Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mitologia skandynawska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mitologia skandynawska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 czerwca 2026

A Lost Man: Chapter I - recenzja. Klasyka, zagadki i pewna doza surrealizmu

A Lost Man: Chapter I - recenzja. Klasyka, zagadki i pewna doza surrealizmu

 

Serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji przygodowej gry niezależnej, pierwszego jej rozdziału, zatytułowanej A Lost Man: Chapter I. Oto co sądzę o tej klasycznej, podzielonej na rozdziały grze, jej przygodowym początku. 

Dziś swoją premierę na platformie Steam miała przygodowa gra w klasycznym stylu "wskaż i kliknij". Przygoda stworzona i wydana przez Studio Arkos, zadebiutowała w pierwszym swoim rozdziale, szykując się tym samym do premiery części kolejnej. Tę klasyczną, wykonaną w ręcznie rysowanym stylu przygodówkę, z typową rozgrywką, zagadkami przedmiotowymi i ciekawymi łamigłówkami, miałam okazję sprawdzić i opisać w recenzji dzięki uprzejmości twórców. Za co oczywiście w tym miejscu serdecznie im dziękuję 😀Was natomiast zapraszam do lektury poniższego tekstu!

Inne przykładowe recenzje na moim blogu:

O grze A Lost Man usłyszałam po raz pierwszy kilka miesięcy temu, zapoznając się z nią bliżej w wersji demonstracyjnej - A Lost Man: Chapter I, której fragment rozgrywki opisałam w wrażeniach z demo, właśnie na blogu. Jeśli czytaliście mój tekst, to już wiecie, a jeśli nie, to informuję, że gra zaciekawiła mnie na tyle, by chcieć sprawdzić ją w pełnej wersji, w pełnym pierwszym rozdziale. 

A on przeniósł mnie do bliżej nieznanego miejsca, zaczynając się ciemną nocą roku 1916, podczas trwania I wojny światowej. Wtedy to pragnący uwolnić się od przerażającej rzeczywistości, pełnej bólu, ludzkiego cierpienia i śmierci młody żołnierz, postanawia uciec z okopów. Zagubiony między dwiema liniami frontu, budzi się w nieznanym mu miejscu, które przyjdzie mu poznać, i nieoczekiwania odkryć pewną starożytną tajemnicę.

W grze, która stawia na klasykę, i to pod każdym względem, eksplorujemy przeróżne lokacje, wczuwamy się w mroczny, często troszkę zahaczający o grozę klimat, poznajemy upiorne miejsca i ciekawe, bardzo charakterystyczne i niejednoznaczne postaci. 

Fabuła jest tu zdecydowanie mroczna, kierująca się monetami w stronę pewnej brutalności, związanej najczęściej z wojennym czasem, ale nie tylko. Pewne działania, w tej nastawionej na typową rozgrywkę przygodówce, mogą wydawać się niektórym (mnie tak) zbyt dosadne, zbyt obcesowe, nazbyt drastyczne. Ale każde z nich mają swoje uzasadnienie w fabule, swoje miejsce w popychaniu jej do przodu. 

Mrok tej opowieści budowany jest również dzięki ciekawemu stylowi graficznemu, który poprzez ręczny rysunek, nie tylko teł, ale i postaci, wykonany w czarno-białym stylu, wpisuje się w klimat. Ale co ciekawe, gra choć wydaje się być utrzymaną w kolorach czerni, bieli i odcieni szarości, nie jest do końca jedynie monochromatyczna. Szarość lokacji, a zwiedzamy ich w pierwszym rozdziale kilka, rozświetlana jest palącym się ogniem w kominku, blaskiem świec czy krwistą czerwienią.

Miejscówki, które zwiedzamy, a są one położone w niewielkim miasteczku i obejmują także jego okolice - kościół i klasztor, wykonane są, jak już wspominałam w ręcznie rysowanej grafice 2D. Dwuwymiarowa gra przygodowa charakteryzuje się także pewnym surrealizmem wykonania, który mocno widoczny jest w rysunku postaci. Wcielamy się w niej w bezimiennego bohatera, w pewnego żołnierza, który jest oczywiście człowiekiem, ale jego ludzka postać narysowana jest w sposób niezwykle charakterystyczny. Na pierwszy rzut oka on, ale i inne napotkane w grze postaci, może kojarzyć się nam z postacią Muminka. Nie mam pojęcia czy jest to zamierzony ruch twórców, czy raczej ich osobista wizja graficzna. Nie mniej jednak zarówno nasz wojskowy dezerter, jak i osoby, które spotyka, mają nosy jak znane nam postaci z również znanych książkowych cykli. Poprzez brak oczu i ust, nie widzimy również mimiki ich twarzy. Emocje budowane są tu poprzez gesty, ale najbardziej mocno przez udźwiękowienie, dźwięki otoczenia i muzykę. 

Na plus zaliczam również pewne interakcję naszego protagonisty, który odpowiednio reaguje na brak naszego działania w grze. Zaprzestanie kierowania go w tę czy inną stronę, bądź zostawienie gry samej sobie na jakiś czas, powoduje, że postać się obraca, jakby sygnalizując nam swoje zniecierpliwienie. Motyw znany mi z kilku przygodówek, i zawsze przeze mnie mile widziany. Bezruch jest zresztą częścią dodatkowej treści tej przygodówki, czyli zdobywanych przeze nas osiągnięć Steam, a jest ich sporo.

A Lost Man: Chapter I to gra pozbawiona dialogów mówionych, dostępna z napisami w języku angielskim oraz francuskim. Niestety nie jest to tytuł, w który zagrać możemy po polsku, nad czym oczywiście ubolewam. A robię to nie tylko z powodu chęci czerpania większej satysfakcji z fabuły, ale również z faktu, że owa gra bazuje na teście, również na łamigłówkach w postaci zagadek słownych.

