieka na naturę, która potrafi odwdzięczyć się pięknym za nadobne. Niszczenie środowiska pokazane jest nie tylko dosłownie, choćby na samym początku filmu, ale także poprzez trolla, który jest wymiarem sprawiedliwości natury, która podniosła rękę przeciwko zgubnej działalności ludzi. Jest trochę jak miotająca się Ziemia, którą bez jej zgody obudzono ze snu, której spokój został naruszony, a życie niemal zniszczono.
Jasno, klarownie, ale i… przerażająco pięknie pokazane zostało, właśnie przez efekty specjalne i poprzez klimat tejże opowieści, działanie człowieka, który nie stara się zrozumieć natury, sam sobie tym szkodząc. Jednocześnie twórcy nawiązali do tej części ludzkiej natury, jaką tracimy wchodząc w dorosłość, do wyobraźni, do dziecięcego widzenia świata, który wydaje się zwykły i naturalny jak mamy lat kilka, czy naście, a jest jedynie bajeczką, kiedy wchodzimy w dorosłość. Z racji na kraj, w jakim powstała ta produkcja, mamy tu do czynienia także z klimatem Norwegii, jej górskim krajobrazem, spokojem i surową naturą.
Formuła bajkowości, wsparta świetnymi efektami wizualnymi to coś, co przyciąga do tej produkcji, i to bardzo mocno. To co nieco spłaszcza pozytywny odbiór tego ekstra wizualnego widowiska to postaci, słabo zarysowane i bardzo oczywiście. Przez to, że są one tak sztampowe, również fabuła staje się bardzo przewidywalna i niemal natychmiast możliwa do rozszyfrowania. Film aktorsko stoi postacią Nory Tidemann, jedną z najmocniej zarysowanych i charyzmatycznych postaci w Trollu. Ine Marie Wilmann (Bloodride, Niekochani, Sonja), która wyciąga ze swojej postaci jak najwięcej może, a ma co robić, bo jej bohaterka jest pomysłowa, pewna siebie, stanowcza i przede wszystkim charyzmatyczna.
Problem polega na tym, że reszta osobowości stanowi jej tło, i to takie, które już gdzieś kiedyś widzieliśmy. Asystent pani prezydent Andreas Isaksen, w którego wcielił się Kim Falck (Hotel zła II, Tylko Bea) to ciapowaty pracownik o wielkim sercu, który staje się, oczywiście, przyjacielem Nory. Patetyczny wojskowy, czyli kapitan Kristoffer Holm zagrany przez Madsa Sjøgårda Pettersena (Sanatorium strachu, Dwunasty człowiek), wyrzucający z siebie slogany natury patriotycznej, czy wreszcie szalony, odklejony od rzeczywistości ojciec Nory, Tobias Tidemann zagrany Garda B. Eidsvolda (Obywatel roku, Księga Diany), to bohaterowie, których już mieliśmy okazję spotkać, tylko w zupełnie innej opowieści. Przez ich zwykłość, sztampowość i rozpoznawalność, jesteśmy w stanie przewidzieć w jaką stronę pójdzie opowieść, i tak właściwie już nic fabularnie nie może nas zaskoczyć.
Mimo tego Troll nie jest filmem złym. Wręcz przeciwnie! To niesamowicie ciekawie oprawiona wizualnie historia o legendzie, baśniowości, walce dobra ze złem, natury z człowiekiem, wiary, wyobraźni i racjonalności. Niesamowite efekty specjalne, wartka akcja, elementy fantasy i mnóstwo przygody sprawiają, że prawie dwugodzinną produkcję ogląda się w sposób płynny, szybki i niezwykle efektowny. Nie dziwi zatem nic, że niemal chwilę po premierze zawitała ona do topowych produkcji Netfliksa, i jest tam do dziś, mając się na podium całkiem dobrze. Jeśli nie widzieliście, a lubicie fantasy, a w szczególności mity i legendy skandynawskie, to serdecznie polecam. Warto!
