Nicola Piovesan, odpowiedziany za gry wideo, ale również animowane filmy niebawem ruszy z kampanią Kickstarter swojej kolejnej produkcji, ponownie animacji, tym razem w futurystycznym stylu. jej tytuł brzmi ITALIA 2162, i jak się domyślacie z tytułu, zabierze nas do Włoch.
W futurystyczną podróż po Włochach przyszłości zabrać chce nas Nicola Piovesan, reżyser nagradzanego Robot Will Protect You, ale również wraz ze Chaosmonger Studio twórca przygodówki Encodya, której wrażenia z demo, a także recenzję oraz szczegółowy poradnik/solucję napisałam dla serwisu lubiegrac.pl. Twórca niebawem chce wystartować z kampanią ITALIA 2162, swojego nowego animowanego projektu na Kickstarterze.
ITALIA 2162 to jak wspomniałam pełnometrażowy film animowany, w którym jak donosi twórca znaleźć się mają treści przygodowe, nieco dramatu. A wszystko osadzone w urokliwych efektach wizualnych. Wszystkie projekty są ręcznie rysowane, podobnie jak tekstury.
W filmie wcielamy się w nieśmiałego chłopca o imieniu Marco, któremu towarzyszymy w jego ekscytującej podroży przez Włochy. W wędrówce towarzyszyć mu mają bardzo wyjątkowi towarzysze.
Data startu kampanii animacji na platformie Kickstarter wciąż nie jest znana.
Red Rose, recenzja serialu od BBC dostępnego na Netflix. Produkcja na pograniczu horroru, kryminału i thrillera zamknięte w opowieści młodzieżowej.
Netflix to od jakiegoś czasu wylęgarnia filmowej i serialowej przeciętności, żeby nie powiedzieć gorzej… miernoty produkowanej na szeroką skalę, w sposób niemal taśmowy. Platforma zasypuje widza podobnymi do siebie serialami młodzieżowymi, banalnymi polskimi komediami romantycznymi, co jakiś czas wrzucając do swojej biblioteki słaby, albo raczej przeciętny horror, jak choćby Re/Member czyTin i Tina. Na szczęście sytuację ratują produkcje na licencjach, w tym te od brytyjskiego BBC. Dzięki niej mogliśmy zobaczyć choćby, naprawdę dobry miniserial W zamknięciu, który serdecznie Wam polecam.
15 lutego 2023 roku na Netfliksa trafił inny brytyjski serial Red Rose, który szybko podbił polskiego Netfliksa, i długo znajdował się w czołówce TOP 10 tejże platformy. Serial przybliża nam znane z innych produkcji motywy, pokazując uzależnienie od komórek oraz sieci i formułę, umiejętnie łącząc elementy horroru, kryminału i klasycznego dramatu. Wszystko ponownie zostało zamknięte w ramach produkcji dla młodzieży, gdyż o tej grupie wiekowej opowiadającej. Co zatem możemy spodziewać się po tym miniserialu? O tym w mojej recenzji.
Red Rose, jak już wspominałam, serial od brytyjskiej stacji BBC miał swoją premierę latem 2022 roku, na Netfliksa trafił zatem kilka miesięcy później, przenosząc nas do brytyjskiego miasta o nazwie Bolton. Miniserial, który składa się z powiedziałabym standardowej ilości epizodów, czyli z ośmiu odcinków, po około 40 minut (niektóre są nieco dłuższe) to dzieło, za które odpowiedzialni są Michael i Paul Clarkson, którzy są współodpowiedzialni za pracę nad serialem Nawiedzony dwór w Bly, od Netfliksa, czy Koło czasu od Amazon Prime Video.
Tym razem twórcy zabrali nas w opowieść, która, jak już wspominaliśmy rozgrywa się w Anglii, a jej bohaterami są młodzi ludzie, nastolatkowie i przyjaciele, którzy właśnie zakończyli egzaminy kończące szkołę, rozpoczynają wakacje i snują plany na dalszą część życia. Wśród owej grupy jest ich przywódczyni Rochelle Mason, grana przez Isis Hainsworth (Emma, Nędznicy, Wandelust), która z racji na niski status społeczny czuje się mocno odizolowana. Dziewczyna boryka się także z traumę, śmiercią matki, która się zabiła, a na głowie ma nie tylko szkołę, ale także bliźniaczki, którymi podczas nieobecności ojca, musi się zajmować.
Pewnego dnia Roch, bo tak jest nazywana przez przyjaciół, pobiera na swój telefon tajemniczą aplikację, tytułową Red Rose, która obiecuje zmienić ją samą i jej życie. Z początku tak jest, i nasza bohaterka jakiś cudem, niczym Kopciuszek, dostaje od niej w prezencie sukienkę i buty, w których może udać się na przyjęcie, u jednej z bogatych koleżanek. Z czasem jednak tajemnicza aplikacja i ktoś za nią odpowiedzialny staje się bardziej agresywna i dominująca. Rochelle zaczyna dziwnie się zachowywać, być agresywna wobec swojej najlepszej przyjaciółki Amelii Clarkson, granej przez Wren Davis, która w końcu zrywa z nią kontakty.
Gdy dochodzi do tragedii, zarówno Amelia, jak i inni przyjaciele Roch postanawiają sprawdzić, co właściwie skłoniło ją do tak drastycznego czynu. Gdy sami pobierają aplikację i wokół nich zaczynają dziać się wydarzenia, które zwiastują śmierć, sytuacja mocno się pogarsza. Tylko wspólne zaufanie i zdolności nowej koleżanki, która wkrótce do nich dołącza, a jest nią Jaya Mahajan, granej przez Ashna’e Rabheru, pozwolą Ashley, Antony'emu, Tariqowi, znanemu jako "Taz" oraz Noahowi uratować swoje życie.
Poprzez wybór jaki dokonuje Roch stajemy się w serialu świadkami i uczestnikami grozy, która jak się okazuje, sięga dalej niż byśmy na początku mniemali. Pojawiają się bowiem zjawiska paranormalne, które zdają się być konsekwencją używania śmiertelnej aplikacji Red Rose, która sygnalizuje swoje istnienie specyficznym sygnałem dźwiękowym, a jej symbolem jest czerwona róża. Ale okazuje się, że groza to w opisywanym serialu nie wszystko.
Zaletą tejże produkcji jest to, że potrafi trzymać w napięciu i zaskakiwać, nawet gdy pewne momenty bywają mocno naciągane, albo zbyt surrealistyczne. Nie należy bowiem tego serialu traktować na tyle poważnie, by go zamykać w ramach serialowego dzieła, które będziemy rozbierać na czynniki pierwsze i analizować. To klasyczna opowieść, która ma za zadanie bawić, zaciekawiać i budować napięcie, a to się serialowi udaje. Osiem odcinków śledzi się z zaciekawieniem, gdyż te trzymają tajemnice aż do końca.
