wtorek, 31 grudnia 2024

Szczęśliwego Nowego Roku 2025!

Szczęśliwego Nowego Roku 2025!

 

Nowy Rok, już 2025 tuż za rogiem. Dziś pożegnamy stary rok, dziś Sylwester, który mam nadzieję spędzicie bardzo radośnie. Z okazji Nowego Roku chce złożyć Wam życzenia. 

W Nowym Roku, który już czeka na progu, życzę Wam, by każdy dzień niósł wszystkim nadzieję na uspokojenie. Niech nie zabraknie zdrowia i ludzkiej życzliwość, a marzenia niech spełniają się szybko i bardzo pozytywnie. Niech rok 2025 przyniesie Wam pogodę ducha, miłość i radość. Niech obfituje w same cudowne gry, także te przygodowe. Wszystkiego najlepszego, udanego Sylwestra oraz szczęśliwego Nowego Roku 2025 życzy Przygodozona :) 

Zdjęcie:  Fotografie_Reimann z Pixabay

The Season of the Warlock, wrażenia z demo gry z podwójną ścieżką fabularną

The Season of the Warlock, wrażenia z demo gry z podwójną ścieżką fabularną

The Season of the Warlock, wrażenia z wersji demonstracyjnej przygodowej gry w klimacie horroru, z podwójną ścieżką fabularną, dzieła studia enComplot.

Są takie gry, o których dowiedzieliśmy się lata temu. Zachwyciły nas wtedy klimatem, grafiką czy stylem, albo wszystkim razem. Już zacieraliśmy ręce by w nie zagrać, po czym nagle o grze zrobiło się cicho. I gdy już zaczęliśmy wątpić w powstanie tytułu, gdy już właściwie się z nim pożegnaliśmy, przeświadczeni, że projekt został na zawsze przez twórców porzucony, ten nagle wstaje z martwych. Takim przygodowym dziełem, jest The Season of the Warlock, klasyczna przygodówka w stylu „wskaż i kliknij”, autorstwa studia enComplot.

Warto przeczytać również:

O grze pierwszy raz usłyszeliśmy przy okazji głosowania na Steam Greenlight, co wskazuje na to, jak było to dawno. Zdawało się, że już o nie nie usłyszymy, a może nawet wcale nie zostanie wydana. I choć daty jej premiery niestety dalej nie znamy, promyk nadziei, czy przysłowiowe „światełko w tunelu” pojawiło się wraz z kartą gry na platformie Steam, a później także z wersję demonstracyjną. Tę możecie pobrać właśnie z platformy Valve, w polskiej wersji językowej, w formie napisów. Ja grę oczywiście sprawdziłam i dziś podzielę się z Wami moją opinią na temat krótkiego jej fragmentu, przygodowe jej zarysu.

The Season of the Warlock to jak wspomniałam klasyczna przygodówka w stylu point and click, w klimacie horroru, ale nie takiego, który będzie Was przerażać czy wywoływać gęsią skórkę. Ogrywane przeze mnie demo na nic takiego nie wskazuje, choć być może w pełnej wersji przygodówki, twórcy zaoferują graczom więcej momentów przestrachu. Jak na razie jest klimatycznie, ciekawie, trochę w stylu opowieści o Drakuli. Twórcy pokusili się bowiem na stworzenie przygodówki w gotyckim stylu, z dwiema niezależnymi ścieżkami fabularnymi, zależnymi od naszego w grze wyboru. Brzmi fajnie, prawda? Jak będzie naprawdę? Jak wybór wpłynie na poprowadzenie fabuły? Tego nie dowiemy się przed wydaniem jest w pełnej wersji. A na to zapewne jeszcze trochę poczekamy.

Tymczasem pora skupić się na wątku fabularnym, który koncentruje się na postaci lorda Alistaira Ainswortha, który od lat zajmuje się zagadnieniem czarnej magii, która od dawna go fascynuje. Właśnie prowadzi na Uniwersytecie Edgestow wykład o tajemniczym czarnoksiężniku Waldemarze, używającym magicznych sztuczek w położonej w odległej krainie Groldawii. Nikt jednak nie traktuje Alistaira i jego opowieści poważnie, co coraz bardziej go frustruje. Postanawia się zatem spakować, zabrać ze sobą wiernego lokaja Nigela i udać się do wspomnianej krainy, by zgłębić swoje badania nad magicznym światem. Tam, w zamku czarnoksiężnika, w którym teraz mieszka, trafia na porter czarnoksiężnika Waldemara, w który uwięziona jest jego niecna dusza. A ponieważ marzeniem maga jest zemsta, ten składa Alisterowi propozycję, która raz na zawsze może odmienić życie lorda  Ainswortha. W zależności od wyboru, jaką decyzję ów dżentelmen podejmie, gracze zmierzą się z opowieścią niby tą samą, a poprowadzoną w zupełnie inny sposób.

A będą poprzez rozgrywkę prowadzić dwóch niezależnych bohaterów, zarówno Alistera, jak i jego sługę Nigela, czyli osobę od wszystkiego. W wersji demo miałam możliwość popróbowania działań oboma panami. Każdy z nich wnosi do rozgrywki nieco inne klimaty, zupełnie inny przygodowy klimat. W demo, pod względem zadaniowym większość czasu spędzimy kierując Nigelem. Lokaj zmierzy się z kilkoma zadaniami, w tym wypadku natury czysto przedmiotowej. Póki co w wersji demonstracyjnej nie natrafiłam na zagadki typowe logiczne. Ot znajdywałam przedmiot, który musiałam we właściwym czasie i we właściwym miejscu, użyć.

Zadaniom tym towarzyszy humor, bardziej słowny, niż sytuacyjny. Ten drugi także tu znajdziemy, i jest on natury bardziej mrocznej. Klimat przedmiotowych zagadek płynnie łączy się i przenika z samą atmosferą gierki. Nie mogę się rzecz jasna wypowiadać na temat całości rozgrywki, bo to tylko około 40 minut zabawy, ale zdecydowanie poczułam zapowiadaną przez twórców inspirację dziełami Edgara Allana Poe i H. P. Lovecrafta

Czarny humor w gotyckim stylu, wylewający się z dialogów, szczególnie z zabawnych komentarzy potęgowany jest pracę aktorską. Otóż gra, także w wersji demo, dostępna jest w pełnej angielskiej wersji językowej, w angielskim dubbingu. I muszę od razu zaznaczyć, że już w krótkiej testowej rozgrywce, mogłam odczuć, że aktorzy o klimat i wczucie się w rolę, mocno się postarali. Twórcy deklarują, że w pracy nad postaciami, w tej mrocznej opowieści, w wersji angielskiej wzorowali się charyzmą aktorów, których mogliśmy oglądać w filmowych dzieła, ekranizacjach choćby prozy Poe. Wśród nich jest: Vincent Price, Peter Cushing, Christopher Lee i Barbara Steele. Jednocześnie w wersję demo, nie wiem jak to będzie wyglądać w przyszłości w pełnej grze, możemy ograć w bardzo wielu językach. Jest ich dokładnie dziewięć. Wśród nich znalazł się także język polski.