Wilk Wikingów, recenzja filmu dostępnego na Netfliksie. Klątwa wilkołaczej krwi musi być przerwana! Oto recenzja kolejnej, niegdyś topowej produkcji Netflix.
Co by o tym gigancie streamingu, serwisie Netflix nie mówić, jest to miejsce poświęcone szeroko pojętej rozrywce, gdzie czasami pojawiają się filmy, które chętniej oglądamy. Jedną z takich produkcji jest Wilk Wikingów, albo Vikingulven, bo tak oryginalnie brzmi tytuł tego norweskiego filmowego dzieła.
Jest to pierwsza produkcja grozy o wilkołakach stworzona w tym kraju, i horror, który prawie po dwóch latach od swej premiery, trafił na Netfliksa, szybko wskakując wtedy na pierwsze miejsce TOP 10 polskiego Netfliksa. Czy jest to aż tak dobry, czy niekoniecznie? Postaram się to wyjaśnić w mojej recenzji, do której serdecznie zapraszam.
Zacznę oczywiście od fabuły, która zapewne jest Wam znana, a przynajmniej już coś takiego gdzieś widzieliście. Otóż jest to kolejne dzieło, które porusza temat wilkołaków, bestii przypominających wilka, ale tak naprawdę ludzi, którzy poprzez ugryzienie stali się wilkołakami. Podczas pełni dokonują swoją przemianę, i wbrew naturze ludzkiej, a zgodnie z instynktem wilkołaka, pragną jednego, zaspokajania swoich potrzeb drapieżnika, czyli chęci zabijania.
Tak też jest w przypadku Wilka Wikingów, którego akcja rozgrywa się w niewielkim norweskim miasteczku, do którego pewnego dnia przeprowadza się Thale, siedemnastolatka, której mama w owym miasteczku otrzymuje pracę w policji. Relacja matka – córka nie jest najlepsza, bowiem dziewczyna nie radzi sobie z nowym życiem u boku matki i jej miejscowego mężczyzny. Thale, choć nie ma nic do ojczyma, i bardzo kocha swoją przyrodnią siostrę, która jest niemową, nie może zrozumieć rodzicielki i tego, że tak szybko zapomniała o ojcu.
Nie pomaga także środowisko, w jakim dziewczyna się obecnie znajduje. Poza małymi wyjątkami koledzy ze szkoły nie darzą jej sympatią, a wręcz okazują jej jawną niechęć. Na jednej ze szkolnych imprez, czując izolację, Thule oddala się od grupy i staje się świadkiem, a po części uczestniczką dramatycznych wydarzeń. Ktoś, lub coś atakuje jej koleżankę, która znika w lesie. Ranna w ramię Thule staje się ważnym świadkiem w sprawie, jak się później okazuje, brutalnego morderstwa.
Z biegiem czasu na jaw wychodzą zaskakujące fakty. Okazuje się, że winny, nie jednego mordu, jest wilk, ale nie taki zwyczajny, tylko prastary, pradawny wilk wikingów, wilkołak, którego od wieku już lat, a niemal przez całe życie tropi pewien ekscentryczny mężczyzna. Sytuacja mocno wymyka się spod kontroli, przeraża matkę Thale, a i nią samą. Okazuje się, bowiem, że ranna podczas napaści wilka, wkrótce sama zmienia się w krwiożerczą bestię. Matka przy pomocy pewnego weterynarza, będzie starała się jakoś przerwać linię krwi.
Z grubsza opowiedziałam wam fabułę filmu, w którym jak zapewne zdążyliście się zorientować znalazło się szereg przeróżnych gatunków, i miks wszystkiego, co już gdzieś kiedyś widzieliśmy, o czym słyszeliśmy, czy czytaliśmy. Mitologia i legendy skandynawskie zdają się być w tej produkcji przerobione na własną modłę, według własnego uznania, a z pradawnego, ogromnego wilka, który jest symbolem nordyckim, twórcy filmu płynnie przeszli do klasycznej, dość brutalnej grozy. A w niej krew leje się strumieniami, ludzie rozrywani są na strzępy, a jedynym ratunkiem i możliwością pokonania bestii, której nie da się zabić, są srebrne kule.