Ale żeby nie było aż tak różowo (albo czerwono), jak w tym przypadku, nie wszystko może nas zadowolić. Otóż z czasem groza, w postaci horroru, zmienia się w klasyczny kryminał. Nie jest to oczywiście nic złego, bo dalej towarzyszą nam znaki zapytania, a relacje między bohaterami seriali, czyli grupką przyjaciół, dają satysfakcję, i są naprawdę fajne. Problem w tym, że nieco płaskie, przyziemne zakończenie, które mnie osobiście nie bardzo tu pasuje, może nas rozczarować. Problemem w tym wypadku staje się ujawnienie czarnej postaci, która stała za ową aplikacją, złożone meandry fabuły, nagle takie nie są, a to nieco obniża poziom satysfakcji z serialu.
Wspominałam o postaciach w serialu, o jego bohaterach nie bez powodu. Może to tylko moje zdanie, ale w produkcjach brytyjskich jakość napisanych postaci jest dużo wyższa, niż w tych amerykańskich. Tu każde z przyjaciół stanowi własny byt, ma charakter, osobowość i jest jakieś. Dodatkowo ich relacja, a także dialogi, jakie ze sobą prowadzą, sprawiają że żywo uczestniczymy w wydarzeniach, w jakich biorą udział. Nie brakuje wyrażania emocji, są momenty dramatyczne i przejmujące.
Dodatkowo fajnym akcentem jest możliwość powrotu do lat 90-tych, choćby przez muzykę, którą w serialu otrzymujemy w ciekawych aranżacjach. Sprawia ona, że wraz z dialogami, klimatem i więzią przenikamy w świat, który jest jednocześnie bardzo współczesny, bo rysuje obraz zależności od komórek i Internetu, jak i bardzo retro.
Podsumowując, Red Rose, serial który potraktujemy w ramach rozgrywki, da nam wszystko to, co po nim oczekujemy. Będziemy zatem odczuwać napięcie, borykać się z przygnębieniem i żałobą, śledzić prawie kryminalne śledztwo i staniemy się świadkami fajnej przyjaźni. Jeśli po prostu chcecie spędzić czas, na lekkiej, ale traktującej o poważnych tematach, serialowej opowieści, to Red Rose jest dobrym do tego tytułem, no może poza zakończeniem. Ale te już pozostawiam waszej ocenie.
Moja ocena 7/10.
Serial Red Rose miał swoją premierę na Netflix 15 lutego 2023 roku.
Psychologiczny horror "wskaż i kliknij", w kreskówkowej grafice, ze zjawiskami paranormalnymi, zatytułowany Slender Threads zyskał oficjalną datę premiery. W grę stworzoną i wydaną przez studio Blyts zagramy za miesiąc.
Dziś dodałam na bloga moje wrażenia z demo Slender Threads, w którą zagramy już bardzo niedługo. Przygodówka w klasycznej rozgrywce point-and-click, stworzona przez niezależne studio zadebiutuje za nieco ponad miesiąc, z początkiem lutego.
Slender Threads to gra w rysunkowym stylu, z klasyczną rozgrywką, typową dla przygodówek "wskaż i kliknij", w której wcielamy się w Harveya Geena, który wędruje po nieznanym mu mieście. Jest on młodym mężczyzną zmagającym się z powtarzającym się koszmarem, snem, w którym widzi swoją głowę zawieszoną na ścianie. Wędrując przez osobliwe ulice, badając sklepy i przeróżne zakamarki Villa Ventana, postara się zrobić wszystko, by jego sen nie stał się rzeczywistością.
Slender Threads to ręcznie rysowana gra przygodowa, horror ze zjawiskami paranormalnymi, w którym znajdziemy eksplorację, rozmowy z licznymi postaciami oraz zagadki. Gra posiada liczne zwroty akcji i absurdalny humor. Posiada pełną angielską wersję głosową i oryginalną ścieżkę dźwiękową. Niestety nie zagramy w nią w języku polskim.
Premiery gry na Steam i GOG przewidziana jest 7 lutego 2025 roku.
Wrażenia z wersji demonstracyjnej Slender Threads, przygodowej klasyki w fajnym graficznym stylu i równie fajnym klimatem. Gra autorstwa studia Blyts.
Slender Threads to przygodówka, którą sprawdziłam w wersji demo na jednym z Festiwali Gier Steam, przygotowując tenże tekst. To będą krótkie, ale treściwe wrażenia z wersji demo, bardzo dobrze zapowiadającej się, klasycznej, acz utrzymanej w stylu horroru, przygodówki, która swoją premierę w pełnej wersji będzie miała już w przyszłym miesiącu. Zapraszam do lektury!
Wszyscy, którzy choć troszkę mnie znają, a tych co nie mieli okazji mnie poznać, informuje, że jestem fankom mrocznych, ale jednocześnie klasycznych przygodówek. Takich, które nie straszą dosłownie, nie ma w nich elementów zręcznościowych, a mrok koncentruje się jedynie na fabule.
Taka właśnie zdaje się być przygodówka point and click autorstwa studia Blyls o tytule Slender Threads. Jest to kolejny tytuł w portfolio tegoż dewelopera, który ma na swoim koncie także wykonaną w rysunkowym stylu, lecz nie mroczną grę adventure - Kelvin and the Infamous Machine.
Poprzedni tytuł był grą zabawną i nieco pouczającą, zaś nadchodzące Slender Threads to psychologiczny thriller, którego akcji rozgrywa się w miasteczku zwanym Villa Ventana. Pewnego dnia przybywa tam nasz growy protagonista, Harvey Green. Jegomość ten przyjeżdża do Villa Ventana, z nadzieją złapania inspiracji do kolejnego literackiego dzieła, być może dla bestsellerowej powieści. Po przybyciu na miejsce zaczynają męczyć go zaskakujące, niepokojące sny i majaki, które zarazem go przerażają, jak i pchają ku odkryciu prawdy. Postanawia się zatem rozejrzeć.
Dostępna na platformie Steam demo, obejmuje jakieś około pół godziny rozgrywki, w której nie tylko poznajemy nieco naszego bohatera, ale i zwiedzamy hotel, część miasta, a nawet mieszkanie niejakiego Oswalda, który zaginął.
