Spokojną grę survivalową, która osadzona została w prehistorycznych czasach, oferującą otwarty świat, który można dowolnie eksplorować znajdziemy w przygodowej grze akcji, survivalu i jednocześnie symulatorze, zatytułowanej ASTROBOTANICA.
ASTROBOTANICA to gra stworzona i wydana przez Space Goblin Studio, nie mająca jeszcze swojej daty premiery, ale mająca kartę na Steam, i możliwość dodania jej do swojej listy życzeń. Gra będzie miała swoją premierę we Wczesnym Dostępie, a zagramy w nią także w języku polskim, w formie napisów.
W grze ASTROBOTANICA wcielamy się w pozaziemskiego naukowca, botanika z opcje planety, o imieniu Xel. Po wypadku jego statku kosmicznego, który uległ zniszczeniu podczas wykonywania misji szukania nowych gatunków roślin potrzebnych do wyżywienia mieszkańców na jego planecie, naukowiec trafia na Ziemię. Jest blisko celu, ale by go osiągnąć musi najpierw nauczyć się tego jak przetrwać w warunkach, jakie mu nie sprzyjają.
W grze, która jest klasycznym miksem gatunkowym będziemy zajmować się uprawą, i chronić swoje grządki przed gryzoniami. Będziemy również gromadzić potrzebny mam dwutlenek węgla, pozyskując go z roślin. Pozwoli to naszemu bohaterowi oddychać swoimi pozaziemskimi płucami. Przyjdzie nam także upiększać otoczenie, rozbudowując i ulepszając swój obóz. Wraz z bohaterem tworzyć będziemy mikstury, poznawać okolicę, a także poznawać mieszkańców Ziemi czasów prehistorycznych, czyli Neandertalczyków.
Poznamy podstawy ich języka, wkupimy się w łaski, i stopniowo będziemy rozwijać swoją postać i budować drzewo umiejętności w sześciu kluczowych gałęziach kosmicznej wiedzy: Planetoznawstwo, Rozpoznanie, Innowacje, Monitoring, Aklimatyzacja i Logika.
Gra zadebiutuje na Steam, w wersji na PC, we Wczesnym Dostępie. Data nie została ogłoszona.
Współtwórca docenionej przygodówki The Rise of the Golden Idol jest jednocześnie współtwórcą retro przygodówki dedukcyjnej, zatytułowanej City of Voices, krótkiej gry, która ma swoje miejsce na platformie Steam.
City of Voices to jak wspomniałam krótka gra przygodowa, skupiająca się na rozgrywce śledczej, tytuł inspirowany grą Golden Idol, która choć z początku wydaje się opowieścią zaczerpniętą z życia, z czasem robi się coraz bardziej tajemnicza. Gra tworzony jest i wydana będzie przez studio Kini Games. Ma swoje miejsce na platformie Steam, gdzie można ją dodawać do swojej listy życzeń.
City of Voices rozgrywa się na przedmieściach Anglii, na przełomie tysiąclecia. Poznajemy prześladowaną w szkole, w pierwszym dniu szkoły średniej młodą dziewczynę. I choć wydaje się, że może być tylko gorzej, nagle zostaje wciągnięta w fantastyczną, ale jednocześnie surrealistyczną i niebezpieczną przygodę.
Opisywany przygodowy projekt, dostępny bez dialogów mówionych, i tylko w wersji angielskiej, w retro pikselowym stylu, jest grą skupioną na śledztwie. Gra oferuje od 4 -6 godzin rozgrywki dedukcyjnej, i aż 9 możliwych scenariuszy do rozwiązania. Rozgrywce towarzyszy oryginalna ścieżka orkiestrowa ścieżka dźwiękowa.
Gra nie ma jeszcze swojej daty premiery. Zadebiutuje na Steam, na PC.
Behind the Beyond, wrażenia z wersji demonstracyjnej klasycznej baśniowo-ludowej przygodówki, stworzonej przez węgierskie studio Sugarpunch Games.
Od jakiegoś czasu możemy za pośrednictwem platformy Steam testować, w wersji demonstracyjnej klasyczną przygodówkę stworzoną przez węgierskie, niezależne studio Sugarpunch Games, zatytułowaną Behind the Beyond. Ponieważ jest miłośniczką klasycznych, rysunkowych przygodówek w baśniowym stylu, a opisywana gra, właśnie taka jest, postanowiłam się jej przyjrzeć. I tak powstał tekst - moje wrażenia z wersji demonstracyjnej Behind the Beyond, do którego przeczytania bardzo serdecznie Was zapraszam.
Behind the Beyond – klasyczna przygodówka, o klasycznej fabule
Jak już wiecie, bo wspominałam o tym we wstępie mojego artykułu, Behind the Beyond to bardzo klasyczna przygodówka typu point and click, którą wyróżnia równie klasyczna fabuła, czyli taka, którą już gdzieś w przygodówkach mogliśmy widzieć.
Akcja uroczej gierki rozgrywa się w nieokreślonym bliżej czasie, co możemy się dowiedzieć z dość fajnego intro, w krainie położonej pod Szklanymi Górami, przy Niekończącym się Morzu, w królestwie położonym za granicą. Mieszka w nim stary mężczyzna, z trzema synami. Gdy każdy z nich dorasta i staje się dorosły, ojciec wysyła ich w świat, by poszukali własnej drogi życia. Jeden zostaje kowalem, inny szewcem. Najmłodszy zaś pakuje swoje manatki i wyrusza z domu, by owej pracy dopiero poszukać. Zamiast niej znajduje zupełnie coś innego.
Choć gra, w pełnym wymiarze ma nam obrazować wielkie przygody Johna, bo tak ma na imię bohater, nad jakim kontrolę przejmujemy, to w wersji demonstracyjnej, tych przygód dopiero kosztujemy i to w niewielkiej ilości. Mierzymy się bowiem z pewną tajemnicą, z czymś co mieszkańcy niewielkiego miasteczka, do którego John trafia, nazywają piekielną mocą, tudzież duchem. Poznajemy ciekawe postaci, próbujemy dozy magii i rozwijamy swoje wyjątkowe moce. A nawet próbujemy przyłapać na gorącym uczynku złodzieja. Wszystkiego tego kosztujemy po trosze, w standardowej długości wersji demo, które obejmuje około pół godziny zabawy, czasami nieco dłużej, jeśli tylko zechcemy się wszystkiemu przyjrzeć.