Skoro mowa o dialogach, to pora się przy tej kwestii nieco dłużej zatrzymać. Otóż istotą rozgrywki, jak zapewne każdej przygodówki, są właśnie rozmowy. W tej  grze jest jednak ich wyważona ilość. W ogrywanej przeze mnie wersji demonstracyjnej, nie doświadczyłam by pogadanki między postaciami, a w demo mamy tych osób, włączając w tym czarnoksiężnika, czworo, były nad wyraz przeciągane. Równowaga między samą rozgrywką, a dialogami została w tym wypadku zachowana. Gra się niezwykle przyjemnie także dlatego, iż przygodówka w demo, posiada bardzo dobrą rodzimą lokalizację, w której nie dostrzegłam błędów. 

Sama przygodówka to klasyk, w którym możemy sterować za pomocą myszy. Ale w tym wypadku, podobnie jak w przypadku samej fabuły, w której wybieramy ścieżkę „zła” lub „dobra”, także możemy decydować. Mamy bowiem możliwość wybrania klasycznego sterowania, jakie zapewne kochają fani produkcji przygodowych, jak i bezpośrednie sterowania postacią. To oczywiście zmienia nieco styl poprowadzenia, przypominam dwóch, niezależnych postaci. 

Na koniec słów kilka na temat wyglądu tej przygodowej klasyki. I to kolejny plusik, żeby nie powiedzieć „plusisko”, bowiem gra jest zwyczajnie przepiękna, w stylu jaki strasznie lubię w tym fabularnym gatunku. Jednocześnie jest tajemniczo, jak i słodko. Mrocznie i zabawnie, a rysunkowy styl w klimacie gotyku, podbija wrażenia wieloma fajnymi szczegółami. Gra, wykonana została w rysunkowym stylu graficznym 2D, w niezwykle żywych kolorach. Na takich cudnych tłach umieszczone zostały postaci w 3D. Graficy ciekawie bawią się także światłem, czy dymem. W zachwyt wprowadził mnie zaś wygląd ognia w kominku, który prezentuje się bardzo, bardzo naturalnie. 

Nie jestem Wam  w stanie powiedzieć kiedy gra ujrzy światło dzienne w pełnej wersji. Mam nadzieję, że tak się stanie i niebawem o tym usłyszymy, bo mam przeczucie, że może to być tytuł, który zapadnie nam w pamięć. Jestem poza tym strasznie ciekawa, jak mój wybór, ten mroczniejszy, wpłynie na fabułę. Chciałabym mieć okazję to sprawdzić i trzymam za grę mocno kciuki. Obyśmy się jej doczekali. Ja czekam na nią z utęsknieniem. Wam zaś polecam sprawdzić demo! Bo fajna, choć krótka to jest zabawa, zapewniam! 

Gra dostępna w wersji na komputery PC, Mac oraz Linux, na Steam. Nie ma jeszcze daty premiery. 

Project Grove, przygodowa gra fantasy o alchemii i przyjaźni

Project Grove, przygodowa gra fantasy o alchemii i przyjaźni

 

Pierwszoosobowa przygodowa gra fantasy, o tytule Project Grove, przygoda z alchemią, a także o przyjaźni ma swoje miejsce na platformie Steam. Grę można sprawdzić także w wersji demo, dostępnej właśnie na platformie Valve.

Project Grove to gra w przygodowym stylu fantasy, w której twórcy szykują dla nas opowieść o pogoni za alchemią i przyjaźnią. Jest to gra stworzona i wydana przez Antler Studios. Data premiery gry nie została jeszcze ogłoszona, ale jej demo jest możliwe do sprawdzenia. 

Warto przeczytać:

Project Grove opowiada historię, która rozgrywa się w świecie, który gnębiony jest przez "Wielką Zgniliznę", która doprowadziła do ogromnych spustoszeń. W grze wcielamy się w alchemika, profesora  Edrica Tayte, który otrzymuje bardzo trudne, ale i bardzo ważne zadanie. Musi znaleźć lekarstwo na zarazę. 


W tym celu udaje się do głuszy, gdzie w towarzystwie swojego robota, zanurza się w świat Dacrimy, zbiera legendarną faunę i florę, i warzy wszelakie mikstury. Z czasem zyskując zupełnie nowe umiejętności, eksploruje las i odkrywa sekrety. 


W grze przemierzać będziemy wyjątkowe miejsca, stworzone w urokliwej grafice, poznając przeróżne, często absurdalne zwierzęta, rośliny i minerały. Mierzyć będziemy się z zagadkami, pokonując przeszkody i odblokowując zupełnie nowe obszary. Nie zabraknie przyrządzania mikstur. 



Zadanie nie będzie łatwe, bowiem nasz bohater to 70-cioletni staruszek. Towarzyszyć mu będzie robot L-P1N, który będzie jego przewodnikiem turystycznym, najlepszym przyjacielem i własną platformą do umieszczenia. Wszystko po to, by uratować ludzkość. 


Gra będzie miała swoją premierę na PC - Steam. Data nie jest znana. Obecnie można ją sprawdzać w wersji demo. 

Karta Steam - pobierz demo





poniedziałek, 30 grudnia 2024

Sanktuarium, recenzja religijnego horroru. Objawienie nie jedno ma imię!

Sanktuarium, recenzja religijnego horroru. Objawienie nie jedno ma imię!


Sanktuarium, recenzja religijnego horroru. Objawienie nie jedno ma imię! Oto moja recenzji kolejnego filmu grozy.

Netflix z racji na wyraźnie mniejszą ilość oryginalnych produkcji i spory spadek formy, od jakiegoś czasu stawiał na tytuły nie oryginalne, kinowe, które miały już swoją mniej lub bardziej udaną premierę kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat temu. Nie wychodzi na tym źle, szczególnie na polskim Netfliksie, na którym te filmowe nie nowe „nowości” mają się całkiem dobrze, goszcząc w topowych produkcjach tejże platformy. Na filmowej liście najchętniej oglądanych produkcji znalazł się niegdyś dostępny na wspomnianej wyżej platformie, recenzowany przeze mnie horror o tematyce religijnej, zatytułowany Sanktuarium, który teraz obejrzymy tylko w ramach opcji wypożyczenia, w zupełnie innych serwisach streamingowych. 

