Nikt nie ujdzie z życiem, horror Netflix oparty na bazie bestsellerowej powieści Adama Nevilla, mieszający gatunki i formę. Zapraszamy na naszą recenzję!
Netflix rozpieszcza swoich widzów, szczególnie tych lubiących opowieści grozy, coraz większą ilością filmów i seriali z tegoż właśnie gatunku. Dziś skupiłam się na jednej z takich produkcji, mającej swój debiut na Netflix w 2021 roku. Film nosi tytuł Nikt nie ujdzie z życiem i jest adaptacją bestsellerowej powieści "No One Gets Out Alive", autorstwa Adama Nevilla. Pisarz ma na swoim koncie także książkę "Rytuał", która również została przeniesiona do filmu, dostępnego na wspomnianej platformie. Horror nosi taki sam tytuł.
Nikt nie ujdzie z życiem – nieoczywista i zaskakująca fabuła
Muszę się na wstępie przyznać, że nie miałam okazji poznać powieści, na bazie której powstał film grozy Nikt nie ujdzie z życiem, więc trudno mi powiedzieć jak spójne są owe działa. Ale oglądając zapowiedź filmową Netfliksa, spodziewałam się nieco innej historii. Tymczasem ta mocno zaskakuje, miesza wątki, a nawet gatunki. Trudno o filmie powiedzieć, że jest zamknięty w określanych ramach. Zdecydowanie tak nie jest.
Historia skupia się na młodej kobiecie Latynoamerykance o imieniu Amber, osobie z bolesną, wręcz traumatyczną przeszłością. Po śmierci matki, która długo chorowała, skupiając na sobie całą uwagę córki, dziewczyna postanawia uciec do Ameryki, by tam poszukać lepszego dla siebie życia. Jako nielegalna imigrantka, z paroma dolarami w kieszeni, zatrudnia się na czarno w miejscowej szwalni, w Cleveland, niewielkim, ale słynącym z mroźnych zim, miasteczku. Ponieważ nie posiada za wiele pieniędzy, szuka bardzo taniego lokum. Takim okazuje się być stara podupadająca posiadłość, która niegdyś była dobrze prosperującym pensjonatem. Lokal przeznaczony jedynie dla kobiet, tak przynajmniej ogłaszają się jego właściciele, wydaje się dla Amber dobrym początkiem. Wkrótce okazuje się, że miejsce to kryje bardzo mroczną, wręcz przerażającą przeszłość, której początek stanowią tajemnicze rytuały i pierwotne zło.
Nikt nie ujdzie z życiem – gorsza wersja Rytuału?
Wspomniałam, że opisywana przez mnie produkcja grozy, powstała na książce o takim samym tytule, i podobnie jak i inny horror zatytułowany Rytuał, mają wspólnego autora, Adama Nevilla, na którego powieściach bazują obydwie produkcje. Znajdziemy w Nikt nie ujdzie z życiem nieco nawiązań do Rytuału, który wydaje się być opowieścią zdecydowanie mroczniejszą, bardziej spójną i ciekawszą. Czy zatem Nikt nie ujdzie z życiem jest filmem słabym? Tego o tej produkcji powiedzieć nie można, bo choć posiada wady i pewnie niedociągnięcia, to ma jedną sporą zaletę. Zaskakuje.
Jeśli tak jak ja, po obejrzeniu zwiastuna przygotowanego przez Netflix, spodziewaliście się typowej produkcji o duchach i nawiedzonej posiadłości, klimatycznej opowieści, to muszę Was zmartwić. Nie, nie jest to tylko historia o duchach. Film wyraźnie podzielony na dwie części, w pierwszej buduje klimacik nawiedzeń, w drugiej gwałtownie zbacza od tematu i staje się filmowym dziełem w zupełnie innym gatunku.
Ponieważ recenzja, którą czytacie jest tekstem starającym się stosować jak najmniej spojlerów, a przy tym filmie, nie jest to wcale łatwe zadanie, pozwolicie, że nie będę zdradzać szczegółów. Napiszę tylko, że podczas seansu, który spokojnie mogą sobie urządzić zarówno fani strachu, jak i bardziej strachliwi, natkniecie się na duchy, całkiem porządne momenty budowania napięcia, ale i klasyczne dla horrorów chwile przestrachu. Natkniecie się w filmie na jump scare’y, sporo klasycznych momentów slashera, ale i coś na wzór fantasy – horroru. Nikt nie ujdzie z życiem w pewnym momencie schodzi z utartej drogi straszenia i łączy grozę z klasycznym dreszczowcem, ubarwiając wszystko nie tylko tajemnicą pensjonatu, w którym mieszka Amber, ale i przeszłością jej mieszkańców. A podstawą wszystkiego jest starożytny kult, pewien rytuał i przerażająca, ale i nietypowa istota, o której więcej nie napiszę.
Nikt nie ujdzie z życiem – przerażanie, którego brakuje
Horror Nikt nie ujdzie z życiem to produkcja amerykańska, której reżyserem jest Santiago Menghini. Film został wyprodukowany przez twórców Rytuału, dlatego, jak już wspomniałam ma z nim sporo wspólnego. Uderza w nim kilka istotnych kwestii. Po pierwsze mieszanina gatunkowa, która w efekcie przynosi zaskakujące zakończenie, które jest tak niejednoznaczne, że stawia wiele znaków zapytania. Tak naprawdę sami musimy sobie na nie odpowiedzieć.