Behind the Beyond – urocza, choć prosta grafika
Gra prezentuje się niezwykle uroczo, przede wszystkim pod względem urokliwej, rysunkowej grafiki, którą ja osobiście bardzo cenię sobie w przygodówkach. Ta pasuje idealne do klimatu gierki, który nie tylko bazuje na ludowości, na co mocno wskazują elementy widoczne podczas ładowania się gry, czy w animacjach, ale przede wszystkim jest rodzajem ludowej baśni. Całość podbijają świetne animacje, pięknie zilustrowane. Przerywniki filmowe lub jak kto woli cut-scenki nadają ładnej grze jeszcze mocniejszego, ładniejszego wyrazu.
A jest on budowany przez rysunki. Gra bowiem jest wykonana ręcznie, w ciekawym, choć prostym, malowanym stylu. Podczas wersji demo zwiedzamy kilka lokacji, są one różnorodne, od ulicy miasteczka, do którego przybywa Johny, po karczmę, podwórko staruszki, domostwo pustelnika, po urokliwy młyn.
Co ciekawe rzeczywistość naszego bohatera może się zmieniać. Możemy oczami naszego protagonisty postrzegać to co on widzi w różny sposób, nie tylko ze względu na pory dnia – dzień czy noc, ale także na przedmioty, które w grze otrzymuje, o których zaraza napiszę. Wtedy to, ta sama gra zmienia się nieco graficznie, nabiera zupełnie innych kolorów, i zupełnie innego charakteru. Fajny pomysł, daje dużo możliwości i czyni grę urokliwszą graficznie.
Behind the Beyond – jedynie przedmiotowe zagadki
Przygodówka Behind the Beyond, a przynajmniej jej wersja demonstracyjna, którą miałam przyjemność testować to jedynie zagadki przedmiotowe. Nie natknęłam się w niej na zadania typowo logiczne. Nie oznacza to, że gra jest banalnie łatwa. Oj….nie! Nie jest. Choć skupiona jedynie na przedmiotach, a tych zbieramy sporo, to ubarwiona wspomnianymi już dodatkowymi rzeczami. Podstawa naszej przygodowej działalności w Behind the Beyond to zadania „znajdź przedmiot” oraz „użyj przedmiot”. Ale to nie wszystko. Gra ma wbudowane szereg innych funkcji, a jednymi z nich są możliwości naszej postaci i rzeczy, które dostaje.
Jednym z takich ciekawych elementów przedmiotowych, które pozyskamy w grze, są okulary. Dzięki nimi widzimy zupełnie inaczej, dostrzegamy zupełnie co innego, a tym samym zadanie, które przed nami postawiła gra, wydaje się bardziej logiczne. To wymaga także od nas pomysłowości i wybaczcie kolokwializm, "kombinowania" kiedy i jak daną czynność mamy wykonać. Wspomniałam bowiem o możliwości zmiany pory dnia z dnia na noc i z nocy na dzień. Tę dali nam twórcy, zachęcając do myślenia o jakiej porze i przy udziale jakiego narzędzia czy przedmiotu jesteśmy w stanie wykonać nasze zadanie. Bardzo ciekawy element, bardzo polepszający i urozmaicający rozgrywkę.
Zbieranie, używanie, rozmowy itp., to wszystko popycha fabułę do przodu. Są jeszcze umiejętności naszego protagonisty, które z czasem, poprzez wykonanie jakiegoś zadania otrzymuje. Są one potrzebne by móc poradzić sobie z kolejnym wzywaniem. Musimy nabrać siły, by podnieść coś ciężkiego, czy stać się milszym, by od danego rozmówce wyciągnąć ważną informację. Gra bardzo sprawnie wszystko wyjaśnia w samouczku, na samym początku gry.
Behind the Beyond – kilka słów na temat sterowania i mechaniki
Opisywana przeze mnie gierka, w wersji demo, oczywiście to klasyczna przygodówka typu „wskaż i kliknij”, którą obsługujemy za pomocą nieodzownego narzędzia gracza przygodowego, czyli myszki. Sterowanie jest dość intuicyjne, proste i nie sprawia problemu. Zdarzyło mi się raz zawiesić w grze i natknąć się na niewielkie błędy, ale ogólnie rozgrywka działa płynnie, dając możliwość fajnej, przyjemnej zabawy.
Do dyspozycji mamy ciekawie wyglądający, bogaty interfejs, w którym oprócz możliwości obejrzenia przedmiotu, zabrania i użycia go, a także rozmów (a tych jest wiele), mamy jeszcze cztery dodatkowe funkcje, które aktywowane są podczas zabawy. Nie będziemy mogli podnieść coś ciężkiego, dopóki nasz bohater nie nabierze siły. A nabierze ją dopiero wtedy, gdy danego przedmiotu użyjemy w odpowiedni i właściwy sposób.
Ciekawym rozwiązaniem jest także to, że John będzie nakładał na siebie niektóre przedmioty, często takie, które otrzyma w zamian za coś, na przykład za podzielenie się jedzeniem. Jednym z nich są okulary, które pozwalają nie tylko w ogóle lepiej widzieć, ale przede wszystkim na dostrzeganie czegoś co nie jest widoczne gołym okiem. Trzeba mieć wtedy na uwadze także to, o jakiej porze dnia używamy owych okularów.
Behind the Beyond – muzyka i udźwiękowienie
Choć Behind the Beyond jest tytułem niezależnym, to jednak stworzonym w pełnej angielskiej, dubbingowej wersji. Gra z racji bycia tworem węgierskiego studia, jest także dostępna w tym języki, w postaci napisów. Gierka jest bogata w dźwięki, przeróżne. Dodatkowo towarzyszy jej w intro milutka, bardzo pasująca do baśniowego klimatu melodia.
