poniedziałek, 14 października 2024

Paws and Leaves - A Last Tale, poruszająca przygodówka o umierającym lisie

Paws and Leaves - A Last Tale, poruszająca przygodówka o umierającym lisie

 

W poruszającą, emocjonalną podróż lisa, który umiera, bo został ukąszony przez węża, chce zabrać nas studio grownarts w przygodowej grze zatytułowanej Paws and Leaves - A Last Tale, która już niedługo ruszy z kampanią na Kickstarterze. 

Paws and Leaves - A Last Tale to gra, która jest emocjonującą opowieścią z lekkimi elementami horroru, tytułem, który swój start będzie mieć w kampanii finansowej na Kickstarterze. Daty startu zbiórki, która pomoże na sfinansowanie gry, w której przemierzymy ostatnią życiową drogę lisa o imieniu Me, który umiera ukąszony przez węża, wciąż nie znamy. Przygodówka ma natomiast swoje miejsce na platformie Steam, ma również najnowszy zwiastun. Możemy również sprawdzić grę w wersji demonstracyjnej

Warto również przeczytać:

Paws and Leaves - A Last Tale to przygoda, w której poznajemy Me, lisa, który został ukąszony przez węża i umiera. Życie przelatuje mu przed oczami, więc wyrusza w ostatnią swoją podróż, by na nowo odkryć i przywrócić do życia swoje wspomnienia. Towarzyszy mu czarujący motyl o imieniu Ani, który jest dla niego wsparciem i pomocnikiem. Polegając na swoich zmysłach, jak choćby węch, Me będzie lokalizował wspomnienia w świecie zawieszonym między życiem, a śmiercią.


Podróż pozwoli na poznanie wielu postaci, odkrycie ich historii i finalnie na odzyskanie wspomnień me. Te są rozrzucone po świecie, który jest częściowo otwarty. Mogą być wszystkim, osobistą wiadomością, obrazem, a także klipem wideo. 

Gra oferuje zmieniające się, piękne graficznie pory roku, ale i subtelne „jump scare'y” służące jako przypomnienie, że nasza postać znika, umiera. Zbieranie małych pamiątek i sekretów i odkrywanie opowieści, także podróż na żółwiu, to tylko część tego co gra ma nam do zaoferowania. Oprócz spokojnej, emocjonalnej eksploracji i narracji, tytuł zawiera także mroczniejsze i bardziej niebezpieczne momenty.


Data premiery Paws and Leaves - A Last Tale na ten moment nie jest znana, podobnie jak data startu kampanii finansowej na Kickstarterze.

Gra zadebiutuje na Steam, na PC. 

Karta Steam - pobierz demo




The Fading of Nicole Wilson, sequel The Suicide of Rachel Foster nadchodzi

The Fading of Nicole Wilson, sequel The Suicide of Rachel Foster nadchodzi

 

Przygodowy symulator chodzenia The Suicide of Rachel Foster powraca w sequelu, stworzonym przez to samo studio, czyli ONE-O-ONE GAMES. Taką informacją podzieliło się studio Daedalic Entertainment, które podobnie jak w przypadku poprzedniczki, jest jej wydawcą.

ONE-O-ONE GAMES wraca do opowieści o Nicole, znanej z przygodowej produkcji The Suicide of Rachel Foster, której recenzję napisałam dla lubiegrac.pl, a którą to kupicie teraz w cenie obniżonej o 90%, na Steam. Ich nowa gra znów opowie historię Nicole, nosi tytuł The Fading of Nicole Wilson i jest sequelem wspomnianej wyżej przygodówki.

Może zainteresuje Cię także:

The Fading of Nicole Wilson to jak już wspomniałam przygodowy symulator chodzenia, gra w klimacie thrillera, będąca sequelem The Suicide of Rachel Foster, przenosząca graczy do roku 2003, do hrabstwa Lewis & Clark w Montanie, w USA. Tym razem wcielmy się w niej w Amy, nastolatkę, która od wielu lat rozwija swoją pasję do zjawisk nadprzyrodzonych. Teraz pojawia się szansa, by owe hobby mocno rozwinąć,  pomagając zawodowemu łowcy duchów w misji w mającym złą sławę Timberline w pobliżu miasta Helena.

Hotel to miejsce należące do Nicole Wilson, kobiety która stała się polityczką i znaczącym działaczem funduszu ekologicznego w mieście, zdeterminowaną w sprawie wody, która jest zanieczyszczona i zagraża miastu. Jej hotel natomiast jest miejscem opuszczonym przez dobre dwadzieścia lat.

Podczas eksploracji opuszczonego hotelu z niechlubną przeszłością partner Any zostaje ranny, więc nastolatka będzie zdana jedynie na siebie. Teraz sama będzie fotografować i nagrywać zjawiska paranormalne, utrzymując telefoniczny kontakt z zawodowym łowcą duchów, który zniechęca ją do pomysłu dalszej eksploracji nawiedzonego hotelu. I choć Amy się waha, to jednak decyduje się poznać tajemnicę tego miejsca, stopniowo odkrywając sieć intryg i sekretów. Do brnięcia w zadanie motywuje nastolatkę chęć odniesienia sukcesu i zdobycia sławy. 

Raczej mało pozytywne oceny poprzedniczki jak widać nie zniechęciły twórców, i w The Fading of Nicole Wilson powracają do tego samego stylu, skupiając się na narracyjnej grze przygodowej, skupionej na eksploracji, rozwiązywaniu zagadek i śledztwie. 

Gracz będzie odkrywał nawiedzione miejsca w hrabstwie Lewis & Clark, stopniowo zanurzając się w mrocznej tajemnicy miasta Heleny, eksplorując grę napędzaną dźwiękiem binauralnym, który ma potęgować wrażenia. Jak czytamy w opisie gry, ma to być "wzruszająca i dorosła opowieść, łącząca tajemnicę z ludowym horrorem".

Data premiery gry nie została jeszcze ustalona. Zadebiutuje na Steam, w wersji na PC. W przeciwieństwie do poprzedniego tytułu, bez polskiej wersji językowej w formie napisów.

The Fading of Nicole Wilson nie ma jeszcze daty premiery.

Karta Steam 

niedziela, 13 października 2024

Dzień Szakala z Eddiem Redmaynem i Lashaną Lynch na oficjalnym zwiastunie

Dzień Szakala z Eddiem Redmaynem i Lashaną Lynch na oficjalnym zwiastunie

 

SkyShowtime pokazał niedawno oficjalny zwiastun nowego serialu opartego na  powieści sensacyjnej Fredericka Forsytha pod tym samym tytułem. Dzień szakala otrzyma oficjalny zwiastun, pokazano także nowe fotosy, a także plakat. Poznaliśmy również oficjalną datę jego premiery.

Wiemy, że Dzień szakala bazujący na niezwykle popularnym serialu zadebiutuje na SkyShowtime z początkiem grudnia. Zanim się to jednak stanie, platforma SkyShowtime dzieli się zwiastunem dziesięcioodcinkowej produkcji oryginalnej SkyShowtime, nowej odsłony kultowej historii.