Wspomniałam, że tym co najbardziej buduje klimat wszędobylskiego mroku tej barwnej, klasycznej przygody, jest jej udźwiękowienie, naprawdę realistyczna i trafiająca dosłownie w punkt ścieżka dźwiękowa. Grającemu towarzyszy podczas eksploracji, która powinna być dość dokładna, gdyż gra nie posiada podświetlania interaktywnych miejsc w lokacjach, dźwięki wojny,  wybuchów, strzelaniny, zagrożenia. Ale nie tylko odgłosami walki w grze żyjemy. Tytuł pełen jest wiarygodnych dźwięków otoczenia, ale i zjawisk atmosferycznych. Szum wiatru, ptaki, zwierzęta domowe, ale i burza i inne, bardziej nadprzyrodzone odgłosy, potrafią zbudować atmosferę, która przenika nasze ciało grozą. Nie raz, nie dwa na mojej ręce pojawiała się gęsia skórka. Często przystawałam również na chwilę, by w spokoju posłuchać tego co dochodziło do moich uszu. 

Również muzyka potrafi w A Lost Man: Chapter I zbudować atmosferę mroczności, umiejętnie łącząc klimat opowieści wojennej, z zagadkowością, tajemnicą i pewnym sekretem, który przychodzi nam w grze odkryć. 

Jeśli pozostajemy jeszcze przy kwestii udźwiękowienia, ale w tym wypadku aspektu tekstowego, to muszę wspomnieć, że gra jest raczej tytułem przeznaczonym dla nieco starszego gracza, i to nie tylko ze względu na jej klimat i tematykę, ale również na pojawiające się w grze wulgaryzmy. Nie znajdziemy ich w właściwym tekście dialogowym, bo nasz bohater jest raczej spokojnym osobnikiem, a w pewnym pamiętniku, na który się w grze natkniemy. Jeśli zatem lubicie, jak ja czytać w przygodówkach wszelkie notatniki i dzienniki, to miejcie to na uwadze. 

Rozgrywkowo A Lost Man: Chapter I wpisuje się w klasyczną przygodówkę "wskaż i kliknij", w pełni obsługiwaną jedynie za pomocą myszy. Naszą postacią nie pokierujemy kontrolerem. Zabawa, w zależności od tego na ile zechcemy badać okolicę, czy będziemy klikać na każdy interaktywny przedmiot, i ile czasu poświęcimy na zagadki, zając nam może jedno, bądź dwa popołudnia. 

Gracz skupia się tu na eksploracji, zbieraniu i wykorzystywaniu przedmiotów, mając okazję klikania wszystkim na wszystko. Metoda prób i błędów może się przydać, bo niektóre rozwiązania zagadek bywają nader surrealistyczne. Ale spora ich część ma logiczne uzasadnienie, a rozwiązanie zagadki logicznej, skupionej na zadaniach słownych, śmiem sądzić, sprawi Wam wielką frajdę. Muszę napisać, że jest to całkiem zgrabna, i dobrze przemyślana łamigłówka, która łączy logikę z tajemnicą, z pewnymi opowiedzianymi w księdze legendami, z domieszką astrologii i astronomii. 

Postacią pokierujemy jak wspomniałam za pomocą myszy, mając do dyspozycji znane graczom ikony "dłoni", pozwalającej na zabranie przedmiotu, "lupy" dzięki której obejrzymy przedmiot, "ust", które pozwolą nam porozmawiać, ale i "kół zębatych", dzięki którym wykonamy działanie, zrealizujemy jakąś czynność. 

Głównym motywem działaniowym w tej klasycznej grze są przedmioty, ich wykorzystywanie w odpowiednim miejscu, ale i właściwe ich łączenie. Tego dokonujemy w znajdującym się na dole ekranu ekwipunku. Rzecz tam się znajdująca, po najechaniu na nią kursorem myszy nie zostaje nazwana, ale w każdym momencie możemy ją obejrzeć, czytając krótki jej opis. 

Ważnym elementem rozgrywki, pchającym fabułę do przodu są, jak to w przygodówkach bywa, dialogi. Nie natkniemy się w recenzowanym przeze mnie tytule, który jak już wiecie jest wstępem do większej całości, na wiele postaci, ale interakcja z nimi będzie niezmiernie ważna, a co istotne po informacje przyjdzie nam do nich wracać. Od tego jak dokładni w grze będziemy, czy wyciągniemy od postaci wszystkie potrzebne informacje, zależeć będzie płynność rozgrywki, która może, choć wcale nie musi, czasami nas stopować pojawiającymi się na naszej drodze przeszkodami. 

Gra nagradza dokładność, zachęcając do pełnego, dokładnego poznawania, często dość upiornego otoczenia, wcale nie trzymając gracza za przysłowiową rękę. Jak w staroszkolnych przygodówkach nie ma w niej podświetlania hotspotów, nie ma również jednoznacznie liniowej rozgrywki. Niektóre czynności możemy wykonać w dowolnej kolejności, mocno kombinując z przedmiotami.

Możemy, co według mnie jest całkiem fajne, liczyć również na pomoc jednej z postaci gry, która podpowie, ale nie dosłownie, rozwiązanie zagadki. Wieloetapowy system podpowiedzi, jest w tym wypadku żywym przykładem na różnorodność wykonania zadania, na wspomnianą nieliniowość. Otóż zniecierpliwieni, i nie lubiący się głowić nad zagadkami gracze, mogą oddać zadania w ręce pomocnika, albo w innym przypadku posłużyć się pewnym przedmiotem. 

A Lost Man: Chapter I  nie tylko nagradza dokładność, zdolność logicznego myślenia i kombinowanie, ale i swoją rozgrywką nakłania gracza do poszukiwania wskazówek, ukrytych w otoczeniu, ale i w prowadzonych podczas gry rozmowach. Wskazówki znajdziemy również w odnajdywanych podczas eksploracji notatkach, zapiskach i dziennikach. Warto zatem zaglądać w każdy kąt, otwierać szuflady, bądź czytać to co ma do powiedzenia nasz protagonista. 

Omawiana przeze mnie przygoda to tytuł, który oprócz klasyki pod względem rozgrywki, oferuje również system ręcznego zapisywania postępów. Fakt ten niezmiernie mnie cieszył, choć zmartwiła ograniczona ilość dostępnych do zapisu slotów. Jest ich w grze zaledwie kilka. 

Podsumowując, A Lost Man: Chapter I to zachęcająca do poznawania więcej i więcej, klasyczna przygodówka, w której oprócz mroku wojny, znalazła się również starożytna tajemnica. To pobudzający szare komórki, napędzający wyobraźnię i podkręcający ciekawość krok ku większej przygodzie, którą twórcy planują nam niebawem przedstawiać. 