Po drugie postać Amber. Biedna dziewczyna, która ma za sobą traumatyczne życiowe wydarzenia, zdaje się tak uodporniła na strach i przerażenie, że nie są ją w stanie poruszyć niecodzienne wydarzenia jakich jest świadkiem w pensjonacie. W rolę Amber wciela się Cristina Rodlo, która ma na swoim koncie udział w serialu AMC Terror: Dzień hańby. Aktorka buduje postać młodej, niezłomnej i nieustraszonej kobiety, którą nikt nie ugnie i finalnie tak się właśnie dzieje.
W filmie zobaczymy jeszcze kilku mniej lub bardziej znanych aktorów, jak choćby Marca Menchaca (Czarne lustro, Ozark, Outsider), który wcielił się w rolę Reda, Davida Figlioli (Migawka z przyszłości, Wiem kto mnie zabił, Alibi), który wcielił się w rolę Beckera i wielu innych.
Nikt nie ujdzie z życiem – podsumowanie recenzji
Szczerze powiedziawszy nie wiem co mam o tej produkcji myśleć. Mam na jej temat bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony oglądając Nikt nie ujdzie z życiem czułam się zaciekawiona, zaintrygowana, a nawet zaskoczona. Z drugiej niemal zszokowana finałem opowieści, a w mojej głowie pojawiło się więcej znaków zapytania, niż na początku seansu. Ma to oczywiście swoje plusy, bo stawia film w gronie opowieści bardziej wymagających, ale jednocześnie, jakoś mnie osobiście wcale nie pasuje do całej fabularnej otoczki. Mieszanina gatunków dała filmowi powiew świeżości, choć nie pogniewałabym się, gdyby ów horror zechciał trochę mocniej straszyć.
Forgery Craft to gra symulacyjna, w której jednak znajdziemy bardzo rozbudowaną fabułę, i nietypową rozgrywkę, w której wcielamy się w postać, która szkoli się na doskonałego fałszerza.
W fałszerza, który zaczyna od bardziej prostych zadań, od fałszowania podpisów i prostych dokumentów wcielimy się w grze z rozgrywką "wskaż i kliknij" i bardzo rozwiniętą fabułą, zatytułowaną Forgery Craft, która nie ma daty premiery, ale niektórzy mieli okazję sprawdzić ją w wersji demo podczas targów PGA w Poznaniu.
Forgery Craft to historia Amelii, która jest artystką marzącą o zdobyciu uznania. Wkrótce odkrywa, że jej talent marnuje się w malowaniu w kółko martwej natury. Niedługo później zaczyna szkolić się w sztuce fałszowania, próbując przekonać swoim fałszerstwem, że to co stworzyła to autentyk.
To okazuje się nie być takie proste. Niektóre fałszerstwa są bardziej skomplikowane, ale każda sfałszowana praca pozwoli zdobyć nowe narzędzia, pozwalając ulepszać swoje dzieła. Codzienne przedmioty mogą pomóc w sfałszowaniu ponad 100 letniego dzieła. Warto się za nimi rozglądać i malować, fałszować i ćwiczyć.
Gra nie ma jeszcze daty premiery. Nie możemy sprawdzić ogólnie dostępnego demo, bo takowego, jak na razie nie ma. W grę natomiast zagramy w pełnej polskiej wersji językowej.
PRIM, przygodowa gra "wskaż i kliknij", w bardzo charakterystycznym, czarno-białym stylu. Słodka opowieść o życiu, odpowiedzialności i wielkiej przyjaźni. Zapraszam do jej recenzji!
O przygodówce PRIM usłyszałam po raz pierwszy kilka lat temu, i już wtedy wiedziałam, że jest to gra, w którą zagrać muszę, z kilku względów o których napiszę poniżej, w tej właśnie recenzji. Jakiś czas temu pojawiła się możliwość zagranie w jej demo, a finalnie także w pełną wersję, za co serdecznie dziękuję twórcom gry i wydawcy, Common Colors i Application Systems Heidelberg.
Jak cienka linia dzieli życie od śmierci, wiemy wszyscy. O życiu poza życiem, o jego końcu nie mówni się za wiele, bo wciąż jest to dla nas ludzi temat trudny, temat tabu. Coraz więcej jednak twórców sięga po trudne tematyki, poruszając je w swoich grach w bardzo różny sposób. Niektórzy robią to mrocznie, inni stawiają na emocje, a jeszcze inni, jak choćby wspomniane wyżej studia, postanawiają zabawić się wszystkimi tymi elementami, tworząc opowieść zarówno nieco mroczną, zważywszy na styl graficzny i kolorystykę, jak i pełną humoru, aspektów psychologicznych i mitologii. Taka po krótce jest przygodówka PRIM. Ale jaka jeszcze?
Fabularna opowieść o życiu i śmierci, pełna mrugnięć okiem
Bohaterką PRIMjest tytułowa nastolatka, która w wieku lat szesnastu traci swoją matką, która umiera nagłą śmiercią. Prim z dnia na dzień musi zostawić swojego przyjaciela, Tristana i życia jakie zna i przenieść się w zupełnie inne miejsce. A nie jest to lokum typowe. Urocza protagonistka okazuje się być córką Ponurego Żniwiarza, znanego jako Thanatos, a miejscem, w którym przyjdzie jej teraz żyć, ma stać się Kraina Umarłych.
