poniedziałek, 23 grudnia 2024

Lockwood i spółka - recenzja. Fantasy-horroru w alternatywnym Londynie

Lockwood i spółka - recenzja. Fantasy-horroru w alternatywnym Londynie

Zdjęcie: Netflix

Lockwood i spółka, recenzja zadziwiająco dobrego fantasy-horroru dla nastolatków dostępnego na Netfliksie. Oto co sądzimy o kolejnej produkcji Netflix. 

Przyznam się, że do kolejnego fantasy horroru na Netfliksie podchodziłam z pewną rezerwą. Powodem była, tak mi się przynajmniej zdawało, dość sztampowa opowieść o poskramiaczach duchów, a także kolejna taśmowa produkcja z przeznaczeniem dla młodzieży, w jakiej amerykańska platforma streamingowa się lubuje.

Warto także przeczytać:

Na szczęście moje obawy, że zostanę po raz kolejny wpuszczona w butelkę przez giganta streamingu, i znudzona opowieścią o duchach, w wersji dla nastolatków, rozwiały się dość szybko, a przynajmniej po jednym, no góra dwóch odcinkach serialu o tytule Lockwood i spółka

Netflix i jego ekranizacje książek 

Wszyscy dobrze wiemy, że platforma Netflix, która wciąż jest gigantem streamingu lubuje się i namiętnie ekranizuje książki, powieści, opowiadania czy komiksy. Wśród premier miesiąca, a zwykle nieco ich jest, większa część to produkcje bazujące na literaturze. Są ekranizacje przeciętne, są doskonałe, i są banalne, a nawet beznadziejne, o czym z bólem przekonali się miłośnicy prozy Andrzeja Sapkowskiego, oglądając netflikowskiego Wiedźmina

Na szczęście Lockwood i spółka nie należy do tej trzeciej kategorii, bowiem serwuje nam jedną z najlepszych adaptacji książek. A jest to proza autorstwa Jonathana Strouda, który w pierwszym tomie wydanym w roku 2021, czyli całkiem niedawno, o tytule "Krzyczące schody" zechciał opowiedzieć historię trójki młodych bohaterów, żyjących w alternatywnym świecie, w którym władze w nocy przejęły duchy, z którymi kontakt to niestety śmierć, albo stan ową śmierć przypominający. 

Lockwood i spółka – fabuła

Fabuła opisywanego przeze mnie serialu oddaje treść książki w sposobie poprowadzenia tej trzymającej w napięciu fantasy-grozy, którą spokojnie możemy nazwać teen dramą, świetnie kreującą zgrabnie skonstruowaną historię, sekretami, tajemnicami i nutą zagadkowości. Brzmi dobrze! Nie sądzicie?

A ta rozgrywa się w Londynie. Pięćdziesiąt lat temu na świecie wydarzyły się trudne do wytłumaczenia zdarzenia, które doprowadziły, że ludzka rzeczywistość nie była już taka sama. Władzę nad nocą przejęły bowiem duchy, demony i siły nadprzyrodzone, pozbawiając życia wielu ludzi, a u innych powodujące stan odrętwienia, coś na kształt letargu. Niedługo potem władze zorientowały się, że jedynymi osobami, jakie mogą zapanować nad istotami z tamtego świata, są dzieci i młodzież o zdolnościach paranormalnych. I tak wielkie korporacje zaczęły zatrudniać w tym kierunku uzdolnioną młodzież, szkolić ich, dawać broń do ręki i nakazywać walczyć z siłami nadprzyrodzonymi, czy chcą tego, czy nie. 

Po wspomnianych pięćdziesięciu latach w Londynie działają dwie duże korporacje zwalczające istoty astralne, i jedna niewielka i niezależna, zwana Lockwood i spółka. Tworzą ją Anthony Lockwood, młodzieniec z bogatego domu, posiadający rodzinną tajemnicę oraz jego pomocny, zbuntowany i niegdyś wyrzucony ze szkoły, nieco ekscentryczny George. Do tego zacnego grona dołącza niebawem dziewczyna o bardzo wyjątkowych i złożonych umiejętnościach paranormalnych, takich, jakie ma bardzo niewielu.

Lucy Carlyle to dziewczyna, która nie ma w życiu łatwo. Niekochana przez surową i apodyktyczną matkę zostaje wysłana, wbrew swojej woli do szkoły i szkolona na pogromcę duchów. Po stracie przyjaciółki, dziewczyna postanawia opuścić placówkę, w której mimo wszystko osiąga dobre wyniki, i zgodnie z tym, co planowała, wyjeżdża do Londynu. Tam wkrótce zostanie zatrudniona u Lockwooda. Tam też znajduje dom. 

Wkrótce cała trójka staje do walki z demonami, pozbywając się ich z mieszkań, domów i posiadłości. Ale pewnego dnia natrafiają na sekret, z którym wiąże się bardzo wielka tajemnica, a w nią wplątani zdają się wpływowi mieszkańcy Londynu. Odkrycie, jakie dokonują nasi bohaterowie może prowadzić do poważnych zmian i równie poważnych konsekwencji. 

Ciekawie zbudowany świat i trzymająca w napięciu historia

Zaletą tejże opowieści, którą zamknięto w ośmiu odcinkach po około 50 minut jest nie tylko fabuła, która szybko potrafi nas pochłonąć, bo to podobno jedna z najlepszych, i najwierniejszych ekranizacji książek (niestety nie czytałam), ale przede wszystkim świetnie wykreowanym światem.

Jak wiecie, przenosimy się w niej do Londynu, który z pozoru wygląda jak każde inne współczesne i znane nam miasto. Ale noc skrywa tajemnice, mrok i przerażenie. Niczym epidemia, zaraza czy też paranormalna choroba, duchy niszczą, zabijają i zmieniają świat i ludzi. Nic nie jest takie samo jak kiedyś, a młodzi nawet nie wiedzą, jak to było kiedyś, przed panoszeniem się duchów na Ziemi. Nie są to istoty łagodne, a przynajmniej nie wszystkie, a kontakt z nimi nie mają jedynie wybrani, a wszyscy. Z tym wyjątkiem, że ci „normalni” nie potrafią z nimi walczyć, umierają, albo zapadają w dziwny letarg, z którego już się raczej nie wybudzą.

Londyn na wzór lat 80-tych, ale w alternatywnym stylu, z przerażającymi nocami, godziną policyjną, nie wzbudza strachu jako takiego, nie jest przepełniony grozą. Nie będziemy skakać czy zakrywać twarz poduszką, bo twórca, a jest nim Joe Cornish nie zarzuca widza  jumpscare’ami, a napięcie i klimacik buduje poprzez atmosferę, muzykę, lokacje i styl serialu. Nie jest to płaska opowieść o niczym, nie przeraża w dosłowny sposób, a zaciekawia, pokazuje miejsca i sytuacje, w które jesteśmy w stanie uwierzyć. 

Przeżywamy to, co bohaterowie tej opowieści, żyjemy z nimi, walczymy, stawiając czoła nieznanemu, trudnemu i brutalnemu wrogowi. Nasi bohaterowie mają w sobie wrogów nie tylko ze świata pozagrobowego, ale i w doczesnej rzeczywistości. Mają także tajemnice, które przed innymi i samym sobą ukrywają. To, że jest sekrecik, że nie wiemy wszystkiego od razu, jest motorem popychającym nas w stronę poznania tej opowieści, przez co chętnie i dobrze się serial ogląda. 