Podczas naprawdę wciągającej wersji demonstracyjnej, która skupia się na klasycznych rozwiązaniach przygodowych, mierzymy się także z jedną prostą, acz ciekawą zagadką, w stylu puzzli. Na naszej drodze staje także wiele zagadek przedmiotowych i sporo dialogów. Gra zatem widzi się być klasyką w każdym calu, co niezmiernie mnie cieszy.
Wspomniałam o klasyce, więc pozwolicie, że rozwinę temat bardziej. Otóż Slender Threadsto przygodówka obsługiwana za pomocą myszy. Do dyspozycji mamy typowe dla tego gatunku ikony: "lupy", "ust" i "dłoni". Możemy zatem rozmawiać, wchodzić w interakcje z przedmiotami, a wielu miejscom, tudzież postaciom się przyglądać. Jest to dość istotne dla popchnięcia fabuły do przodu.
Fajnym rozwiązaniem, szczególnie na tych, którzy, jak ja, nie mają sokolego wzroku, jest to, że czcionka tekstu dialogowego jest naprawdę duża. Piszę to grze na plus i mam nadzieję, że w pełnej jej wersji, deweloperzy nie zmienią tego elementu na inny.
Jak na klasyka przystało, gra oferuje klasyczny ekwipunek, który zobrazowany został w postaci walizki. Podczas ogrywanego demo udało się zebrać kilka istotnych przedmiotów. Samouczek, który został w grze wbudowany, jasno i klarownie przedstawia jak posługiwać się rzeczami, jak sterować postacią i co jest istotą rozgrywki. Wracając do growego inwentarza, muszę wspomnieć, że przedmioty można ze sobą łączyć, tworząc inną, bardziej użyteczną.
Zaletą rozgrywki, którą w krótkiej wersji demonstracyjnej trudno ostatecznie ocenić, jest nie tylko klasyka, ale także fajny mroczny styl. Wspominałam, że nie jest to gra, w której uciekamy, borykamy się z potworami i tym podobnym „cosiem”. Nie znaczy jednak, że nie ma w niej klimatu równie zaskakującego, co wywołującego dreszczyk emocji. Bardzo ciekawie się to przedstawia w grze, bardzo zachęcająco.
Równie świetnie prezentuje się jej oprawa graficzna. Choć podczas demo zwiedzamy jedynie wycinek gry, wędrując po hotelu, domu zaginionego czy ulicy, to szybko wsiąkamy w urokliwy, rysunkowy styl 2D. Jest on zarazem kolorowy, w nieco satyrycznym, troszkę groteskowym stylu (w klikacie poprzednich gier), jak i klimatycznie….straszny.
Na sporą dawkę miodu, niestety muszę wylać nieco dziegciu. Otóż gra w wersji demonstracyjnej ma momenty przycinania się, co może nie przeszkadza, ale troszkę burzy klimat. Dźwięki i muzyka jest zdecydowanie za cicho, a niestety nie mamy możliwości pogłośnienia jej w menu – ustawieniach gry, gdyż takiej opcji wcale nie ma. Trochę brakowało mi głosu postaci, które w pełnej wersji Slender Threads się pojawią.
Podsumowując, miałam okazję przetestować, myślę, że kolejnego kandydata na bardzo interesującą klasyczną przygodówkę „wskaż i kliknij” w mrocznym stylu. Slender Threads poprzez swój klimat, fajne przedmiotowe zagadki i wstęp do zadaniach bardziej logicznych, zdecydowanie zachęca aby się jej bliżej i baczniej przyglądać. Jeśli zatem jeszcze demo nie sprawdzaliście, to jest ostatni moment, ostatni dzwonek, bo Festiwal już zaraz dobiegnie do końca.
Gra dostępna w dystrybucji cyfrowej na Steam i GOG, w wersji na PC, Mac oraz Linux 7 lutego 2025 roku.
Tin i Tina, recenzja hiszpańskiego religijnego horroru, który można obejrzeć, ale wcale nie trzeba. Oto nasza ocena kolejnej produkcji platformy!
Zwykle hiszpańskie horrory kojarzą mi się bardzo dobrze, z niezłym kinem, fabułą która potrafi porządnie utrzymać mnie w napięciu, a nawet przestraszyć, choć filmów grozy przerobiłam już naprawdę sporo, i niewiele jest w stanie mnie przerazić.
Zatem gdy zobaczyłam, że Netflix ma w swojej ofercie produkcję w takim właśnie gatunku, a na dodatek bazującą na nagrodzonym krótkometrażu, nie wahałam się, i w dniu premiery, a było to 26 maja 2023 roku, postanowiłam film Tin i Tina sprawdzić i sama ocenić jak wypada kolejny horror Netfliksa, pozostawiając po seansie jego recenzję. A oto ona!
Tin i Tina – fabuła
Zanim skupię się na opisie tego, o czym w ogóle opowiada fabuła hiszpańskiego horroru, muszą zacząć od początku i skupić się na jego pochodzeniu. Nie jest to bowiem wymyślona oryginalnie historia, napisana na własnym scenariuszu od samego początku do końca, a obudowana wokół filmu, który miał premierę w roku 2013 i jest produkcją krótkometrażową. Podstawą scenariuszową filmu Tin i Tina jest wielokrotnie nagradzany, króciutki film pod takim samym tytułem, który opowiada o małżeństwie, które adoptuje dwójkę bliźniaków. Krótkometrażowa produkcja, która spodobała się wielu, została rozbudowana na projekt fabularny, napisany i wyreżyserowany przez tego samego twórcę, Rubena Steina, który dziesięć lat po premierze swej krótkiej opowieści, postanowił ją mocno rozciągnąć, zamykając opowieść w dwóch godzinach filmowego seansu.
A ta skupia się na świeżo poślubionym małżeństwie. Lola i Adolfo bardzo się kochają, i właśnie planują wspólne życie, w którym niebawem ma pojawić się ich dziecko. Niestety szczęście pary nie trwa długo, gdyż po wyjściu z kościoła, w dniu zaślubin, Lola traci dziecko. Załamana wpada w rozpacz, i w stan który nazwalibyśmy depresyjnym. Alfonso, który stara się jakoś pocieszyć żonę, która już wie, że nie będzie miała z nim dzieci, bo jest bezpłodna, proponuje, by udali się do pobliskiego klasztoru, który prowadzi także sierociniec. Niechętnie, ale Lola w końcu przystaje na propozycję męża.