Wraz z wkroczeniem w portal, trochę od niej niezależnie, zmienia się nie tylko życie Prim, ale i ona sama, począwszy od koloru włosów, po osobowość, a dokładnie pewne jej cechy. Kończąc szesnaście lat, i wkraczając do świata umarłych, staje się kimś w rodzaju półbogini, obdarzonej mocami, które nie należą do ludzkich.
Zbuntowana i chcąca wrócić do dawnego życia, nie godząca się na surowe zasady ojca, którego tak naprawdę nastolatka nie zdołała do tej pory poznać, postanawia uciec. Jej sprzymierzeńcem okazuje się być nietypowy przyjaciel, oko-pająk, którego udaje się jej oswoić, i wkrótce staje się dla niej kolejną, zupełnie nową zdolnością.
I tak, przy pomocy małego przyjaciela, używając także swojego sprytu, Prim ucieka do świata żywych, spotyka Tristana, ale jej inność doprowadza do sytuacji, w której ponownie go traci. Teraz musi zrobić wszystko, by w Krainie Umarłych znaleźć sposób na uratowanie przyjaciela.
Fabuła recenzowanej przeze mnie przygodówki PRIM wydaje się pokręcona i nierealna. I taka jest, ale jedynie z pozoru. Bo choć w grze trafiamy do świata poza światem, czyli do Krainy Umarłych, i choć ten jest mrugnięciem okiem w stronę mitologii i znanych nam z niej postaci, to tak naprawdę opowieść odnieść można do świata ludzi, i życia, sporej części zwykłych obywateli.
Mamy bowiem nastolatkę w wielu młodzieńczego buntu, wychowywaną przez matkę, nie znającą ojca, nawet nigdy o nim nie słyszącą. Mamy tragiczne wydarzenie, które zmienia życie, nie tylko jej, ale i jej ojca, który nie zna swojego dziecka, nie wie co to ojcostwo, a teraz, za wszelką cenę pragnie sprawować nad nią kontrolę. A to się dorastającej pannie nie podoba.
PRIM to tak naprawdę urocza, ale i trochę przerażająca, nieco makabryczna opowieść o życiu i umieraniu, które jest jego częścią. Ale to także historia o odpuszczaniu kontroli i odnajdywania własnego miejsce w świecie, który jest zarazem magiczny, mroczny i nieznany. Ale może być również bliski, dzięki nowo poznanym przyjaciołom, dzięki miłości i przyjaźni.
Klasyka "wskaż i kliknij" z ciekawymi dodatkami
A świat ten stworzony jest w klasycznym stylu jaki kochają miłośnicy przygodówek. PRIM to typowy point-and-click, sterowany za pomocą myszy, jednym jego kliknięciu, wyposażony w bardzo ciekawe, urozmaicające zabawę dodatki.
Prim sterujemy za pomocą myszy, wykonując klasyczne jak na ten gatunek czynności. Oglądamy miejsca i przedmioty, podnosimy je, umieszczamy w dość klasycznym ekwipunku, wyglądającym jak zwój pergaminu, łączymy je, wykorzystujemy, eksplorujemy, czy rozmawiamy. A zdecydowanie mamy z kim.
Ale gra posiada także bardzo ciekawe dodatki i równie pomysłowe ulepszenia. Prim to bowiem nie jedyna postać, nad którą kontrolę przejmujemy. Wspomniałam, że w grze pokierujemy także Tristanem, jej przyjacielem, ale tylko przez chwilę. Sporą część gry spędzimy kierując wyjątkowym pomocnikiem, przyjacielem i zarazem częścią ciała Prim. Oko-pająk, czy pająk-oko, jak wolimy to istota, która pozwoli nam wejść w miejsca, które dla naszej nastolatki są niemożliwe do odwiedzenia. Przejdzie przez przejście dla kota, wespnie się na drzewo, a także stoczy pojedynek z kotem, w otoczeniu gnomów.
Ale nasz towarzysz posiada jeszcze jedną funkcję. Jest okiem Prim, które pozwoli widzieć to co jest przed nami ukryte, to co dotyczy innych postaci tejże gry, widzieć ich marzenia, hobby, działania. Umiejętność ta to zarówno wzbogacenie wielowątkowej zabawy, ale także zadaniowa część rozgrywki.
PRIM będzie nas bawić, będzie także stawiać wyzwania umysłowe
A ta bogata jest w klasyczne rozwiązania point-and-clicków, czyli zagadki przygodowe, których w grze znajdziemy najwięcej. Ponieważ przedmiotów do odszukania w PRIM jest naprawdę sporo, a lista rzeczy w ekwipunku stale rośnie, twórcy wbudowali w rozgrywkę możliwość podświetlania miejsc interaktywnych. Ale jak się okazuje, taka funkcja nie jest nam dostarczona od razu, bez naszego udziału, automatycznie. Musimy sam ją sobie zdobyć, wyciągając świecące punkciki ze słoika.
W ten sposób hotspoty stanowią nie tylko pomoc, ale także część zadania w grze, a co ciekawe, aktywują także inną, niezwykle pomysłową pomoc. Otóż w razie zatknięcia się w zadaniu, którego kolejne etapy systematycznie zapisywane są w notatniku Prim, możemy posłużyć się zakładką w naszym dzienniku, w którym znajduje się Hotspot Queen, czyli Królowa Hotspotów, śmiejąca się, zabawna postać, która po kolei, jeśli tylko klikniemy na zakładkę z podpowiedzią, odsłoni nam nowe etapy pomocy, aż do właściwej odpowiedzi.