Pojawia się także ktoś na wzór łowcy potworów, ekscentryczny starszy mężczyzna, dotknięty nie tylko zębem czasu, ale i jakimś dramatem, który doprowadził go do utraty ręki. Możemy się jedynie domyślać, że przyczyna leży w jego fachu. On jest kimś na wzór baśniowego łowcy fantasy, który pewnego dnia wkracza na teren sceptycznej i racjonalnej szefowej policji. Matka Thale starając się udowodnić przyczyny i rozwiązać zagadkę kryminalną, jest jednocześnie odpowiednikiem innego gatunku, w tym filmie, klasyki kryminalnego noir, w skandynawskim stylu.
Nie brakuje także w opowieści, w której fabuła nie jest niestety jej najmocniejszą stroną, klasycznego młodzieżowego dramatu, ze sztampowymi elementami, jak śmierć członka rodziny, nowe miejsce, szkoła i koledzy, którzy traktują z góry, a nawet skutecznie życie obrzydzają. Tenn drama w wersji dla nastolatków nagle przeradza się w mordownię, z dość wiarygodnie zobrazowanymi ranami, ale efektami specjalnymi, niestety, nie najwyższych lotów.
Nie można jednak powiedzieć, że film jest zły od początku do końca. Mimo kiepskiej fabuły, mającej sporo luk, i zbyt napakowanej skrajnościami, dzieło reżysera Stiga Svendsena (Kings Bay, Loose Ends) i Espena Aukana, pracującego także przy filmie Troll, dostępnym na Netfliksie, ma jakieś zalety. Film może przypaść do gustu miłośnikom grozy, spokojnie mogą obejrzeć także ci widzowie, którzy boją się horrorów. Jest to więc tytuł tak naprawdę dla każdego, co jeśli chodzi o horrory, nie jest takie oczywiste.
Poza tym to produkcja, która zachwyca bardzo dobrymi zdjęciami i podobnie jak w przypadku wymienionego tu już Trolla, urokliwymi zakątkami Norwegii, które idealnie pasują do „wilkołaczego” czy raczej likantropicznego klimatu prastarej klątwy. Ponurość lokacji, ich ciężkość i atmosfera podbijają styl i grozę, jednocześnie dobrze wpisując się w zaserwowany nam miszmasz gatunkowy.
Nie można także narzekać na grę aktorską, która stoi na bardzo przyzwoitym poziomie, nawet jeśli momentami zbyt mocno koloryzuje swoją postać, albo za bardzo ją ułagadza. Szczególnie pochwalić należy Liv Mjönes, która wcieliła się w matkę Thale, a także Elli Rhiannon Müller Osbourne, której przyszło zagrać nastolatkę, bohaterkę filmu, tym właśnie imieniu.
Doskonale wszyscy wiecie, że to co znajduje się w topowych tytułach platformy niekoniecznie musi być zaskakujące, powalające czy najcudowniejsze na świecie. Tak też… niestety jest z Wilkiem Wikingów, przeciętniakiem, łączącym teen dramę, czyli produkcją dla nastolatków, i fantasy z baśniowością oraz legendami, nieco przerobionymi na własny użytek. Płaską, i nic nie wnoszącą do całości odbioru fabułę, z dziwnym zakończeniem, ratują tylko ładne zdjęcia, piękne okolice i dobra gra aktorska. Dla lubiących kino grozy, może być. Ale nie jest to film z gatunku tych obowiązkowych.
Moja ocena 6/10.
Film Wilk Wikingów trafił na platformę Netflix 3 lutego 2023 roku.
Recenzja duńskiego serialu Netflix Nisser, fantasy-horroru w świątecznym, skandynawskim klimacie, bazującego na mitach i legendach. Miłej lektury!