Charakterne postacie i dobre aktorstwo

A ogląda się go przyzwoicie ze względu na dość szybkie poprowadzenie akcji, która gwałtownie może się zmienić, ale także ze względu na charakterne postaci. I tu na plan pierwszy wysuwa się postać Lucy, w którą brawurowo wcieliła się Ruby Stokes, którą mogliśmy oglądać już w jednej produkcji grozy, w filmie Naznaczona. Podczas kolejnych odcinków śledzimy jej rozwój, nie tylko psychiczny, ale także paranormalny. Widzimy, jak staje się silniejsza i jak swoją osobą spaja i wynosi do góry spółkę, w której pracuje. 

Nie umniejszają jej wcale jej ekranowi koledzy, czyli Cameron Chapman, który wcielił się w postać Anthonyego Lockwooda oraz Ali Hadji-Heshmati jako George Karim. Jeden jest wyniosłym, inteligentnym i dystyngowanym młodzieńcem, który ma tajemnice, schowane w pokoju na górze, zamkniętym na klucz, drugi naukowcem i ekscentrykiem, który wychodząc przed szereg, został wydalony ze szkoły.

Każde z nich jest zupełnie inne, ma odmienne charaktery, sposób bycia, ma marzenia i cele. Ale czego by o nich nie mówić, między trójką bohaterów jest chemia, której trudno nie zauważyć. To ona sprawia, że serial Lockwood i spółka ogląda się z nieskrywaną przyjemnością. 

Kolejna teen drama w dobrym wydaniu – podsumowanie serialu Lockwood i spółka

I oto za sobą mam kolejną serialową opowieść, z przeznaczeniem dla nastolatków, która, mimo tego, że wiek nastoletni dawno mam już za sobą, bardzo mi się spodobała. Złożyło się na to wiele czynników, które sprawiły, że zagrała we mnie, na pozytywną nutę, sympatia do zjawisk paranormalnych, historii z dreszczykiem, a także opowieść o przyjaźni i zaufaniu. Alternatywny świat, w którym panują duchy, mimo nierealności stał się bardzo realny. Wartko tocząca się opowieść minęła szybko i ani na chwilę nie nudziła, ba…..zostawiła niedosyt, gdyż skończyła się w takim momencie, w którym musi powinna być kontynuowana w kolejnym sezonie, ale wiemy, że nie będzie. Nie mniej jednak Lockwood i spółka to miniserial, która naprawdę warto zobaczyć. 

Moja ocena 8/10.

Serial miał premierę na Netflix 27 stycznia 2023 roku. 

Tavern Talk: Tempest Tantrum, dodatkowa zawartość do Tavern Talk

Tavern Talk: Tempest Tantrum, dodatkowa zawartość do Tavern Talk

 

Tavern Talk: Tempest Tantrum to dodatkowa zawartość do przygodowej gry w klimacie wizualnej powieści Tavern Talk, która swoją premierę miała w czerwcu tego roku. DLC nie jest dodatkiem darmowym.

Ponad miesiąc temu na Steam swoja premierę miało DLC, dodatkowa zawartość do fantasy przygodowej gry visual novel, w urokliwym, ręcznie rysowanym stylu. Dodatek nosi tytuł Tavern Talk: Tempest Tantrum, jest grą stworzoną i wydaną przez Gentle Troll Entertainment, i można go kupić w cenie niespełna 23 złotych.

Warto przeczytać również:

Akcja Tavern Talk: Tempest Tantrum rozgrywa się półtora roku po wydarzeniach z Tavern Talk. Historia skupia się wokół młodej detektyw Meliny. Pewnego dnia znajduje tajemniczy mechanizm, który  psuje, przypadkowo uwalniając uwięzionego w nim chaotycznego ducha. Melina i jej przyjaciele muszą  naprawić starożytny aparat, odzyskać ducha i powstrzymać pierwotną burzę przed wyrządzeniem niszczycielskich szkód.


W dodatku twórcy przedstawiają nam cierpiącego brata Fable, chronicznie przepracowanego strażnika Ashen Grove. Autorzy zaoferowali nową historię, a także wiele zakończeń. Dodano około trzech godzin rozgrywki, i cztery niezależne zakończenia i indywidualne zadania. Aby zagrać w grę wymagana jest jednak podstawowa zawartość. 


Gra trafiła do sprzedaży na Steam 12 listopada 2024 roku. 

Karta Steam

niedziela, 22 grudnia 2024

Kobiety na wojnie, recenzja dramatu wojennego dostępnego na platformie Netflix

Kobiety na wojnie, recenzja dramatu wojennego dostępnego na platformie Netflix

Kobiety na wojnie, recenzja dramatu wojennego dostępnego na platformie Netflix. Piekło I wojny światowej pokazane w sposób realistyczny oczami kobiet.

Wojna to niestety bardzo aktualny temat, który wprawdzie nie dotyczy nas osobiście, ale działania wojenne trwają blisko nas, a cierpienie ludzi widzimy codziennie, choćby w telewizji, prasie, czy na Internecie. Wiek XX doświadczony aż dwie wojny, podczas których zginęło mnóstwo ludzi, a pozbawione mężczyzn kobiety musiały radzić sobie same. Pierwsza wojna światowa, która była przerażającym testem i świadectwem możliwości nowej broni, w tym chemicznej, stała się motywem zarówno filmu Netfliksa Na zachodzie bez zmian, ale dodanego jakiś czas temu do biblioteki platformy francuskiego serialu Kobiety na wojnie. I to właśnie jemu przyjrzę się w dzisiejszej recenzji. 

Przeczytaj również: 

Kobiety na wojnie to serialowy dramat wojenny produkcji francuskiej, który swoją premierę nie miał bezpośrednio na Netfliksie, a był emitowany zarówno w Szwajcarii, Belgii i Francji, by finalnie trafić także na Netfliksa. Jest to produkcja w klasycznej miniserialowej ilości odcinków, czyli w ośmiu, które trwają po około 50 minut.

Opowieść rozgrywa się na początku I wojny światowej, w roku 1914, w niewielkim francuskim miasteczku, kiedy to wkroczenie wojsk niemieckich wymusza na francuskich mężczyznach wstąpienie do armii i ruszenie na front. W domu zaś, pozostawione z obowiązkami, które niegdyś wykonywali panowie, zostają kobiety, którym przyjdzie mierzyć się z przerażającymi konsekwencjami, jakie niesie ze sobą wojna.

Opowieść, która została stworzona przez Cécile Lorne i wyreżyserowana przez Alexandre'a Laurenta (Modliszka, Tajemnice Elise, Falco) koncentruje się na czterech kobietach, o zupełnie różnym statusie społecznym, życiowym przeznaczeniu i celu. Ich losy jednak będą się przeplatać i łączyć, nadając serialowej historii klimatu i niezwykle wartkiej akcji. 

Podczas ośmiu odcinków śledzimy Caroline Dewitt , w którą wcieliła się Sofia Essaïdi (Nostalgia, Overdose), żony i matki, która weszła do domu przedsiębiorców zajmujących się produkcją ciężarówek, a której bezpieczeństwo zaburzyła wojna i wcielanie jej męża inżyniera do armii. Caroline ma za sobą wstydliwą przeszłość, którą ukrywa przed rodziną męża, czyli teściową i jego bratem. Życie i wojna zmusza kobietę do postawienia na swoim i zmian w fabryce, które nie wszystkim z jej rodziny będą się podobać. 