Zadania przedmiotowe to oczywiście nie wszystko. Ważnym elementem są dialogi, które przeprowadzimy z licznymi postaciami gry, dla których inspiracją stała się mitologia grecka, ale nie tylko. Poznamy samą Śmierć, czyli Ponurego Żniwiarza, znanego jako Thanatos, jego siostrę Keres, żoną Hadesa znaną jako Persefona, przewoźnika dusz Charona, a także trzy siostry Mojry, w tym wypadku jedną osobą w trzech postaciach - Lachesis Atropos i Clotho, wisielca Hank'a, czy Meddie, która skojarzy się wam z mitologiczną Meduzą, zamieniającą ludzi w kamienie.
Pogawędki, które często przeprowadzimy z postaciami drugo, czy trzecioplanowymi, pchające fabułę do przodu to nie wszystko. Choć nie mamy w grze zagadek logicznych to znajdziemy w niej dwie ważne minigry.
W jednej przejmiemy kontrolę nad okiem-pająkiem i spróbujemy zdobyć duszę, zabrać ją kotu, tocząc rozgrywkę będącą uproszczoną grą na szachownicy, czymś w rodzaju gry w warcaby, zwaną Game of Gnomes, ulubioną grą jednej z postaci opisywanej przygodówki, sympatycznego, romantycznego Echo, zakochanego w jednej z Mojr.
Jest w Krainie Umarłych także gra, w którą grają prawie wszyscy, karcianka - casketball cards, gra w trumny, która stanie się dla nas kolejnym wyzwaniem, kolejną minią grą. Aby w ogóle móc w nią zagrać musimy najpierw odszukać karty porozrzucane po wielu, dość mocno wypełnionych lokacjach. Nie jest to wcale takie łatwe, tym bardziej, że karty nie podświetlają się jak klasyczne hotspoty.
Przyznam się, że karcianki nie są moim ulubionym gatunkiem growym, więc do tego zadania podchodziłam dość sceptycznie, tym bardziej, że jest ono nieliniowe, z różnymi kartami, i indywidualnym sposobem przejścia. Na szczęście zadanie można pominąć. Wystarczy, że z każdą z postaci, z którą zagrać musimy, rozegramy po jednej przegranej turze.
Czarno-biały świat nie musi być bezbarwny
Urokliwa ścieżka dźwiękowa, dobre aktorstwo, fajne, i wcale nie łatwa zagadki i wciągająca fabuła to składowe gry, którą spaja ręcznie rysowana, przepiękna grafika. Rysowanych, kreskówkowych przygodówek nigdy nie będzie mi za dużo, ale PRIM wygląda inaczej niż większość znanych mi tytułów z tegoż gatunku.
Choć jest to przygoda w pełni czarno-biała, ani przez moment nie przełamana kolorami, nawet jednym, wcale nie jest projektem bezbarwnym, i nijakim. Ta gra żyje swoim mrokiem, łagodzonym przez humor, sprawnie, trochę karykaturalnie, komicznie narysowane postaci.
Nie znajdziemy w niej pustki i nudy. I choć lokacje bohaterami i postaciami nie są wypełnione, to ilość szczegółów i szczególików jest iście imponująca, co sprawia, że wspomniane już karty wcale nie jest ta łatwo odnaleźć.
Klimatu dodają rozgrywce i potęgują wrażenia graficzne, równie czarno-białe, nieco ponure, ale niezwykle klimatyczne animacje, które nie tylko rozbudowują fabułę, ale i nawiązują do życia po życiu, do tego co czeka nas po śmierci. Powagę sytuacji i pewien rodzaj zimnej smutnej nostalgii ociepla humor, i cięte riposty inteligentnej Prim.
Chciałoby się zagrać w PRIM po polsku, oj chciało!
PRIM to gra dostępna w pełnej angielskiej i w pełnej niemieckiej wersji językowej. Wprawdzie nie sprawdzałam jeszcze niemieckiej wersji, ale angielska brzmi naprawdę świetnie. Dosłownie każda postać jest głosowo wiarygodna, zabawna, prawdziwa i wyraża tembrem głosu szereg emocji, które im towarzyszą.
Niestety jest to kolejna gra, choć dostępna w wielu językach w formie napisów, bez polskiej lokalizacji. Nie zagramy nią niestety w ojczystym języku, na czym ta gra według mnie traci wielu potencjalnych graczy.
Dialogi i świetna praca aktorska to nie wszystko co dźwiękowo nam w owej przygodówce towarzyszy. Otaczają nas dźwięki otoczenia, które również są bardzo wiarygodne, ale także klimatyczna ścieżka dźwiękowa w wykonaniu orkiestry, nagrana na żywo przez Film Orchestra Babelsberg.
PRIM - podsumowanie recenzji
PRIM to przygoda traktująca o poważnych rzeczach w sposób łagodny, przemyślany i taktowny, ale przede wszystkim zabawny. W niezbyt długiej grze, spakowanej fabularnie w urokliwej, acz bardzo specyficznej graficznie otoczce, rozgrywającej się w świecie umarłych, znajdziemy jakże wiele z naszego codziennego życia, znanych problemów, relacji dziecko-rodzic.
Zbuntowana nastolatka zmagająca się z nagłą śmiercią matki. Ojciec, który nie umie, bądź nie chce by jego dziecko żyło na własnych regułach. Szesnastolatka, która nie zamierza poddać się surowym regułom "tatusia". Odpuszczenie i poluzowanie zasad. Pogodzenie się z nową jakością życia, z nowym miejscem życia. To i wiele więcej!