Warto także przeczytać:

Dzień szakala to historia bezkonkurencyjnego, nieuchwytnego i działającego w pojedynkę zabójcy na zlecenie, pracującego jedynie za najwyższe stawki. Pewnego dnia znajduje godną siebie rywalkę. Nieustępliwa agentka brytyjskiego wywiadu (Lashana Lynch) zaczyna ścigać go po całej Europie. Tak rozpoczyna się krwawe polowanie, podczas którego żadna za stron nie cofnie się przed niczym.

W serialu występują: Úrsula Corberó (Dom z papieru) w roli Nurii, która staje się bliska Szakalowi i jest całkowicie nieświadoma, kim on tak naprawdę jest; Charles Dance (Rabbit Hole, Gra o tron, King’s Man: Pierwsza misja) jako Timothy Winthrop; Richard Dormer (Na niebieskich światłach, Fortitude, Gra o tron) jako Norman; Chukwudi Iwuji (Strażnicy Galaktyki: Volume 3, Rozstania) jako Osita Halcrow; Lia Williams (Obserwowani, The Crown) jako Isabel Kirby; Khalid Abdalla (The Crown, Chłopiec z latawcem) jako Ulle Dag Charles; Eleanor Matsuura (The Walking Dead, Kiedyś byłem sławny) jako Zina Jansone; Jonjo O’Neill (Gwiezdne Wojny: Andor, Siostry na zabój) jako Edward Carver oraz Sule Rimi (Classified, Gwiezdne Wojny: Andor) jako Paul Pullman i Florisa Kamara (EastEnders) jako Jasmin Pullman.


Dziesięcioodcinkowa adaptacja oparta jest na przełomowej powieści Fredericka Forsytha i późniejszym, wielokrotnie nagradzanym filmie Universal Pictures z 1973 roku. Serial wyprodukowała wytwórnia Carnival Films, będąca częścią Universal International Studios (oddziału Universal Studio Group), na zlecenie Sky Studios i Peacock.


Autorem scenariusza i adaptacji serialu jest Ronan Bennett, twórca i scenarzysta uznanego przez krytyków serialu Top Boy. Produkcję wyreżyserował nagradzany na całym świecie Brian Kirk (Gra o tron, Luther, Zakazane imperium).



Premiera serial Dzień Szakala na SkyShowtime przewidziana jest na 6 grudnia 2024 roku. 

Źródło: Informacja prasowa SkyShowtime

Czarnobyl, recenzja miniserialu HBO, dostępnego na Max

Czarnobyl,  recenzja miniserialu HBO, dostępnego na Max

Czarnobyl doskonały serial bazujący na faktach. Trzymająca w napięciu historia awarii i wybuchu elektrowni jądrowej w Czarnobylu, w Ukrainie. Oto jego recenzja! 

26 kwietnia 1986 roku w elektrowni jądrowej w Czarnobylu w Ukrainie wybuchł reaktor jądrowy. Swój przerażający, tragiczny, odczuwalny po dziś dzień początek, miała jedna z największych katastrof XX wieku. Prawda o niej skrywana była przez lata i choć wiele zostało już wyjaśnione i przekazane światu, to zapewne mnóstwo faktów nie dane nam będzie poznać nigdy. Wielu ofiarom czarnobylskiej tragedii, ich walce, heroizmowi i poszanowaniu prawdy, do tej pory nie poświęcono należytej uwagi. 

Warto również przeczytać:

W hołdzie pamięci czynom nie tylko garstki ludzi próbujących ratować to co było możliwe do uratowania, w chęci niesienia prawdy i pamięci tego wydarzenia, stacja HBO wypuściła pięcioodcinkowy mini serial Czarnobyl. Musicie jednak wiedzieć, że nie jest to produkcja dokumentalna, miesza bowiem prawdę z fabularną wizją twórców, łączy rzeczywiste wydarzenia i osoby z wymyśloną przez autorów scenariusza fikcją, będąc jednocześnie serialem o człowieczeństwie, ludziom i ich ofiarności poświęconym, przy tym świetnie zrealizowanym i niesamowicie wciągającym.

Jest rok 1986, ciepły koniec kwietnia. W elektrowni jądrowej w Czarnobylu wybucha reaktor jądrowy, uszkodzony zostaje jego rdzeń i na zewnątrz wydostaje się ogrom promieniotwórczego pierwiastka, który stanowi śmiertelne zagrożenie. Na teren obiektów zostaje wysłanych dwoje delegatów, którzy mają zbadać rzeczywisty stan zagrożenia, który ze strony władz jawi się jedynie jako drobna, niewiele znacząca awaria o małym radioaktywnym zasięgu. Dwoje wysłanników to wicepremier Borys Szczerbina oraz naukowiec Walerij Legasov. To co zastaną na miejscu w Czarnobylu, rzutować będzie nie tylko na zdrowie i życie pracowników samej czarnobylskiej elektrowni, ale i mieszkańców pobliskiego miasteczka Prypeć, okolicznych miast, a nawet państw sąsiadujących. Rozpoczyna się więc walka o każdą minutę, o każdą sekundę. Potyczka z czasem i wielką jądrową siłą przypłacona życiem zwykłych ludzi, świadomie, ale nie tylko….

Zmagania z samym sobą, ze swoimi przekonaniami, odpuszczenie własnego dobra kosztem dobra ogółu, zdolność i konieczność poświęceń, takie przesłanie zdaje się nieść warstwa fabularna tejże zaskakująco dobrej produkcji HBO. Po nieudanym ostatnim sezonie Gry o Tron, stacja podniosła się z kolan oddając widzom zupełnie inny rodzaj kina, odmienną dramaturgię, bo tym razem czerpiącą z prawdy historycznej, z wydarzeń, które rzeczywiście miały miejsce.

Nie jest to zapewne przekaz prosty, bo choć wiele osób, jak choćby ja sama, miały okazję wspomniane wydarzenia pamiętać, to czas nie stoi w miejscu, a nowe pokolenia znają katastrofę w Czarnobylu jedynie z historycznych przekładów i takich też informacji. Ja natomiast jestem w stanie odnieść się do katastrofy bardziej realnie, wspomnieniowo i osobiście. Jestem bowiem przedstawicielem społeczeństwa, które ciągle czuje w ustach metaliczny, cierpko – gorzki smak płynu Lugola, który podano nam do wypicie celem zapobiegnięcia wchłaniania przez organizm radioaktywnego izotopu jodu. Ten ohydny płyn pił każdy Polak do siedemnastego roku życia, bo tak zdecydowały władze, choć Polskę a Czarnobyl w Ukrainie dzieli wiele kilometrów. Skutki promieniowania mogły więc być znaczące na wielkim obszarze, nie tylko Ukrainy, ale państw z nią graniczących. Na szczęście skończyło się jedynie na strachu, ale pomyślcie co działo się w samym Czarnobylu i przyległej do niego Prypeci.