Marguerite de Lancastel, zagrana przez Audrey Fleurot (O północy w Paryżu, Bazar de la Charité) to natomiast prostytutka, która jako młoda dziewczyna, z przyczyn osobistych porzuciła swego syna, a po latach go odszukawszy przyjeżdża do miasteczka, gdzie jej dziecko stacjonuje razem z wojskiem. Los oczywiście zmienia plany na życie i pracę, i Marguerite staje się jedną z kobiet stających na linii frontu, nie z bronią, a w służbie medycznej.

Na takiej też posłudze, w zakonie, który jest szpitalem wojskowym poznajemy matkę przełożoną Agnes, w którą wcieliła się Julie De Bona (Bazar de la Charité, Miłość w Laponii), która nie radzi sobie z ogromem cierpienia, jakie widzi i przeżywa codziennie, borykając się również ze swoimi własnymi słabościami i grzechami kościoła, w tym molestowaniem zakonnych nowicjuszek przez księdza. 

Jest i Suzanne Faure zagrana przez Camille Lou (W rytmie świąt, Rozpieszczone bachory), posiadająca zdolności medyczne pielęgniarka, która ścigana przez detektywa za śmierć jego żony, wskutek szeregu dramatycznych wydarzeń przyjmuje tożsamość innej kobiety i trafia do wspomnianego szpitala wojskowego, i klasztoru zarazem, znajdując tam cel swojego życia, jakim jest leczenie i pomaganie innym, miłość i przyjaźń.

Wszystkie cztery kobiety łączy los, jednoczy wojna i piekło, jakie niesie. I choć jesteśmy świadkami naprawdę szybko płynącej narracji, w której znalazł się dramat, elementy obyczajowe, romans i wiele innych, to nie tracimy ani na chwilę chęci poświęcenia serialowi uwagi. Wszystko przez to, że każda z kobiecych postaci charakteryzuje się silną osobowością, ma jasno wyznaczony cel, ale jego realizacja nie należy do najłatwiejszych, bo życie i inni rzucają naszym bohaterką kłody pod nogi.

Caroline boi się o przyszłość swoją i swojej córki, mając za plecami knowania jej szwagra i nieprzychylną teściową. Marguerite boryka się z wyrzutami sumienia po porzucenia syna, jednocześnie będąc kobietą zdeterminowaną, by zarówno go zobaczyć, ale i ocalić od dramatu wojny, wiedząc, że jest to niemożliwe. Susane boi się o siebie, wiedząc, że ktoś może ją rozpoznać, boi się także o pacjentów, gotowa na wszystko, nawet na śmierć. Matka Agnes, zaślubiona kościołowi i Jezusowi mierzy się z cielesnością i miłością do mężczyzny, jednocześnie walcząc o swoje nowicjuszki, nękane przez księdza, który je molestuje. 

Dramat wylewa się z każdej niemal sceny, kobiecość i delikatność schodzi na plan dalszy, stawiając na samozaparcie, celowość i wolę walki. A czas jest temu nie sprzyjający, bo trwa wojna. A jest ona w serialu Kobiety na wojnie pokazana w sposób okrutnie realistyczny, bez słodzenia, przekłamywania faktów i przesadnej bohaterskości czy patosu. Widzimy rannych żołnierzy, których piekło wojny doprowadziło albo do załamania nerwowego, albo na skraj szaleństwa. Wojna i jej dramat i bezsensowność pokazana jest dobitnie, emanując lękiem, stanami depresyjnymi, agresją i postępkami, z jakimi trudno się pogodzić. Wyzwala ona w ludziach chęć sięgania po narkotyki, przemoc seksualną, budzi demony, przeraża. 

Kobiety na wojnie to serial realizowany prawdziwie do tego stopnia, że niezmiernie pochłaniający naszą uwagę. Na dodatek jego realizacja, posługiwanie się kamerą, ujęcia i zabawa ze światłem sprawiają również ucztę wizualną, nawet jeśli śmierć i wojna zajmuje większość część tejże opowieści.

Podsumowując serial Kobiety na wojnie to kolejna wojenna historia, która zdecydowanie warta jest uwagi. Mieszanina dramatu wojennego, obyczajowego, dreszczyk emocji, szybka akcja i romans to miks, który nie pozwala się nudzić. Zaletą serialu jest także to, że nie jest to produkcja przesłodzona. Twórcy pokazali to, co brutalne w brutalny i szczery sposób, jednocześnie zaznaczając, że w obliczu wojny, cierpienia i zła jako takiego, jest również miejsce prawdę, dobro i pomaganie. Polecam serial, bo warto go obejrzeć. 

Moja ocena 8/10.

Serial można zobaczyć na platformie Netflix.

Myst IV: Revelation (Objawienie) - recenzja. Najlepsza odsłona serii

Myst IV: Revelation (Objawienie) - recenzja. Najlepsza odsłona serii

Zapraszam serdecznie do recenzji czwartej, i według mnie najlepszej części słynnej, przygodowo-logicznej serii. Oto co myślę o Myst IV: Revelation w mojej mini-recenzji. 

 „Myst IV: Revelation”, w Polsce znany jako „Objawienie”, to zdecydowanie, według mnie najlepsza część serii. Przemyślana fabuła, przelatana doskonale skomponowanymi zagadkami, świetną pracą aktorów, cudowną muzyką, przepiękną grafiką i doskonałymi animacjami, tworzy grę doskonałą, jeśli oczywiście jest się miłośnikiem takiego rodzaju zabawy. Jeśli nawet nie, to mimo wszystko warto zanurzyć się w czarowny klimat kilku wieków, które przyjdzie nam zwiedzić w czwartej odsłonie„Mysta.” 

Warto przeczytać:

Kolejny raz wcielamy się w przyjaciela Atrusa, osoby nieznanej nam z imienia, który listownie zostaje zaproszony do przybycia do Tomahny. Przyjaciel ów, w tym wypadku gracz, zostaje poproszony o oceną postępowania synów Atrusa, Sirrusa i Achenara, którzy dwadzieścia lat temu, za swoje niecne uczynki, zostali uwięzieni w dwóch więziennych wiekach, Spire i Haven. Po wielu latach, Catherina, ich matka zamierza darować synom wolność, lecz Atrus chce się upewnić, czy taka swoboda jest w ich przypadku możliwa. 

I tu wkraczamy My. Posługując się odpowiednimi księgami, wędrujemy po owych krainach, przy okazji trafiając w jeszcze jedno, ulubione przez trzecie dziecko Atrusa, Yeeshe miejsce, krainę zwaną Serenia. Znajdując pewnego dnia medalion dziewczynki, szybko orientujemy się, że grozi jej niebezpieczeństwo, więc oprócz zbadania zachowania braci, musimy też ratować Yeeshe. Pomoże nam w tym jej naszyjnik, nasz spryt, trzeźwe spojrzenie na wydarzenia, która będziemy obserwować oraz umiejętność pokonywania przeszkód, w tym wypadku zagadek, który w grze znajdziemy sporą ilość.

„Myst IV: Objawienie”, tak jak poprzednie części, jest klasyczną grą przygodową, w której prowadząc naszego bohatera, posługujemy się myszą. Podobnie jak we wcześniejszych odsłonach, tak i tu, obserwujemy grę oczami bohatera, mając jednak większą swobodę ruchów, choć dalej poruszamy się w określony sposób, kierując się kursorem w postaci ręki. Twórcy ulepszyli jednak nieco grę, dodając do jej interfejsu nowe funkcje. Oprócz zmienionego kursora, mamy też lupę, dzięki której możemy przyjrzeć się bliżej danemu przedmiotowi lub miejscu. Pojawiły się też trzy zupełnie nowe działania. Gracz otrzymał do dyspozycji aparat fotograficzny, za pomocą którego, podczas gry,  w dowolnym jej miejscu, możemy robić fotki, które zapisywany są w kolejnym novum gry, projektorze, będącym rodzajem dziennika. Pojawia się też ikona z błyskawicą, dzięki której, po najechaniu kursorem na dany obrazek, po wcześniejszym kliknięciu na ową ikoną, możemy szybko przenieść się do określonego miejsce w lokacji, w której aktualnie się znajdujemy. 