Warto przeczytać również:

Religia i groza, która się z tym wiąże to temat znany jak świat. Miłośnicy kina z pewnością obeznani się z tematami opętania, demonów, duchów i diabłów, które w świecie filmowym i serialowym, w produkcjach grozy zajmują ważne miejsce. Ci temat znają i doceniają. Na Netflix możemy oglądać religijny i satanistyczny polski film Ostatnia wieczerza, są też filmy z serii Obecność. Wszystkie one bazują na demonicznych opętaniach, przedstawiając grozę z tym związaną w dość charakterystyczny i jasno nakreślony sposób. Nieco inaczej religijną produkcję, w klimacie horroru widzi grecki reżyser Evan Spiliotopoulos, który do swojego dzieła o tytule Sanktuarium napisał także scenariusz. Film traktuje bowiem o objawieniu, którego wiarygodność, mimo cudów należy kwestionować. 

Sanktuarium to film, którego scenariusz powstał na bazie powieści "Święte miejsce" autorstwa Jamesa Herberta, a którego motywem przewodnim jest boskie objawienie, a dokładnie objawienie się Matki Boskiej. W całej historii świata udokumentowanych i potwierdzonych objawień nie jest dużo, a spora ich ilość jest przez kościół kwestionowana. W czasach, w których nagle narodziło się wielu jasnowidzów, proroków i ludzi objawiających prawdę, temat objawień wydaje się być dość aktualny.

A historia rozgrywa się współcześnie, choć jej początek to XIX wiek i rok 1845, kiedy to oskarżona, następnie okaleczona, powieszona na drzewie i spalona zostaje posądzona o bratanie się z szatanem niejaka Mary Elnor. Zły duch, który ją opętał zostaje umieszczony w lalce, jaką farmerzy składają jako dar plonów, zabawce związanej łańcuchami i schowanej w drzewie, na którym zginęła Mary. Wiele lat później, czyli obecnie pewien zdegradowany dziennikarz, Gerry Fenn, który stracił szacunek i pracę w gazecie za wymyślanie sztucznych historii, dostaje kolejne nisko płatne zlecenie. Ma udać się do niewielkiego miasteczka Banfield, gdzie podobno coś niezwykłego dzieje się z krowami.

Na miejscu okazuje się, że temat jest już nieaktualny, bo przejęła go zupełnie inna gazeta. Gerry postawia znaleźć inny, zastępczy, i o dziwo... ten znajduje go wkrótce sam. Mężczyzna odnajduje pod drzewem wspomnianą wcześniej lalkę, i niszczy ją, usiłując przypisać jej zniszczeniu ciekawą historyjkę. I jest to początek tego co niebawem doświadczy. Wracając do motelu niemal potrąca stojącą na drodze dziewczynę. Idąc jej śladem dociera do drzewa, pod którym znalazł ową lalkę. Widzi, że dziewczyna modli się tam do kogoś. Jakie jest jego zdziwienie, kiedy to miejscowa lekarka twierdzi, że Alice, bo tak ma na imię, jest od zawsze głuchoniema, nie mówi i również nie słyszy.

Niedługo później, podczas jednej z mszy, którą prowadzi jej stryj ksiądz, jedyna rodzina dziewczyny, Alice przemawia, twierdząc jednocześnie, że przemówiła do niej Matka Boska, dając jej również możliwość uzdrawiania ludzi. Gerry widzi w tym wielki potencjał, możliwość napisania reportażu, jaki znów uczyni z niego uwielbianego dziennikarza. Po tym, jak on i mieszkańcy Banfield stają się świadkami cudów, Gerry otrzymuje wyłączność na rozmowy z Alice. Ona twierdzi, że kontaktuje się z nią matka Boga, zaś jej stryj ojciec Hagan zaczyna dopatrywać się w tych czynach złej siły. Do zbadania wiarygodności objawień wysłany zostaje wysłannik watykański ojciec Delgarde. Wkrótce w miasteczku zaczynają dziać się przerażające wydarzenia, które kwestionują boską siłę, a potwierdzają działania diabelskiej, nieczystej mocy, z którą przyjdzie się dziennikarzowi i Alice zmierzyć. 

Sanktuarium jest kolejnym przedstawicielem horroru, który bawi się religią, i tematami z nią związanymi, ale w przeciwieństwie do tytułów powszechnie nam znanych, nie koncentruje się na egzorcyzmach, nie stopniuje emocji, a konsekwentnie ciągnie z góry już określoną historię. Twórca filmu nie pokusił się na tajemnicę, którą z wolna mielibyśmy w jego filmie odkrywać, poznawać, ale dał ją nam już na wstępnie, na samym początku seansu. Wiemy, albo przynajmniej domyślamy się jaka siła kieruje poczynaniami Alice, która nagle słyszy i mówi, i dodatkowo ma dar uzdrawiania. 

Evan Spiliotopoulos przewrotnie bawi się ludzką wiarą, usiłując przekonać widza, że szatan, diabeł czy inna mroczna siła z piekła rodem, w osobie powieszonej w dziewiętnastym wieku swojej oblubienicy, może działać na korzyść ludzi, by zjednywać sobie grono jego wyznawców. Na ile jesteśmy w stanie w takie działanie uwierzyć, to już inna kwestia. Ale trzeba przyznać, że zabawa formą jest w miarę ciekawa i pokazuje, jak bardzo chcemy wierzyć, jeśli tylko borykamy się z problemami, szczególnie zdrowotnymi, w boskie cuda… nawet jeśli nie pochodzą od Boga.

Reżyser, który ma na swoim koncie film Piękna i Bestia, Łowca i królowa lodu, a także produkcją opartą na faktach horror Egzorcysta papieża, wcale nie sili się żeby przekazać widzowi złożoną historią. Wręcz przeciwnie, serwuje ją na tacy, już na wstępie, niepokój, dramatyzm i horror podając jako danie główne, ale dopiero pod koniec seansu, na finał opowieści. Nie ma w filmie szans na strach, a przynajmniej na ten nieco wyższych lotów. Opowieść z gatunku grozy podszyta jest tu dramatem, procesami czarownic i wiarą w cuda, które nie zawsze mają cudowną i właściwie ukierunkowaną nadprzyrodzoną moc. Twórca stawia na lubość widza tym, co paranormalne, dziwne i niewyjaśnione, nie dbając czy to ma jakiś sens.