Cieszy fana gier przygodowych, takiego jak ja, klasyczna rozgrywka "wskaż i kliknij", w której nie znalazły się żadne elementy zręcznościowe, a w której króluje eksploracja, zbieranie i używanie przedmiotów, często w rozwiązaniach nieco pokręconych i surrealistycznych i oczywiście wbudowanie w grę zagadek. Ciekawa logiczno-słowna łamigłówka zapewne zaciekawi każdego przygodomaniaka, będąc intrygującym dla niego wyzwaniem, dając jednocześnie niecierpliwym graczom, stawiającym bardziej na poznawania fabuły, a nie ślęczenie nad zagadką, możliwość pomocy w jej rozwiązaniu. 

Mimo tego, że recenzowana przeze mnie gra jest tytułem mocno niezależnym, przygodówką stworzoną przez niewielkie studio, które zdecydowało się na rozgrywkę bez dialogów mówionych, może poszczycić się nie tylko zadaniami przedmiotowymi, ale pokazać, że stawia również na wyzwania umysłowe, zachęcając jednocześnie do bacznego przyglądania się wskazówkom. 

Choć jak już wspomniałam recenzowana przeze mnie gierka jest tytułem pozbawionym głosowego, angielskiego dubbingu, a oferuje jedynie napisy w tym właśnie języku oraz po francusku, to nie jest to tytuł cichy i monotonny. Nastrój buduje w niej bowiem doskonałe udźwiękowienie, mocno wybijające upiorny jej klimat, jak i zgrabnie podbijająca atmosferę muzyka. 

Na plus również możliwość ręcznego zapisywania rozgrywki, która zawsze jest przeze mnie mile w przygodówkach widziana, choć ilość slotów na save'y powinna być według mnie większa. Docenić należy również ręcznie malowaną grafikę, która podobnie jak niektóre zagadki przedmiotowe, trąci nieco surrealizmem i budzi, szczególnie jeśli chodzi o postaci, pewne skojarzenia. 

Tak czy siak A Lost Man: Chapter I to godna uwagi niezależna przygodówka, której warto dać szansę, nawet jeśli nie bardzo przepadamy za grami podzielonymi na rozdziały. Ciekawa, klasyczna i powiedziałabym pomysłowa, i intrygująca to opowieść, będąca wstępem do dłuższej historii naszego dezertera. Serdecznie ją polecam! 

Moja ocena 8/10. 

Bardzo serdecznie dziękuję Studio Arkos za udostępnienie ich gry do recenzji!

Grałam w wersję na kompoutery osobiste PC - Steam.

Zalety:

  • Ciekawa fabuła;
  • Miła dla oka grafika;
  • Klasyka rozgrywki;
  • Ciekawe zagadkami przedmiotowe;
  • Równie fajne zagadki logiczne;
  • Rozgrywka stawiająca na kombinowanie przedmiotami;
  • Dobra ścieżka dźwiękowa i muzyczna;
  • Możliwość ręcznego zapisywania gry

Wady:

  • Zbyt mało slotów na zapisy rozgrywki;
  • Czasami zbytnia dosadność w tekście;
  • Brak polskiej wersji językowej;
  • Mimo wszystko zbyt krótka

wtorek, 2 czerwca 2026

Nowhere, kryminalny horror inspirowany mitologią nordycką z datą premiery

Nowhere, kryminalny horror inspirowany mitologią nordycką z datą premiery

Nowhere, inspirowana nordycką fabułą gra kryminalna w klimacie horroru, z elementami survival horroru, opowieść o konfliktach religijnych w epoce wikingów i losach bogów w ich czasach, ma datę premiery. 

Jesień tego roku to czas premiery przygodowego projektu akcji, który może spodobać się graczom lubiącym zagłębić się w nordyckie opowieści, są zwolennikami kryminalnych historii, ale i horroru z elementami przetrwania, gry od studia Midnight Forge LTD, zatytułowanej Nowhere. Tytuł ma oficjalną datę premiery, którą potwierdza zaprezentowany kilka godzin temu zwiastun. 

Przeczytaj również: 

Nowhere to przygodowy horror, z elementami survival horroru, w kryminalnym stylu, dla którego inspiracją stała się nordycka mitologia. Gracz będzie w nim eksplorował mroczne skandynawskie lokacje, uczestnicząc w serii realistycznych śledztw. 

W grze wcielamy się w detektywa uwięzionego w lasach Norwegii, poszukującego grupy zaginionych turystów. Wkrótce odkrywa, że historia, która kryje się w tym miejscu jest zdecydowanie bardziej złożona. Napięcie stopniowo wrasta, a nasz bohater nie może pozbyć się wrażenia, że jest stale obserwowany.

Nowhere to gra o nordyckiej mitologii, w epoce wikingów i ich religijnych konfliktach, gra o losach bogów w ostatnich latach ich kultu. Opowieść oferuje stopniowy wzrost napięcia i grozy, ale nie znajdziemy w niej efektu „jump scare”. Rozgrywka osadzona jest w nieliniowym świecie, głównie w mrocznych lasach.

Oprócz eksploracji i poczucia grozy, gracz, jak na kryminalną opowieść przestało, zmierzy się z realistycznymi mechanizmami śledztwa, czując się jak prawdziwy detektyw. Będziemy sami tworzyć powiązania i rozwiązywać zagadki, dzięki interakcjom z otoczeniem, szukaniu wskazówek, badaniu interesujących miejsc. 



Co jakiś czas słyszeć będziemy w oddali dźwięk rogu, który sprawi, że lasy wokół nas zaczną się zmieniać, przekształcając się w koszmarną wersję siebie. Wtedy to przyjdzie czas na wspomniane elementy survival horroru. Na gracza czekać będą potwory, które czekają tylko aż się odwrócimy. Wtedy należy uciekać, ukryć się, bądź walczyć, by po prostu przeżyć.

W Nowhere zagramy w pełnej angielskiej wersji językowej i tylko w takiej. Gra nie będzie dostępna w innych językach, w tym po polsku. 

Gra swoją premierę na Steam, w wersji na PC będzie miała 30 września 2026 roku. 

Karta Steam 






środa, 22 października 2025

Troll 2, legendarna istota powraca, i to nie sama

Troll 2, legendarna istota powraca, i to nie sama

 

Zdjęcie: Kard ze zwiastuna Netflix

Netflix podzielił się zwiastunem zapowiadanej na pierwszy dzień grudnia kontynuacji norweskiego przygodowego filmu akcji, z elementami fantasy, i istotami znanymi z skandynawskich baśni i legend. Troll 2 powraca na Netflix już niebawem.