Ciekawym rozwiązaniem jest też medalion Yeeshy. Ten przedmiot, zachowuje wspomnienia, dlatego też, w miejscach, w których zalśni błękitnym blaskiem, a My usłyszymy specyficzny dźwięk, możemy obejrzeć retrospekcję wydarzenia, które miało już wcześniej miejsce. Pomaga to zrozumieć fabułę, jednocześnie ubarwiając grę, czyniąc ją bardziej ciekawą.

W Polsce gra została wydana w ojczystej wersji językowej pełna polska wersja. Spolszczenie wykonano doskonale, nie znalazłam żadnych błędów, a słuchanie świetnej aktorskiej pracy, która została włożona w powstanie tej produkcji, sprawiło mi wielką przyjemność.

Na uwagę zasługują także wszelkie animację, którymi fabuła jest przeplatana. Jest ich mnóstwo, a niektóre z nich są tak doskonałe, że trudno oderwać od nich oczy. Dodatkowo towarzyszy im przepiękna muzyka, a wstawki muzyczne z udziałem chóru sprawiły, że czułam się jakbym razem z przedziwnymi stworzeniami, wędrowała po Haven. Udźwiękowienie to zdecydowanie mocna strona tej pozycji. Inne melodie słyszymy w ponurym, skalistym Spire, zupełnie inne w piaszczystym i porośniętym egzotyczną roślinnością Haven, a jeszcze inną w tajemniczej i powiedziałabym mistycznej Sereni. Każdy z Wieków uroczył mnie na tyle, że nie miałam ochoty go opuszczać, ale chęć poznania prawdy o tym co stało się z Yeeshą przezwyciężyła.

Doskonała, przemyślana fabuła i cudowna grafika, jaka nam towarzyszy podczas zabawy w tego Mysta, to nie wszystko. Czeka nas jeszcze wiele pomysłowych zagadek, do którym w tym, albo w innym miejscu znajdziemy podpowiedź. Wszystkie z nich są logiczne, co jest dla mnie dużym plusem, zważywszy, że narzekałam na nielogiczność zagadek w poprzednich częściach. Zadań do rozwiązania jest dużo i są różnorodne, niektóre z nich bardzo pomysłowe, wiele z nich składa się z kilku etapów. Ponieważ jest ich aż tyle, dlatego też gra jest dość długa i przechodząc ją bardzo dokładnie, badając każde miejsce w danym Wieku, spędzimy przy niej wiele godzin, które z pewnością każdy fan przygodówek, nie tylko amator Mystów nie będzie mógł uznać za stracone. 

„Myst IV: Objawienie”,to rewelacyjna gra, moja ulubiona odsłona serii, która kiedyś i dziś zachwyca mnie tak samo. Nie ma w niej elementu, który by mi się nie podobał, nie ma miejsca, które by odpychało, nie ma zagadki, nad którą bym marudziła. Czwarta część „Myst”, to gra, którą po prostu kocham i kochać będę pewnie już zawsze. 

Moja jej ocena, nie może być więc inna, jest nią 10/10.

Zalety:

  • Doskonała fabuła;
  • Przemyślane zagadki;
  • Przepiękna grafika;
  • Rewelacyjna muzyka i ścieżka dźwiękowa;
  • Długość gry;
  • Dobra polonizacja;
  • Przepiękne i liczne animacje;
  • Niesamowity klimat

Wady:

  • Nie znalazłam

sobota, 21 grudnia 2024

Biały lotos w sezonie trzecim zadebiutuje na Max w lutym przyszłego roku

Biały lotos w sezonie trzecim zadebiutuje na Max w lutym przyszłego roku

 

Zdjęcie: Warner Bros. Discovery

Biały lotos, serial który przenosi widzów w letnie klimaty, serial nagrodzony Emmy powróci w trzecim sezonie. Serwis Max potwierdza dokładną datę jego debiutu, prezentuje także promujący go zwiastun.

Biały lotos to serial będący satyrą społeczną. Serial doczekał się wielu nagród, a jego dwa sezonu, każdy w letnim klimacie można oglądać na platformie Max. Jesteśmy coraz bliżej kolejnych odcinków, które zadebiutować mają na platformie już w lutym przyszłego roku. Oto ich zwiastun!

Warto również przeczytać:


Akcja nowych odcinków rozgrywa się w ekskluzywnym tajskim kurorcie i przedstawia wydarzenia z życia gości oraz pracowników na przestrzeni jednego tygodnia.

W obsadzie znaleźli się: Leslie Bibb, Carrie Coon, Walton Goggins, Sarah Catherine Hook, Jason Isaacs, Lalisa Manobal, Michelle Monaghan, Sam Nivola, Lek Patravadi, Parker Posey, Natasha Rothwell, Patrick Schwarzenegger, Tayme Thapthimthong, Aimee Lou Wood. Ponadto w obsadzie znaleźli się: Nicholas Duvernay, Arnas Fedaravičius, Christian Friedel, Scott Glenn, Dom Hetrakul, Julian Kostov, Charlotte Le Bon, Morgana O’Reilly i Shalini Peiris.



Premiera Biały lotos: sezon 3 na Max 17 lutego 2024 roku.

Źródło: Warner Bros. Discovery

1899 - recenzja. Skomplikowana historia dla której nie znajdziemy odpowiedzi

1899 - recenzja. Skomplikowana historia dla której nie znajdziemy odpowiedzi

Recenzja serialu 1899 od platformy Netflix. Skomplikowana historia, do której brak odpowiedzi. Zapraszamy do kolejnej recenzji serialu twórców Dark. 

Twórcy Dark, serialu tak pokręconego, zagadkowego i tajemniczego, że jedynego w swoim rodzaju, niegdyś hitu Netfliksa, po raz kolejny popełnili ten sam czyn i stworzyli serial, który jest wielkim znakiem zapytania, i to przez wszystkie osiem odcinków. Nie będę porównywać tworu Barana bo Odara i Jantje Friese do ich poprzedniego dzieła, bo byłoby to dla 1899 krzywdzące, ale postaram się w przystępny, na ile to możliwe sposób opowiedzieć Wam nieco o tym dziele, trochę go chwaląc, trochę na nie narzekając. 

Warto przeczytać również:

Fabuła serialu 1899 wydaje się na wstępie opowieścią prostą, która niczym nas nie zaskoczy, a nawet może się niektórym wydawać, że skądś ją zna. Bo oto na statku pełnym emigrantów podróżujących do Ameryki, po lepsze życie, poznajemy bohaterów historii. Są to postaci z różnych krajów, mówiące różnymi językami, mający różne problemy, status społeczny i marzenia. Podróż przebiega spokojnie, ale jedynie do czasu, gdy kapitan otrzymuje wiadomość od innego statku tegoż samego armatora. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że parowiec ten zniknął cztery miesiące temu, i nie wydaje się, by ktoś na nim mógł jeszcze żyć.