I choć logiki i straszności w filmie jak na lekarstwo, produkcja broni się dobrymi ujęciami, które obrazują niewielkie bogobojne miasteczko, w którym nie brakuje problemów. Momenty, kiedy kamera  ustawia się w ten, czy inny sposób przywołują niepokój. Wiemy, że coś strasznego zaraz zadziać się może, a i, jak to w horrorach bywa, dramaturgię buduje oczywiście muzyka. 

To, co jednak niesie zwykłą, niestraszną i płytką opowiastkę grozy ku wyżynom, wybijając ją nieco ponad przeciętność, to aktorstwo. Co tu kryć, reżyser postanowił obsadzić w swojej kolejnej produkcji gwiazdy kina, a i debiutująca w roli Alice aktorka sprawuje się tu bardzo dobrze. Pierwsze skrzypce grają bowiem Jeffrey Dean Morgan w roli Gerry'ego Fenna, dziennikarza, który ma na sumieniu wiele grzeszków, a którego społeczność i jedna dziewczyna odmienia, dając mu inne, lepsze życie. Aktor, który znany jest z serii The Walking Dead, spin-offu The Walking Dead: Dead City czy z serialu bijącego rekordy popularności Nie z tego świata, robi co może by jego postać była wiarygodna, zarówno dramatyczna, jak i dziennikarsko-cyniczna. I to co zamierza oddać w filmie swoją osobą, robi doskonale.

Wtóruje mu w doskonałości nie często widziana na wielkim ekranie młoda aktorka Cricket Brown, która w roli Alice, wierzącej i zaangażowanej w służbie Maryi, więżącej w jej prawdziwą moc, jest mega wiarygodna. Nie należy zapominać o roli jaką w filmie ma ojciec Hagan, jedyna rodzina i opiekun Alice, w którego brawurowo wcielił się William Sadler, znany z The Grudge: Klątwa, filmu Zielona mila czy Skazani na Shawshank.

W pozostałych rolach w filmie zagrali także: Katie Aselton (Gorący temat, W imię diabła) jako lekarka Natalie Gates, Cary Elwes (Stranger Things, Rebel Moon, Gra fortuny) jako Biskup Gyles czy Diogo Morgado (Posłańcy, Syn Boży) w roli wysłannika watykańskiego, ojca Delgarde.

Podsumowując Sanktuarium to kolejny horror, który niczym Was nie zaskoczy, niczego nowego w dziejach kina nie wniesie. Nie będzie straszył, przerażał i trzymał w napięciu, a tematy religijne postara się pokazać w nieco innym ujęciu. Mimo tego, że nie jest to horror najwyższych lotów, a bardzo zwyczajny przeciętniak, ma w sobie coś, co powoduje że oglądanie go nie jest nieprzyjemne, a momentami nawet wciąga. 

Jeśli potraktujecie go jak kolejny film mający dawać rozrywkę, i nie będziecie go traktowali zbyt poważnie i rozbierali fabularnie na czynniki pierwsze, a i nie lubicie typowej grozy znanej z horrorów, to możecie go obejrzeć. Miejcie tylko na uwadze fakt, że wywraca on do góry wiele religijnych pojęć, a wątek fabularny nie ukrywa, ujawniając go na wstępie, obudowując wokół niego fabularną otoczkę.

Moja ocena 6/10.

Sanktuarium można obejrzeć w opcji wypożyczenia na Prime Video i Apple TV+.


Death Corp - wrażenia z demo. Korpo-makabryczna przygodówka z czarnym humorem

Death Corp - wrażenia z demo. Korpo-makabryczna przygodówka z czarnym humorem

Death Corp - wrażenia z wersji demonstracyjnej klasycznej korpo-makabrycznej przygodówki z czarnym humorem. Oto co sądzę o tym przygodowym projekcie? 

Na kolejnym wydarzeniu Steam Next Festiwal, jakiemu miałam okazję się przyjrzeć jakiś czas temu, było dostępnych do sprawdzenia wiele tytułów, ale prawdę powiedziawszy z gier przygodowych, na jakich się osobiście skupiam, zaciekawiło mnie niewiele, albo nawet bardzo mało. Udało mi się wtedy sprawdzić dobrze zapowiadający się tytuł od Frogwares, Sherlock Holmes The Awakened i równie godną uwagi, ale zupełnie inną w klimacie słowiańską, rodzimą przygodówkę The End of the Sun. Moją uwagę przykuła także klasyczna produkcja point-and-click, o tytule Death Corp, o której tym razem nieco poopowiadam. 

Warto również przeczytać:

Tak jak wspomniałam Death Corp to przygodówka typu „wskaż i kliknij”, której stworzeniem zajął się niezależny twórca, Alberto Costa, który zaserwował nam w grze trochę humoru, nieco klimatu makabry i nawiązania do korporacyjnego życia, jakie towarzyszy wielu z nas. Wersja demonstracyjna obejmuje około pół godziny rozgrywki, i jedynie mały fragment pełnej gry, podzielonej na kilka rozdziałów, która wciąż nie ma swojej daty premiery. 

Jest to opowieść, która skupia się na mężczyźnie o imieniu Art, który nie należy do wybrańców urodzonych pod szczęśliwą gwiazdą, a wręcz przeciwnie, bowiem jest życiowym pechowcem. Właśnie jest na etapie poszukiwania nowej pracy. Ale jakkolwiek bardzo się stara, ciągle nie trafia w gusta przyszłych pracodawców. 

W wersji demonstracyjnej spotykamy naszego bohatera podczas kolejnej rozmowy klasyfikacyjnej, które, tak jak i poprzednie, nie idzie zgodnie z planem Arta. Przyszli pracodawcy nie są z niego zadowoleni, bo czego się nasz protagonista złapie, to popsuje. Ten pech, który mocno go prześladuje, doprowadza do nieszczęśliwego wypadku, w którym ginie cała grupa osób osób, która miała dać mu szansę na pracę. Okazuje się jednak, że czyn ten bardzo przypada do gustu Śmierci, która dostrzega talent mężczyzny i postanawia zatrudnić Arta w swojej korporacji, w której będzie pilnował, by osoby, które mają już odejść z tego świata, przeszły zgodnie z planem, na drugą stronę.

I tak Art trafia, z pomocą portalu, jaki otwiera jego pracodawca do korpo - śmierci, w którym to nie tylko poznaje panujące zwyczaje, ale otrzymuje pewne moce i swoje pierwsze zadanie, w którym to śmierć ma dopaść kilka młodych osób. Jak się okazuje, misja nie będzie należała do łatwych.