Na miejsce okazuje się, że uwagę kobiety zwracają pewne siedmioletnie bliźnięta, Tin i Tina, dzieci bardzo religijne, które pięknie grają na organach. Adolfo z początku jest bardzo niechętny adopcji tak dużych, i tak… dziwnych dzieci, ale Lola uważa, że powinni dać im miłość. Tak czy siak dzieciaki trafiają do ich pięknego domu, który prowadzi Lola, gdy jej mąż pilot jest w kolejnym trasach. Dzieciaki, które wyraźnie różnią się od innych, bo charakteryzują się oznakami albinizmu, mają białe włosy i jasną cerę, mają jeszcze skłonność do interpretowania religii, w tym wypadku Biblii w bardzo dosłowny sposób. Wkrótce staje się to przyczyną wielu problemów młodej pary, a także tragedii.
Tin i Tina – Netflix idzie w stronę horrorów religijnych?
Tin i Tina to kolejna produkcja od Netfliksa, skupiająca się na religii. Na platformie możemy oglądać kinową produkcję Sanktuarium, która koncentruje się na objawieniach, niestety nie koniecznie Maryjnych. Religijność ponownie staje się dla Netfliksa podstawą fabularną, ale tym razem twórca tejże opowieści, wspomniany już wyżej Ruben Stein skupia się na pojęciu teofonii, znanym w teologii, określanym jako pojedynczy akt objawienia się Boga. Teofonia to umacnianie wiary i poczucie bliskości Boga, pozwalające jednocześnie odczuć niemal w dosłowny sposób obietnice Boga, a nawet go usłyszeć i zobaczyć.
W opisywanym przeze mnie filmie pojęcie to, w miarę dobrze oddane pojęciowo i teologicznie, zmierza jednak w kierunku przesady, i nadmiernej a także dosłownej interpretacji Biblii, która staje się przyczyną fanatyzmu i wypaczeń. Jednocześnie twórca, bawiąc się treścią i przedstawiając małoletnich bohaterów, dosłownie kilkuletnie dzieci, może ukryć ów fanatyzm za zasłoną niezrozumienia przez nie tego co jest dobre, a co złe. W końcu to tylko niewinne dzieciaki, od urodzenia wychowywane w klasztorze, w niezwykle surowych i religijnych warunkach.
Tin i Tina – dziwność, nuda i brak spójności
To ich nielogiczne, często psychopatyczne zachowanie, widzenie Boga niemal wszędzie, nadinterpretowanie zasad kościoła i religii, a często brutalność z tym związana jest jednak spójna, bo można sobie ją logicznie wytłumaczyć. Wiemy, że te „dziwne dzieci” to wychowankowie klasztoru, którym od urodzenia wpajano zarówno miłość Boga, jak i jego gniew. Dzieciaki boją się burzy, bo grzmot to według przełożonej klasztoru „gniew boży”. Nie rozstają się z Biblią, umieją ją cytować i żyć według jej zasad, bo tego od nich oczekiwano.
Pomijając ich psychopatyczne skłonności, jak choćby podduszanie się workiem foliowym, by zobaczyć Boga, ich działanie nie przeczy logice, ma bowiem podstawy. Gorzej jednak z logiką małżeństwa, które je adoptowało. Alfonso, który jest przeciwny adopcji, nagle staje się kochającym ojcem, nie widzącym nic dziwnego w przerażających aktach okrucieństwa, jakich dokonują jego adoptowane dzieci. Próbująca dać im miłość matka, szybko uważa je za wcielone zło, po czym w cudowny, zupełnie niezrozumiały dla mnie sposób jej postawa odmienia się o 180 stopni, i staje się dla psychopatycznych dzieci przykładną i kochającą matką.
Tin i Tina to dziwny film, o którego dziwności trudno za wiele mówić, by zwyczajnie Wam nie spojlerować. Dziwny, nudny i rozciągnięty na tyle, że trudny do obejrzenia naraz. Coś tu zwyczajnie nie zagrało. Twórca starał się zabawić horrorem psychologicznym, grając na uczuciach, przerażenie budując tylko w dzieciach, w tytułowych bliźniakach. Tak naprawdę film może jako takie napięcie wywołać zachowaniem Tina i Tiny, które bywają przerażająco nielogiczne.
Poza tym horror ma niezwykle irytujące postacie, które potrafią wkurzać i zachowywać się mega nielogicznie i irracjonalnie. Problemem tejże produkcji jest to, że nie można polubić tu ani jednej postaci, ani jednej nie można kibicować. Nikogo nie jest się w stanie żałować, choć teoretycznie jest czego. Mdłe, antyspołeczne i nielogiczne są postaci Loli, granej przez Milenę Smit (The Girl in the Mirror, Śnieżna dziewczyna) i Adolfio, w którego wcielił się Jaime Lorente (Dom z papieru, Szkoła dla elity). Lepiej wypadają Carlos González Morollón i Anastasia Russo, wcielający się w Tina i Tinę, którzy mimo przedziwnych, fanatycznych zachowań, są bardziej logiczni… są po prostu jacyś.
Tin i Tina – podsumowanie recenzji
Hmm… Tin i Tina to niestety kolejna filmowa opowieść, która wpisuje się w styl Netfliksa, na którym od dłuższego czasu wieje nudą. Kolejna mdła opowieść, tak właściwie o niczym, próbująca ponownie bawić się religią, a dokładnie pojęciem teofonii, znanej w teologii, związanej bezpośrednio z wiarą w Boga, często nadmierną. Platforma, która wyraźnie zmierza w stronę przesadnego skupiania się na pojęciu wiary, czyniąc z opowieści grozy, również w przypadku filmu Tin i Tina historię zmierzającą utartymi ścieżkami, nic nowego nie pokazując, a wręcz działając wbrew sobie, logice i grozie.
Problem w tym, że Netflix nie bardzo wie, jak z religijności i przesadnej wiary zrobić dobry film.Tin i Tina gubi wątki, oferuje płytką i niczego nie wnoszącą opowieść, strasząc jedynie dziwnymi dziećmi, o dziwnych, nielogicznych i spaczonych poglądach. O ile ich zachowanie można sobie jeszcze jakoś wytłumaczyć, choćby sposobem ich wychowania, klasztornego i surowego zarazem, o tyle postępowanie ich adopcyjnych rodziców przeczy logice, a wręcz samo siebie wyklucza.
Tin i Tina cierpi także na monotonię, dłużyzny, powodując, że z czasem wieje w nim nudą. To nie jest film straszny, to produkcja irytująca, z wymuszonymi dialogami, pustą historią, która sugeruje, że reżyser chciał trochę na siłę obudować wokół czegoś już skończonego i doskonałego, jakim jest wspomniany film krótkometrażowy, twór żyjący własnym życiem. A tymczasem stworzył potworka, który dziwnie się zaczyna, i równie dziwnie kończy. Kolejna propozycja Netflix, którą można obejrzeć, ale wcale nie trzeba.