Ciekawość, chęć poznania prawdy, wiedzie kapitana Eryka Larsena, niedoszłą lekarkę Maurę Franklin i jeszcze kilkoro postaci na ów statek, który, o dziwo jest pusty, z małym wyjątkiem. Pytanie, kto nadał wiadomość? Zagadka wydaje się na tyle skomplikowane, i tajemnicza jak niejaki osobnik, który przemierza statek, którym płyną, mając w rękach tajemniczy przedmiot. Jest również dzieciak, któremu, jak w większości wydarzeń, jakie śledzimy, towarzyszy wielki znak zapytania.

Poza wydarzeniami związanymi ściśle z pojawiającym się i znikającym statkiem, i tymi jakie wkrótce zaczynają się wokół naszych bohaterów wydarzać, śledzimy losy poszczególnych postaci. Każda z nich to zupełnie inne koleje losu, każdy bohater albo ma coś na sumieniu, albo dręczą go demony przeszłości. Wśród najmniej trudnych i złożonych postaci, tak się składa, jest Polak, palacz o imieniu Olek. Poza tym każda inna ma problemy zarówno natury życiowej, traumy i bolączki, ale i wydaje się być zawieszona między tym, co teraz, a tym, co kiedyś… i to bardzo mocno. Zagadkowy kapitan Eyk Larsen, który topi smutki po śmierci najbliższych w alkoholu, Maura Franklin, której nie pozwolono być lekarką, a która szuka swego brata. Jest i gejowska para, nie tylko ukrywająca prawdę, a nawet udająca osoby, jakimi nie są, czyli Angel i Ramiro, Chinka Ling Yi, którą dręczą duchy przeszłości i własne winy, Tove borykająca się z przeszłością i matką, której za wiele się wydaje. Nie brakuje dramatów i niespełnionej miłości. Tu na plan pierwszy wyłania się Lucien i Clemence. Na dokładkę twórcy zaserwowali nam tajemniczego Daniela. 

Jednocześnie szybko okazuje się, że losy niektórych bohaterów przeplatają się, łączą, a sytuacje jakie śledzimy na ekranie wydają się być konsekwencjami ich czynów. Niestety często nie wiemy czyich. Ba….nie mamy pojęcia co tak naprawdę się w ich życiu wydarzyło, co jest prawdą, a co jedynie ich wyobraźnią, fikcją, a może nawet kłamstwem. Wydarzenia przeplatają się, wartka akcja spowalnia, gdyż pojawiają się momenty, w których, w rodzaju retrospekcji, a raczej nutki odpowiedzi na jedno z wielu pytań, dostajemy wgląd w złożone relacje, w często dramatyczną przeszłość najważniejszych bohaterów. 

Może i te wstawki dają nam odpowiedź na cząstkę pytań, jakie stawia serial, ale jednocześnie tworzą dłużyzny, powodujące, że 1899 ogląda się dość trudno. Nie jest to taka produkcja, którą śledzi się z wypiekami na twarzy, odcinek za odcinkiem. Wręcz przeciwnie. To tytuł, który należy sobie dawkować, bo jest zwyczajnie trudny do oglądania. Powodem tego są nie tylko przeplatane historyjki bohaterów, które są bardzo angażujące, ale przede wszystkim podstawowa linia fabularna. Nie sposób zrozumieć opowieści, nie tylko od razu, ale w ogóle. Gdy już wydaje się nam, że wiemy o co chodzi, twórcy serwują nam zakończenie, które wszystko zmienia.

W tym miejscu należy zatrzymać się i zastanowić, do jakiego gatunku należy zaliczyć serial 1899. Odpowiedź na to pytanie jest równie trudna, jak rozwikłanie fabuły. Nawet jeśli na początku wydaje się nam, że mamy do czynienia z klasycznym fantasy-thrillerem, no może z nutą grozy, to finał przynosi zaskakujące rozwiązanie. Oto okazuje się, że fabuła skręca w zupełnie innym kierunku, nie tylko przenosząc nas w czasie, a tworząc opowieść rozgrywającą się, jak w tytule, w wieku XIX, do przyszłości, i to dalekiej, zmieniając się w klasyczne sci-fi. I tak zagadka nie zostaje rozwiązana, a przynajmniej nie do końca, którego nie poznamy, gdyż serial został skasowany. 

Hmm… prawdę powiedziawszy nie wiem co mam o tym myśleć. Na jednej szali stawiam bowiem ciekawość i zainteresowanie wizją opowieści, na drugiej zbytnie folgowanie sobie scenariuszowo, za dużą zuchwałość i nonszalancję autorów. Pytanie czy widzowie chcą takiego miksu? Część zapewne tak.

Trzeba sobie jednak jasno powiedzieć, że nie jest to serial dla każdego. Nie odnajdą się w nim zwolennicy prostych, lekkich i przyjemnych historyjek serialowych. Nie znajdą w nim nic dla siebie widzowie nie lubiących puzzlowych układanek, niemal matematycznych, choć z logiką wydaje się nie mających nic wspólnego. Trudne to dzieło, zbyt skomplikowane na lekki seans. 

Niemniej jednak, mimo tych niedogodności i znaków zapytania, a nawet jednego wielkiego znaku zapytanie, nie sposób nie chwalić pomysłowości i sposobu poprowadzenia fabuły, która ewoluuje, zmienia się tak zaskakująco i niecodziennie, że staje się wyjątkowa. Nie kojarzę, no może oprócz Dark, równie pokręconej, dziwnej i tajemniczej opowieści. 

Ciekawym elementem, jaki wprowadzili Baran bo Odar i Jantje Friese jest sposób prowadzenie dialogów. 1899 to serial w międzynarodowej obsadzie. Podobne rozwiązanie widzieliśmy w serialu Kierunek noc. Z tą różnicą, że choć bohaterowie pochodzili z różnych krajów, finalnie posługiwali się jednym językiem. W recenzowanym przeze mnie serialu jest zupełnie inaczej. Nacji w opowieści jest sporo, a i języków wielu. Słyszymy niemiecki, angielski, hiszpański, polski, francuski, a nawet mandaryński. Co ciekawe bohaterowie porozumiewają ze sobą używając swoich ojczystych języków, często zwyczajnie się nie rozumiejąc, a jedynie wyczuwając swoje intencje. Nie powstrzymuje ich to w zwierzaniu się, w stawaniu sobie bliskimi. Inność w takiej formie jest zarazem pretekstem do wplecenia w serial także elementów psychologicznych, obyczajowych i zwykłych... ludzkich. 

Pozostając przy ludzkiej sferze, należy wspomnieć kto znalazł się w aktorskiej obsadzie tejże produkcji. Otóż 1899 to dzieło, w którym znaleźli się aktorzy, których widzieliśmy już w innych produkcjach Netfliksa, a przynajmniej ich część. Emily Beecham, czyli serialowa Maura to aktorka, którą mogliśmy oglądać w filmie Strefa wojny, na wspomnianej platformie, ale i w filmie Disney, Cruella. Andreas Pietschmann, czyli kapitan Larsen to gwiazda serialu Dark, Aneurina Barnarda serialowego Daniela mogliśmy podziwiać w filmie Szczygieł, Dunkierka czy filmie Skłodowska. W serialu możemy podziwiać także Miguela Bernardeau'a z serialu Szkoła dla elity, Clarę Rosager, którą widzieliśmy w The Rain, ale i w fimie Morbius, Lucasa Lynggaarda Tønnesena, znanego również z The Rain, Yanne Gaela, Isabelle Wei. Jest i polski akcent. W roli Olka zobaczymy Maćka Musiała, który na Netfliksie wystąpił w serialu Wiedźmin i 1983.