Poważne tematyka w zdawałoby się mało poważnej przygodówce, kreskówkowej, wielu powiedziałoby karykaturalnej, a z pewnością bardzo charakterystycznej, bo czarno-białej, nadaje opowieści z przesłaniem i pewnym morałem, zupełnie innego wyrazu. Pozbawione kolorów życie po starcia matki, przyjaciela i dawnego życia, okazuje się nie być takie przytłaczające, gdy tylko zechce się zrozumieć, gdy tylko postara się odpuścić, wpuścić do życia nowe, nowe zaakceptować.
To wszystko postarali się nam przekazać twórcy PRIM, oprócz moralizowania niosąc również przygodowe dobro, czyli grywalność swojego projektu. Na plus oczywiście klasyczny typ rozgrywki, pozbawiony udziwnień zręcznościowych, zagadki i mini-gry, które wymagają od graczy sporego zaangażowania, a także możliwość grania więcej niż jedną postacią, między innymi nietypowym, acz bardzo słodkim okiem-pająkiem.
Jednocześnie deweloperzy nie pozostawili graczy samym sobie, wbudowując w rozgrywkę bardzo ciekawie zaprojektowany przygodowy ratunek, którym służy, w kilku etapach "hintów", rozbawiona Hotspot Queen, która nie tylko przynosi pomoc, ale wnosi do samej zabawy wiele radości o uśmiechu, zarażając swoich optymizmem, ale i nieco zastanawiając królewską pyszałkowatością.
Piękna, ręcznie rysowana grafika, w stonowanej, jednolitej czarno-białej grafice, jest jednocześnie pełna życia i niezwykle szczegółowa, co i równie zabawna oraz groteskowo mroczna.
Całość spaja świetna angielska wersja głosowa (wciąż nie sprawdziłam niemieckiej, choć bardzo mnie kusi, i pewnie to zrobię) i równie rewelacyjna oprawa dźwiękowa, która wrażenia czerpane z rozgrywki potęguje ścieżką dźwiękową nagraną na żywo przez Film Orchestra Babelsberg.
Niestety po raz kolejny smuci jedno...., brak polskiej wersji językowej w formie napisów. Przygodówka, która dostępna jest w tak wielu lokalizacjach językowych, czyli po angielsku, niemiecku, włosku, hiszpańsku, francusku i portugalsku, nie posiada naszej ojczystej lokalizacji językowej. Przez to, jak sądzę, i mam pewne potwierdzenia z własnego kręgu znajomych, tytuł traci część polskich graczy, którzy odpuszczają sobie granie, czekając na jej znaczną przecenę.
Szkoda, że tak jest bo PRIM to godna uwagi, przemyślana i wciągająca przygodówka, którą warto sprawdzić, w którą warto zagrać. Jeśli miałabym się jednak do czegoś przyczepić, to jak dla mnie jest nieco krótka, trochę tak, jakby miała mieć ciąg dalszy, a jedna mini-gra nie jest w moim guście. Nie mniej jednak czas spędzony z nastolatką Prim, jej przyjacielem Tristanem, okiem-pająkiem i innymi postaciami uważam za udany i bardzo owocny. Do Krainy Umarłych powrócę, między innymi szukając pozostałych osiągnięć. Wam natomiast polecam sprawdzenia przygodówki PRIM osobiście, bo jest to tytuł tego warty.
Moja ocena 8,5/10.
Serdecznie dziękuję Common Colors i Application Systems Heidelberg za udostępnienie gry do recenzji!
Zalety:
Przemyślania fabuła z przesłaniem;
Przepiękna, choć czarno-biała grafika;
Humor i nawiązania (dość liczne);
Ciekawe postaci, w tym oko-pająk;
Możliwość grania trzema bohaterami;
Zagadki (poza jedną mini grą);
Ciekawy sposób podpowiedzi;
Klasyka przygodowa;
Ścieżka dźwiękowa;
Angielski dubbing
Wady
Jednak zbyt krótka;
Brak polskiej wersji językowej;
Mini gra karciana, ale to dlatego, że nie przepadam za karciankami
Zapraszam do recenzji serialu Klub północny, kolejnej opowieści grozy od Mike'a Flanagana, która to typowym horrorem zdecydowanie nie jest. Oto recenzja!
Mike Flanagan znany jest przede wszystkim z klasycznych straszydeł, filmów, które kochają głównie fani horrorów. Jakiś czas temu reżyser tworzył swoje produkcje dla platformy Netflix. Możemy tam znaleźć doskonałą wersję niezbyt udanego opowiadania Kinga, czyli film Gra Geralda, trzymające w napięciu Hush czy mający niezwykły klimat serial Nawiedzony Dom na Wzgórzu i nieco słabszy Nawiedzony dwór w Blay czy Nocną mszę.
Tym razem twórca postanowił nieco zmieniać formę swojego dzieła, mieszając w jednym, dość długim serialu, kilka gatunków, i nie skupiając się w nim jedynie na straszeniu. Klub północny, bo mowa właśnie o tym serialu, niewątpliwie nie jest klasyczną produkcją grozy, a czymś zupełnie nowym w filmowej twórczości Flanagana.