Moja ocena 5/10.
Film Tin i Tina można obejrzeć na platformie Netflix.
Beacon Pines, wrażenia z wersji demonstracyjnej przeuroczej, prześlicznej graficznie przygodówki z elementami metroidania autorstwa studia Hiding Spot.
Ostatnio coraz większą popularnością cieszą się dość nietypowe przygodówki, które w swej narracyjnej formie, opowiadają nam historię rozgrywającą się na kartach powieści. Tą przez nasze wybory, sami będziemy tworzyć.
W taką oto podróż zabiera nas urocza, prześliczna graficznie, prosta, acz pomysłowa gierka przygodowa, której fabułę kształtujemy sami. Jej tytuł to Beacon Pines, a miałam okazję ją sprawdzić w wersji demonstracyjnej na platformie Steam, gdzie jest już dostępna w pełnej wersji. Co zatem możemy spodziewać się po tym tytule?
Przede wszystkim, zanim skupię się na opowiedzeniu Wam nieco na temat fabuły, muszę przybliżyć czym właściwie jest ta przygodowa produkcja. Wspomniałam, że jest to gra stworzona na kartach powieści, dokładnie na kartach książki, której kolejne strony, sami, poprzez wybory, decyzje i rozmowy, budujemy….piszemy.
Beacon Pines jest dziełem studia Hiding Spot. To jednak rozgrywka, którą trudno przypisać to jednego growego gatunku. Znajdziemy w niej przygodówkę w klimacie wizualnej powieści, w narracyjnej i eksploracyjnej formie. Zmierzymy się też z elementami, które mogliśmy określić jako nieco platformowe z nutą metroidvanii. Nie zawiodą się także ci z graczy, którzy lubię ciekawą, tajemniczą historię, rozgrywającą się w lokacjach przepięknych graficznie, niczym z filmu animowanego.
Historia, którą miałam okazję poznać w wersji demonstracyjnej, pozwoliła mi poznać grupkę przyjaciół mieszkających w małym miasteczku o tytułowej nazwie Beacon Pines, uroczym miejscu z różowo kwitnącymi drzewami, mnogością roślin, urokliwymi domami i tym podobnymi zachwycającymi graficznie szczegółami.
Czołową postacią tejże opowieści jest chłopiec o imieniu Luka. Trzeba tu zaznaczyć, że nie gramy postaciami ludzkimi, a bohaterami zwierzęcymi. Historia rozgrywa się podczas wakacji, kiedy to w spokojnym miasteczku o sielskim klimacie, zaczynają się wydarzać jakieś niepokojące rzeczy. Zdają się je zauważać tylko Luka i jego przyjaciele. Wymykając się ze swoich domów, odwiedzają dziwne miejsce.
Jednym z takim zdaje się być tajemnicze laboratorium, które jest istotą wersji demonstracyjnej. To jego tajemnicę, a dokładnie część tajemnicy, postaramy się w grze rozwikłać. A będzie to zmaganie się z wyborami, kształtowane w sposób bardzo indywidualny.
Rozgrywka skupia się, jak w klasycznym przygodówkach bywa, na rozmowach. W tym miejscu muszę się do czegoś z lekka przyczepić. Gra nie posiada wersji dialogowej – aktorskiej, a przynajmniej nie ma takowej w demo, ale podczas rozmów, nie jest do końca cicho. I tu niestety moja uwaga. Nie wiem, czy tylko mnie to działało na nerwy, ale dźwięki jakie wydają postaci gdy rozmawiamy, są nieco denerwujące. Myślę, że spokojnie można by było je w ogóle pominąć.
Drugą ważną pozycją w rozgrywkowym klimacie tejże gry, są zbierane przedmioty, które możemy rzucać. To przydaje się w niektórych zadaniach, pomaga nam posunąć zabawę do przodu. Ale istotą gry są słowa. Podczas wędrówki, podczas rozmów, zbieramy słowa związane z emocjami, wydarzeniami i tym podobnymi działaniami. Słowa w postaci plakietek, żetonów czy tym podobnych przedmiotów, posłużą nam później do napisania swojej własnej opowieści, do pchnięcia fabuły do przodu, do stworzenie drzewa – historii.
Gra obsługiwana jest za pomocą WSAD, interakcje z obiektami odbywają się za pomocą klawisza „E”, zaś skakać możemy używają przycisku „spacji” na klawiaturze. Dodatkowo posiadamy w grze inne interfejsowe elementy, jak choćby ikonę „lupy”, która pozwala nam się czemuś bacznie przyjrzeć oraz „okularów”, która jest fajnym growym smaczkiem. Otóż aktywując ją, możemy na przykład oprzeć się o płot, czym rozłożyć na wielkim fotelu.
Wersja demonstracyjna obejmuje około godziny rozgrywki, w której przyjdzie nam zwiedzić wiele ciekawych, ślicznych lokacji. Będziemy spacerować po domu i ogrodzie Luki, zwiedzać tereny blisko jego domostwa, niewielkie miasteczko, ale i wspomniane wcześnie miejsce z tajemniczym laboratorium.
Graficznie gra jest zwyczajnie przepiękna. Podziwiamy nie tylko miejsca narysowana w przepiękny sposób na kartach kolejnych ilustracji, ale i mamy przyjemność na podziwianie ślicznych przerywników animacyjnych. Całość jest niezwykle kolorowa, pełna najmniejszych szczegółów i szczególików. Iście przepiękna. Każda z lokacji, w zależności czego dotyczy, jest zarówno słodka i powabna, jak i rysunkowo-mroczna. W pełnej wersji gry z pewnością czeka na graczy wiele tajemnic, które z przyjemnością odkryje.
Podsumowując, nie można nazwać klasyczną przygodówką, a czymś pomiędzy visual novel a eksploracyjną przygodówką platformową w stylu metroidvania. Prześliczna, baśniowa, urokliwa graficznie, słodka, ale i w pewnym stopniu mroczna. Propozycja growa zdecydowanie warta przyjrzenia się jej bliżej, do czego serdecznie Was zachęcam.
Przygodówka dostępna jest w pełnej wersji od 22 września 2022 roku.
Na blogu pojawiła się recenzja filmu, na którym byłam niegdyś w kinie, a który w zimowy czas może zabrać nas w czas cieplutkich, beztroskich wakacji. Oto recenzja Mamma Mia: Here We Go Again!