Behind the Beyond - podsumowanie wersji demo
Nie pokuszę się oczywiście na wyciąganie wniosków dotyczących całej gry, gdyż tak czy siak opisują jej wersję demonstracyjną, ale już dziś mogę napisać o jej klimacie. Otóż ten zapowiada przyjemną, baśniowo-ludową rozgrywkę, w bardzo miłej dla oka, wizualnej otoczce. Ciekawe zagadki przedmiotowe, sporo postaci, pełna angielska wersja i klimacik tajemnicy. Wygląda na to, że zapowiada się gratka dla fanów klasyki, w przygodowo point & click stylu. Polecam sprawdzić samemu, gdyż gra jest dostępna na Steam w darmowej wersji demo.
Gra nie ma jeszcze swojej daty premiery. Zadebiutuje w wersji na komputery osobiste PC, we Wczesnym Dostępie.
Uśmiechnij się, recenzja zaskakująco dobrego horroru, który nie zamierza nas straszyć w sposób dosłowny. Co o nim myślę? Czy warto zobaczyć?
Śmiech to zdrowie! Taki powiedzenie znamy wszyscy, i doskonale wiemy, że ma ono sporo racji, mało tego, zostało medycznie potwierdzone. Ale ten jakże utarty i znajomy nam slogan zupełnie inaczej widziany jest w horrorze Uśmiechnij się, który swoją premierę kinową miał we wrześniu 2022 roku, na której nie byłam, a na który doczekał się swojej kontynuacji, której jeszcze nie widziałam.
Ale nic straconego, bowiem jakiś czas temu produkcja trafiła do streamingu, najpierw na SkyShowtime, a obecnie dostępne jest na Max. Nie omieszkałam sprawdzić horroru, a moimi wrażeniami z seansu spróbują się z Wami podzielić w nowej recenzji, jaka właśnie została dodana do mojego bloga. Miłej lektury!
Uśmiechnij się – a właściwie unikaj uśmiechu jak ognia
Jak już wspominałam horror Uśmiechnij się to amerykańska produkcja z roku 2022, w reżyserii i według scenariusza debiutanta Parkera Finna, który w głównej roli, czyli doktor Rose, obsadził Sosie Bacon, amerykańską aktorkę młodego pokolenia, bardziej znaną z serialu Trzynaście powodów, Mary z Easttown czy Tak to widzimy. I obsadzenie jej właśnie w tej roli było świetnym pomysłem, bo nie tylko styl w jakim gra, ale i jej wygląd, delikatny, kruchy i nieco dziecinny, pasuje do roli doktor Rose Cotter, młodej lekarki psychiatrii, z demonami przeszłości, które powracają w postaci zupełnie innej, i znacznie groźniejszej demonicznej istoty.
Historia Rose zaczyna się od pewnego pacjenta, imieniem Carl, który na oddział psychiatryczny trafia już nie pierwszy raz, a którego kolejny atak wydaje się znacznie trudniejszy, bardziej poważny i nie łatwy w zdiagnozowaniu. Nie wiadomo co dzieje się z chorym powtarzającym wciąż o śmierci, i to dosłownie, jak twierdzi, wszystkich. Ale dramat Rose nie zaczyna się od Carla, a od młodej studentki, nastoletniej Laury przywiezionej do szpitala po tym, jak była świadkiem samobójstwa swojego wykładowcy. Dziewczyna jest przerażana, wręcz rozhisteryzowana, i uparcie twierdzi, że widzi istotę, która się do niej uśmiecha. Ale nie jest to nic przyjaznego. Coś co wydaje się jej znajome, wróży tym uśmiechem tylko to co najgorsze. Niedługo po tych słowach na twarzy Laury pojawia się złowieszczy uśmiech, a ona sama kawałkiem doniczki przecina sobie krtań i umiera, dalej będąc uśmiechniętą.
Lekarka, dla której praca jest pasją, i w której spędza mnóstwo czasu, nie mając za wiele przyjemności z prywatnego życia, nie może otrząsnąć się ze śmierci swojej pacjentki. Dostaje zatem kilka dni urlopu. I zdaje się, że to może jej pomóc, ale szybko to co się wokół niej dzieje, wyprowadza kobietę z błędu. Okazuje się bowiem, że od momentu samobójczej śmierci pacjentki, Rose prześladuje tajemnicza istota, demon, który przerażająco się uśmiecha, a jego śmiech to niechybne zgony osoby, którą nawiedza….. i to w przeciągu kilku dni.
Potwierdza to śledztwo, jakiego Rose, wraz ze swym przyjacielem policjantem Joelem, w tej roli Kyle Gallner (Krzyk VI, Upiory wojny, Outsiders) się podejmuje. Owa demoniczna istota karmi się nieszczęściem i strachem swoich ofiar, doprowadzając każdą z nich do granic wytrzymałości psychicznej, a nawet wpędzając w szaleństwo, i w końcu pchając do samobójczej śmierci, i to wyjątkowo makabrycznej. Rose zrobi wszystko, by przerwać krąg, który istota stworzyła, i który wydaje się nie mieć końca. Czy aby na pewno?
Uśmiechnij się – solidny horror, który nie bawi się w dosłowne straszenie widza
Uśmiechnij się to nie jest kino grozy, które dosłownie będzie nas straszyć. Nic z tych rzeczy. Nie spiesznie poprowadzona fabuła toczy się tu wolnym rytmem, budując napięcie poprzez klimat, styl i potęgujące się szaleństwo. Bo oto doktor psychiatrii, na co dzień zajmująca się traumami, lękami i chorobami psychicznymi, sama wpada w sidła szaleństwa. Rose coraz mocniej utwierdza najbliższych, w tym swojego chłopaka Trevora, w którego wcielił się Jessie T. Usher (The Boys, Tales of the Walking Dead, Groźne kłamstwa), dawną terapeutkę Dr Madeline Northcott, w tej roli Robin Weigert (Wielkie kłamstewka, Gorący temat) a nawet siostrę Holly, graną przez Gillian Zinser (W pół kroku, Grupa wsparcia), że jest klasyczną wariatką. Nikt nie widzi bowiem stwora, przy którym się upiera, a każdy wie, co kiedyś działo się z Rose.