To jak sytuacja wyglądała oraz jak mogła wyglądać, bo przypominam, tytuł nie jest produkcją historyczną, ani tym bardziej dokumentalną, a jest jedynie czerpaniem z prawdy historycznej, obrazowaniem tragedii i skutków kontaktu z radioaktywnością, przedstawia właśnie serial Czarnobyl. Jest też produkcją o ludziach, psychologicznym portretem  zachowań, od pogodzenia się z faktem dramatu, po heroizm i wiarę w słuszność decyzji, często niełatwych, czasami niezgodnych z przekonaniami, także z ustrojem i doktrynami władzy. To także filmowy rodzaj spojrzenia na konsekwencje działań instytucji sprawczych, w tym przypadku państwa, które tak właściwie możemy sobie dopasować do każdej życiowej sytuacji czy każdej instytucji. Łatwiej jest zrozumieć złożoność, czasami durnych decyzji, człowiekowi, widzowi, który żył w czasach świetności ZSRR, dla młodego pokolenia zaś, urodzonego w demokracji, wydarzenie to jest tylko historią, czymś o czym może przeczytać lub posłuchać, obejrzeć. Może się zdawać, że serial jest nagonką na rozwój elektrowni jądrowych czy piętnowaniem polityki, w takim czy innym wymiarze. Wiemy jednak, z wypowiedzi Craiga Mazina, twórcy serialu, że swym dziełem nie chciał on straszyć współczesny świat energetyką jądrową, nie leżało w jego zamiarze krytykowanie jakiegokolwiek ustroju politycznego. Chciał wytknąć i sam to przyznaje, kłamstwa, chciał pokazać w serialu Czarnobyl jak ważna jest prawda, jak istotna jest konstruktywna krytyka, która punkt po punkcie wytyka błędy, by te w porę mogły zostać naprawione.

Serial w części pokrywa się z prawdę, podkreślając i nie kryjąc tego faktu w podcaście, w ostatnim odcinku, a tych jak wspomniałam jest pięć. Autorzy wyszczególniają jakie sytuacje naprawdę miały miejsce, jakie osoby w rzeczywistości były w tym czasie istotne, jakie żyją do dziś, a jakie straciły życie krótko po katastrofie. Twórcy jasno przyznają się do niezgodności historycznej, podyktowanej zapewne kierowaniem się telewizyjnymi prawami mającymi na celu budowanie odpowiedniego napięcia, które jest wykreowane jest tu iście mistrzowsko.

Czarnobyl to podkręcający nastrój tragizmu, dramat, który równie dobrze można określić jako thriller, zważywszy na jakoś i ilość trzymających w napięciu scen i trafność oraz mistrzowski pietyzm realizacji. Mnóstwo scen jest tak dopracowanych, że albo wciska w fotel, napawa lękiem, albo wywołuje stan zadumy i swoistego osłupienia, doprowadzającego do emocjonalnego odczucia, w którym nie możemy wydobyć z siebie słowa. To jedna z takich produkcji, o której nie sposób zapomnieć. Nie jest to serial, który po obejrzeniu wymazuje się z pamięci. O nim się dyskutuje, o nim się pisze, wspomina i mimo zarzutów o historyczne przekłamanie, zwyczajnie się nim zachwyca.

Nie jest to jednak produkcja łatwa. Nie jest taka z wielu przyczyn, między innymi z powodu sytuacji ludzi dotkniętych straszną, pełną niewyobrażalnego cierpienia śmiercią. Z przeświadczenia i świadomości ludzi uczestniczących w zatrzymaniu skutków eksplozji, którą widz od razu zostaje dotknięty, nieuchronności chorób związanych z działaniem zabójczych dla zdrowia radioaktywnych promieni. Znamienna zdaje się być także niewiedza mieszkańców radujących się pięknym widokiem nocnego nieba, dzieci bawiących i podskakujących w chmurze radioaktywnego pyłu, czy przyjmujących z radością krople chłodzącego deszczu, tak naprawdę niosącego okrutną śmierć, wywołaną chorobą popromienną. To poczucie, że oni tego nie wiedzą, a my widzowie tak, staje się tak dojmujące, że wypełnia każdy skrawek umysłu, i każdą myśl.

Czarnobyl to także filmowe, serialowe dzieło nastawione na ludzi i ku ludziom skierowane, więc nie mogło w nim zabraknąć charyzmatycznych postaci, wśród których znalazły się te autentyczne, jak Valery Legasov grany przez Jareda Harrisa (Carnival Row) czy Boris Shcherbina, w którego wcielił się Stellan Skarsgård. Są też osoby, które zostały wplecione do serialu celem uczczenia pamięci i hołdowania prawdzie, dla uhonorowania wszystkich tych, którzy walczyli i poświęcali zdrowie, wolność i życie w imię niepodważalnej, jedynie słusznej racji, jaką jest prawda. Taką osobą w serialu Charobyl jest Ulana Khomyuk, postać fikcyjna, białoruski naukowiec, grana przez Emily Watson.

Czarnobyl to kolejna udana produkcja stacji HBO, doskonale przyjęta zarówno przez widzów, jak i recenzentów, poruszająca bardzo poważny temat, ostrzegająca i wytykająca zakłamanie lub ukrywanie prawdy. Dobra praca aktorska, której zarzuca się jednak językową niespójność, czyli brak rosyjskiej wersji językowej czy choćby rosyjskiego akcentu, rewelacyjne zrealizowane zdjęcie, wartka narracja i wierne odtworzenie czasów schyłku lat 80-tych ubiegłego wieku. To wszystko składa się na kilkugodzinny seans w doskonałym stylu, który warto sobie zaprezentować, bez względu czy jest się osobą już dojrzałą czy dopiero wchodzącą w dorosłość. 

Dla mnie mocne 9/10!

Serial do obejrzenia na platformie Max.

Murder in the Abbey - recenzja, przygodówka inspirowana znaną powieścią

Murder in the Abbey - recenzja, przygodówka inspirowana znaną powieścią

Znana powieść Umberto Eco miała swoje przeniesienie w filmie, ale także w produkcji przygodowej z roku 2008, o tytule Murder in the Abbey, na Steam znanej jako The Abbey. Gra miała swoje plusy, ale i minusy. A oto moja jej recenzja! 

„Imię róży”, kryminalna powieść Umberto Eco. Pamiętam z jakimi wypiekami na twarzy, ładnych parę lat temu, pochłaniałam tę książkę. Jakiś czas później, szarpana podobnymi emocjami, oglądałam ekranizację dzieła pisarza, wczuwając się w klimat średniowiecznego klasztoru, w którym ktoś pozbawia życia kolejnych zakonników. Dużo później, pochłonięta już bez reszty grami przygodowymi, zobaczyłam zwiastun gry „Murder In the Abbey” i już wiedziałam, że muszę ją zdobyć i zagrać, by przekonać się, czy wessie mnie tak, jak powieść, czy też film, czy raczej będę się czuła zawiedziona? Przekrój moich odczuć po przejściu gry, postaram się przedstawić w mojej recenzji, możliwie jak najdokładniej. Zaznaczam, że recenzja dotyczy pierwszej, podstawowej wersji gry. Tytuł dostępny jest również w wersji The Abbey - Director's cut.