Sezon letni równa się sezon ogórkowy, czyli czas, w którym do kin trafiają filmy lekkie, wpisujące się w klimat wakacyjnego lenistwa. Taki też jest muzyczny hit lata 2018, kontynuacja musicalu Mamma Mia z roku 2008, produkcji wypełnionej piosenkami szwedzkiego zespołu ABBA.
Mamma Mia: Here We Go Again! konwencją od swej poprzedniczki nie odbiega, realizując te same zamierzenia bawienia i wzruszania widzów, bez nadmiernego skupiania się na fabule, która dawkowana jest nam bardzo oszczędnie. Zalewa nas natomiast muzyka, oczy cieszy wielobarwność owej produkcji (strasznie kolorowy film), zadowala niezła praca aktorska, wzruszenie wywołuje sentymentalna podróż w przeszłość Donny czyli sprytnie wpleciona w film retrospekcja. Szczelną klamrą spina wszystko jak zwykle rewelacyjna Cher o anielskim głosie. Mamma Mia: Here We Go Again w reżyserii Ola Parkera to produkcja filmowa, która śmieszy i wyciska łzę. Jeśli jesteście gotowi na taki rodzaj rozrywki, to pora wybrać się do kina.
Fabuła filmu toczy się jednocześnie na dwóch płaszczyznach czasowych, współcześnie i w przeszłości, w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Obserwujemy zatem zmagania Sophie, córki nieżyjącej już Donny w przywrócenie świetności greckiemu hotelowi i jednocześnie realizację marzeń zmarłej mamy, co jakiś czas cofając się wstecz, by wgłębić się w historię Donny, jej początków na malowniczej greckiej wyspie i romansu z trzema przystojniakami, potencjalnymi ojcami Sophie.
Reżyserowi udało się zgrabnie wpleść w fabułę obydwa odrębne wątki, które jak się okazuje mają ze sobą dużo wspólnego. W Mamma Mia: Here We Go Again! historia zatacza koło, a to co zdawało się niemożliwe przychodzi zadziwiająco lekko. Cóż, to mimo nutki smutku i wzruszenia niezwykle optymistyczny film, bajeczka, w której wszystko, nawet złe ma swój pozytywny finał.
Troszkę zdziwieni, a może nawet rozczarowani mogą być jednak kinomaniacy, szczególnie miłośnicy poprzedniego filmu liczący na rozbudowaną i wyjaśniającą wszystko fabułę. Wprawdzie rąbek tajemnicy, jaki skrywała Donna jest nam odsłaniany, bowiem poznajemy młodego Billa (Josh Dylan), Harrego (Hugh Skinner) i Sama (Jeremy Irvine) lecz jest on potraktowany jedynie pobieżnie, ogólnikowo, słowem z grubsza. Podobnie sprawa ma się z samą młodą Donną zagraną przez Lily James, znaną z recenzowanego przeze mnie dramatu Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek, czy z jej równie młodymi przyjaciółkami Rosie (Alexa Davies) i Tanyą (Jessica Keenan Wynn).
Reżyser pozwolił zaistnieć w scenariuszu nie występującej od lat na wielkim ekranie, Cher, która w Mamma Mia: Here We Go Again! wcieliła się w rolę babci Sophie. Rólka wprawdzie nie duża, ale potwierdzająca możliwości głosowe tej niezwykłej, wiekowej (czego nie widać) wokalistki i aktorki.
Wadę filmowych kontynuacji jest to iż w większości przypadków należy znać pierwszą część, by zrozumieć kolejną. W przypadku drugiej odsłony Mamma Mia nie jest to konieczne. Ci z Was, którzy jakimś cudem jeszcze filmu z 2008 roku nie widzieli, a chcą obejrzeć dalszą historię Sophie zachęcam oczywiście do obejrzenia musicalu Mamma Mia, jednocześnie informuje, że nie jest to konieczne. Spokojnie wszystko zrozumiecie, nie pogubicie się, a bawić będziecie się przednio, bo…..
Na plan pierwszy wysuwa się tu bezsprzecznie muzyka i oczywiście piosenki ABBY, do tekstów których przypisane zostały filmowe dialogi i na których zbudowano scenariusz, a ten, nie da się tego nie zauważyć, jest w tym wypadku kwestią drugorzędną.
Choć sala kinowa nie jest miejsce idealnym do tańca i szeroko pojętej zabawy, to większości nam znane i bardzo popularne melodie szwedzkiego zespołu sprawiają, iż trudno usiedzieć na miejscu. Mnie samej zdarzało się tupać nogą, czy też kiwać się na kinowym fotelu z cicha wyśpiewując znane mi doskonale teksty.
Przyjemność w ich odbiorze potęgowana jest dobrze dobranymi aktorami, którzy wokalnie radzą się doskonale. O ile w pierwszej części torturowano bardziej wprawnych słuchowo widzów średnimi umiejętnościami wokalnymi Pierce’a Brosnana i paru innych aktorów, tak w nowej odsłonie skupiono się jedynie na utalentowanych w tej kwestii, młodych aktorach. Dzięki temu widzowie mogę podziewać nie tylko urok osobisty, ale i talent muzyczny Lily James jako młodej Donny i po raz kolejny posłuchać aksamitnego wokalu Amandy Seyfried, filmowej Sophie i choć przez chwilę podziwiać umiejętności głosowe, wszechstronnej, utalentowanej aktorki, Meryl Streep, jako Donny.
Mamma Mia: Here We Go Again! to typowy przedstawiciel filmowego gatunku muzycznego, nastawiona na muzykę, zabawę, letni klimat, przesiąknięta greckimi, pięknymi widokami bajkowa opowieść, wypełniona utworami ABBY, która jednocześnie bawi i wzrusza. Pogodna, familijna historia, idealna na wakacje, albo po to, by sobie je przypomnieć. Polecam!
Moja ocena 7/10.
Film do 6 stycznia dostępny jest na platformie Netflix.
A Tale for Anna - wrażenia z wersji demonstracyjnej baśniowej przygodówki, stworzonej przez studio Far Mills, wydanej dzięki Alawar Entertainment.
Za sobą mamy już nie jeden Steam Next Fest, na którym przez kilka dni mogliśmy testować wersje demonstracyjne przeróżnych gier, w tym także przygodówek. Wprawdzie ostatnio nie udaje mi się sprawdzić wiele tytułów, ale jednej grze nie mogłam się oprzeć. A była nią przygodówka w klasycznym stylu, stworzona przez Far Mills i Alawar Entertainment o tytule A Tale for Anna. To właśnie tej grze przyjrzę się bliżej w poniższym tekście, skupiając się oczywiście na jej wersji demo.