Twórca bowiem pokusił się o zabawę treścią i formą, mieszkając makabrę idącą w stronę grozy, ale nie oczywistej, z traumami z dzieciństwa, które do tej pory nie zostały przepracowane. Film w swojej formie, poprzez horror obrazuje dużo więcej od tego, na co liczylibyśmy na początku sensu. W fabule dopatrzymy się wiele aspektów horroru psychologicznego, tworzonego przez stany lękowe, depresyjne i samobójstwo jako takie.
Uśmiechnij się – sprawnie poprowadzona opowieść grozy z pewnymi podobieństwami
Jednocześnie oglądając Uśmiechnij się mamy świadomość, szczególnie ci z nas, którzy lubują się w kinie grozy, że opowieść jest do czegoś łudząco podobna. W filmie bowiem doszukamy się wielu odniesień do produkcji, które już widzieliśmy. Nie wiem czy jest to celowe działanie Parkera Finna, czy po prostu tak wyszło, ale podobieństwo, choćby do innego horroru „Coś za mną chodzi”, w którym również pojawiła się pewna prześladująca młodą osobę istota, jest to mocno odczuwalne, i nie sposób tego nie zauważyć.
W filmie dopatrzymy się także podobieństw to klasycznych produkcji ze zjawiskami paranormalnymi, i choć typowych jump scare'ów w produkcji owej nie zabraknie (nie bójcie się, nie są aż tak straszne), strach dosłowny i dojmujący nie jest tu najważniejszy. Ważna jest zagadka, tajemnica i poznawania jej, powolne odkrywanie i składanie fabularnych puzzli w jedną całość. To twórcy Uśmiechnij się wyszło naprawdę sprawnie, nawet mimo tego, że nie jest to film wysokobudżetowy i pewne braki w nim dostrzeżemy.
Uśmiechnij się – podsumowanie recenzji
Uśmiechnij się to zaskakująco dobre kino grozy, które jednak horror traktuje w nie dosłownie straszący widza sposób, a poprzez psychologiczne aspekty traumy, szaleństwa i nie przerobionych lęków z dzieciństwa. To pozycja godna polecenia nie tylko miłośnikom horrorów, ale także tym, którzy bać się specjalnie nie lubią. Debiutanckie dzieło reżyserskie Parkera Finna nie zamierza nas bowiem przerażać, ciągnąc opowieść niespiesznie, nawet momentami ślamazarnie, ale dając poczucie stałego lęku i niepewności, spotęgowanej w finale.
Historia filmowa na którą nie wydano krocie, broni się nie specjalnymi efektami wizualnymi, ale klimatem, psychologicznym mrugnięciem w stronę widza i odniesieniami do naszych lęków, nie szczędząc grozy na sam koniec, i nie broniąc się przez zakończeniem, które może nie wszystkim przypaść do gustu, bo nie ma typowego amerykańskiego patetycznego happy endu. Ale to akurat jedna z jego licznych zalet. Jeśli nie widzieliście filmu, a lubicie poczuć nieco dreszczyku emocji na własnej skórze, i oczywiście filmy grozy, to serdecznie zachęcam do zapoznania się z filmem. Myślę, że warto.
Moje ocena 8/10.
Uśmiechnij się można obejrzeć za pośrednictwem platformy Max.
Rodzime studio The End of the Sun Team ogłosiło oficjalną datę swojego debiutanckiego tytułu, przygodowej gry inspirowanej mitologią słowiańską, zatytułowanej The End of The Sun. Udostępniono premierowy zwiastun, pokazano także nowe zrzuty z ekranu.
The End of the Sun, z której wrażenia z demo znajdziecie na moim blogu to jedna z lepszych propozycji w styczniowych przygodowych premierach. Gra stworzona przez polskie studio The End of the Sun Team, tytuł odwołujący się do rodzimej, słowiańskiej mitologii, ma już dokładną datę premiery, potwierdzoną premierowym zwiastunem.
Do tej pory znaliśmy tylko wstępną datę premiery The End of The Sun, która wiedzieliśmy, że zadebiutuje w styczniu. Dziś polscy deweloperzy podzielili się zwiastunem, który ogłasza oficjalną datę jej premiery. Została ona ogłoszona na 29 stycznia 2025 roku.
O grze miałam już przyjemność wspominać, więc odsyłam Was do linku powyżej. Dziś jednak oprócz premierowego zwiastuna dzielę się wraz z twórcami kilkoma zupełnie nowymi zrzutami z ekranu, które prezentują w pełnej krasie graficzny klimat i urok tej dostępnej w pełnej polskiej wersji słowiańskiej, pełnej legend i odniesień do kultury Słowian gry.
Premiera The End of The Sun na Steam, GOG i Epic Games Store przewidziana jest na 29 stycznia 2025 roku.
Surviving The Humans, wrażenia z wersji demonstracyjnej przygodówki z niezwykle przyjaznym zombie, klasycznego point and clicka od Surprised Monkey Studio.
Grafika retro i zombie. Co może łączyć te dwa zupełnie różne pojęcia? Połączenie takie znajdziemy w grze przygodowej typu point and click, o tytule Surviving The Humans, która można testować w wersji demonstracyjnej. Gra stworzona właśnie w retro grafice pikselowej, skupia się bowiem na opowieści o mężczyźnie, który pewnego dnia wstał z grobu i jako zombie musi zmierzyć się z zupełnie nową rzeczywistością.
Tak jak wspomniałam historia, którą zechciało opowiedzieć Surprised Monkey Studio, skupia się na opowieści stworzonej w starym, retro stylu, w pikselowej grafice, która ostatnio wróciła do łask i staje się coraz bardziej popularna.