Death Corp to dość specyficzna pod względem humoru przygodówka, którą sam twórca określa czarną komedią, a ja nazwałabym nawet makabreską, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Wykonana w rysunkowym, ręcznie malowanym stylu, odwołująca się do klasyków gatunku gra, nie stroni od krwi, momentów brutalności i licznych zgonów. Jednocześnie w projekcie owym, którego malutki, jak wspominaliśmy półgodzinny fragment poznamy w wersji demonstracyjnej, nie brakuje licznych odwołań. 

Uważni gracze, którzy przetestowali wersję demo, znajdą tu odniesienia do gier, takich jak: Monkey Island, Day of the Tentacle czy Grim Fandango, do której recenzję oraz poradnik/solucję pisałam dla lubiegrac.pl. Ale nie tylko skojarzenia z grami, i to klasykami świata przygodówek, w tym projekcie znajdziemy. Wiele twórca czerpie także z biblioteki filmowej, powiedziałabym, że w wersji demo, z filmów grozy. A są to projekty na pograniczu thrillera, a slashera, w których młodych ludzi goni zamaskowana postać z toporem w ręce, który bez skrupułów wbija w ciała swoich ofiar.

Gra, choć rysunkowa i graficznie wesolutka, nie jest moim zdaniem przeznaczona dla młodszych graczy, bo już wersja demo ocieka krwią i pewną dozą brutalności. Nie jest to jednak tytuł, którego należy się bać. Podczas ogrywania demo, ani przez moment nie poczułam strachu, czy obawy, że coś mi grozi. A choć lubię się bać przy filmach z gatunku horrorów, to już grać w coś co niesie ze sobą zagrożenie śmierci, nie za bardzo. 

W Death Corp mamy jednak do czynienia z klasyczną rozgrywką „wskaż i kliknij”. Gra w niczym nas nie popędza, nie ma wyścigu na czas, w którym musimy spieszyć się, czy uciekać przed potencjalnym zabójcą. To my jesteśmy tym co przynosi śmierć, albo przynajmniej Śmierci pomocnikiem, ale nasze działania skupiają się na klasycznych rozwiązaniach przygodowych. Zajmujemy się zatem eksplorowaniem, zbieraniem przedmiotów i używaniem ich w odpowiednim miejscu. Zebrane rzeczy trafiają do klasycznego ekwipunku, który znajdziemy na dole ekranu. Naszym protagonistą sterujemy za pomocą myszy, jednym kliknięciem. Twórca zadbał także o podświetlanie aktywnych miejsc w lokacjach, co ułatwia poszukiwanie przedmiotów. 

Zagadki w wersji demonstracyjnej skupiały się na przedmiotach, ale twórca w pełnej wersji swojego projektu obiecuje, jak wspomina o „skandalicznych zagadkach”. Należy się zatem spodziewać dużo zaskakujących, i mrocznie – komediowo – makabrycznych momentów, których przedsmak odczuwamy w wersji demo.

Death Corp miało mieć już swoja premierę, ale ta finalnie nie nastąpiła, i póki co nie wiemy kiedy nastąpi. Gra dostępna będzie po jej wydaniu w pełnej angielskiej wersji językowej, czyli z aktorstwem głosowym. W demo próbkę tego jak będzie wyglądać angielski dubbing odczujemy jedynie w jednej animacji, w której Art rozmawia ze Śmiercią, czyli ze swoim pracodawcą. Same demko dostępne jest bez głosów, a jedynie z napisami. Przygodówka niestety nie będzie miała polskiej wersji językowej, co mnie zasmuca, ale do czego zdążyłam się już przyzwyczaić. 

Podsumowując Death Corp to ciekawa nieco makabryczna czarna komedia, w klasycznym przygodowym stylu, dla graczy lubiących typowe poin-and-clicki. Czarny humor, ładne rysunki, ciekawe dialogi i pokręcone zagadki. Tak w wielkim skrócie zdaje się wyglądać gra, której demo mogliśmy sprawdzić. Pora poczekać na wydanie gry w całości, która wydaje się być bardzo intrygująca. 

Death Corp nie ma swojej daty premiery. Zadebiutuje na Steam, w wersji na PC oraz Mac. 

Karta Steam - pobierz demo


Premiery gier przygodowych styczeń 2025. Nowy Rok przywitamy niewielką ilością przygodówek

Premiery gier przygodowych styczeń 2025. Nowy Rok przywitamy niewielką ilością przygodówek

 

Żegnamy stary rok, i witamy nowy, także w świecie gier, również przygodowych. Pora zatem przyjrzeć się co przygodowego przyniesie nam styczeń 2025 roku. Jak przygodowo przywitamy nowy rok? 

Radosny i przedświąteczny czas mamy już za sobą. Jutro Sylwester i punkt o północy przywitamy Nowy Rok 2025. Jaki będzie tego oczywiści jeszcze nie wiemy. Wiadomo za to co w styczniu, czyli pierwszym miesiącu 2025 będzie miała swój przygodowy debiut. Wszystko wskazuje na to, że ponownie, jak przygodowy grudzień minionego roku będzie to spokojny miesiąc, z małą ilością gier przygodowych. Jakie gry zatem debiutują w styczniu 2024?

Warto także przeczytać:

    Premiery gier przygodowych styczeń 2025

    Asfalia: Fear - premiera 21 stycznia

    Gra poruszająca tematykę mierzenia się z własnym strachem, w której śledzimy losy i pomagamy kilku bohaterom. Poznajemy Laika, Lexie, Bosco i Bandita, postaci zamieszkujące piękną, malowaną krainę.

    Gra zadebiutuje na PC 


    The End of the Sun - premiera styczeń

    W polskiej grze, dostępnej w pełnej polskiej wersji językowej, tytule inspirowanym mitologią słowiańską wcielamy się w Żercę, mężczyznę posiadającego zdolność podróżowania w czasie. Pewnego dnia przybywa do wioski, w której nikogo nie zastaje. Podróżując po Nawii, świecie poza naszym doczesnym życiem, wpływa na przeszłość, poznając tajemnicę tego miejsca. 

    Gra zadebiutuje na Steam, na PC, Mac i Linux w styczniu. Dokładna data, czyli dzień premiery wciąż nie została ogłoszona. 


    Lurking Within - premiera w styczniu

    Dokładnej daty premiery, to znaczy dnia nie ma także niezależna gra przygodowa w klimacie grozy, w która również zagramy po polsku. Wcielamy się w niej w młodą kobietę, która pewnego dnia budzi się naga w łazience, nie pamiętając co się wydarzyło. Wkrótce przyjdzie jej zmierzyć się z nawiedzonym miejsce, zagadkami, ale i wrogami. 