Warto również przeczytać: 

Górska, wyboista ścieżka, wiedzie dwóch zakonników, doświadczonego, będącego w sile wieku Leonardo de Toledo i młodziutkiego, uczącego się być zakonnikiem chłopca, imieniem Bruno. Wędrowcy, próbują dostać się do położonego na uboczu klasztoru, gdzie Leonardo ma wyjaśnić, przyczynę tajemniczej śmierci jednego z mnichów, brata Anselmo. Przybycie na miejsce próbuje im udaremnić, zakapturzona postać, która zrzuca ze skarpy na dół, wprost pod osiołka,  na którym jedzie Bruno, olbrzymi głaz. Tylko dzięki niesłychanemu szczęściu oraz spostrzegawczości swojego mistrza, chłopiec uchodzi z życiem, a podróż naszej dwójki, może być kontynuowana. W końcu docierają do opactwa, gdzie z upływem czasu, na światło dzienne, wychodzą kolejne tajemnice, skrzętnie skrywane w klasztorze.

Tak pokrótce, przedstawia się fabuła gry, która zbliżona jest do literackiego pierwowzoru, ale zdecydowanie nie jest jej wierną kopią. Twórcy, hiszpańskie studio Alcachofa Soft, stworzyli dzieło mniej mroczne, z nowymi wątkami i postaciami, ale w całości nawiązujące do powieści „Imię róży” i na każdym kroku, budzące z nią skojarzenia.

„ Murder in the Abbey”, to klasyczna rozgrywka point&click, ze śliczną rysunkową grafiką. Wizualnie gra przedstawia się przepięknie. Animowane tła, z trójwymiarowymi postaciami, prezentują się doskonale, a wplecione w fabułę liczne animacje, nadają grze klimatu i tworzą graficznie spójną całość. Wspominając o sferze wizualnej, nie mogę w swym tekście, nie zwrócić uwagi na niezwykła dbałość twórców względem zmieniających się pór dnia i nocy. Przecudnie wygląda klasztor na tle zachodzącego słońca, w porze wieczornej, gdy chmury nabierają żółtawo- czerwonego koloru. Nocą usłane gwiazdami niebo, ma się ochotę dotknąć. Postacie stojące w świetle słonecznym, wpadającym przez okno, mają nim oświetlone twarze, na ich licach, odbija się blask palącego się ognia lub też tęcza barw przepływająca przez kolorowe szkiełka witraży, w oknach kościelnych. Efekt jest zadziwiający i dający poczucie rzeczywistości.

Animacje postaci, wykonane są poprawnie, zakonnicy poruszają się płynnie, podczas rozmów na ich twarzach rysuje się odpowiednia do sytuacji mimika. Podczas gdy my zajmujemy się grą, na przykład poszukujemy jakieś wskazówki, bohater czeka na nasz ruch i tak jak w przypadku brata Leonarda, porusza palcami stóp, obutych w sandały lub też macha nogą. Postaci gry przedstawione są w owej przygodówce niezwykle ludzko, i bardzo wiarygodnie. Każdy z zakonników, ma swój wyraźnie zarysowany charakter. Mamy więc żądnego bogactwa opata, służbistę Segundo, lenia i obiboka Egidio, czy też wyniosłego i świadomego swojej władzy inkwizytora Nazaro oraz wielu innych.

Kolejnym mocnym punktem gry, jest oprawa muzyczna. Podczas rozgrywki, cały czas towarzyszy nam muzyka sakralna. Chór, który wyśpiewuje psalmy i religijne pieśni, nadaje pozycji podniosły, średniowieczny klimat. Równie dobrze i realistycznie, brzmią dźwięki otoczenia, tworząc z muzyką spójną całość.

Poczynaniami bohaterów i całą resztą, kierujemy za pomocą myszy. Lewym jej przyciskiem, oglądamy przedmioty, osoby czy miejsca, a prawym przyciskiem myszy, zbieramy rzeczy, używamy ich w danym miejscu, a co najważniejsze, prowadzimy rozmowy. Tych jako, że jest to kryminał, jest ich niezwykle dużo. W większości przypadków, by gra ruszyła do przodu, należy z każdym o wszystkim porozmawiać, a czasami przeprowadzić dialog dwa razy. Niestety z czasem ich ilość nas zalewa i możemy poczuć lekką niechęć do przeprowadzenia kolejnej pogadanki i mieć wrażenie, że twórcy sztucznie wydłużali program.

Inaczej niż w większości gier przygodowych, wygląda ekwipunek i sposób jego używania. Aby go otworzyć, należy najechać gryzoniem na prawy, dolny róg , by na ekranie monitora, pojawił się inwentarz w postaci witraży okien kościelnych. Oprócz kolekcjonowania w schowku kolejnych przedmiotów, w prawym górnym rogu, znajdziecie również dziennik. Zapisywane w nim są ważne dla gry informacje i w razie kompletnej pustki w głowie, warto do niego zajrzeć. Przez cztery rozdziały, na jakie podzielona jest rozgrywka, gracz zwiedzi cały klasztor z jego poszczególnymi pomieszczeniami oraz oddalony nieco od opactwa, cmentarz. Poruszanie się po zakonie, ułatwi mapa, którą można wywołać, poprzez kliknięcia klawisza „M.” Po ukazaniu się na ekranie mapki, wystarczy, że dwa razy klikniemy na dany budynek, a staniemy tuż przed nim. Muszę jednak zaznaczyć, że owa pomoc nie działa w budynkach, ani też w nocy. Aby przejść z jednego miejsce, w drugie po zmroku, musimy zdać się na nasz zmysł orientacji w terenie, co na początku nie jest zadaniem najłatwiejszym, ale posunięciem dość ciekawym.

Na siebie i na swój intelekt, polegać też musimy jeśli chodzi o zagadki dostępne w tej pozycji. Wprawdzie większość z nich skupia się na umiejętnym prowadzeniu rozmów i odpowiednim łączeniu i używaniu przedmiotów, ale twórcy nie zapomnieli również o zadaniach czysto logicznych, których klika tu znajdziemy. Świetnym pomysłem jest zastosowanie elementu współpracy między Leonardo, a Bruno. Razem z młodym, niedoświadczonym zakonnikiem, przechodzimy szkołę życia, ucząc się z nim bycia dobrym i uczciwym duchownym.

Podsumowując, muszę stwierdzić, że „Murder in the Abbey”, jest pozycja dobrą, nie wybitną, ale dobrą, piękną graficznie z kilkoma zwrotami akcji, momentami śmieszną. Nie przyciąga klimatem, tak jak to się dzieje za sprawą powieści Umberto Eco, ale nie odstrasza. Skończywszy ją, nie czułam się zawiedziona i mogę ją spokojnie polecić fanom tego właśnie rodzaju gier. 

Moja ocena 7/10.

Recenzja powstała na bazie podstawowej, pudełkowej wersji gry. Zwiastun dotyczy wersji Director's Cut.