Gra przybliża nam historię rozgrywającą się w latach 80-tych ubiegłego wieku. Bohaterem opowieści jest młody, już nieżyjący mężczyzna, który podczas burzy budzi się do życia i opuszcza własny grób. Ugodowe, przyjazne zombie jakim jest Cooper, powraca do życia na wielkim cmentarzu nie mając pojęcia co się z nim dzieje i dlaczego nie żyje, i z jakiej przyczyny powrócił w takiej właśnie formie. Cooper bardzo chce powrócić do domu, poinformować rodzinę, że jednak chodzi po ziemi, ale jak wkrótce się dowiaduje, od innych zombie, ale nie tylko, nie będzie to takie proste. Okazuje się bowiem, że świat stał się dla niego polem walki, a ludzie, przyjaciele i znajomi osobami, które pragną jego i jego podobnych zwyczajnie wyeliminować.
Cooper podejmuje jednak ryzyko, a my towarzyszymy mu w epickiej przygodzie, w klasycznej przygodówce point and click, w której bohaterem kierujemy za pomocą myszy. Jak w klasycznej opowieści bywa, tak i tutaj, możemy, już z wersji demo, dowiedzieć się, że czekają na nas tradycyjne zadania przygodowe. Jest to oczywiście eksploracja kilu lokacji. Podczas gry zwiedzamy cmentarz i jego grobowce. Wędrujemy na ulicę i pod bramę cmentarną, prowadzącą na zewnątrz. Przyjdzie nam zwiedzić uliczki miasteczka, w jakim rozgrywa się akcja gry, na razie w wersji demo, mocno okrojona. Udamy się również do sklepu mięsnego.
Oprócz wędrowania i poznawania growych miejscówek, będziemy także rozmawiali z postaciami, jakie w przygodówce przygotowali dla nas twórcy. W ogrywanej przeze mnie wersji demonstracyjnej byli to głównie zombie. Wśród nich martwy oficer, czy podziurawiony od kul gangster. Natknęłam się też na mężczyznę siedzącego na cmentarzu z kieliszkiem wina, który przybliżył Cooperowi, a co za tym idzie i mnie, sytuację w jakiej się nasz bohater się znalazł.
Gra niewątpliwie może podobać się zwolennikom retro-pikselu. Choć jest wykonana jakby niedbale, tła są niewyraźne i zamazane, to same postaci, prezentują się całkiem ciekawie, a nawet intrygująco mrocznie. Dopięciem guzika, łącznikiem między graficzną prezentacją gry, którą widzimy w wersji demo, a stylem poprowadzenia rozgrywki, jest wygląd interfejsu, który spójnie łączy się z zombie opowieścią. Interfejs stworzony został na wzór płyty nagrobkowej, w której znajdują się odpowiednie ikony, przyciski działania. Do dyspozycji mamy ikonę „dłoni”, potrzebną do zabrania przedmiotów, ikoną „oka”, która pozwala nam przyjrzeć się danemu przedmiotowi, a także ikoną „dymku” czyli rozmowy.
Również wygląd ekwipunku swoim stylem nawiązuje do tego o czym opowiada ta przygodówka. Inwentarz schowany jest bowiem w trumnie, do której trafiają zebrane przez gracza przedmioty. W demo nie jest ich tak wcale mało, co oczywiście urozmaica rozgrywkę i stanowi fakt, że będzie to gra nastawiona w większej mierze na zagadki przedmiotowe. Ale nie zabraknie także wyzwań logicznych, czy mini gier, których przykład doświadczymy także w wersji demonstracyjnej.
Twórcy Surprised Monkey Studio postawili na klasyczne rozwiązania w starym stylu, i na niezwykle modne i wałkowane przez wielu zombie. Jakiś czas temu miałam okazję opisywać dla Was serial Netfliksa All Of Us Are Dead: sezon 1, skupiający się na epidemii zombie. Stałym zainteresowaniem graczy cieszy się seria The Walking Dead, od Talltale Games. Surviving The Humans odchodzi jednak od przyjętego we wspomnianych produkcjach stylu, bowiem w tym wypadku, wcielamy się nie w człowieka próbującego przetrwać w świecie opanowanym przez nieumarłych, a sami jesteśmy zombiakiem, który musi bytować w rzeczywistości, w której ludzie są dla niego zagrożeniem. W tej grze zombie nie jest jednak złe, brutalne i krwiożercze, a my kierujemy zombie przyjaznym, które wprawdzie porusza się typowo dla takiegoż umarlaka, potrafi się rozpaść, ale złą personą w żadnym razie nazwać jej nie można.
Gra Surviving The Humans swoją premierę miała mieć w styczniu 2023 roku, ale wciąż nie doczekała się debiutu. W demo, a ogrywałam je już jakiś czas temu natknęłam się na kilka błędów. Musiałam do około półgodzinnego demo podchodzić kilka razy, bowiem przygodówka stopowała mnie licznymi błędami. Za pierwszym razem był to brak dźwięku, a trzeba tu zaznaczyć, że jest to tytuł w pełnej angielskiej wersji językowej. W kolejnym przypadku natknęłam się na nieodczytanie przez grę zabrania przedmiotu, w tym wypadku mapy, której później nie mogłam odpowiednio użyć. Postać Coopera wieszała się, nie chciała iść do przodu, a sama gra czasami stawała się tak „toporna”, że ciężko było mi zagłębiać się w nią dalej, choć opowieść wydawała mi się intrygująca. Nie mam pojęcia, że twórcy usprawnili i polepszyli jakoś demowej rozgrywki.
Pora na podsumowanie wersji demonstracyjnej ogrywanej przeze mnie klasycznej retro przygodówki Surviving The Humans od Surprised od Monkey Studio. Pomijając błędy, które były irytujące i domyślacie się, nieco zniechęcają, które mam nadzieję, że w pełnej wersji gry zostaną poprawione, zabawę uznają za ciekawą. Jestem miłośnikiem klasycznych gier przygodowych. „wskaż i kliknij” to styl rozgrywki, który najbardziej mi pasuje. I ta gra jak najbardziej mi to zapewniła, nie pozwalając mi mierzyć się z zadaniami zręcznościowymi, za jakimi nie przepadam.