    Gra zadebiutuje na PC - Steam. 


    Jak widzicie tytułów przygodowych w nadchodzącym miesiącu będzie naprawdę mało. Nie ma również pewności, że jakiś z nich mówiąc kolokwialnie nie wyleci z owej styczniowej listy. Jeśli natomiast jakaś gra niespodziewanie pojawi się w styczniu, bądź będzie zapowiedziana, nie omieszkam Was o tym poinformować. Miłej zabawy! 

    niedziela, 29 grudnia 2024

    Upiory Wojny (Ghosts of War) - recenzja. Nieoczywisty, czasem zaskakujący horror wojenny z dramatem w tle

    Upiory Wojny (Ghosts of War) - recenzja. Nieoczywisty, czasem zaskakujący horror wojenny z dramatem w tle

    Recenzja filmu Upiory Wojny (Ghosts of War), nieoczywisty, czasem zaskakujący horror wojenny z dramatem w tle. Czyżby produkcja nie dla każdego? 

    Pozwolicie, że moją recenzję zacznę od małej dygresji, mojego podsumowania filmów grozy, które na przestrzeni kilku lat miałam przyjemność oglądać. No cóż….ile by o niech nie opowiadać, każdy koncentrował się na podobnych schemacie, nie straszył, a jakoś scenariusza była, lekko mówiąc….nijaka. Przymierzając się do obejrzenie kolejnego horroru o dwuznacznym tytule Ghosts of War – Upiory Wojny, przyznam się Wam, nie spodziewałam się po nim za wiele. A tymczasem ów tytuł pozytywnie mnie zaskoczył i to pod kilkoma względami. Jakimi? O tym w mojej recenzji. 

    Może zainteresuje Cię także:

    Fabuła…...nie jest tak jak myślicie, czyli bardzo zaskakująco

    Pierwszym pozytywnym zaskoczeniem, jak już widzicie w nagłówku, jest fabuła. Oczywiście nie mogę jej zdradzać do końca, bo o nie to przecież chodzi w recenzjach, ale mogę za to przekazać, że będziecie zaskoczeni. A to bardzo wyjątkowa cecha współczesnych, miałkich i przewidywalnych horrorów. 

    Historia koncentruje się wokół pięciorga amerykańskich żołnierzy, którzy w roku 1944 zostaję oddelegowani na kolejną misję. Ta wydaje się im spełnieniem marzeń i oazą żołnierskiego spokoju. Otóż mają przez określony czas zająć się utrzymaniem wielkiej posiadłości, a dokładniej rzecz biorąc, zamku położonego na odludziu, w malowniczej okolicy. Miejsce to było kiedyś siedzibą nazistowskiego dowództwa. Wielkie zamczysko skrywa jednak przerażającą tajemnicę. Dokonano w nim brutalnego mordu, a uwięzione i udręczone dusze domowników, które nie zaznały spokoju, ciągle krążą po domostwie. Ich obecność mocno da się we znaki wspomnianej piątce żołnierzy. 

    Powiecie, że to historia jakich wielu, opowieść o spragnionych sprawiedliwości duchach, o upiorach, strachu i przygnębieniu. A jak wam powiem….i tak i nie. Bo owszem, scenariusz bazuje na przetartych już ścieżkach grozy. Bo znawcy tematu grozy mogą domyślać się co ich czeka. Ale jest pewien szkopuł w całości tej historii….nie wiadomo co jest prawdziwe, a co nie, a akcja zbacza w pewnym momencie z zupełnie inną stronę. Element zaskoczenia to samo jądro tego ciekawego fabularnego wątku o duchach, prawdzie, wojnie i ludzkich demonach przeszłości.

    Upiory Wojny (Ghosts of War). Czym jestem?

    Takie pytanie można zadać sobie po obejrzeniu tejże produkcji. Bo tak właściwie nie jest to tylko horror, nie jest to nawet horror wojenny, choć tak można byłoby o nim powiedzieć, w takie ramy go zamknąć. Ja bym jednak skłoniła się do określania Upiorów Wojny mianem dramatu wojennego w klimacie horroru. Nie każdy się odnajdzie w jego klimacie, nie każdemu film przypadnie do gustu, gdyż produkcja w reżyserii i według scenariusza Erica Bressa, mającego na swoim koncie film Efekt Motyka, czy serię Oszukać Przeznaczenie, bardzo specyficznie miesza gatunki, stawiając nad wszystkich wielki znak zapytania.

    Nic tu nie jest na tyle wyraźne i na tyle klarowne, żebyśmy mogli powiedzieć sobie, tak, to jest horror. Tak, to jest film wojenny. Albo, tak, to jest dramat wojenny. Twórca bardzo oszczędnie, choć zarazem krwawo, pokazuje fragmenty z wojną związane, koncentrując się jedynie na niewielkich, dość brutalnych szczegółach. Właściwie z wojną związani są tylko bohaterowie, to, że widzimy ich w mundurach i to, że każdy z nich ma jakieś traumatyczne wojenne wspomnienia. 

     

    Trauma, to zaś istota tej opowieści. Reżyser Ghosts of War postarał się opowiedzieć historię, której tłem, której tylko motywem przewodnim, ale nie centrum opowieści, są duchy. Horror i wojna zostały ciekawie połączone. I mimo pewnej płytkości fabularnej, pomimo powtarzanych banałów, seans potrafi wciągnąć. Nieco rozwleczony początek, nagle zmienia kurs i staje się zagadkowy, ale i smutny. 

    Smutek, to bardzo dobre słowo określające stan po obejrzeniu tejże produkcji. Jednocześnie trzeba sobie tu jasno powiedzieć, że nie jest to produkcja dla wszystkich, nie jest to tytuł jasno wpisujący się w ramy horrorów. Powiedziałabym, że to przerażająca, bardzo trudna i ciężka w odbiorze historia o demonach, o piekle zarówno wojennym, jak i bardzo ludzkim. Twórca pokusił się o zadanie pytanie na co, na ile i czy naprawdę stać nas na bycie ludzkim, na bycie w zgodzie ze sobą. Czy to się mu udało….może nie do końca, ale jednego nie da się filmowi odmówić, zaciekawia, jest nieco inny od klasycznych powtarzalnych tytułów grozy, jakich ostatnio wiele. 

    A co z grą aktorską, realizacją i zdjęciami?