Zalety:
  • Miła dla oka grafika;
  • Ciekawa fabuła;
  • Dobre wizualizacje;
  • Zwroty akcji;
  • Elementy komediowe;
  • Klasyczna przygodowa rozgrywka

Wady:
  • Przegadana;
  • Za mało zagadek;
  • Za duża liniowość
  • Brak polskiej wersji językowej;
  • Zbyt krótka

Symphonia, przygodowa gra platformowa, w której najważniejsza jest muzyka

Symphonia, przygodowa gra platformowa, w której najważniejsza jest muzyka

 

Symphonia to przygodowa gra platformowa, określana jako trudną i precyzyjną, nastawiona na muzykę, która stanowi wyzwanie przygodowe, w rozgrywce platformowej. Gra nie ma jeszcze daty premiery, ale ma wersję demo do przetestowania, dostępną na Steam. 

Przygodowa gra akcji Symphonia, w której najważniejszym elementem jest muzyka, a rozgrywka stawia na wyzwania platformowe, i precyzyjność to dzieło studia Sunny Peak, której wydaniem zajęło się Headup, mające na swoim koncie, między innymi Crowns and Pawns: Kingdom of Deceit, której recenzję i poradnik napisałam dla lubiegrac.pl i The Inner World - The Last Wind Monk.

Może zainteresuje Cię także:

Symphonia to gra, której akcja rozgrywa się właśnie w krainie Symphonia, w której najważniejsza jest muzyka, gdyż jest ona jedynym źródłem życia i energii. Niestety pewnego dnia założyciele i orkiestra znikają. Mieszkańcy stają się podzieleni, a miejsce pomału zapada w ciszę. Orkiestrę i jej odrodzenie postanawia przywrócić Philemon, tajemniczy muzyk z Symphonii.


Wcielamy się właśnie w tajemniczego skrzypka, który zostaje przywrócony do życia w świecie, który upada. Jego skrzypce i smyczek nie tylko pozwalają się mu przemieszczać, ale są przede wszystkim są ważnym instrumentem. Philemon może się katapultować się przez świat, by ukończyć poziomy, rozwiązując wyzwania platformowe, aktywując maszynerię, która przywraca życie w krainie, która skazana była na śmierć. 


W grze Symphonia wkraczamy do muzycznego świata, który opiera się na orkiestrze symfonicznej. Przygodowa gra platforma posiada różne poziomy, z których każdy ma odrębny klimat i charakter. Gra stworzona jest w rysunkowym stylu graficznym, w którym wcielając się w Philemon postaramy się przekonać innych muzyków, by stali się członkami naszej orkiestry. 


Rozgrywce towarzyszy unikalna ścieżka dźwiękowa oparta na romantycznym okresie muzycznym, stworzona przez kompozytora Oliviera Esmana. Usłyszymy w niej wstępy Scoring Orchestra Paris, nagrane specjalnie dla Symphonia i napisane przez kompozytora Oliviera Esmana i jego zespół. Koncerty, która gracz będzie słuchał, ale i tworzył skupiają się na jednej z grupy instrumentów -  smyczkowych, blaszanych i dętych drewnianych.


Gra zadebiutuje na PC, PlayStation 5, Nintendo Switch, PlayStation 4, Xbox One, Microsoft Windows, Xbox Series X/S, Mac OS. Data premiery nie jest jeszcze ogłoszona. 

Karta Steam - pobierz demo

sobota, 12 października 2024

Carnival Row: sezon 2 - recenzja. Finał z fabularną zadyszką

Carnival Row: sezon 2 - recenzja. Finał z fabularną zadyszką

Recenzja serialu Carnival Row w drugim sezonie. Finał opowieści z fabularną zadyszką. Zapraszamy na recenzję finałowego sezonu fantasy serialu Amazona.

Długo Prime Video kazało fanom fantasy, a przede wszystkim Carnival Row czekać na drugi sezon. Pierwsze odcinki pojawiły się na owej platformie bowiem w roku 2019, a na kolejne czekaliśmy do połowy lutego 2023 roku, wcześniej dowiadując się, że będzie to drugi, i zarazem finałowy sezon. Wspominałam w recenzji pierwszej części tejże opowieści, że miłośnicy fantasy, grozy i stylu nieco baśniowego mogli poczuć się w Carnival Row jak przysłowiowa ryba w wodzie. Gwarantowała to wartka akcja i klimat. Finał opowieści wprawdzie może dalej cieszyć, ale finalnie serial dostaje fabularnej zadyszki, której powodem jest zbyt szybkie jej zakończenie. Ale po kolei…

Warto także przeczytać:

Twórcy w Carnival Row: sezon 2 przenoszą widza w historię, która zaczyna się tam, gdzie kończy się pierwszy sezon. Zważywszy, że między kolejnymi seriami dzielą nas trzy lata, to przypomnienie, jakie serwuje nam platforma na wstępie, ma sens. Wielu widzów, zdążyło już bowiem zapomnieć co się wydarzyło w ośmiu odcinkach pierwszej partii serialu. Wprowadzenie zatem ułatwia nam znalezienie się w opowieści, która kontynuuje historię kilku bohaterów, tym razem nie skupiając się tylko na dwóch postaciach, a po trochu mówiąc kolokwialnie „skubiąc” losy kilku z nich.

Philo nie pracuje już w policji, ujawnienie się jako „pokurcz”, i polityczne zamieszanie w Burgue, sprawiają, że jemu podobne osoby zostają zamknięte na Carnival Row, bez możliwości swobodnego przemieszczania. Choć z policją nasz bohater nie ma już do czynienia, nie znaczy, że całkiem od niej odszedł. Życie ma bowiem dla niego pewne plany. Gdy w okolicy pojawia się nowy wróg, a upolowanie go nie jest takie proste, Philo musi nieco zmienić wytyczone życiowe ścieżki. Jednocześnie stoi w rozkroku między światem ludzi, a małoludami.

Tymczasem Vignette coraz bardziej natarczywie atakuje ludzi, coraz mocniej zagłębiając się w ideologię Czarnego Kruka. Razem z nimi robi ataki na konwoje z jedzeniem i lekami, bierze udział w niebezpiecznych akcjach, jednocześnie miotając się między tym co jej serca podpowiada, a co niesie rzeczywistość. Para zakochanych mocno się od siebie oddala, zmierzając wyraźnie w przeciwnych kierunkach. Również przyjaźń z Tourmaline schodzi na plan dalszy, tracąc na znaczeniu.

Sama Tourmaline, piksa, niegdyś pracująca jako prostytutka, mierzy się z zupełnie innym rodzajem magii. Nawiedzona przez dar wiedźmy, boryka się z przerażającymi wizjami, związanymi z przyszłością, także najbliższych jej osób. Pozyskując moce musi nauczyć się nad nimi panować, stając się ze zwykłej piksy, wiedźmą jak się patrzy, wiedząc jednocześnie, że jej moc może zarówno pomóc, jak i zaszkodzić. W drugim sezonie rozwijany jest także wątek przyjaciela Philo, który towarzyszy wspomnianej piksie, tudzież wróżce, jak wolicie. 