Ciekawa, nieco wywrócona do góry nogami fabuła, w stylu „przyjazne zombie” to świeże spojrzenia na już oklepane opowieści i zombiakach. Intrygująca grafika, która z pewnością przypadnie do gustu fanom starych przygodówek, nie do końca do mnie przemawia. Mam jednak świadomość, że wielu przypadnie do gustu. Klasyka, pomysł na siebie i styl, to myślę mocniejsze aspekty tej growej produkcji. Jeśli twórcy pochylą się nad błędami to myślę czeka nas całkiem przyjemna zombie zabawa.
Premiera gry przewidziana jest w wersji na komputery osobiste PC - Steam i Epic Games Store. Data nie została ogłoszona.
Komediową interaktywną przygodówkę inspirowaną przygodami Sherlocka Holmesa, w wyjątkowym, marionetkowym stylu szykują dla graczy twórcy ze studia Fogtown Games, w przygodówce detektywistycznej, z tajemnicą i sporą dawką humoru A Rum Case in Fogtown.
A Rum Case in Fogtown to gra, która wciąż nie ma oficjalnej daty premiery. Ma jednak swoje miejsce na platformie Steam i wyjątkowy styl. Bohaterami tej komediowej przygodówki są marionetki, a jej fabuła stworzona jest w stylu znanego detektywa z powieści Arthura Conan Doyle'a. Jest to pierwsza gra, w której twórcy użyli lalki. Gra ma swoje miejsce na platformie Steam, gdzie można ją dodać do swojej listy życzeń. Jednocześnie twórcy wypuścili niedawno na swoim kanale na YouTube jej pilotażowy, darmowy półgodzinny odcinek.
A Rum Case in Fogtown to gra, w której wcielamy się w genialnego, ale nie potrafiącego zbyt długo skupić uwagi Sherblocka, któremu towarzyszy przyjaciel Blockson, mieszkańców miasta Fogtown. Opowieść rozpoczyna się do pani Hund, którą dotyka tajemniczy sabotaż jej ukochanego pubu. Zwraca się zatem z prośbą o rozwiązanie zagadki do Sherblocka i Blocksona, którzy zajmują się jednak sprawą nierozwiązanej i najbardziej zagadkowych zbrodni w swojej karierze.
Gra nie jest typową przygodówką, a raczej przygodowym filmem interaktywnym, w którym gracz nie będzie bezpośrednio kierować postaciami. Jego zadaniem będzie wybieranie z serii opcji jednej, co finalnie prowadzić będzie do rozgałęzionej historii, która prowadzić będzie do jednego z wielu zakończeń gry.
Gra stworzona jest jako interaktywny przygodowy serial, w stylu FMV, przygodowa komedia, w której to my podejmuje decyzje za bohaterów. Interaktywna przygodówka posiada pełną angielską wersję językową (dubbing). Twórcy planują, najszybciej jak to możliwe oddać w ręce graczy grywalne demo swojego projektu.
A w nim w obsadzie znaleźli się: Dean Erickson (Gabriel Knight z The Beast Within), Lenval Brown (narrator Disco Elysium), Cissy Jones (nagrodzona nagrodą BAFTA aktorka, która zagrała Delilah w Firewatch), Paul Morgan Stetler (Curtis Craig w Phantasmagoria: A Puzzle of Flesh) i Rupert Booth (Inspektor Jenks z Contradiction i DuPont z The Shapeshifting Detective), Austin Hillebrecht jako Blockson i Chris Yamez jako Sherblock.
Data premiery gry nie została jeszcze ogłoszona. Zadebiutuje na Steam, w wersji na PC, Mac oraz Linux.
Nazywam się Cukinia to animacja dość nietypowa i zarazem niezwykła, wzruszająca, bardzo wartościowa i mądra, poruszająca smutny, ale istotny temat, jakim jest brak rodzicielskiej miłości i odrzucenie.
Zwykle filmy animowane są przeznaczone dla dzieci i choć nie brakuje w nich elementów akcji, na ekranie toczy się walka dobra ze złem, a niektóre sceny nieco straszą, to ich wymowa jest jasno określona, muszą dobrze się kończyć. Francusko – szwajcarski film animowany w reżyserii Claude’a Barrasa przeczy wszystkim założeniom animacji, poruszając bardzo ważny, ale niezwykle smutny temat, którego motywem przewodnim są dzieci, wychowankowie ośrodka opiekuńczo – wychowawczego. Trafiły tam z powodów rodzinnych, a każde z nich przeżyło życiową traumę.
Choć film opowiada historię kilkorga dzieci, główną postacią jest w nim dziewięcioletni chłopiec imieniem Ikar, którego mama nazywa Cukinią. Dziecko zwykle bawi się na strychu, słuchając krzyków matki, która popija piwo za piwem, pomstuje do telewizora i wrzeszczy na nieobecnego męża, który już dawno ich opuścił. Nadużywająca alkoholu rodzicielka nie stroni od agresji, którą wyładowuje na biednym dzieciaku. Pewnego dnia, podczas kolejnego pijackiego amoku, zdenerwowana hałasem, jaki wyrządziła wieża zrobiona przez Cukinię z puszek po piwie, kobieta wbiega na górę z zamiarem zbicia chłopca. Wystraszony dzieciak zamyka klapę prowadzącą na strych, powodując tym samym jej upadek. Jakiś czas później dowiadujemy się, że mama Ikara/Cukinii umarła, a on trafić ma do domu dziecka przeznaczonego dla dzieci po przejściach, co też się rychło staje. Z początku dzieciak trzyma się na uboczu, a nawet jest popychadłem przywódcy grupy małolatów, Simona. Sytuacja nieco się zmienia, gdy do domu dziecka trafia Camille, dziewczynka, która staje się dla Cukinii, jak i całej reszty, niezwykle bliska.