Klub północny to młodzieżowy serial grozy, ale nie do końca. Wszyscy, którzy oczekiwali po tej produkcji klimatu przerażenia, mogę się czuć nieco rozczarowani. Bo choć momentów grozy w nim nie brakuje, a klasyczne jump scare’y w owej produkcji występują… i to dość często, to nazwać serial horrorem, byłoby trudno. To raczej mroczna opowieść o umieraniu, a jednocześnie chęci życia. To historia młodych ludzi, których życie dobiega końca i nie ma od tego odwrotu.
Hmm… ale dramat, którego jesteśmy świadkami oglądając serial, i groza, której doświadczamy to jednak nie wszystko, co reżyser postanowił wrzucić do swojego dziesięcioodcinkowego serialu, który podobnie jak inne jego dzieła na Netflix, bazuje na książce, tym razem niezwykle płodnego pisarza dzieł dla młodzieży, Christophera Pike'a o tytule "The Midnight Club". Otóż w czasie seansu doświadczamy także opowieści, które zmieniają przekaz serialu, wplatając do niego historie z gatunku science-fiction, kryminału, a nawet fantasy. Opowieść przeplata się i łączy poprzez Klub północny, tajne stowarzyszenie, które jest motywem przewodnim tej produkcji.
A ta rozgrywa się w prywatnym i bardzo renomowanym hospicjum dla młodzieży. Piękna posiadłość Bridhgtcliffe, mająca swoje tajemnice jest domem dla grupki umierającej młodzieży, której zostało niewiele czasu, a która ma w tym miejscu, w dobrych warunkach, i w miłej atmosferze doczekać do końca swoich dni. Pewnego dnia trafia tam nowa…, utalentowana nastolatka, która właśnie dostała się na studia. Ilonka dowiaduje się jednak, że jest śmiertelnie chora i wszystko wskazuje na to, że nie dożyje dorosłości. W Internecie znajduje artykuł o tajemniczej kobiecie, niegdyś pacjentce tejże placówki, która w latach 60-tych zniknęła, po czym wróciła tam zupełnie zdrowa. Przekonana i wiedziona nadzieją wyjątkowości tego domu, a także tajemnicą jaki ten skrywa, zgłasza się do placówki i zostaje do niej przyjęta.
Tam chora na raka tarczycy Ilonka poznaje Kevina, chłopaka z bogatego domu cierpiącego na białaczkę, Anyę, pełną gniewu, wybuchową współlokatorkę cierpiącą na raka kości, kochającą Boga Sandrę cierpiącą na raka jelit, Spence, borykającego się z AIDS, Natsuki, która cierpki na depresję i raka i Amesha, którego draży nowotwór mózgu. Nowa, choć niechętnie, zostaje jednak przyjęta do pewnego stowarzyszenia, tytułowego Klubu północnego. Starym zwyczajem, kultywowanym od wielu lat, przez kolejnych zmieniających się w hospicjum pacjentów, również oni spotykają się w bibliotece, równo o północy, by przy kubku jakiegoś trunku, po zarecytowaniu sentencji wspomnianego klubu, czegoś na wzór toastu, opowiadać sobie straszne historie. Pewnego dnia przysięgają sobie także, że jeśli której z nich umrze jako pierwsze, da pozostałym znać o swoim istnieniu. Będą wtedy wiedzieć jak jest po tamtej stronie, gdzieś tam, gdzie wkrótce sami się udadzą.
Tak pokrótce przedstawia się fabuła tejże produkcji, która w zapowiedziach zdawała się być klasycznym horrorem, mającym zaczynać się niemal od śmierci jednego z pacjentów, i dziwnych zjawiskach jakie po tej śmierci się wydarzają. Tymczasem fani grozy mogę w tej produkcji poczuć spory niedosyt i bycie oszukanymi. Właściwie nic z obietnic pojawiających się w opisie produkcji nie zostało zachowane. Ze straszenia nici…, no chyba, że wliczymy do tego pewne dziwne postaci, jakie przewijają się w opowieści, które tak naprawdę są zagadkowe niemal do końca.
Jest jeszcze pewien, bardzo poważny problem tego serialu. Otóż jeden z dostępnych odcinków, których jest 10, dokładnie trzeci ma wielki problem z prawidłowym odtwarzaniem dźwięku. Głos jest zdecydowanie wolniej niż powinno być to w rzeczywistości, przez to praktycznie nie da się go oglądać. Z początku miałam nadzieję, że to tylko jakiś drobny błąd, problem z odtwarzaniem, netem czy tym podobnym. Ale jak ponowne odtworzenie odcinka nic w tej kwestii nie zmieniło, popytałam u kilku znajomych i mieli dokładnie tak samo. No cóż, Netflix widać nie bardzo przykłada się ostatnio do dbania o swych coraz liczniej opuszczających platformę widzów.
Pomijając popsuty odcinek trzeci (na szczęście reszta działa prawidłowo), wrócę teraz do samej otoczki serialowej i stylu, w jakim twórca postanowił nam go pokazać. Wiemy, że serial mogą oglądać ludzie, którzy nie przepadają za strachem. W momentach krytycznych można po prostu zamknąć oczy. Wiemy, że jest to opowieść smutna, bo o umieraniu, i o to o umieraniu młodych, mających przed sobą całe życie ludzi. Ale jest to także serial o walce o życie, o wewnętrznych demonach, o rodzinie, której ciężko się ze śmiercią swoich bliskich pogodzić, o samotności i przyjaźni. W jednym tytule upakowano tak dużo, że właściwie ciężko określić tę produkcję jednym li tylko gatunkiem. I tak naprawdę nie wiemy czym Klub północy jest.