Ale sporo uwagi poświęcono również Imogen Spurnrose i Agreusowi, kochankom, którzy uciekając nie trafili do świata do jakiego trafić chcieli, a do rewolucyjnego państwa, kiedyś wspierającego przez Pakt, które pozornie sprzyja „pokurczom”, walcząc z ludźmi, tworząc coś w rodzaju socjalistycznego społeczeństwa, na czele którego stoi charyzmatyczna przywódczyni. 

Fabuła Carnival Row w sezonie drugim zbiera wszystkie wątki z pierwszej części, która musząc zmieścić w dziesięciu odcinkach, gna jak szalona, jednocześnie każdemu elementowi fabularnej, szczególnie postaciowej układanki poświęcając za mało czasu, i traktując zbyt płytko. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że serial w pewnym momencie dostaje fabularnej zadyszki, a widz skacze od postaci do postaci, przy żadnej nie zostając na dłużej. Nie może, bo zwyczajnie nie ma na to w serialu czasu. Opowieść boryka się z problemem zbyt szybkiego zamknięcia historii, która spokojnie mogłaby być rozciągnięta na kilka kolejnych epizodów sezonu trzeciego. A wiemy, że na to liczyć nie możemy, zapewne z powodu kosztów, jakie wygenerował ów serial. 

A tak, nie tylko śledzimy na ekranie fabularny chaos i jedynie zarys treści i losów bohaterów, ale i niektóre wątki zwyczajnie zostają pominięte. Związek Philo i Vignette praktycznie nie istnieje, a twórcy, wyraźnie nie zamierzają go ciągnąć, trochę jakby nie wiedzieli co z nim zrobić. Przeskakując między Tourmaline z jej towarzyszem, a Tourmaline z Vignette, jesteśmy świadkami rodzenia się i umierania przyjaźni, a i tak ten aspekt fabularny traktowany jest po łebkach.

Nierówna akcja, która raz gna jak szalona, a raz toczy się ślamazarnie i powolnie to duża bolączka tejże opowieści, w jej kolejnych odcinkach. To samo można powiedzieć o dialogach, które, co tu kryć są bardzo sztampowe, rysujące bardzo jasno to, o co twórcom w serialu chodzi. Nie brakuje zatem nawiązań do problemu rasizmu, odrzucenia, czy inności jako takiej. Są podziały klasowe i bieda, zdecydowanie bardziej widoczna w tym sezonie, niźli w poprzednim. 

Bezsprzecznie, także w finałowym sezonie wracamy do pięknego, ale jakże brutalnego świata, który obrazuje ciekawe fantasy, mrocznie łącząc świat ludzi, także tych na wyższych poziomach władzy, z biednym i wyniszczonym świadkiem małoludów, zamkniętych na Carnival Row. Tym co zachwyca są ponownie stroje, świetna charakteryzacja i ponurość tej opowieści, obrazowana nie tylko dobrymi ujęciami, ale i klimatyczną muzyką. Miło jest ponownie usłyszeć niesamowicie rozbrzmiewający motyw muzyczny, grający pierwsze skrzypce w intro, wstępie do odcinka, ale i przewijający się w całym sezonie. Tym razem jednak świat przedstawiony nam w serialu jest znacznie bardziej brutalny, trudny, przytłaczający i niezwykle krwawy. Na ilość czerwonej posoki, flaków i wymyślnych śmierci raczej nie powinniśmy narzekać, a nowy potwór, jaki terroryzuje świat ludzi, okazuje się być całkiem zmyśle stworzony. 

Problem w tym, że pęd, jaki obrali sobie twórcy serialu, a który jak już wspominałam jest wynikiem rozpoczętych w pierwszym sezonie wątków, nie tylko wywołuje chaos fabularny i pewne nieścisłości, ale i prowadzi do zaskakującego zakończenia. Oglądając finał tej historii miałam wrażenie, że jej autorom zabrakło pomysłu, albo nie starczyło czasu na dokończenie swego działa. Mam też nieodparte uczucie, że finał jest przesłodzony i zbyt banalny. Nie mogę, bez zdradzania fabuły wyjaśnić dokładnie, o co mi chodzi, ale słodycz zakończenia, no może poza jednym smutnym wątkiem, jakoś mi tu wcale nie pasuje. Nie pomyślcie, że nie jestem fankom szczęśliwych zakończeń, ale wrzucanie ich do serialu na siłę, to już lekka przesada.

Podsumowując Carnival Row to nadal bardzo dobre fantasy, który niezbyt kochają krytycy, a uwielbiają widzowie. Opowieść w drugim i ostatnim sezonie może poszczycić się barwną, pełną uroku, acz klimatycznie ponurą scenerią, wieloma wątkami fabularnymi, w których ważne stają się różne postaci, bardziej niż w sezonie pierwszym. Jest także zdecydowanie brutalniej, i chyba dużo mroczniej. Niedomaga jednak styl prowadzenie opowieści, w której naszych bohaterów poznajemy pobieżnie. Twórcy pomijają wiele wątków, a część traktują zbyt lekko. Finał zaś przynosi zaskoczenie, które mnie bardzo tu nie pasuje, jakoś się zupełnie nie klei. Ale to oczywiście jedynie moje subiektywne zdania. 

Dwa sezony Carnival Row można obejrzeć na platformie Prime Video. 



Carnival Row, recenzja 1 sezonu fantasy baśni dla dorosłych Amazon Prime Video

Carnival Row, recenzja 1 sezonu fantasy baśni dla dorosłych Amazon Prime Video

 

Carnival Row, recenzja pierwszego sezonu wciągającego fantasy, baśni dla dorosłych, serialu stworzonego i dostępnego na platformie Amazon Prime Video. 

Miłośnicy fantasy, grozy i stylu nieco baśniowego mogą czuć się w serialu od Amazon Prime Video, zatytułowanym Carnival Row jak przysłowiowa ryba w wodzie. Bowiem ta produkcja ma wszystkie wyżej wymienione elementy, a do tego wartką akcję i klimat, którego często brakuje serialom im podobnym. Wprawdzie premiera pierwszego sezonu miała miejsce pięć lat temu, a opowieść nie jest już „świeżakiem” w propozycjach streamingowych, ja miałam okazję poznać go dopiero niedawno. A skoro doczekaliśmy się kontynuacji, którą również opisałam w recenzji, to myślę, że jest to dobry czas na przypomnienie tego, co ma do zaoferowania ta opowieść i podsumowania całego pierwszego sezonu. 

Warto również przeczytać:

Ten liczy sobie tradycyjną i często spotykaną liczbę odcinków, czyli osiem i rozgrywa się w fikcyjnym mieście o nazwie Burgue, gdzie jakiś czas temu zaproszono istoty baśniowe, jak wróżki, nimfy, faunów i inne postaci. Miało to być rekompensatą za wojnę, którą wywołali ludzi, a małoludy, jak nazwane są baśniowe istoty, stały się uchodźcami ze swojego kraju i w Burgue miały znaleźć bezpieczną przystań. Problem w tym, że bytowanie ludzi z istotami zupełnie się od nich różniącymi, zaczęło nie podobać się grupie działającej niemal poza prawem. Niechęć do „innych” z czasem stawała się coraz bardziej widoczna, szerząc rasizm, nietolerancję i agresję.