Podsumowując 1899 to serial zarówno ciekawy, co i nieprzenikniony, trudny i zbyt skomplikowany, by oglądać go szybko, odcinek za odcinkiem. Należy go sobie dawkować, bo zbyt wiele epizodów po kolei może okazać się zbyt trudne do przełknięcia. Dłużyzny postaciowe, czyli historie poszczególnych bohaterów sztucznie wydłużają długość opowieści, która spokojnie mogłaby być skrócona o przynajmniej odcinek, a może nawet dwa. Ciekawie poprowadzona historia, fabularne i gatunkowe zmiany i skręcanie w zupełnie innym kierunku to podstawa tejże historii, która wydaje się mieć zupełnie inny pomysł na swoją kontynuację, z której zrezygnowano. Jeśli lubicie serialową dziwność, a zagadki to wasza domena, to oczywiście polecam serial. Ale jeśli chcecie coś lekkiego i przystępnego, to nie jest to produkcja dla was odpowiednia. 

Moja ocena 6/10.

Serial można obejrzeć na Netflix. 

Agatha Christie: Śmierć na Nilu, wracamy do świata znanej detektywistycznej serii

Agatha Christie: Śmierć na Nilu, wracamy do świata znanej detektywistycznej serii

 

Microids Studio Lyon wraca do przygodowego świata bazującego na kryminałach Agathy Christie. Studio, wraz z wydawcą Microids oficjalnie ogłosili kolejną ekranizację. Już w przyszłym roku swój debiut będzie miała gra Agatha Christie: Śmierć na Nilu.

Agatha Christie: Śmierć na Nilu, to po filmowym Śmierć na Nilu, kolejna ekranizacja kryminalnej opowieści pod tym samym tytułem. Podobnie jak w poprzedniej grze tegoż samego studia, o tytule Agatha Christie - Murder on the Orient Express, której recenzję pisałam dla lubiegrac.pl, tak i w tej wcielimy się nie tylko w sławnego detektywa Herkulesa Poirota, ale także w prywatną detektywkę. Premiera gry przewidziana jest na przyszły rok. Wydawca Microids podzieliło się jej zwiastunem. 

Warto przeczytać również:

W przygodowej, detektywistycznej grze Agatha Christie: Śmierć na Nilu, podobnie jak w książkowym pierwowzorze udajemy się na spokojny rejs, który przerwany zostaje przez zbrodnię. Na pokładzie statku jest na szczęście sławny detektyw herkules Poirot, ale swoje prywatne śledztwo prowadzi także prywatna detektywka Jane Royce. Podąża za mordercą od Londynu, na Majorkę, do Nowego Jorku, aż po Egipt. Niezależne śledztwa łączą się w Abu Simbel, gdzie dokona się dynamiczny zwrot akcji.


Twórcy w swoim kolejnym projekcie obiecują wiele tajemnic, niezależnych od książki, i wiele niespodzianek. Akcja gry, ktorej śledztwa prowadzone są z różnej perspektywy, tym razem rozgrywa się w latach 70-tych ubiegłego wieku, w czasie dyskotek i wyrazistych postaci. Ta gra posiadać ma rozszerzoną mapę myśli, która ma być bardziej dynamiczna. Będzie także system konfrontacji z -podejrzanymi, pozwalający odkryć ich kłamstwa. Gra będzie tworzył także profile postaci, zbierając informacje dzięki rozmowom i obserwacjom. 


Na ten moment na liście języków, w jakich dostępna będzie gra, nie ma języka polskiego. 

Premiera gry przewidziana jest na rok 2025 na PC, PlayStation 5, Xbox Series X|S oraz Nintendo Switch. Dokładna data nie została ogłoszona. 

Karta Steam


piątek, 20 grudnia 2024

Bękart z piekła rodem - recenzja. Bardzo dobrze poprowadzona, acz brutalna opowieść Netfliksa

Bękart z piekła rodem - recenzja. Bardzo dobrze poprowadzona, acz brutalna opowieść Netfliksa
Zdjęcie: Netflix

Bękart z piekła rodem, recenzja bardzo dobrze poprowadzonej, acz brutalnej serialowej opowieści Netfliksa. Serialowa fantasy opowieść z horrorem w tle. 

Połączenie produkcji młodzieżowej, horroru, fantasy i dramatu. Serial zbudowany w coś na kształt dużo bardziej mrocznego Harry'ego Pottera, bazujący na na trylogii książek „Half Bad”, Sally Green, o tytule Bękart z piekła rodem to jedna z perełek platformy Netflix, którą powinno się obejrzeć,  szczególnie jeśli lubi się wszystkie wyżej wymienione gatunki. Ja nie odmówiłam sobie zanurzenia się w opowieść, i nie żałują, a Wam serdecznie polecam. A oto co o nim myślę! 

Warto przeczytać także:

Z wieku młodzieżowego już dawna wyrosłam, zwolennikiem seriali o tej tematyce wielkim nie jest, a mimo to sięgnęłam po nowe serialowe dzieło od platformy Netflix, podchodząc do niego z dość sceptycznym podejściem. Obawiałam się kolejnej produkcji podobnej do niemal wszystkiego co gdzieś już widziałam. I miałam nieco racji…., ale tylko nieco. Dlatego, że choć opowieść podejmuje znane tematy, dostępne nam w takich znanych seriach jak Harry Potter, Zmierzch czy Pamiętniki wampirów, to treścią nie tylko różni się fabularnie, ale i nadaje jej zdecydowanie mocniejszego emocjonalnego wyrazu.

Wspomniałam, że serial bazuje na książkach dla młodzieży, autorstwa Sally Green, o której się mówiło, szczególnie w mediach brytyjskich jako o nowej J.K. Rowling. Podobieństw do książek pisarki, możemy w tej opowieści coś znaleźć, ale przy niej seria Harry Potter, mimo stopniowania mroczności, jest jedynie bajeczką dla grzecznych dzieci i klasyką fantasy. Bękart z piekła rodem fantasy jest również, ale przeniesionym do rzeczywistości, w którym łatwo odnajdziemy się my sami. Ma jeszcze jedno, o czym na początku seansu w życiu bym nie pomyślała, bardzo duże pokłady brutalności, które nie kojarzę bym widziała w innych tego typu serialach. Nie jest to oczywiście wadą tegoż tytułu, ale wręcz zaletą. Należy jednak pamiętać, że jest to produkcja przeznaczona bardziej dla nieco starszych widzów, nie bez powodu oznaczona przez Netflix jako 16+. 

Bohaterem opowieści jest szesnastoletni Nathan Byrne, który miał to nieszczęście urodzić się w niewłaściwej rodzinie. Jest bowiem bękartem i synem najgroźniejszego czarodzieja, Marcusa Edge, który swojego czasu stał się postrachem społeczności czarodziejów i czarownic Fairborne, i jest im nadal. Czarodziej zamieniając się w wilka morduje ludzi, wyszarpując z nich serca. Bohater serialu jest półsierotą, którym zajmuje się babcia. Nastolatek w życiu zmaga się nie tylko z piętnem ojca, ale i z przerażającą przepowiednią, w której „jego własna krew ma zabić wilka”. Nie ma lekko ani w szkole, ani w domu, gdyż wielką nienawiścią pała do niego przyrodnia siostra Jessica, której celem jest pozbycie się „braciszka”, a na dodatek jego zadaniem jest pozbawić życia rodziciela, którego tak naprawdę nie zna. 