Główną rolę w nim grają oczywiście młodzi pacjenci. Mamy tu przekrój mniej, czy bardziej wyrazistych postaci, osadzonych w rzeczywistości hospicyjnej, w pięknej posiadłości w latach 90-tych. O ile, pomijając Anyę, graną przez tiktokerkę Ruth Codd, reszta bohaterów nie jest zbyt wyrazista, to już ich opowieści snute przez nich o północy w wielkiej, pełnej książek bibliotece, są zdecydowanie wyraźne i wynoszą ich jako bohaterów ponad przeciętność postaci, które grają, napisanych przez scenarzystów serialu.
Buntownicza Anya ma do opowiedzenia pełną dramatu historię o samej sobie, i wewnętrznym demonie. Spokojny i poukładany Kevin, grany przez Igby’ego Rigneya, raczy przyjaciół historię o psychopatycznym mordercy, Ilonka, grana przez Iman Benson przybliża opowieść pełną magii, Amesh, w którego wcielił się Sauriyan Sapkota skupia się na historyjce rodem z sci-fi zahaczającej o wideo rozgrywkę. Są jeszcze opowiadania innych młodych pacjentów, w których wcielili się Annarah Cymone, William Chris Sumpter, Adia i Aya Furukawa. Oni są kluczem, centrum tej opowieści, ale nie tylko na nich ta historia z elementami grozy bazuje. Wspomniałam wcześniej, że miejsce, w którym przebywają poważnie chorzy nastolatkowie, kryje tajemnice, których podłożem jest pewna dziewczyna sprzed lat i rytuał, a nawet sekta. Tę tajemnicę zaczyna zgłębiać Ilonka, a my nieco ją poznamy… ale tylko nieco. Zakończenie serialu w dość niejednoznaczny sposób sugerowałaby, że mogłoby być coś dalej, coś więcej niźli tylko jeden sezon.
Dziś już wiemy, że serial został skasowany. To, co już możemy oglądać zaś, można określić na przeciętną, nieco inną w formie serwowaną nam przez Mike’a Flanagana, mroczną opowieść dramatyczną przeplataną miksem gatunkowym. Nie jest to ani klasyczny horror, ani typowy wyciskacz łez. Nie straszy na tyle mocno, a jednocześnie nie jest zupełnie przerażający. Jest typową produkcją młodzieżową, choć o nie jedynie o młodzieży opowiada. Mimo wszystko, nawet mimo tego nieszczęsnego trzeciego odcinka, przez który miałam ochotę porzucić oglądanie serialu, jest w nim coś takiego, co kazało mi go obejrzeć do końca. Tym czymś jest inność, nowość, świeżość i nietypowość, co w zalewie tworzonych na przysłowiowe „jedno kopyto” netfliksowskich seriali, jest jakimś światełkiem w tunelu i pewną odmianą. Czy warto go obejrzeć? Myślę że tak, jeśli tylko nie będziecie się nastawiać na typowość horroru.
Nawiedzony Dom na Wzgórzu, seans obowiązkowy dla wszystkich lubiących intrygujące historie z dreszczykiem – recenzja serialu Netflixa. Miłej lektury!
Październik to miesiąc, w którym najchętniej serwuje się widzom filmowe i serialowe straszydła, bowiem zbliżający się Halloween sprzyja grozie i wszystko co straszne jest w tym okresie mile widziane. Dawkę emocji w takim właśnie klimacie ma do zaoferowania także platforma Netflix, w której znajdziemy dziesięcioodcinkowy serial Nawiedzony Dom na Wzgórzu (The Haunting of Hill House), któremu warto poświęcić swój czas.
Produkcja jest uwspółcześnioną wersją powieści Shirley Jackson pod takim samym tytułem. Wyreżyserowaniem jej zajął się Mike Flanagan, dla którego ulubionym gatunkiem są właśnie filmy grozy. Miłośnicy straszenia znają zapewne jego filmowe produkcje, jak choćby Grę Geralda i Hush. Oculus, Zanim się Obudzę i Ouija: Narodziny Zła czy Klub północny, który nie doczekał się kontynuacji. Wszystkie wyżej wymienione to mniej lub bardziej udane produkcje, które miałam przyjemność oglądać, nie wszystkie opisywać. Nawiedzony Dom na Wzgórzu, to zupełnie inna bajka, istna uczta dla mojej spragnionej dobrego horroru filmowej duszy, nie tylko dzięki klimatowi grozy, jaki niewątpliwie w seansie uświadczymy, ale i poprzez niezwykle umiejętnie poprowadzoną narrację, pochłaniającą widza historią rodzinną czy rewelacyjnie wykreowanymi i zagranymi rolami, zarówno tymi dorosłymi, jak i dziecięcymi.
Nawiedzony Dom na Wzgórzu to bowiem opowieść rozgrywająca się na dwóch płaszczyznach czasowych, w której poznajemy siedmioosobową rodzinę Crain. Pewnego lata wprowadza się ona do przepastnego domostwa, owianego grozą tajemnicy, uznanego za jeden z najbardziej nawiedzonych domów w Ameryce. Plan Hugha (Timothy Hutton) i Olivii (Carla Gugino) Crain jest prosty, zamieszkać w posiadłości przez całe lato, wyremontować ją, a następnie sprzedać z zyskiem. Problem w tym, że dom żyje swoim własnym życiem, wpływając na każdą z osób na swój własny, przerażający sposób, doprowadzając do tragicznego wydarzenia, które kończy się pozostawieniem domostwa w środku nocy, w pośpiechu. Wydarzenie to poprzedza tragiczny ciąg zdarzeń, w którym główną rolę odgrywa Olivia (Liv) Craine. Po latach, wychowywane przez ciotkę rodzeństwo, po samobójczej śmierci najmłodszej siostry wraca do miejsca, w którym zaczęła się ich przerażająca historia, poznawana przez nas w kawałkach. Wraz kolejnymi jej fragmentami, niespiesznie odkrywamy nie tylko zależności fabularne, ale i rodzinne.