Norweskie legendy i baśni odżyją na nowo w kontynuacji przygodowego filmu akcji z elementami fantasy, w dalszej historii znanej z filmu Troll, którego recenzję miałam okazję pisać. Troll 2, w którym do życia budzi się kolejna olbrzymia istota ma konkretną datę premiery, a wczoraj Netflix podzielił się jego polskim zwiastunem. 

Przeczytaj również:

Mityczne stwory, znane z mitologii nordyckiej, z jej legend i baśni, wykorzystywane w produkcjach, także na Netflix, jak choćby w serialu Nisser, ale i grach, takich jako Röki czy Bramble: The Mountain King, powracają w kontynuacji norweskiego filmu, w Troll 2.

W filmie ponownie śledzimy losy profesor Nory Tidemann, Andreasa i kapitana Krisa, którzy muszą zmierzyć się z jeszcze większym zagrożeniem, kiedy to w górach budzi się do życia nowy, większy i groźniejszy troll. Wkrótce gigantyczna istota zaczyna siać zniszczenie w całej Norwegii, więc nasi bohaterowie będą zmuszeni znaleźć sprzymierzeńca, w tym celu zanurzając się w schowaną głęboko historię swojego kraju. 

W obsadzie filmu: Ine Marie Wilmann, Kim Falck, Mads Sjogard Pettersen, Sara Khorami, Karoline Victoria Sletten Garvang, Anne Krigsvoll.

Reżyserem filmu ponownie jest Roar Uthang, zaś autorem scenariusza, podobnie jak w przypadku poprzedniej produkcji, Espen Aukan

Premiera na Netflix 1 grudnia 2025 roku. 


poniedziałek, 7 kwietnia 2025

CARIMARA: Beneath the forlorn limbs, przygodowy horror karcianka

CARIMARA: Beneath the forlorn limbs, przygodowy horror karcianka

 

Przygodowa gra w klimacie grozy, rozgrywana w stylu point-and-click, ale będąca jednocześnie karcianką, krótka, acz intensywna, zatytułowana CARIMARA: Beneath the forlorn limbs, będzie mieć swoją premierę na Steam.

CARIMARA: Beneath the forlorn limbs to gra będąca mroczną bajką, inspirowana folklorem Norwegii, która zabiera graczy w rozgrywkę "wskaż i kliknij", ale w karcianym stylu. Przygodowy karciany horror to krótka gra, przewidziana na pół do godziny zabawy, wykonana ręcznie, za pomocą rysunku odtworzonego ze zdjęć i nagrań francuskiej wsi. Projekt został stworzony i zostanie wydany przez Bastinus Rex. Premiera w maju.

Warto przeczytać także:

CARIMARA: Beneath the forlorn limbs to gra, w której wcielamy się w tytułowego Carimarę, którego misją jest wygnanie ducha, który zadomowił się w domu pewnej starszej pani, domostwie krytym strzechą, gdzieś w piwnicy. Zrobi to za pomocą kart, odpowiadając na pytania.


Gra wykonana jest w ręcznie malowanym, retro stylu, z raczej niskim poziomem horroru, ale w klimacie mrocznej fantasy baśni, z mechaniką point-and-click i dialogami, które znajdują się na kartach, które trzeba będzie zbierać. 


Gra obsługiwana jest za pomocą klawiatury i myszki, inspiracją stała się dla twórców mitologia norweska, a przejście krótkiej rozgrywki ma zająć od 30 minut do godziny. Przygoda dostępna jest w pełnej francuskiej wersji językowej, z angielskimi napisami. 

Premiera gry na PC, na Steam przewidziana jest na 22 maja 2025 roku.

Karta Steam


sobota, 15 marca 2025

Among the Trolls, przygodowy survival w fińskiej dziczy

Among the Trolls, przygodowy survival w fińskiej dziczy

 

Sekrety i tajemnice fińskich lasów odkryjemy w przygodowym survivalu, Among the Trolls, który udostępniony zostanie we Wczesnym Dostępie. Data premiery nie została jeszcze ogłoszona.

Among the Trolls, przygodowy survival, w którym nauczymy się jak przetrwać, a przy okazji poznamy tajemnicę fińskiej dziczy to gra stworzona przez studio Avantgarden, której wydaniem zajęło się studio 505 Pulse. Data premiery tegoż projektu, który zadebiutuje we Wczesnym Dostępie nie została jeszcze ogłoszona.

Warto przeczytać również:

W Among the Trolls wcielamy się w Annę, podróżującej ze Stanów Zjednoczonych do Finlandii, do dziadka mieszkającego w chacie położonej z dale od innych zabudowań, w lesie. Po przybyciu okazuje się, że chata jest pusta, a jej dziadka nigdzie nie ma. 



Nasza bohaterka zostaje wciągnięta do krainy nordyckiej mitologii oraz wspomnień z minionych, odległych lat. Będzie zmuszona ruszyć na poszukiwania swojego dziadka, i przetrwać w głuszy, ale i stawić czoła nadprzyrodzonym istotom znanym w fińskiej mitologii, tym żywym, ale i silom natury. 



Oprócz walki o przetrwanie gracz będzie także budował i tworzył, odkrywając przy tym sekrety swoich przodków. Będzie równoważył magię Väki i szczęście Lykky, a jego działania wpływać będą na środowisko. Z czasem odkryjemy tajemnice zaginionego dziadka. Gra inspirowana jest klasycznymi mitami Kalevali.

Gra zadebiutuje na Steam, we Wczesnym Dostępie. Data nie została ogłoszona.

Karta Steam




sobota, 11 stycznia 2025

Röki - wrażenia z wersji demo, uroczej skandynawskiej baśni

Röki - wrażenia z wersji demo, uroczej skandynawskiej baśni

Röki, oto wrażenia z wersji demonstracyjnej, uroczej, ręcznie malowanej skandynawskiej baśni. Serdecznie zapraszam!