Nathan, podobnie jak każdy inny czarodziej ma przejść proces, który pozwoli mu odkryć swoje moce. W wieku siedemnastu lat, ale jedynie za pomocą krwi najbliższego przodka i jego darów, może się przemienić. Gdy owa transformacja nie nastąpi, a Nathan nie przyjmie krwi, umrze. Ponieważ to on jest według przepowiedni jedynym, który może zabić „wilka”, czyli własnego ojca, podlega brutalnemu szkoleniu, odłączony od ukochanej dziewczyny, Annalise, która mimo tego, że jest córką ważnej persony Fairborne, nie zwraca uwagi na przekleństwo Nathana i być może straszne dziedzictwo. 

Problem w tym, że chłopak ma nieco mało czasu by znaleźć sposób na zdobycie potrzebnej do przemiany krwi. Rusza zatem, wraz z Annalise na poszukiwania czarownicy, która ma w swojej kolekcji wszystkie możliwe krwi, wszystkich czarodziejów, w tym jego ojczulka. Na drodze pary staje wtedy uroczy alchemik, Gabriel, który staje się ich pomocnikiem i jednocześnie przyjacielem. Po piętach naszym podróżnikom depczą jednak łowcy z ojcem Annalise i psychopatyczną siostrą Nathana. 

Właściwie fabuła tej opowieści jest na tyle bogata, że można by było o niej długo opowiadać. Ale nie o to chodzi, by zdradzać Wam większość wątku fabularnego, który z miejsca zaciekawia i już do końca trzyma w napięciu. Historia rozkręca się z odcinka na odcinek coraz szybkiej. W ośmiu około 50-cio minutowych epizodach nie zabraknie akcji, momentów grozy, przerażania i naprawdę sporych pokładów brutalności. Te związane są między innymi ze zdolnościami, nie tylko czołowych postaci, w tym Annalise, ale i z innymi bohaterami, którzy nie tylko potrafią mrozić, palić, topić, ale i zmieniać kształty. W serialu zastosowano pełną dowolność umiejętności i mocy, które nie są lekką bajeczką, a klasycznym horrorem.

Mieszanie gatunków to w serialach nie nowość, powiecie. I będziecie mieli rację. Jednak Bękart z piekła rodem to dobrze wyważone kino, w którym nie tylko pomieszano jak w kotle, ale doprawiano dzieło na tyle umiejętnie, że mówiąc kolokwialnie jest zwyczajnie smaczne. Na dodatek w opowieści, która bawi się formą walki dobra ze złem, pokazując zło bardzo wyraźnie, a dobru dając pewną furkę, natkniemy się na rewelacyjne efekty specjalne. Te ponownie, albo przede wszystkim związane są z mocami. Nie mogą, a przynajmniej nie powinnam ich opisywać, by nie psuć Wam zabawy. Musicie mi uwierzyć na słowo, że jest bardzo, bardzo dobrze. Nie ma tu krzty tandety, sztuczności i banału. Jest mrocznie, dosadnie i efektownie.

Zaletą serialu są także bardzo sprawnie napisane dialogi, i bardzo trafnie zbudowane postaci. Każdy bohater, zarówno ten zły, jaki i ten dobry ma swoje jasne cele i swoje motywacje, które po prostu rozumiemy. One nie biorą się znikąd. Wiemy kogo powinniśmy lubić, a kogo nienawidzić. Znamy motywację i cel, ale jednocześnie wątki odsłaniane są nam systematycznie i powoli. Wiele nas może zaskoczyć, sporo zszokować. Ale to bardzo dobrze, gdyż jest ciekawie i intrygująco. 

Nie byłoby dobrego serialu bez twórców i obsady. Serial został stworzony przez Jeo’ego Bartona, który ma na swoim koncie także horror stworzony dla Netfliksa zatytułowany Rytuał i film iBoy, także dostępny na wspomnianej platformie. To co tę dobrą serialową produkcję podbija pod względem oglądalności to oczywiście aktorskie role. I tu również nie mamy się do czego przyczepić, a wręcz należy aktorów młodego i nieco starszego pokolenia pochwalić. 

Świetnie w swej roli wypada Jay Lycurgo jako Nathan, który jest zarówno słodko niezdarny i pokrzywdzony, co i cyniczny i pewny siebie. W czasie seansu przechodzi także pewną przemianę charakteru, i nie mam tu na myśli przemiany czarodziejskiej. Tego aktora młodego pokolenia możemy oglądać w serialu HBO Titans, czy w filmie Listen

Dorównuje mu poziomem dobrego aktorstwa zdumiona swoimi mocami, zakochana w Nathanie Annalise, czyli Nadia Parkes, którą możemy kojarzyć z serialu Hiszpańska księżniczka, od Starz, który również zasilił bibliotekę Netflix. Nie zapominać należy o słodkim alchemiku Gabrielu, którego zagrał Emilien Vekemans, znany z filmu Księga czarów Arkandiasa czy serialu Koedukacja. Nie należy zapominać o wrednej i brutalnej ponad miarę Jessice, którą brawurowo odegrała Jay Lycurgo, którą również widzieliśmy w serialu Titans. Równie dobre role zagrali Karen Connell jako Ceelia i Paul Ready jako Soul. 

Bękart z piekła rodem to zaskakująco dobry serial, do którego, choć podchodziłam z małym zaufaniem, mile mnie zaskoczył, nie tylko sprawnie poprowadzoną fabułą, ale i niesamowitym klimatem, autentycznością i wiarygodnością. Wartko poprowadzona akcja, duża, jak na serial fantasy brutalność to istota tej opowieści. Do tego dochodzą świetne dialogi, dobra gra aktorska i naprawdę trzymająca i podnosząca klimat opowieści muzyka. Niestety od dawna wiemy już, że serial nie będzie kontynuowany. Jeśli zatem nie widzieliście jeszcze serialu, tserdecznie polecam! 

Moja ocena 8/10.

Myst III: Exile - recenzja. Kontynuacja znanej serii

Myst III: Exile - recenzja. Kontynuacja znanej serii

Serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji trzeciej już opowieści z cyklu przygodowo-logicznej, kolejnej opowieści ze znanej serii, gry Myst III: Exile. Miłej lektury! 

Każdy fan tego rodzaju zabawy wie, że fabuły Mystów kręcą się wokół tej samej rodziny. Tym razem kręci się wokół Atrusa, ale przede wszystkim jego dwóch synów, którzy nie są tacy kochani, jak to się wydaje ich ojcu. Wcielamy się w przyjaciela Atrusa. Osobnik ten, który nie ma imienia, przybywa do Tomahany, nowego miejsca zamieszkania Atrusa i jego żony oraz kolejnego członka rodziny,  ich małej córeczki. Ponieważ pan domu jest bardzo zajęty, Catherina prosi gościa, czyli nas do pracowni męża, by tam zaczekał na Atrusa. 

Warto przeczytać również:

Oglądamy więc wszelakie skarby właściciela pracowni i gdy sięgamy do księgi Releeshahn, pojawia się Atrus, który wręcza nam owe tomisko. Niestety nie wiadomo skąd zjawia się Saavedro, wróg Atrusa, który zabiera księgę i ucieka. Nam zaś pozostaje odnalezienie go, odzyskanie ukradzionej książki i przede wszystkim poznanie prawdy o Saavedro. W tym celu wędrujemy do czterech wieków, przenosząc się tam za pomocą ksiąg i rozwiązując kolejne zadania celem zdobycia trzech symboli, a każdy z nich zbliża nas do prawdy.