W takim świecie poznajemy detektywa miejscowej policji Rycrofta Philostrate’a, znanego jako Philo, który podczas wspomnianej wojny zakochał się w piksie, czyli wróżce imieniem Vignette. Kontakt pary się jednak urwał. Wiele lat później detektyw, który skrywa pewną tajemniczą przeszłość bada sprawy makabrycznych mordów dokonywanych na małoludach, ale nie tylko. Zbrodnie są okrutne, dokonywane przez kogoś, kto rozszarpuje ciała, przy okazji pozbawiając ich pewnego organu. Szybko okazuje się, że zbrodnie te mają ukryte dno, i przebierają nieoczekiwane obrót. Na drodze Philo ponownie staje ukochana Vignette, ale świat, jaki niegdyś znali, mocno się zmienia, i to nie na ich korzyść. 

Carnival Row to prosta i bardzo angażująca opowieść fantasy, można powiedzieć baśń, ale zdecydowanie dla dorosłych. Choć znajdziemy w niej wiele elementów klasycznie baśniowych, wiele postaci zaczerpniętych wprost z takich właśnie opowieści, nie jest to serial dla młodszych widzów. Przede wszystkim dlatego, że historia z biegiem czasu nabiera bardzo mrocznego wyrazu, mordy, jakie dokonuje zbrodniarz są bardzo brutalne i niezwykle sugestywne, a na ekranie gości nagość i gore, zaś dialogi nie szczędzą wulgaryzmów. 

Śmiało można powiedzieć, że jest to połączenie fantasy, klasycznego horroru i opowieści detektywistycznej z romansem w tle. Serial jest mieszaniną tego, co już kiedyś widzieliśmy, co dobrze znamy, i co już nam się kiedyś podobało. Mamy więc baśnie i bajkowe postaci, mamy romantyczną historię, która zawsze jest mile widziana, ale mamy także zbitek wszelakich nawiązań i skojarzeń i to często niemal dosłownych. 

Po pierwsze akcja serialu toczy się w fikcyjnym miejscu, które stworzone zostało na wzór czasów wiktoriańskich, tu pseudowiktoriańskich. Po drugie detektyw Philo, w którego wcielił się Orlando Bloom, może nam kojarzyć się z detektywem Sherlockiem Holmesem i jedną ze spraw jaką się zajmował. Brutalny morderca rozgrywający i patroszący swoje ofiary z całą pewnością inspirowany jest Kubom Rozpruwaczem, postacią autentyczną, ale i występującą w jednej książkowych, a także growych opowieści z serii Sherlock Holmes. Co ciekawe, nawet nazywany jest w Burgue podobnie, bowiem Kubą Plugawaczem. 

Takich skojarzeń w całym pierwszym sezonie, który mimo wielu już widzianych, żeby nie rzec „ogranych” elementów, może się podobać, bo szybko i skutecznie wciąga, jest dużo więcej. Nie będę ich oczywiście wszystkich ujawniać, by nie psuć Wam zabawy. Ale oprócz podobieństw, myślę, że celowych działań twórców, czyli René Echevarria i Travisa Beachama, którzy stworzyli go na podstawie powieści "A Killing on Carnival Row" autorstwa Travisa Beachama, serial niesie z sobą bardzo wyraźnie przesłanie. Osadzając fabułę w przeszłości, prawie wiktoriańskiej, mieszając ją z baśniowością, w opowieść wpleciono problem imigrantów, rasizm, odrzucenia, wykluczenie czy nietolerancję inności. W fikcyjnej historii upchnięto bardzo zgrabnie, choć bardzo oczywisto wszystkie większe problemy współczesnego świata. 

Można mieć jedynie zastrzeżenie do skupienia się autorów tegoż serialu na zbyt dużej ilości wątków, która biegną za szybko, często zaczynają żyć swoim życiem i połapać się w gmatwaninie fabularnej bywa czasami dość trudno. Wydaje się, że za dużo chciano powiedzieć, a czasu na to było zdecydowanie za mało. Może to czasami utrudniać odbiór i zaburzać płynność narracji. Ale to tylko mała niegodność, którą skutecznie niweluje naprawdę angażująca historia kryminalna z dużą dawką tajemnicy i zagadkowości. 

To, co dobrze się ogląda fabularnie, zostało także ubarwione świetnymi ujęciami, bardzo dobrą ścieżką dźwiękową, szczególnie dobrym intro muzycznym, czołówką, za którą Carnival Row został nominowany do nagrody Emmy, podobnie jak motyw przewodni, ale i kostiumy. Te wyglądają naprawdę zjawiskowo. Dzięki scenografii, zdjęciom i klimatowi miasta, czujemy się jakbyśmy przechadzali się uliczkami wiktoriańskiego Londynu, co potęguje atmosferę zagadki z morderstwami w tle.  

Nie można zapominać o równie wyrazistej i budzącej skojarzenia grze aktorskiej i obsadzie serialu. Wspomniany już Orlando Bloom (Piraci z Karaibów, Władca Poerścieni) w roli Philo to wycofany, lekko szorstki detektyw z przeszłością, czyli klasyka kryminałów noir. Bloom wciela się w swoją postać z należytym aktorskim pietyzmem. Jak zwykle czaruje głosem, i chodzi w bardzo specyficzny, ciężki sposób, co nadaje jego bohaterowi autentyczności. Nieco bardziej charyzmatyczna i wyrazista jest Cara Delevingne, która wcieliła się w postać piksy Vignette Stonemoss (Legion samobójców, Tulipanowa gorączka). Na uwagę zasługuje także Indira Varma (Gra o tron, Luther) jako żona kanclerza Piety Breakspear, Jared Harris, którego kojarzymy z serialem Czarnobyl jako kanclerz i Tamzin Merchant (Dynastia Tudorów, Salem) jako panienka Imogen.

Podsumowując Carnival Row, mimo tego, że nie jest to serial pozbawiony wad to potrafi zachwycić i przyciągnąć uwagę na tyle, by pochłaniać odcinek za odcinkiem, aż do finału, który kazał nam czekać na kontynuację dość długo. Wartka akcja, mroczna tajemnica, mordy i pewna brutalna bajkowość, jednocześnie ciekawie napisane postaci i przede wszystkim klimat. To wszystko wyróżnia w serial fantasy nad produkcje mu podobne. Serial Wam oczywiście serdecznie polecam! 

Moja ocena 9/10.

The Book of Unwritten Tales 2 - recenzja

The Book of Unwritten Tales 2 - recenzja

Po recenzji pierwszej części gry, przyszedł czas na podsumowanie jej kontynuacji. The Book of Unwritten Tales 2 ma swoje miejsce w mojej recenzji. Miłej lektury! 