Festiwal gier - The Games Awards 2019 był dla wielu graczy okazją do sprawdzenia oczekiwanych przez nich tytułów. Tak też było w moim przypadku. Była bowiem w zapowiedziach na rok 2020 taka gra, która do tej pory, do czasu zagrania w demo, była tak naprawdę dla mnie zagadką. Röki, bo o niej mowa to przygodówka, która choć bardzo mnie ciekawiła, żeby nie powiedzieć intrygowała, budziła także niepokój, gdyż wydawała mi się być gatunkową mieszaniną, którą ja, zwolenniczka przygodowej klasyczności, nie za bardzo lubię. Skoro zatem nadarzyła się okazja sprawdzenia, jak to z nią właściwie jest, nie omieszkałam skorzystać z okazji  i wykorzystując dwudniowy czas dostępności wersji demonstracyjnej na platformie Steam, sprawdzić ów tytuł. I już tu....w tym miejscu....mogę Was zapewnić, że przynajmniej demo (mam nadzieję, że całość gry też), to klasyczny point and click, bez elementów zręcznościowych z łamigłówkami przedmiotowymi i prześliczną grafiką. Ale po kolei.

 Warto przeczytać również:

Röki, demo, którego przejście, (ja oczywiście skupiałam się na wszystkich interaktywnych punktach), zajęło mi około 40 minut rozgrywki, to historia dziewczynki o imieniu Tove. W wersji demonstracyjnej zostałam wrzuca wprost do przepięknej zimowej lokacji, zaczynając swoją podróż w drzewie, magicznym i nieco strasznym. Celem Tove, czyli także moim, było przemierzanie tejże inspirowanej folklorem skandynawskim krainy, by pomóc, a nawet uratować rodzinę. 

Wędrowałam zatem po przecudnych, lśniących w słońcu i skrzących się śniegiem miejscówkach, po drodze spotykając i pomagając bardzo dziwnym istotom. Udzieliłam pomocy trollowi, w którego ramieniu tkwił sztylet, próbowałam uratować trochę straszne zwierzątko zamknięte w klatce. Przede wszystkim jednak skupiałam się na eksploracji, która jest podstawą tej gry, przynajmniej tak wynika z wersji demo. 

Wędrówka wiązała się z klasycznymi rozwiązaniami przygodowymi, gdyż twórcy, niezależne studio Polygon Treehouse stworzyło tradycyjną grę adventure, w której eksplorujemy, zbieramy przedmioty, rozwiązujemy związane z nią zagadki, ratujemy i sami staramy się być ratowani. Wszystko jednak przebiega w swoim, powolnym, nie nachalnym baśniowym rytmie, któremu nie brakuje pewnej nutki mroczności. 

Röki to bowiem współczesna, podszyta dozą tajemnicy i nutką straszności, skandynawska baśń, w której rzeczywistość przeplata się z mitami, legendami i opowieściami o magicznych stworach, które grając mamy okazję poznać osobiście. Klimat tejże opowieści w wersji demonstracyjnej był niezwykle dobrze wyczuwalny. Wynikał nie tylko z zachowania Tove, z tego o czym rozmawiała z magicznymi istotami, które miała okazję spotkać, ale i z tego jakie miejsca napotykała. Wiele z nich snuło smutną, melancholijną i intrygującą opowieść, utkaną z wspomnień, umieszczoną w przeuroczej, malowanej lokacji.

Trzeba przyznać, że opisywany przeze mnie krótki fragment zaprezentował mi grę niezwykle piękną graficznie, urokliwą pod wieloma względami, nie tylko dzięki rysowanym tłom, ale i całej malowanej, śnieżnej otoczce. Grając w tę cudną przygodówkę, w krótkiej wersji demo, tak bardzo brakowało mi śniegu, śnieżnego klimatu, o którym, przynajmniej ja, mogę na chwilę zapomnieć. Dlatego też, często przystawałam, by razem z Tove podziwiać przysypany czapami śniegu dach kościoła, oświetlony skandynawskim słońcem. Stawałam i zachwycona patrzyłam na ośnieżone góry, gdzieś tam w oddali. Patrzyłam jak zaczarowana na migoczący biały puch, przypominający mi dzieciństwo i mój nim zachwyt, gdyż ten w mroźny zimowy dzień lśnił jak miliony malusieńkich diamentów. Muszę przyznać, gra doskonale te poczucie oddaje. 

Podobnie więc zachowywałam się w ogrywanej przeze mnie wersji demonstracyjnej, ale podziwianie i zwiedzanie to przecież nie wszystko. Röki to też cała growa otoczka, w tym sterowanie, które tu nie skupia się na komputerowej myszce, a klawiszach WSAD i wielu innych przyciskach na klawiaturze. Za pomocą "I" aktywujemy na przykład ekwipunek, który stanowi jego klasyczną formę. Zlokalizowany na górze ekranu gromadził wszystkie zebrane do tej pory przeze mnie przedmioty, które twórcy słownie oznaczyli. 

Miałam jednak pewien problem z używaniem zebranych przeze mnie przedmiotów. Niezależne studio Polygon Treehouse zdecydowało się na dość niekonwencjonalny sposób wykorzystywania zebranych przez gracza rzeczy. Otóż, przyznam się trochę przypadkiem (być może później do pełnej wersji zostanie wbudowana forma podpowiedzi), wpadłam na rozwiązanie w jaki sposób ową rzecz wyciąga się z inwentarza i używa na danym miejscu, postaci i tym podobnych, interaktywnych lokacjach. Otóż trzymając klawisz "enter", który w grze stanowi odpowiednik działania, przedmiot w ekwipunku jakby się rozdwajał. Wtedy to, dalej trzymając "enter", za pomocą przycisków "A" lub "D" przesuwamy go i odpowiednio wykorzystujemy. Hmm.....oczywiście można się do takiego manewrowania rzeczami z czasem się przyzwyczaić, ale ten rodzaj udziwniania, myślę nie jest potrzebny. Lepsza byłaby jednak intuicyjna praca myszką. 

Poza tą dziwną obsługą przedmiotową, cała reszta interfejsu to już tak zwana klasyczność, choć dalej nie przy pomocy komputerowego gryzonia. W grze, w wersji demo, miałam przyjemność zapoznać się z pierwszymi wpisami w notatniku, którego aktywowałam za pomocą klawisza "J". Twórcy wbudowali także system podpowiedzi, w postaci podświetlania interaktywnych miejsc w lokacjach, które oprócz tego, że błyszczą, wydają także charakterystyczny dźwięk. Hot-spoty aktywowałam za pomocą "H".