    Opisywany przeze mnie film jest dostępny w wersji na DVD oraz wypożyczalniach online i choć nie znajdziemy w nim super gwiazd kina, to mimo wszystko zetniemy się z aktorami, których już kiedyś i gdzieś widzieliście. I nie są to jedynie filmy grozy. Jak już wspomniałam opowieść skupia się na pięciu żołnierzach i to oni są bohaterami i protagonistami filmu. 

    Podczas ponad prawie półtoragodzinnego seansu, na ekranie będziemy mogli oglądać Brentona Thwaitesa (Oculus, Czarownica czy Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara), który wciela się tu w Chrisa, w miarę opanowanego, ale i pełnego sprzeczności przełożonego grupy. Towarzyszą mu opanowany Kirk, w tej roli Theo Rossi (Synowie Anarchii, Grzechotnik), oczytany i wykształcony, znający języki obce, w tym niemiecki, Eugene, w tej roli Skylar Astin (Między Piętrami czy seria Pitch Perfect), dręczony demonami przeszłości Tappert,  w którego wcielił się Kyle Gallner (Koszmar z ulicy Wiązów, Snajper czy Udręczeni) oraz brutalny Butchie. Ta rola przypadła w udziale Alanowi Ritchsonowi (Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia, czy seria Wojownicze żółwie ninja).

    Nie są to role zachwycające, nie warto się nad nimi zbyt wiele rozwodzić, ale każdy z aktorów oddał swojej postaci jakąś cząstkę siebie, nawet jak ta wydawała się prozaiczna i banalna. Chyba najwięcej wykrzesać ze swojej postaci mogli Ci, którym twórca powierzył odegranie charakterystycznej, tej nieco brutalnej istoty ludzkiej. 

    Nie mogę się za to zupełnie przyczepić do filmowej realizacji, która wypada całkiem przyzwoicie. Mimo tego, że większa część akacji rozgrywa się w zamku, a ten robi przyzwoite wrażenie, jakieś elementy poza pałacowe też w filmie znajdziemy. Co ciekawe produkcja jest utrzymana w bardzo nierównym tempie, co jednocześnie jest jej zaletą, jak i wadą. Sceny zamkowe, choć znajdziemy w nich grozę, wydają się płynąć wolnym, bardziej narracyjnym rytmem. Te zaś poza pałacem, szczególnie w końcówce filmu, mocno przyspieszają.

    Irytujące wydaje się być zakończenie filmu, który dziwnie się urywa, dając poczucie, że czegoś tam jeszcze w nim brakuje. Nie wiem, czy jest to zabieg celowy, czy nie, ale wyraźnie odstaje od całości.

    Ghosts of War – Upiory Wojny – podsumowanie

    Gatunek zwany horrorami jest rodzajem filmowym, który mnie akurat, powiem kolokwialnie „leży”. I tak też bym określiła recenzowaną przeze mnie w tym tekście produkcję grozy. Film mi „leży”, nie zachwyca, ale i nie odrzuca, jest niecodzienny, zdecydowanie nie dla każdego widza.  Fabuła zaciekawia, nakłania do zastanowienia się co dalej, zadaje pytania i to nie jedno, co cenią się niezwykle w filmowych produkcjach. Czy zdołamy sobie na nie odpowiedzieć, to już zapewne inna bajka, i to nawet mroczna. Jest w tej produkcji coś zaskakującego i przykuwającego uwagę. Dobry seans na jeden z zimowych wieczorów, nie tylko dla fanów kina grozy. 

    Moja ocena 7,5/10. 

    The Adventure Of Bryan Scott, wrażenia z demo. Fani Broken Sword będą zachwyceni!

    The Adventure Of Bryan Scott, wrażenia z demo. Fani Broken Sword będą zachwyceni!

    The Adventure Of Bryan Scott, wrażenia z wersji demonstracyjnej. Fani Broken Sword będą zachwyceni! Niestety data premiery gry jest bardzo odległa. 

    The Adventures Of Bryan Scott, grze przygodowej od Radio Silence Studios, przyglądam się długo, i po sprawdzeniu wersji demonstracyjnej, jaka jest już dostępna, martwi mnie, że będą na ten tytuł czekała aż tak długo, bowiem, według najnowszych planów do grudnia 2025 roku. Martwi, bo gra, choć ogrywałam jedynie jej malutki fragmencik, zapowiada się, użyję kolokwializmu „miodnie”, mając w sobie wszystko to, co w grach z tego gatunku uwielbiam, no może bez jednego elementu, albo jego jak na razie braku. Oto co myślę o owej przygodówce, którą sami możecie sprawdzić, bo jest dostępna na platformie Steam i itch.io, oczywiście w wersji demo. 

    Warto przeczytać także:

    Na początek kilka słów na temat fabuły The Adventures Of Bryan Scott, o której wspominałam już na blogu. W grze wcielamy się w mężczyznę, tytułowego Bryana Scotta, który jest synem znanego, ale już nieżyjącego archeologa, Johna W. Scotta. Pewnego dnia Bryan, który w wersji demo właśnie zajmuje się uciekinierką, jaszczurką o imieniu Hans, zwierzakiem swojej sąsiadki, a niegdyś sympatii, otrzymuje tajemniczą przesyłkę. Wewnątrz znajduje się pendrive oraz pamiętnik zaginionej poszukiwaczki skarbów, niejakiej Kate Williams. Okazuje się, że poszukiwała skarbu królowej Saby, którym interesował się także ojciec Bryana. Próbując dowiedzieć się więcej na temat skarbu, o którym wspomina biblijna Druga Księga Królewska, nasz protagonista kontaktuje się z wujkiem, i gdy już gotów jest do niego pojechać, zostaje zatrzymany przez tajemniczego mężczyznę z bronią w ręku, który na dodatek znał jego ojca, i zmuszony do udania się na Bliski Wschód, w poszukiwaniu zaginionej Kate. 

    The Adventures Of Bryan Scott w wersji demo to około pół godziny zabawy, która mija zdecydowanie za szybko. W testowej wersji jesteśmy w mieszkaniu Bryana, próbując, jako nasze pierwsze przedmiotowe zadanie, złapać jaszczurkę Hansa, i umieścić ją w terrarium, z którego uciekła. Sterując postacią naszego bohatera za pomocą myszki, czyli w sposób absolutnie klasyczny, eksplorujemy teren, zwiedzając pokój i przedpokój, zbierając przedmioty i łącząc je, po czym odpowiednio je używamy. Robimy zatem czynności klasycznie przygodowe. 