Kilkanaście lat temu w sprzedaży pojawiła się gra, która zachwyciła niejednego fana produkcji przygodowych i nie tylko. Tytuł określany mianem "Jednej z najlepszych przygodówek ostatnich czasów”, to oczywiście The Book of Unwritten Tales. Gdy we wczesnym dostępie na Steam pojawił się pierwszy epizod drugiej odsłony tej właśnie pozycji, wielu z nas zacierało ręce i zamawiało grę, by jak  najszybciej poznać kolejne przygody wspaniałej paczki przyjaciół, dzielnego i pełnego marzeń gnoma Wilbura, walecznej i ciekawskiej elfki Ivo, czy też buntownika i pirata Nate’a. The Book of Unwritten Tales 2, tak jak już wcześniej nadmieniłam udostępniana była fanom epizodycznie. Całość, składająca się z pięciu rozdziałów pojawiła się w sprzedaży w lutym 2015 roku, a kilka miesięcy później, także w naszym kraju w ojczystym języku.  

Warto także przeczytać inne recenzje:

Minął jakiś czas. Nate, podróżnik i pirat wpadł po raz kolejny w kłopoty. Zaczynając rozgrywkę, spotykamy go w dziwnym, nieznanym nam bliżej miejscu, z lukami w pamięci. Elfica Ivo na polecanie matki ma wyjść za mąż, ale pewne odkrycie, względem swego zdrowie wszystko w tych planach zmienia. Wilbura spotykamy zaś w klasie, w szkole magii, gdzie odbywa się jego pierwsza lekcja. Niestety nie idzie mu za dobrze, a na dodatek zostaje oskarżony o coś czego nie zrobił. Kolejny raz cała trójka zostaje wplątana w intrygę i przeżyje bardzo ekscytującą przygodę. Nie będę Wam wiele zdradzać z fabuły, by nie psuć zabawy, bowiem scenariusz owej przygodówki to jej największa zaleta. 

Graficznie przygodówka nie uległa dużej zmianie, choć wygląd bohaterów jak najbardziej tak, co muszę przyznać, nie bardzo mi się z początku podobało, choć można się przyzwyczaić. Postaci się postarzały, to zrozumiałe jeśli latka lecą, ale i niestety nieco zbrzydły. Ivo wygląda zupełnie inaczej, Wilbur też jakby odmieniony. Zmiana według mnie na niekorzyść, tym bardziej, że oprócz pokracznego czasami wyglądu, postacie poruszają się jakoś bardzo dziwnie. Dotyczy to szczególnie Nate’a.  

Wychwalałam pierwszą odsłonę, ale dwójeczkę muszę zbesztać. Przede wszystkim za nijaki wygląd postaci, za błędy, które pojawiają się w grze, szczególnie inwentarzowe. Jeden z nich doprowadził do tego, że w żaden sposób nie mogłam ruszyć fabuły do przodu, bo stworzony przeze mnie przedmiot, nie wyglądał tak jak powinien i gra uznała, że jest nieskończony. Oprócz tego, często w ekwipunku przedmioty znikały, a pojawiał się znak zapytania. Gra wieszała się, wywalała do pulpitu, postacie robiły się bezbarwne, a czasami białe, a wiele mówionych tekstów brzmiało tak, jakby bohater zamknięty był w blaszanej puszce. 

Brakło mi też zagadek, typowych, logicznych zadań, które urozmaiciły by rozgrywkę. Owszem, było wiele zadań przedmiotowych i powiedziałabym dialogowych, które dla osób nie władających językiem angielskim w sposób zadawalający, mogły sprawiać kłopoty. Dopiero pojawienie się w Polsce ojczystej wersji językowej, zdecydowanie ułatwiło zadanie wszystkim tym graczom, którzy z językiem angielskim nie są za pan brat. 

Kolejnym aspektem, który w tej części uległ pozornemu ulepszeniu jest humor. Jedynka była niezwykle zabawna, a dwójka? No cóż, bohaterowie dorośli, spoważnieli, ale dlaczego ich humor siadł jak przysłowiowy zakalec? Nie było już tak zabawnie, czasami lekko się uśmiechałam, wyłapując ciekawe porównania i nawiązania do filmów, gier, czy książek, ale nigdy nie zaśmiałam się w głos. Być może nie wszystko zrozumiałam, być może miałam za duże wymagania względem owej gry. Szkoda, bo czuję się zawiedziona tym bardziej, że czytałam o niej wiele dobrego.

Nie zmieniono sterowania, więc wciąż jest łatwo i intuicyjnie. The Book of Unwritten Tales 2 obsługujemy jedynie za pomocą myszy. Warto oglądać wszelakie przedmioty przynajmniej dwa razy, bowiem wiele z nich można zabrać dopiero po ponownym ich obejrzeniu i skomentowaniu. Często te komentarze są zbyt długie, lekko naciągane. Niestety ostatecznie wszystko jest zwyczajnie przegadane. Zbierane przedmioty trafiają do klasycznego ekwipunku. Jest ich sporo, ale niczego istotnego nie przegapimy, bowiem po naciśnięciu klawisza spacji na ekranie, w danej lokacji pojawią się wszystkie aktywne miejsca.

Mocną stroną tej produkcji jest zdecydowanie i niepodważalnie fabuła, która jest ciekawa i obfituje w liczne zwroty akcji. Gra jest długa i to także jej duża zaleta. Przy monitorze jesteśmy w stanie spędzić ponad dwadzieścia godzin. 

Duży plus za udźwiękowienie i za muzykę, którą podczas rozgrywki słyszymy w swoich uszach. Wiele kawałków przypomni nam pierwszą odsłonę, ale pojawiają się także inne utwory muzyczne, które szybko wpadają w ucho, a grze nadają odpowiedniego klimatu. 

Miło jest także oprócz spotkania już przeze mnie wspomnianej trójki bohaterów, natknąć się i porozmawiać z postaciami, które pojawiły się w pierwszej odsłonie tej przygodówki. Po raz kolejny natkniemy się więc na dwugłowego Ogra, szczura Remie’go, czarownika Munkus’a, handlowca Billa czy też przezabawną postać, jaką jest Mumia. Oprócz tego pojawi się wiele ciekawych postaci, które są wyraźnie zarysowane oraz posiadają swój charakter. 

Ciężko mi podsumować grę, do której z racji pierwszej odsłony mam wielki sentyment. Niestety muszę być sama z sobą szczera, więc z bólem stwierdzam, że The Book of Unwritten Tales 2 jest zdecydowanie słabsza od jej poprzedniczki. 

Mniej zabawna, zbyt kolorowa, nie posiada zagadek, a błędy, które się w niej pojawiają, skutecznie zniechęcają do dalszego grania. Nie mogę jednak napisać, że gra jest fatalna, czy też zła, tak oczywiście nie jest. Posiada interesujący klimat i bardzo ciekawą fabułę, a zakończenie mogło wskazywać pojawienie się jej trzeciej odsłony. Jak wiemy opowieść w oficjalnej kontynuacji nigdy nie została stworzona, pomijając pewien jej dodatek. 

Moja ocena 7/10.



Zalety:
  • ciekawa fabuła;
  • zwroty akcji;
  • długość gry;
  • powrót znajomych postaci;
  • nawiązania do gier, filmów, książek;
  • mino wszystko grafika;

Wady:
  • bugi i wszelakie błędy;
  • brzydki wygląd postaci;
  • brak zagadek logicznych;
  • za mało humoru