Pozostając przy dźwiękach, muszą zaznaczyć, że Tove to osóbka, która nie mówi, a jedynie, okazjonalnie wydaje z siebie jakieś nieartykułowane szepty, coś mruczy pod nosem i po swojemu dopowiada. Czasami jednak z tych nieokreślonych dźwięków mogłam wyłuszczyć znane, angielskie słowo. Mimo tego, że Tove i reszta postaci pozbawiona jest aktorstwa głosowego, co nie jest niczym dziwnym w grach niezależnych, to doskonale potrafiłam wyczuć jej nastrój, w którym jak na szalkach wagi huśtała się wesołość i smutek.

Nastrój bajkowości świetnie budowała w wersji demonstracyjnej także niezwykle klimatyczna ścieżka dźwiękowa, która idealnie podkreślała to co podkreślić i wypunktować, czy też zaznaczyć w grze powinna. Ta jej mroczna "uroczość" sprawiała, że miewałam ciarki na ciele, ale przede wszystkim czułam się tak, jakbym na chwilę znalazła się tam, gdzie właśnie jest Tove. Jakbym na moment wkroczyła w jej ciało, za co twórcom dziękuję, bo to nie często zdarza mi się odczuć w ogrywanych przeze mnie demach. 

Pełna wersja gry Röki trafiła do sprzedaży 23 lipca 2020 roku. Dostępna jest na PC, PlayStation 5 i Xbox Series X\S. 

Karta Steam

Karta GOG

sobota, 28 grudnia 2024

Troll, recenzja filmu Netflix. Norweskie fantasy inspirowane baśniami skandynawskimi

Troll, recenzja filmu Netflix. Norweskie fantasy inspirowane baśniami skandynawskimi

Troll, recenzja filmu Netflix. Norweskie fantasy inspirowane baśniami skandynawskimi w efektownej oprawie wizualnej. Oto moja ocena topowego filmu Netflix.

Norweskie fantasy przygodowe akcji Troll, które w zapowiedziach obiecywało ciekawe wizualnie widowisko i klimat norweskich baśni i legend. I pod tym względem nie zawiodło. A jaki jeszcze jest Troll od Neflix?

Warto przeczytać również:

Troll to jak wspomniałam norweska produkcja łącząca fantasy, z przygodą i z akcją. Jak możemy się domyślić z tytułu, jest to dzieło wpisujące się w klimat tego państwa, bazujące na skandynawskich mitach, legendach i baśniach, które czasami wykorzystują twórcy, zarówno filmowi, jak i growi. Klimat mitologii skandynawskiej poczujemy między innymi w serialu Nisser od Netflix, który miałam okazję również recenzować, a także w filmie Wilk Wikingów, ale i w grach Röki i Bramble: The Mountain King

Baśnie i podania ludowe, przekazywane z pokolenia na pokolenie odżywają także w filmie Troll, który porusza tylko jedną z wielu legend. Jest bohaterem jest troll. Istoty te niegdyś żyły podobno w całej Norwegii, tworząc wspólnoty i rodziny i pojawianie się ich na drodze człowieka nie było niczym dziwnym. Tak przynajmniej niosła wieść ludowa. Ale pewnego dnia, w starciu z człowiekiem, a potem ze słońcem istoty te zniknęły. Teraz zamieniły w skały, tworzą malownicze góry. I tylko wyobraźnia może je pobudzić do życia. 

W niewielkim miasteczku, położonym pod górami Dovre, budzi się do życia uśpiony i zatopiony od tysiącleci w skałach górski troll, który znajdując się sam jeden w zupełnie innym świecie, którego kompletnie nie zna, i będąc istotą gigantycznych rozmiarów i równie olbrzymiej siły, sieje zniszczenie, a wkrótce zagraża stolicy kraju. 

W tym samym niemal czasie, w innej części Norwegii prowadzone są wykopaliska archeologiczne, którymi przewodzi profesor Nora Tidemann, którą ojciec, teraz samotnik i dziwak, dalej opowiadający przedziwne bajeczki o trollach, karmił niegdyś pewną legendą właśnie o tych istotach. Czas jednak zatarł u Nory ślady między wyobraźnią, dzieciństwem i baśniami, i zdawał się nie móc powrócić, a nawet być jedynie typową bajeczką. Tymczasem przyszłość niosła zgoła inne plany. Atak dziwnego stworzenia, które z pewnością stanie się zagrożeniem dla wielkiego miasta i jego mieszkańców, jest dla władz państwa powodem do powierzenia właśnie Norze, znanej geolog i paleontolog, rozwikłania tej zagadki. I tak panna Tidemann ma na zlecenie władz, przy pomocy asystenta pani prezydent i wojskowego oraz ojca, który wydaje się mieć problemy natury psychicznej, zająć się śledztwem dotyczącym tajemniczego wybuchu w górach Dovre i równie tajemniczych śmierci, jakie są jego konsekwencją. 

I choć z początku Nora nie wiążę, a nawet nie chce wiązać tego zdarzenia z jedną z legendarnych istot, to prawda, jak się domyślacie, a jest ona uwieczniona również w filmowym zwiastunie tejże produkcji, wkrótce wychodzi na jaw i zmienia jej spojrzenia na nadprzyrodzony świat baśni. Pozostaje jednak zasadnicze pytania, co zrobić z bestią siejącą zniszczenie i panikę. Na to sposób musi znaleźć zarówno ona, jak i jej pomocnicy. 

I to staje się głównym motywem opowieści, którą śledzimy w filmie Troll, który chyba nieco na wyrost określany był jako norweskie "monster movies". Porównywano go do Godzilli, która jakiś czas temu świętowała swój powrót na ekrany kin. Problem w tym, że Roar Uthaug oraz Espen Aukan, czyli twórcy tegoż filmu, spojrzeli na opowieść z punktu samego trolla, nie do końca widząc go jak obiekt zniszczeń i śmierci, a raczej jak zabłąkaną, zagubioną istotę, która jest żywą legendą obudzoną w nieprzyjaznym i nieznanym jej świecie. 