A Tale for Anna – baśniowa opowieść w urokliwym stylu
Przygodówka A Tale for Anna to jedna z takich produkcji z tegoż gatunku, która wpisuje się w klasyczny baśniowy klimat, nie stroniąc od magii, walki dobra ze złem i nawiązań do znanych bajkowych opowieści. Gra robi to w bardzo subtelny sposób, nie nadużywając oklepanych elementów, co jest niewątpliwym jej atutem. Nie jest to bowiem typowa baśń, co widać już w zaprezentowanej wersji demonstracyjnej, a mieszanina baśniowego klimatu, klasycznej rozgrywki przygodowej i czegoś na pograniczu gier casualowych.
Bohaterką gry jest tytułowa Anna, dziewczynka wychowywana w świecie magii przez gadającego kota o imieniu Ogon. Dziecko pewnego dnia odkrywa w sobie zdolności magiczne, którymi niemal natychmiast zaczyna interesować się zła królowa. Obserwuje Anną przez magiczne lustro i gdy nadarza się okazja, starając się zwabić dziewczynkę i złapać ją w sidła, zsyła swoich sługusów, którzy porywają jej opiekuna i przyjaciela, Ogona. Anna nie ma zatem wyjścia, musi ruszyć swemu towarzyszowi na pomoc.
Historia jak widzicie jest prosta i już nam z tej czy innej przygodówki znana, ale niesie z sobą mądre przesłanie, w którym istotą jest przyjaźń i ratowania najbliższej nam, w tym przypadku Annie, istoty.
Klasyczna przygodówka, choć w stylu casualowym
Pierwsze co zwraca uwagę, tuż po rozpoczęciu zabawy z A Tale for Anna jest to, że choć jest to gra klasyczna, obsługiwana za pomocą myszy, skupiona na zbieraniu przedmiotów i odpowiednim jej używaniu oraz mierzeniu się z łamigłówkami, to bliżej jej do produkcji casualowych. Nie jest to wprawdzie klasyczna przygodówka hidden – object, czyli tak zwane HOPA, a raczej coś na pograniczu tych dwóch gatunków. Można ją przyrównać do naszej rodzimej przygodówki My Brother Rabbit, studia Artifex Mundi, której recenzję pisałam dla lubiegrać.pl, bowiem jest stworzona w bardzo podobnym stylu
Rozgrywka bowiem skupia się na odnajdywaniu przedmiotów, które gra nam wyznaczyła, zwykle budowaniu ich w całość poprzez uzbieranie ich kilku elementów. Pomocne w poszukiwaniach jest coś na wzór „hinta”, podpowiedzi typowej dla gier hidden-object. Tu jednak nie jest to takie oczywiste, nie posiadamy takiej oznaczonej funkcji, a pewną umiejętność Anny. Ta cudnie wplata się w magiczne moce jakimi dysponuje dziewczynka.
Otóż podczas zabawy, w testowanym przeze mnie demo, a muszę przyznać, że jest ono dość długie, bowiem zawiera jeden poziom, z możliwych pięciu, zbieramy magiczne świecące na błękitno płatki. Trafiają one do oznaczenia na torbie Anny. Zebranie ich pięciu i utworzeniu na torebce symbolu kwiatka, pozwala na aktywowanie mocy Anny. Gdy teraz dotkniemy torebki, Anna użyje czaru wskazując nam miejsce, gdzie znajduje się poszukiwany przez nas przedmiot lub po prostu go wyczaruje.
Magia jest istotnym elementem tej przeuroczej gry. Podczas zabawy, będziemy bowiem zbierać kolejne magiczne umiejętności dziewczynki. Wersja demonstracyjna pozwoliła mi aktywować zaledwie dwie moce. Wszystko wskazuje na to, że będzie ich znacznie więcej.
Istotnym elementem gry są łamigłówki, które w demowej wersji koncentrowały się na mini-grach. Nie jest to nic bardzo odkrywczego, bowiem zadania owe, jeśli tylko gracie w przygodówki, już zapewne widzieliście, ale jest ich naprawdę sporo. Mamy bowiem układanki, mamy ciekawe labirynty, w których drogę dla kulki budujemy poprzez manewrowanie panelem. Nie zabrakło łączenia rur, przesuwanek czy puzzli.
Intrygującym rozwiązaniem jest to, że podczas zabawy aktywujemy pewne symbole, które z kolei aktywują kolejne puzzle, zapisywane w dzienniku Anny. W ten sposób możemy pobawić się w dodatkowe mini gierki, jak choćby właśnie w klasyczne puzzle. Powiększamy w ten sposób grową opowieść o nowe treści.
Do mnóstwa zadań i mnogości wyzwań przygodowych, które z czasem zapewne będą rozwijane, i które zapisuje się grze na plus, dochodzi także przepiękna grafika. Co tu dużo mówić. Gra zachwyca rysunkową, barwną, ręcznie malowaną oprawę. Jest to przygodówka, która pod tym względem może przypaść do gustu fanom klasyk gatunkowych, wychowanym na grach 2D, z przepięknymi tłami, mnogością kolorów i urokliwymi animacjami.
Wprawdzie mówimy cały czas o wersji demonstracyjnej, która pokazuje tylko niewielki skrawek rozgrywki, ale już on prezentuje się okazale. Mamy bowiem do zwiedzania kilka prześlicznych lokacji, w których znalazł się dom Anny, podwórze, strych, piwnica, a nawet studnia czy pomost. Na każdej z tej miejscówek, choć nie ma ludzi i tłoku, wiele się dzieje. Lokacje są bowiem bogato wypełnione wieloma szczegółami i szczególikami, tworząc śliczną spójną całość.
A Tale for Anna to gra, która pozbawiona jest dialogów, przynajmniej tak było w ogrywanej przeze mnie wersji demonstracyjnej, podobnie jak pełna jej wersja. Nie mniej jednak słowa pisanego, ma całkiem sporo i na dzień dzisiejszy dostępne jest ono w kilku językach. Niestety nie ma w nich języka polskiego.
Gra posiada także uroczą, choć nie nachalną oprawę dźwiękową, która subtelnie podkręca magiczny, baśniowy klimat tej barwnej, miłej dla oka przygodówki.
A Tale for Anna – podsumowanie wersji demonstracyjnej
Ogrywana przeze mnie A Tale for Anna w wersji demo, zaskoczyła mnie pozytywnie kilkoma elementami. Po pierwsze długością rozgrywki. Demko jest po prostu długie. Znam gry w pełnej wersji, które bywają tak samo długie, albo niewiele dłuższe.