Nazywam się Cukinia to na pewno nie jest film dla małych dzieci, które po pierwsze nie będą w stanie zrozumieć przesłania, dosłowności i dramatyzmu tej historii. Animację powinna według mnie obejrzeć dorastająca młodzież, albo starsze dzieci, najlepiej wraz z rodzicami, którzy będą potrafili wytłumaczyć swojemu dziecku, że wśród nas żyją dzieciaki bardzo pokrzywdzone przez los. W filmie zetniemy się bowiem z problemem molestowania w domu rodzinnym, morderstwem, alkoholizmem, rasizmem, odrzuceniem i wieloma innymi problemami, które dręczą kilkuletnie zaledwie dzieci. Ich psychika radzić sobie musi z wielką traumą, żalem i smutkiem, ale choć po drodze nie raz się potykają, mimo wszystko, jak każde dzieci potrafią korzystać z życia i cieszyć się każdą radosną jego chwilą.
Nazywam się Cukinia podejmuje oprócz tematu osierocenia i związanej z niej samotności, którą załagodzić może dobroć opiekunów pracujących w ośrodku, także wątek przyjaźni i to nie tylko między dziećmi, głównie między Cuknią, a Camile, ale także rodzącej się bliskości i chęci niesienia pomocy dziecku przez osobą dorosłą, w tym wypadku policjanta, który sam opuszczony przez syna, pragnie stworzyć dla wyżej wymienionej dwójki nowy, pełen miłości dom.
Opisywana przez mnie produkcja wykonana jest w animacji poklatkowej przy udziale ręcznie wykonanych lalek i modeli, co w połączenie z przejmującą treścią i sporym pokładem emocji nadaje animacji niezwykłej atmosfery. Mimo, że nie będziemy na niej płakać rzewnymi łzami, bo smutne sceny zgrabnie przeplatać się będą z zabawnymi i pełnymi życiowej mądrości, to w kącikach naszych oczu pojawi się łezka, a przez skórę nie raz przebiegnie dreszcz.
Dzieło Claude’a Barrasa zmusi nas także do zastanowienia się nad sensem naszego życia, nad małością naszych problemów. Gorzko – słodki, nieco filozoficzny i metafizyczny wydźwięk tej produkcji sprawia, że jest to animacja innowacyjna, zupełnie różna od tego, do czego przyzwyczaiło nas pełne kolorów, naszpikowane efektami specjalnymi kino.
Nazywam się Cukinia, to bardzo kameralna, nieco ponad godzinna produkcja, która w perfekcyjny sposób pokazuje szarość i dramatyzm życia, jednocześnie nie zabierając jego radości, niosąc nadzieję i życiową mądrość, pokazując jak szybko potrafi dorosnąć skrzywdzone przez życie dziecko. Polecam bardzo serdecznie zapoznać się z tym tytułem, bo zdecydowanie warto.
Lost in Play - wrażenia z wersji demonstracyjnej animowanej przygodówki, gry stworzonej przez studio Happy Juice Games. Zagubieni w świecie wyobraźni.
Na jednym ze Steam Next Festiwal sprawdziłam dwie gierki, na które mówiąc kolokwialnie "ostrzyłam sobie pazurki", a jedną z nich była właśnie Lost in Play. której recenzję z pełnej wersji napisałam dla serwisu lubiegrac.pl. Jest to gra od studia Happy Juice Games, które postanowiło zabrać graczy w podróż w animowanym stylu, w świat wyobraźni dwójki rodzeństwa, które trochę się w owej krainie pogubiło.
Wersja demonstracyjna to około półgodzinne, jeśli oczywiście w międzyczasie nie utknięcie, zmagania się z zagadkami w przeuroczym, animowanym świecie. Pozwolą sobie właśnie zacząć od opisania gry pod względem graficznym, bo jest to aspekt, który jako pierwszy przykuwa naszą uwagę. Co tu dłużej gadać…..gra jest zwyczajnie przepiękna. Oto bowiem podczas półgodzinnego dema zanurzamy się w opowieść z kreskówkowym stylu, niczym z rasowanej animacji, bajki dla dzieci. Jest graficznie przeuroczo, niezwykle kolorowo, a na dodatek zabawnie. Ogrywając krótki, acz treściwy fragment Lost in Play miałam nieodparte wrażenie, że uczestniczę w jakieś interaktywnej animacji, bo gra na taką właśnie wygląda. Szczegółowe rysunki, mnóstwo przeróżnych elementów w lokacjach, ich barwy i wygląd postaci, które przy tym robią miny i wyrażają ludzkie nastroje, sprawiały, że czułam się totalnie odprężona i zadowolona, że jestem właśnie tu i teraz. Nie oznacza to, że nie miałam przed sobą sporej ilości logicznych wyzwań. Ale o tym za chwilę.
Powrócę najpierw do tego o czym ów tytuł opowiada. Lost in Play to historia dwójki rodzeństwa, siostry i brata. Dzieciaki łączy wyobraźnia, która zaczyna się od snu dziewczynki, która następnie pragnie obudzić swojego brata. Ten w końcu zerwany z łóżka nie bardzo ma ochotę na rozpoczęcie zabawy, woląc skupić się na grze wideo. Siostra jednak nie odpuszcza, a my jej w tym mocno pomagamy, by braciszek w końcu zajął się czymś innym. I tak, przez siostrzyczkę, a co za tym idzie, nas wystraszony, zaczyna ucieka. Podążając za nim trafiamy do magicznej krainy wyobraźni, w której udaje się nam... zgubić. Nasi bohaterowie są teraz w miejscu, które spokojnie można nazwać surrealistycznym, pełnym przeróżnych baśniowych, ale i strasznych postaci, jak choćby groźny niedźwiedź. Muszą się stąd spróbować wydostać. Nie zrobią tego rzecz jasna w wersji demo.
Odnajdywanie siebie i drogi do domu nie będzie w pełnej wersji rozgrywki takie proste i nie potrwa krótko, gdyż już demko ma do zaoferowania spory kawałek gry, która rozpoczynając się od snu dziewczynki, prowadzi nas przez pokój rodzeństwa, dół mieszkania, podwórko, po jedną z magicznych krain wyobraźni. W wersji demonstracyjnej postaciami kierujemy nieprzemiennie, raz przejmując kontrolę nad pełną energii, nieco zwariowaną dziewczynką z czerwonymi włosami, a raz grając mocno wystraszonym, ale jednak gotowym na działanie chłopcem o blond czuprynie. Trudno mi było powiedzieć (teraz to już wiem), czy finalnie będziemy ze sobą jako rodzeństwo współpracować w zagadkach, choć sądzę, że tak.