Elfy, leśne skrzaty, atmosfera świąt Bożego Narodzenia i świąteczny wypad z rodziną. Musicie przyznać, że brzmi kusząco i niezwykle słodko. Nic z tego! W duńskiej serialowej propozycji od Netflix, wyżej wymienione elementy składają się na przedświąteczny horror. Nisser, znane także tako Elves w atmosferę magicznego Bożego Narodzenia tchnął nieco grozy i zrobił to opierając się na sprawdzonej już formie.
Historia, którą twórcy opowiedzieli podczas sześciu, dość krótkich odcinków, bo około dwudziestominutowych to opowieść o czteroosobowej duńskiej rodzinie Svane, mieszkającej na co dzień w Kopenhadze, zabieganej i mającej dla siebie zdecydowanie za mało czasu, przez co mocno się od siebie oddalającej. Żeby to jakoś zmienić, jako, że czas Bożego Narodzenia łączy wszystko i wszystkich swoją magią, znajdują uroczy domek na jednej z duńskich wysp, fikcyjnym miejscu zwanym Aarmand. Tam zamierzają wspólnie i tradycyjnie spędzić nadchodzące święta.
Podróż przebiega raczej niespokojnie, a nawet z problemami, bowiem podczas jazdy leśną drogą, mającą na celu skrócenie podróży, w coś uderzają. Dziwna czarna maź na zderzaku auta wydaje się być zagadką nie do rozwiązania, a miejscowy, który nagle się pojawia….gburem i dziwakiem. Rodzina Josefine nie ma jednak zamiaru zrezygnować ze świąt na wyspie. Miejsce wydaje się na czas świąteczny idealnie wyciszone, tylko nastolatkę zaczyna gnębić ogrodzenie, które widziała w lesie i dziwna ciemna ciecz na aucie.
Krnąbrna dziewczyna, która, jak się dowiadujemy, często pakuje się w kłopoty, wymyka się nocą z domku i idzie pod dziwne ogrodzenie, które dzieli miasteczko od wielkiego, prastarego lasu. Tam, wśród traw znajduje pewną istotę, zwierzątko, które jest ranne. To właśnie ono zostało potrącone przez nich na drodze przy lesie. Zabiera je zatem ze sobą, umieszczając w szopie przy domu. Ma zamiar je opatrzyć, a nawet nadzieję na przyjaźń ze zwierzakiem. Problem w tym, że znaleziona przez nią istota to dziecko leśnych skrzatów, które nie są i nigdy nie były przyjemne, a wręcz krwiożercze i bardzo niebezpieczne. Z dala od ludzi trzyma je tylko ogrodzenie pod prądem i ofiary, jakie dostają od mieszkańców, w których życie Josefine i jej rodzina wprowadzi niebawem wiele zamętu, przeradzając świąteczny czas w walkę o przetrwanie.
Nisser to serial rozgrywający się tuż przed świętami Bożego Narodzenia lecz z klimatem, no może poza ozdobami świątecznymi i ubieraniem choinki, nie ma nic wspólnego. To klasyczny horror fantasy, który z niewiadomych dla mnie przyczyn otrzymał na Netflix status serialu dla nastolatków, 13+. Hmm…..być może ja jestem nieco staroświecka i nie mam świadomości tego co obecnie oglądają dzieciaki, ale kolejne odcinki pokazują, że nie jest to słodka opowieść o przyjemnych skrzacikach, tutaj elfach, co sugerowałby duński tytuł tejże produkcji. W serialu jest śmierć i przemoc, mnóstwo krwi i potwory, a nie urocze i przyjemne świąteczne elfy. To, że bohaterką jest nastolatka, raczej nie czyni tego serialu produkcją dla dzieciaków.