Przy okazji udało się przedstawić ją w tak niesamowity sposób, że aż dech zapiera. Co by nie powiedzieć o tym filmie, a ma on swoje niedoróbki, efekty specjalne wbijają w fotel. Postać trolla jest tak niesamowita i tak szczegółowa, że wydaje się, że jest stworzony w animacji, a nie w filmie fabularnym. Efektu nie psują także zbliżenia na głowę trolla, i w ogóle na jego gigantyczne ciało. Stwór stworzony ze skał, z ludzkimi przenikliwymi oczami, porośnięty mchem i trawą zdaje się być chodzącą skałą, bez uczuć i rozumu, nierealną, baśniową, a jednocześnie tak prawdziwą i zbliżoną do ludzi, i od ludzi zależną… i to niemal dosłownie. 

Otóż przy okazji trolla i jego gigantycznej, niszczycielskiej działalności, przemycono do filmu, i tego nie da się nie zauważyć, wątki ekologii i zgubnej działalności człowieka na naturę, która potrafi odwdzięczyć się pięknym za nadobne. Niszczenie środowiska pokazane jest nie tylko dosłownie, choćby na samym początku filmu, ale także poprzez trolla, który jest wymiarem sprawiedliwości natury, która podniosła rękę przeciwko zgubnej działalności ludzi. Jest trochę jak miotająca się Ziemia, którą bez jej zgody obudzono ze snu, której spokój został naruszony, a życie niemal zniszczono. 

Jasno, klarownie, ale i… przerażająco pięknie pokazane zostało, właśnie przez efekty specjalne i poprzez klimat tejże opowieści, działanie człowieka, który nie stara się zrozumieć natury, sam sobie tym szkodząc. Jednocześnie twórcy nawiązali do tej części ludzkiej natury, jaką tracimy wchodząc w dorosłość, do wyobraźni, do dziecięcego widzenia świata, który wydaje się zwykły i naturalny jak mamy lat kilka, czy naście, a jest jedynie bajeczką, kiedy wchodzimy w dorosłość. Z racji na kraj, w jakim powstała ta produkcja, mamy tu do czynienia także z klimatem Norwegii, jej górskim krajobrazem, spokojem i surową naturą. 

Formuła bajkowości, wsparta świetnymi efektami wizualnymi to coś, co przyciąga do tej produkcji, i to bardzo mocno. To co nieco spłaszcza pozytywny odbiór tego ekstra wizualnego widowiska to postaci, słabo zarysowane i bardzo oczywiście. Przez to, że są one tak sztampowe, również fabuła staje się bardzo przewidywalna i niemal natychmiast możliwa do rozszyfrowania. Film aktorsko stoi postacią Nory Tidemann, jedną z najmocniej zarysowanych i charyzmatycznych postaci w Trollu. Ine Marie Wilmann (Bloodride, Niekochani, Sonja), która wyciąga ze swojej postaci jak najwięcej może, a ma co robić, bo jej bohaterka jest pomysłowa, pewna siebie, stanowcza i przede wszystkim charyzmatyczna. 

Problem polega na tym, że reszta osobowości stanowi jej tło, i to takie, które już gdzieś kiedyś widzieliśmy. Asystent pani prezydent Andreas Isaksen, w którego wcielił się Kim Falck (Hotel zła II, Tylko Bea) to ciapowaty pracownik o wielkim sercu, który staje się, oczywiście, przyjacielem Nory. Patetyczny wojskowy, czyli kapitan Kristoffer Holm zagrany przez Madsa Sjøgårda Pettersena (Sanatorium strachu, Dwunasty człowiek), wyrzucający z siebie slogany natury patriotycznej, czy wreszcie szalony, odklejony od rzeczywistości ojciec Nory, Tobias Tidemann zagrany Garda B. Eidsvolda (Obywatel roku, Księga Diany), to bohaterowie, których już mieliśmy okazję spotkać, tylko w zupełnie innej opowieści. Przez ich zwykłość, sztampowość i rozpoznawalność, jesteśmy w stanie przewidzieć w jaką stronę pójdzie opowieść, i tak właściwie już nic fabularnie nie może nas zaskoczyć

Mimo tego Troll nie jest filmem złym. Wręcz przeciwnie! To niesamowicie ciekawie oprawiona wizualnie historia o legendzie, baśniowości, walce dobra ze złem, natury z człowiekiem, wiary, wyobraźni i racjonalności. Niesamowite efekty specjalne, wartka akcja, elementy fantasy i mnóstwo przygody sprawiają, że prawie dwugodzinną produkcję ogląda się w sposób płynny, szybki i niezwykle efektowny. Nie dziwi zatem nic, że niemal chwilę po premierze zawitała ona do topowych produkcji Netfliksa, i jest tam do dziś, mając się na podium całkiem dobrze. Jeśli nie widzieliście, a lubicie fantasy, a w szczególności mity i legendy skandynawskie, to serdecznie polecam. Warto! 

Moje ocena 8/10.

Film do obejrzenia na Netflix. 


piątek, 27 grudnia 2024

Wilk Wikingów - recenzja. Klątwa wilkołaczej krwi musi być przerwana

Wilk Wikingów - recenzja. Klątwa wilkołaczej krwi musi być przerwana

Wilk Wikingów, recenzja filmu dostępnego na Netfliksie. Klątwa wilkołaczej krwi musi być przerwana! Oto recenzja kolejnej, niegdyś topowej produkcji Netflix. 

Co by o tym gigancie streamingu, serwisie Netflix nie mówić, jest to miejsce poświęcone szeroko pojętej rozrywce, gdzie czasami pojawiają się filmy, które chętniej oglądamy. Jedną z takich produkcji jest Wilk Wikingów, albo Vikingulven, bo tak oryginalnie brzmi tytuł tego norweskiego filmowego dzieła.

Warto przeczytać również:

Jest to pierwsza produkcja grozy o wilkołakach stworzona w tym kraju, i horror, który prawie po dwóch latach od swej premiery, trafił na Netfliksa, szybko wskakując wtedy na pierwsze miejsce TOP 10 polskiego Netfliksa. Czy jest to aż tak dobry, czy niekoniecznie? Postaram się to wyjaśnić w mojej recenzji, do której serdecznie zapraszam. 

Zacznę oczywiście od fabuły, która zapewne jest Wam znana, a przynajmniej już coś takiego gdzieś widzieliście. Otóż jest to kolejne dzieło, które porusza temat wilkołaków, bestii przypominających wilka, ale tak naprawdę ludzi, którzy poprzez ugryzienie stali się wilkołakami. Podczas pełni dokonują swoją przemianę, i wbrew naturze ludzkiej, a zgodnie z instynktem wilkołaka, pragną jednego, zaspokajania swoich potrzeb drapieżnika, czyli chęci zabijania. 