Nie mniej jednak zadań i wyzwań powiedziałabym logiczno-przygodowych, z nastawieniem na mini-gry, raczej nam nie zabraknie. Gra już w wersji demonstracyjnej wyraźnie pokazuje graczowi, że nudzić się raczej nie będzie. Zagadki skupiają się nie tylko na zbieraniu przedmiotów i wykorzystywaniu ich w jakimś celu, na przykład w nakręceniu budzika i obudzenia brata, czy też zrobienia kartonowej głowy potwora, ale także na wyzwaniach klasycznie logicznych. W mini – grach podczas demka znalazło się odpowiednie ustawienie owiec na planszy, czy rodzaj gry w warcaby. Gra stawia mocno na logikę, pozwalając na kombinowanie i współdziałanie postaci pośrednich, jak choćby chłopca z żabą. Zadań jest naprawdę dużo, a większość z nich jest jednocześnie wpleciona w rozgrywkę wypełnioną nutą humoru i licznymi nawiązaniami, szczególnie do literatury.
Choć wyzwań, już w wersji demonstracyjnej jest naprawdę dużo, a ich poziom nie jest za bardzo wygórowany, ale czasami może sprawiać pewne problemy, to twórcy, nie zapomnieli o systemie podpowiedzi. Przytrzymując, zgodnie z wyborem rodzaju sterowania w grze, ikonę żarówki w lewym górnym rogu, naszym oczom pokazuje się kartka, rysunek, który jest jednocześnie odpowiedzią, albo wskazówką co i jak musimy zrobić. Z growej sugestii można korzystać, ale nie trzeba. Autorzy pomyśleli o różnych graczach, tych początkujących i tych już w przygodówkach obytych, więc taka możliwość podpowiedzi, zwyczajnie została w grze wbudowana.
Wspomniałam o wyzwaniach natury przygodowej, przybliżyłam Wam nieco wygląd tej przeuroczej animowanej gierki, pora przyjrzeć się sterowaniu i interfejsowi. I tu sprawa wygląda bardzo ciekawie. Otóż naszymi postaciami, w tej klasycznej, pozbawionej dialogów przygodówce „wskaż i kliknij”, możemy kierować w przeróżny sposób. Do dyspozycji mamy pad, czyli kontroler, ale także klasycznie klawiaturę. W tym wypadku również mamy wybór. Bowiem nasze rodzeństwo poprowadzimy za pomocą przycisków klawiatury, ale i klasycznie, myszką.
Przy prowadzeniu postaci nie zabraknie humorystycznych akcentów, których grze nie brakuje. Będą już wspomniane nawiązania i skojarzenia. Lost in Play jest grą klasycznie przygodową, co widać nie tylko w systemie prowadzenia postaci, ale także w ekwipunku. Zebrane podczas gry przedmioty znajdziemy w plecaku, znajdującym się w prawym górnym roku. Inaczej niż w większości przygodówek, w tej pozbawionej opcji dialogowych, choć nie całkiem niemej grze, rzeczy które zbierzemy, nie zostały nazwane, nie mają opisów.
Choć przygodówka, jak już wspomniałam jest pozbawiona dialogów, postaci ze sobą nie rozmawiają, a i same wydają tylko jakieś nieartykułowane dźwięki, nie znaczy to, że gra jest cicha. Podczas zabawy towarzyszą nam dźwięki, jest i pasująca do całości muzyka i różne dziwne, a i niejednokrotnie humorystyczne odgłosy. Wydają je nie tylko postaci niezależne, drugoplanowe, a jest ich sporo i większość wpisuje się w baśniowy styl rozgrywki, ale także i nasi bohaterowie.
Lost in Play już w wersji demonstracyjnej daje nam nadzieję, a nawet, nie zawaham się tego napisać… pewność, że czeka nas pełna wyzwań przygodowa podróż w świat dziecięcej wyobraźni. Wiemy, że będziemy nie tylko dobrze się bawić, co już widać w pełnym humoru demo, ale także mierzyć się z zagadkami. Wersja demonstracyjna, nie szczędzi bowiem takowych wyzwań. Urocze postaci, surrealistyczne krainy, piękna grafika i nuta humoru. Fajnie się to zapowiada, naprawdę fajnie, więc warto sprawdzić i jej pełną wersję, dostępną na Steam oraz GOG. Polecam! Ja bawiłam się świetnie.
Gra miała swoją premierę 10 sierpnia 2022 roku, na Steam i GOG. Jest dostępna również na PlayStation 4, 5, Nintendo Switch i urządzeniach mobilnych.
Zimowa Wyprzedaż na GOG dobiega końca. Wraz z nią rodzima platforma dzieli się kolejną darmową grą, jaką jest tym razem przygodowa gra RPG, w klimacie fantasy, zatytułowana Vambrace: Cold Soul.
Vambrace: Cold Soul to kolejna już darmowa gra od GOG-a, które rozdało już w gratisie dwie gry przygodowe The Dark Eye: Chains of Satinav oraz The Whispered World: Special Edition. Teraz, ponownie przez określony czas dodamy do swojej biblioteki grę, która nie jest klasyczną grą przygodową, a przygodówką RPG w klimacie fantasy.
Vambrace: Cold Soul to gra, która oparta jest na fabule, w typie roguelite, której akcja rozgrywa się w świecie skutym lodem. Gracz wciela się w postać, która planuje swoją wyprawę, i wraz ze swoją drużyną udaje się po powierzchnię przeklętego miasta, gdzie włada mocami, unika pułapek, stawia czoła wyzwaniom i próbuje -przetrwać w śmiertelnych walkach.
Grę można dodać do swojej biblioteki klikając na baner znajdujący się na głównej stronie GOG. Czas jest jednak ograniczony.