Ale zostawmy tę kwestię i wróćmy do samego serialu, który, jak już wspomniałam bazuje na sprawdzonej i znanej już wielu z nas formule. Otóż wzorem dla twórcy, a jest nim Stefan Jaworski, który jest także autorem scenariusza, stały się skandynawskie mity i legendy. Jak zapewne już wiecie mitologia Skandynawii, w tym wypadku oparta na elfach i skrzatach, to temat „rzeka”, wykorzystywany i wałkowany przez wielu, zarówno twórców ze świata filmu/seriali czy gier. Wykorzystano go między innymi w uroczej, acz smutnej przygodówce Röki.
W Nisser powraca w swej bardziej przerażającej formie, mającej za zadanie straszyć, ale jednocześnie uświadamiać zależność i równowagą między światem ludzi, a pradawnością, pokazując, że człowiek, istota marna jest tylko cząstką większej całości. Przypadkiem zaburzona równowaga, i niebezpieczeństwo na jakie naraziła mieszkańców wyspy ciekawska i żyjąca nieco na własnych zasadach nastolatka, jest mimo wszystko początkiem zaskakującej przyjaźni. Zakończenie tej dość krótkiej opowieści, bo zamykającej się w nieco ponad dwóch godzinach, mogłoby jednak sugerować, że doczekamy się kontynuacji serialu, choć na razie nic o niej nie wiadomo.
Można jednak z całym przekonaniem stwierdzić, że mimo pewnych niespójności i dużej fantazji twórców, klimat serialu, poprowadzenie i zapewne to, że odcinki są krótkie, Nisser ogląda się całkiem przyjemnie. Jeśli oczywiście przyjemnością można nazywać zatapianie się w produkcji grozy. Akcja kolejnych odcinków jest poprowadzona dość szybko, umiejętnie wplata rodzinne problemy z wycofaniem i szorstkością mieszkańców skupionych na religijności i prastarej tradycji. Potrafi nieco zdenerwować krnąbrnością głównej bohaterki i raczy urokiem elfa tudzież skrzata, którego Jozefine przygarnęła i uratowała. Nie jest to dzieło lotów wysokich, ale ma coś w sobie, że powodując, że z przyjemnością zostajemy do końca.
Trzeba jednak zauważyć, że w tle wydarzeń, pewnego fanatyzmu względem zachowania tradycji, braku odstępstw, twardych zasad jakim hołduje jedna z bohaterek tejże serialowej produkcji, Karen, ktoś na wzór burmistrz tego niewielkiego miasteczka, rozgrywają się dramaty rodzin. Jest śmierć, u której podstaw są prastare istoty mieszkające w lesie. Jest tajemnica i izolacja, na jaką godzą się niektóre osoby. To także, mimo wylewającej się z serialu, grozy, opowieść o niemal niemożliwej przyjaźni. W głowie pojawiają się bowiem pytania jak można się przyjaźnić z istotą, która wprawdzie będąc malutka, wydaje się słodka, ale kiedyś stanie się jedną z tych krwiożerczych istot? Czy taka znajomość ma sens? Czy to przypadkiem nie za duża fantazyjna brawura twórców serialu? Otóż, zapewne tak. Ale serial należy traktować nieco mniej poważnie, jak każdą opowieść grozy, w tym wypadku jeszcze ubarwioną fantasy i mitami z chłodnej, tajemniczej Skandynawii.
Jeśli zatem lubicie grozę i skandynawskie legendy i mity, a słodkie świąteczne opowieści tuż przed grudniem i Bożym Narodzeniem już się Wam na Netfliksie przejadły, to Nisser, serial noszący także angielski tytuł Elves, może Was zainteresować. Nie spodziewajcie się jednak „ochów” i „achów”, a mrocznej, w miarę fantazyjnie poprowadzonej opowieści, która mimo niedoskonałości potrafi wciągnąć. Mini-serial na jeden wieczór, dla zabicie jesiennej nudy? Tak, Nisser świetnie się do tego nadaje. Pisząc tę krótką recenzję, równie krótkiego serialu, zastanawiałam się jaką ocenę mogłabym serialowi przyznać?