Tak też jest w przypadku Wilka Wikingów, którego akcja rozgrywa się w niewielkim norweskim miasteczku, do którego pewnego dnia przeprowadza się Thale, siedemnastolatka, której mama w owym miasteczku otrzymuje pracę w policji. Relacja matka – córka nie jest najlepsza, bowiem dziewczyna nie radzi sobie z nowym życiem u boku matki i jej miejscowego mężczyzny. Thale, choć nie ma nic do ojczyma, i bardzo kocha swoją przyrodnią siostrę, która jest niemową, nie może zrozumieć rodzicielki i tego, że tak szybko zapomniała o ojcu.

Nie pomaga także środowisko, w jakim dziewczyna się obecnie znajduje. Poza małymi wyjątkami koledzy ze szkoły nie darzą jej sympatią, a wręcz okazują jej jawną niechęć. Na jednej ze szkolnych imprez, czując izolację, Thule oddala się od grupy i staje się świadkiem, a po części uczestniczką dramatycznych wydarzeń. Ktoś, lub coś atakuje jej koleżankę, która znika w lesie. Ranna w ramię Thule staje się ważnym świadkiem w sprawie, jak się później okazuje, brutalnego morderstwa.

Z biegiem czasu na jaw wychodzą zaskakujące fakty. Okazuje się, że winny, nie jednego mordu, jest wilk, ale nie taki zwyczajny, tylko prastary, pradawny wilk wikingów, wilkołak, którego od wieku już lat, a niemal przez całe życie tropi pewien ekscentryczny mężczyzna. Sytuacja mocno wymyka się spod kontroli, przeraża matkę Thale, a i nią samą. Okazuje się, bowiem, że ranna podczas napaści wilka, wkrótce sama zmienia się w krwiożerczą bestię. Matka przy pomocy pewnego weterynarza, będzie starała się jakoś przerwać linię krwi. 

Z grubsza opowiedziałam wam fabułę filmu, w którym jak zapewne zdążyliście się zorientować znalazło się szereg przeróżnych gatunków, i miks wszystkiego, co już gdzieś kiedyś widzieliśmy, o czym słyszeliśmy, czy czytaliśmy. Mitologia i legendy skandynawskie zdają się być w tej produkcji przerobione na własną modłę, według własnego uznania, a z pradawnego, ogromnego wilka, który jest symbolem nordyckim, twórcy filmu płynnie przeszli do klasycznej, dość brutalnej grozy. A w niej krew leje się strumieniami, ludzie rozrywani są na strzępy, a jedynym ratunkiem i możliwością pokonania bestii, której nie da się zabić, są srebrne kule.

Pojawia się także ktoś na wzór łowcy potworów, ekscentryczny starszy mężczyzna, dotknięty nie tylko zębem czasu, ale i jakimś dramatem, który doprowadził go do utraty ręki. Możemy się jedynie domyślać, że przyczyna leży w jego fachu. On jest kimś na wzór baśniowego łowcy fantasy, który pewnego dnia wkracza na teren sceptycznej i racjonalnej szefowej policji. Matka Thale starając się udowodnić przyczyny i rozwiązać zagadkę kryminalną, jest jednocześnie odpowiednikiem innego gatunku, w tym filmie, klasyki kryminalnego noir, w skandynawskim stylu. 

Nie brakuje także w opowieści, w której fabuła nie jest niestety jej najmocniejszą stroną, klasycznego młodzieżowego dramatu, ze sztampowymi elementami, jak śmierć członka rodziny, nowe miejsce, szkoła i koledzy, którzy traktują z góry, a nawet skutecznie życie obrzydzają. Tenn drama w wersji dla nastolatków nagle przeradza się w mordownię, z dość wiarygodnie zobrazowanymi ranami, ale efektami specjalnymi, niestety, nie najwyższych lotów. 

Nie można jednak powiedzieć, że film jest zły od początku do końca. Mimo kiepskiej fabuły, mającej sporo luk, i zbyt napakowanej skrajnościami, dzieło reżysera Stiga Svendsena (Kings Bay, Loose Ends) i Espena Aukana, pracującego także przy filmie Troll, dostępnym na Netfliksie, ma jakieś zalety. Film może przypaść do gustu miłośnikom grozy, spokojnie mogą obejrzeć także ci widzowie, którzy boją się horrorów. Jest to więc tytuł tak naprawdę dla każdego, co jeśli chodzi o horrory, nie jest takie oczywiste.

Poza tym to produkcja, która zachwyca bardzo dobrymi zdjęciami i podobnie jak w przypadku wymienionego tu już Trolla, urokliwymi zakątkami Norwegii, które idealnie pasują do „wilkołaczego” czy raczej likantropicznego klimatu prastarej klątwy. Ponurość lokacji, ich ciężkość i atmosfera podbijają styl i grozę, jednocześnie dobrze wpisując się w zaserwowany nam miszmasz gatunkowy. 

Nie można także narzekać na grę aktorską, która stoi na bardzo przyzwoitym poziomie, nawet jeśli momentami zbyt mocno koloryzuje swoją postać, albo za bardzo ją ułagadza. Szczególnie pochwalić należy Liv Mjönes, która wcieliła się w matkę Thale, a także Elli Rhiannon Müller Osbourne, której przyszło zagrać nastolatkę, bohaterkę filmu, tym właśnie imieniu. 

Doskonale wszyscy wiecie, że to co znajduje się w topowych tytułach platformy niekoniecznie musi być zaskakujące, powalające czy najcudowniejsze na świecie. Tak też… niestety jest z Wilkiem Wikingów, przeciętniakiem, łączącym teen dramę, czyli produkcją dla nastolatków, i fantasy z baśniowością oraz legendami, nieco przerobionymi na własny użytek. Płaską, i nic nie wnoszącą do całości odbioru fabułę, z dziwnym zakończeniem, ratują tylko ładne zdjęcia, piękne okolice i dobra gra aktorska. Dla lubiących kino grozy, może być. Ale nie jest to film z gatunku tych obowiązkowych. 

Moja ocena 6/10. 

Film Wilk Wikingów trafił na platformę Netflix 3 lutego 2023 roku.