Po drugie natknęłam się w niej na wiele przygodowych wyzwań i na mnóstwo dodatków i ciekawych elementów magicznych, które wskazują w przyszłości, na ciekawą i rozbudowaną grę. Do tego dochodzi prześliczna grafika i magiczna fabuła wzorowana na baśniach. Jej pełna wersja zawiera aż pięć poziomów i trafiła do sprzedaży pod koniec wrześnie 2021 roku.
Gra dostępna w dystrybucji cyfrowej na platformie Steam, w wersji na komputery osobiste PC.
Serdecznie zapraszam do lektury kolejnej mojej recenzji, tym razem romantycznego dramatu o tytule Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych.
Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek, ten musicie przyznać przydługi tytuł skrywa nie tylko historię miłosną, ale i ciekawie poprowadzoną dramatyczną opowieść rozgrywającą się podczas niemieckiej okupacji, w której losy grupki osób splatają się i stopniowo, poprzez opowieść w retrospekcji, odkrywają kolejne karty fabularnego wątku. Jakie jest Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek? Odpowiedź jest krótka, bardzo ciekawe i wielowątkowe.
Melodramat, wielu z nas ten gatunek filmowy traktuje jak odskocznię od tego co w kinematografii najbardziej cenione. Przysłowiowe wyciskacze łez i owszem są w miarę chętnie oglądane, szczególnie przez damską część widzów, ale tak naprawdę traktujemy je albo z przymrużeniem oka, albo jako pomysł na spędzenie wieczoru z bliską osobą czy też przyjaciółmi. Wśród zalewu typowych przedstawicieli tego gatunku trafiają się jednak filmy, które oprócz klasycznej historii miłosnej próbują przekazać widzom coś więcej. Tak też jest w przypadku opisanego w tej recenzji filmu, którą klasycznym melodramatem określić chyba nie można, choć to przepiękne uczucie odkrywa tu istotną rolę.
Opowieść zaczyna się w roku 1946, tuż po zakończeniu II wojny światowej, w Anglii, która powoli podnosi się z pożogi wojennej. Młoda pisarka, Juliet Ashton, w tej roli Lily James, znana między innymi z Mamma Mia! Here We Go Again, szuka inspiracji do napisania kolejnej swojej książki. Niespodziewanie otrzymuje ją od pewnego mężczyzny, Dawseya Adamsa. w którego wcielił się Michiel Huisman (Nawiedzony dom na wzgórzu, Gra o tron), mieszkańca małej angielskiej wyspy Guernsey Island. Pewnego dnia dostaje od niego list, w którym mężczyzna wspomina tajemnicze stowarzyszenie, w którym grupka ludzi spotyka się co jakiś czas wspólnie czytając książki. Czując jakąś wewnętrzną więź z ludźmi, dla których literatura, tak jak dla niej stała się nieodzownym elementem życia, kobieta postanawia wybrać się w podróż na wspomnianą wyspę, by osobiście uścisnąć im rękę i być może namówić na publikację książki, którą zamierza napisać. Poznaje nie tylko wyjątkowe osoby, na których okrutna przeszłość odcisnęła piętno, ale kawałek po kawałku fragment ich życia, w którym główną rolę odgrywa zaginiona, aresztowana przez Niemców Elizabeth McKenna (Jessica Brown Findlay).
I to właśnie życie Elizabeth i wojna, która tak niedawno się zakończyła jest czynnikiem napędzającym fabułę. Reżyserowi, a jest nim Mike Newell, który ma na swoim koncie między innymi filmy: Cztery wesela i pogrzeb, Harry Potter i Czara Ognia, Donnie Brasco i wiele innych, udało się w ciekawy sposób, poprzez retrospekcję skupiającą się na wspomnieniach poszczególnych osób, wciągnąć widzów w powolne odkrywanie tajemnicy, do której każda z osób czytelniczego stowarzyszenia dokłada swój własny kawałek. Nieśmiało budzący się romans między Juliet a Dawsey’em jest tylko przygrywką i zarazem spełnieniem opowieści, która rysuje dramat, bunt a następnie pogodzenie się z okrutną prawdą.
Mieszanina radości, melancholii z dozą uczucia przeplatanego ludzką tragedią rozgrywa się w urokliwym otoczeniu, wśród sielskości angielskiej wsi na wyspie, która podczas wojny stała się dla mieszkańców więzieniem. Urokliwe krajobrazy i spokój tego miejsca zaburzone i przełamane zostały przez dramatyzm wspomnień wojennych. Rozgrywająca się na dwóch płaszczyznach czasowych fabuła filmu w prawie niezauważalny sposób łączy teraźniejszość z przeszłością. Przeszłość przenika do rzeczywistości, wspomnienia nabierają kolorów, stają się realne i takie wiarygodne. Stowarzyszenia miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek to po prostu bardzo wciągająca opowieść, którą obserwuje się z niekłamaną przyjemnością.
Nie zawiodą się także widzowie, którzy lubią miłosne historie, bo ta choć nie nachalna i niezwykle skromna, rodzi się w filmie niemal na naszych oczach. Lekkość i słodkość romansu równoważy gorycz smutku i życiowych tragedii. Stowarzyszenia miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek to także cudowna opowieść o przyjaźni, zaufaniu, odpowiedzialności i wierze w drugiego człowieka.
Podczas seansu, jaki możemy sobie sprawić na Netflixie towarzyszyć nam będą nie tylko urokliwe widoki, warta, wielowątkowa fabuła, ale i świetna praca aktorska, która pozwala nam poczuć klimat zarówno powojennej Guernsey Island, jak i miejsca skąpanego w dramacie wojennym.
Świetna w swej roli, empatyczna, wesoła, ale zarazem roztropna i trochę zwariowana Juliet Ashton grana przez Lily James to postać, którą nie da się nie lubić. Pozytywne wibracje, wiara w ludzi i zaangażowanie jest czymś co zdecydowanie przyciąga do owej postaci i zachwyca. Jest i Dawsey Adams (Michiel Huisman) mężczyzna doświadczony przez życie, wychowujący samotnie małą dziewczynkę, człowiek pewny siebie, a jednocześnie nieśmiały i niezwykle skromny. Na uwagę zasługuje także doskonała w swej roli Penelope Wilton jako Amelia Maugery oraz Katherine Parkinson jako Isola Pribby.
Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek to kolejny bardzo dobry film na Netflixie, który w bardzo umiejętny sposób łączy romantyzm z dramatem, film obyczajowy obrazujący ludzkie reakcje z melodramatem. To nie jest jedynie zwykłe romansidło, a poważna opowieść na serio.