Pod względem obsługi „Myst III: Exile” nie różni się niczym od jej dwóch poprzedniczek. Dalej kierujemy postacią za pomocą myszy, widząc świat oczami bohatera. Niestety nie mamy całkowitej swobody poruszania się, bowiem kroczyć możemy tylko po utartych i z góry ustalonych przez twórców ścieżkach. Gdy ruszymy w innym kierunku lub też za bardzo w prawo, czy też w lewo, natychmiast słyszymy świszczący dźwięk, co przyznam się strasznie mnie denerwowało.

Kiedyś, lata temu nie byłam w stanie przyczepić się do niczego w tej grze, dziś, być może ze względu mojego wieku, może ilości gier, które przeszłam, jestem jej mniej przychylna i wyraźnie widzę growe wady. Przede wszystkim wspomniane już wcześniej sterowanie, a raczej ograniczony sposób poruszania, po drugie zagadki. Hm…… fajnie, jak jest ich mnóstwo, fajnie jak są trudne i wymagające, ale nie fajnie jak są zbyt trudne, a na dodatek dotarcie do nich wymaga tęgiego wzroku, a mój już nie jest pierwszej młodości. W trójce zwyczajnie trzeba poruszać się jak żółw, rozglądać po wszystkich kątach i wypatrywać miejsce, dziury, prześwity między gałęziami, drabinki na dole, bo tam z pewnością ukrywa się wejście, czy też zejście, a w nim kolejna zagadka. Nie jest to, będę się upierać, gra dla mniej cierpliwych graczy, chyba, że zamierzają grać z poradnikiem w rękach. Tu wszystko jest ważne, pośpiech nie wskazany, ale ilość zagadek i satysfakcja z ich rozwiązywania ogromna.

Graficznie trójeczka jest bardzo nierówna. Są lokację, które są przepiękne, kolorowe, wyraźne, bogate w detale, ale są i takie, w których obraz bywa zamazany, jakby przymglony. Tak jest w wieku Edanna. To jedno z tych miejsc, które przeklinam w tej grze. Gdziekolwiek trafić, cokolwiek znaleźć wymaga od gracza nie lada wytrwałości, a rozmazane, niedokładne lokacje sprawiają, że trzeba wlepiać oczy w monitor, co skutkuje ich bólem i koniecznością odpuszczenia sobie gry.

W poprzednich częściach narzekałam, że żaden dostępny i znany mi program nie chce robić zrzutów ekranu,  na szczęście w trójce się to zmieniło i screeny robią się pięknie, ale pojawia się inny problem. Nie próbujcie zrzucać gry na pasek. Gdy tylko to zrobicie, a potem będziecie próbowali wrócić do gry, to się wam to nie uda. W moim przypadku działy się cuda, wręcz z całkowitą zawieszeniem się komputera. Nie pomagało nic, pozostawało resetowanie kompa i tyle. Problem miałam także z animacjami, których w grze jest mnóstwo. Przy ich odtwarzaniu przygodówka stawała się bardzo niestabilna. 

„Myst III : Exile” została w Polsce wydana między innymi w Kolekcji Klasyki jako Myst: Antologia, razem z pierwszą częścią „Myst” i z „Riven”. Wydawca postarał i wersja polska tej gry, czyli pełna polonizacja wykonana jest profesjonalnie, a aktorzy podkładający głosy pod bohaterów przyłożyli się do swego zadania. W grze mamy również możliwość wyłączenia dubbingu i grania z polskimi napisami, słuchając przy tym oryginalnej wersji dialogowej.

Mocną stronę tej części jest muzyka. O ile w poprzednich odsłonach była ona uboga, tak w „Myst III” słyszymy nie tylko przeróżne motywy muzyczne, ale i chór, który potęguje przyjemne wrażenie z rozgrywki, która, jeśli się już wiemy co robić zajmuje około 6-7 godzin. 

Myśląc nad oceną tej pozycji, starałam się na nią spojrzeć bardziej przychylnie, niźli nie, ale prawdę powiedziawszy „Riven” bardziej mi się podoba, ma sensowniejsze zagadki, jest graficznie ładniejsza i chyba ciekawsza. Trójeczka „Mysta” ma jednak coś, co lubię w tego rodzaju grach, czyli kilka zakończeń. Gdy tylko, przed zakończeniem gry zapiszemy ją w paru miejscach, mamy możliwość obejrzenia wielu zakończeń, z których tylko jedno jest tym właściwym.

Moja ocena 7/10.

Zalety:

  • W miarę ciekawa fabuła;
  • Kilka zakończeń;
  • Mnogość zagadek: 
  • Mnóstwo animacji;
  • Niezła polonizacja;
  • Klimatyczna ścieżka dźwiękowa

Wady:

  • Problemy techniczne;
  • Gra mało stabilna;
  • Zbyt wydumane zagadki;
  • Brak swobody poruszania się

Ayasa: Shadows of Silence, w demo zagramy już za dwa dni

Ayasa: Shadows of Silence, w demo zagramy już za dwa dni

 

Już za dwa dni studio Aya Games udostępni darmowe demo swojego nadchodzącego na przyszły roku przygodowego, platformowego horroru, o tytule Ayasa: Shadows of Silence.

W podróż przez sześć nawiedzonych krain w przygodowym i zarazem platformowym horrorze Ayasa: Shadows of Silence wybierzemy się w 2025 roku. Ale już za dwa dni będziemy mogli sprawdzić wersję demo gry, który udostępnione zostanie 22 grudnia.

Warto przeczytać również:


O grze Ayasa: Shadows of Silence miałam okazje wspominać już na blogu, więc przypomnę jedynie, że wcielamy się w niej dziewczynę wkraczająca do odwróconego świata, w którym dobro i zło istniało w wielkiej harmonii. Ale teraz krainie zagraża ciemność, która stopniowo wszystko pochłania. 

Gra swoją premierę na PC,na Steam będzie miała w 2025 roku. Na razie nie znamy dokładnej daty. Demo udostępnione zostanie na platformie Steam 22 grudnia 2024 roku.


Rascal's Escape, kooperacyjna przygodowa gra platformowa po premierze

Rascal's Escape, kooperacyjna przygodowa gra platformowa po premierze

 


Kilka dni temu swoją premierę na komputerach oraz na Nintendo Switch miała przygodowa gra w stylu platformowych, z eksploracją i zagadkami, nastawiona na kooperację, zatytułowana Rascal's Escape.

W grze Rascal's Escape, która swoją premierę miała dziewięć dni temu wskakujemy w rozgrywkę w kooperacyjnym, szalonym stylu. Gra stworzona została przez studio the Good Evil GmbH, które jest również jej wydawcą.

Warto przeczytać również:

W grze Rascal's Escape, jak wspominałam będącej przygodową grą platformową w kooperacyjnym stylu przeżywamy przygodę w całej Europie, dołączając do bardzo zwinnej Wiewiórki i silnego Niedźwiedzia, by skakać, tupać, wspinać się i zbierać owoce oraz orzechy.

Będziemy również podążać za wskazówkami, które pozostawił bezczelny borsuk. Umieścił je w całej Europie. Pomocni będę w naszych poszukiwaniach zwierzęcy przyjaciele. Jednocześnie twórcy postawili nie tylko na szybkość, ale i na spokojna rozgrywkę, na dokumentowania naszych odkryć przy pomocy innych zwierzęcych przyjaciół. Grać możemy samemu, albo razem. 

Premiera gry na Steam i Nintendo Switch miała miejsce 11 grudnia 2024 roku. 

Karta Steam