    Rzeczy, które zbieramy trafiają do równie klasycznego ekwipunku, który znajdziemy na dole ekranu. Każdy przedmiot ma swój opis, a trzeba tu zaznaczyć, że gra już na poziomie wersji demonstracyjnej, jest dostępna w języku polskim – napisy. O każdej rzeczy, gdy klikniemy PPM usłyszymy odpowiedni komentarz growego protagonisty, czyli Scotta. Na poziomie dema nie zauważyłam możliwości podświetlania miejsc interaktywnych. Nie mam także pojęcia, czy taka możliwość pojawi się w pełnej wersji. 

    To co uderza, zaraz po odpaleniu wersji demonstracyjnej, a z czym nie kryli się autorzy tegoż projektu, to niezwykłe, wręcz namacalne podobieństwo do serii Broken Sword, szczególnie do jej początków, której pierwsza odsłona Broken Sword - Shadow of the Templars: Reforged została przez mnie opisana w recenzji oraz poradniku/solucji. Niemal wszystko w The Adventures Of Bryan Scott może się fanom tej serii kojarzyć z „Brokenem”, począwszy od aktora głosowego, czyli Rolfa Saxona, growego George’a Stobbarta, po grafikę, udźwiękowienie i wiele jawnych do gier nawiązań. 

    Miło usłyszeć znajomy głos pana Saxona, i myślami wrócić do kultowej już serii. Aktor brzmi świetnie, i w swojej roli realizuje się doskonale, choć jest pewne ale, a przynajmniej ja tak to odczuwam. Otóż Bryan jest człowiekiem w miarę młodym, a pan Rolf Saxon mężczyzną dojrzałym, przez co dysponującym bardziej starszym głosem. To buduje pewien dysonans, i może niektórym lekko przeszkadzać. Niemniej jednak fani serii Broken Sword, klasyków świata przygodowego, mogą być w siódmym niebie. Osobiście znam takich kilku. Wśród nich jestem i ja.

    Podobieństwo do wspomnianych gier, szczególnie do pierwszej z nich odczuwalne jest także w samym interfejsie opisywanej gierki, choćby w momentach podnoszenia kluczowych przedmiotów. Towarzyszy nam wtedy odpowiednia muzyczka, która buduje klimacik, świadczy o czymś ważnym, i jest mega podobna do gier od Revolution Software, i przygód  George’a Stobbarta i Nicole Collard, której głos również usłyszymy, jako Kate Wiiliams, ale już w pełnej wersji gry. Podczas ogrywanie demo natkniemy się także na wiele jasnych, bardzo klarownych nawiązań do pierwszej osłony Broken Sword, choćby na plakat z owej przygodówki. 

    The Adventures Of Bryan Scott to tytuł będący klasycznym „wskaż i kliknij”, w rysunkowym stylu 2D, jaki kocham w grach przygodowych, i jaki wielu miłośnikom tego gatunku, będzie się z takim grami kojarzył. Gra jest naprawdę ładna, dokładna, pełna szczegółów, z pięknymi tłami, jakie uwielbiam. W tytuł zagramy w pełnej wersji angielskiej oraz niemieckiej, z tłumaczeniem na wiele języków, także po polsku. 

    Jedno małe ale mam do tego, że w ogrywanym demo nie natknęłam się na żadną zagadkę logiczną. Zadania skupiają się tu, jak już wspominałam na zagadkach przedmiotowych, typu znajdź-połącz-użyj. Ogrywane demko nie jest trudne, więc zapewne z rozgrywkę poradzą sobie także gracze, którzy z tytułami przygodowymi, raczej nie mają do czynienia. Ja jednak liczę, że w pełnej wersji owej przygodówki, niestety odległe.

    Póki co jestem zachwycona, i spragniona ogrywania The Adventures Of Bryan Scott w całości. Cudowna grafika, klimat serii Brokens Sword, tajemnice i ukryty skarb, no i sama postać Bryana mówiącego głosem George’a. Oj coś czuję, że będzie to tytuł, który zaspokoi gusta klasyków przygodowych, a w błogość wprowadzi fanów serii od  Revolution Software. Cóż, pozostaje samemu sprawdzić wersję demonstracyjną, do czego oczywiście zachęcam. A mnie pozostaje dalej śledzić projekt, także jego kampanię, Wam życząc dobrej zabawy z demo! 

    Pełna wersja przygodówki The Adventures Of Bryan Scott zadebiutuje później niż przewidywano. Data została ustalona na grudzień 2025 roku.

    Karta Steam - pobierz demo

    Aether Collector, łamigłówkowy horror, kwestionujący prawdę

    Aether Collector, łamigłówkowy horror, kwestionujący prawdę

     

    Surrealistyczna przygodówka w klikacie grozy, z łamigłówkami, w rozgrywce "wskaż i kliknij, przenosząca graczy do opuszczonego miasta, gra Aether Collector ma wstępną datę premiery. Jej debiut przewidziany jest w pierwszych miesiącach przyszłego roku.

    Aether Collector to przygodówka point-and-click, w surrealistycznym stylu, której akcja rozgrywa się wewnątrz wielkiej anomalii. Gra została stworzona i wydana przez studio Magory.net i wiemy kiedy, przynajmniej wstępnie będzie miała swoją premierę. Aktualnie można dodawać jej do swojej listy życzeń na Steam.

    Warto przeczytać również:

    Aether Collector, gra stworzona przez polskie studio zadebiutuje w przyszłym roku, pozwalając nam wcielić się w Samanthę, nową pracownicę Korporacji A-VOID w Posterunku X. Zadaniem naszej bohaterki jest odzyskiwanie powietrza za pomocą drona, Eteru w tajemniczej i opuszczonej Dolinie Quandary. Przyjdzie jej przemierzać świat, w ktorym czas i rzeczywistość została zakrzywiona, a najważniejsze są korporacje i ich interesy. 



    Podczas eksploracji gry przemierzać będziemy opuszczone miasto i las. Sterując dronem będziemy zbierać Eter, odkrywać sekrety, dokonywać odblokowania ech, ale i staniemy przez moralnymi dylematami. Nie zabraknie dziwnych zjawisk i zagrożeń. Gracz wcielając się w protagonistkę, które milczy, z czasem odkrywać będzie sekrety swojego pracodawcy, a także spróbuje rozwiązać tajemnicę Urządzenia Nirvana.



    Twórcy opisują swoją grę jako horror egzystencjalny z satyrą korporacyjną. Rozgrywka przewidziana jest na około 5 godzin. Gra sprawi, że będziemy kwestionować otaczającą nas rzeczywistość.

    Aether Collector swoją premierę na Steam będzie mieć w pierwszym kwartale 2025 roku.

    Karta Steam