To rodzina, a nie jedynie straszny klimat, choć takiego oczywiście tu nie brakuje, stoi w centrum zgrabnie opowiedzianej nam opowieści rozgrywającej się na dwóch płaszczyznach czasowych, w zazębiających się, niezwykle spójnych retrospekcjach. Poznajemy ją od środka, dogłębnie, ale bardzo, bardzo powoli, a bohaterowie są nierozerwalnie związani z przerażającym, skrywającym swoją tajemnicę domem pełnym duchów …..
„Hill House, dom niepoczytalny…..ściany w jego wnętrzu były pionowe, mury – równo ułożone, a podłogi mocne. Drewno i cegły składające się na Hill House były pogrążone w ciszy. Cokolwiek tam bytowało, robiło to samotnie”.Takie wprowadzenie w tę intrygującą, czasami straszną, nierzadko wzruszającą opowieść snuje serialowy narrator, najstarsze dziecko rodziny Crain.
Fabuła prawie dziesięciogodzinnego oryginalnego serialu Netflixa jest niezwykle bogata w treść, bowiem skupia się na wielu postaciach, których istotą jest piątka rodzeństwa, poznawana na przełomie wielu lat, zarówno w Hill House, jak i poza nim, już w dorosłym życiu, na którym dzieciństwo w nawiedzionej posiadłości zostawiło swój niezatarty ślad, z którym każde z nich próbuje sobie jakoś poradzić. A trzeba zaznaczyć, że żaden z bohaterów nie jest tu postacią wiodącą.
Steven Crain, w tej roli Michiel Huisman, którego oglądać mogliśmy między innymi w filmie Wiek Adaline czy serialu HBO Gra o Tron, to najstarsze dziecko w rodzinie i osoba, która najmniej wierzy w nadprzyrodzone siły zamieszkujące Hill House. Choć zyskał sławę i pieniądze dzięki książce, w której opisał wydarzenia z dzieciństwa, czym naraził się części swojego rodzeństwa, to jednak dziecięce wspomnienia zatarł w umyśle chowając je na samym jego dnie.
Postępkom brata nie przyklaskuje druga w kolejności starszeństwa członkini rodzeństwa Crain, Shirley, grana przez Elizabeth Reaser, którą znany z sagi Zmierzch, a także ze wspomnianego tu już horroru Ouija: Narodziny Zła. Shir to bizneswoman, prowadząca zakład pogrzebowy, duma i nieco wyniosła żona i matka dwójki dzieci.
Trzecia z kolei to Theodora, w którą wcieliła się Kate Siegel, znana z poprzednich produkcji Mike’a Flanagana, między innymi z Hush, Gry Gerlada,Oculus. czy innych seriali Netfliksa Zagłada domu Usherów, i Nocna msza. Theo jest doktorem psychologii, zajmującą się problemami dzieci. Choć jest kobietą niezależną, pomieszkuje w domku dla gości, u swej starszej siostry. Los obdarzył ją wyjątkowym darem, odczuwaniem lęków i smutków poprzez dotyk.
Są też i bliźnięta Crain, Nell i Luke, na których dom i wydarzenia w nim się rozgrywające miały największy wpływ. Nell, grana przez Victorie Pedretti, którą możemy oglądać w kryminale Pewnego razu w ... Hollywood jest wrażliwą kobietą, dotkniętą przez los, borykającą się z problemami natury psychicznej i tragiczną ofiarą przeklętej przeszłości w Hill House.
Luke, grany przez Olivera Jackson-Cohena, którego oglądać mogliśmy choćby w Stosunkach między ludzkich, życiowe porażki i demony przeszłości próbuje zatrzeć narkotykami, uzależniając się od nich tak mocno, że w końcu, dzięki funduszom rodziny, trafia do ośrodka leczenia uzależnień, na odwyk.
Rodzinę spajają oczywiście rodzice, matka, Olivia, w którą wcieliła się Carla Gugino czyli filmowa Jessie w Grze Geralda oraz Hugh, grany przez Henry’ego Thomasa, którego grę aktorską mogliśmy śledzić w filmie E.T, Wciąż Cię kocham, Gangach Nowego Yorku, Wichrach Namiętności i horrorze Ouija: Narodziny zła. Kochające się małżeństwo, tak jak każde inne boryka się z chwilami lepszymi i gorszymi. Okazuje się jednak, że kolejne spędzone w Hill House dni coraz bardziej wpływają na Liv, inteligentną, acz kruchą psychicznie, cierpiącą na migreny kobietę. Odpychający od siebie myśl o nawiedzonej przeszłości i teraźniejszości domostwa, Hugh, próbuje za wszelką cenę poskładać to, co się rozsypuje, wiedząc jednocześnie, że nie jest to proste zadanie.
Nawiedzony Dom na Wzgórzu, choć jest horrorem, w którym nie brakuje pojawiających się zjaw, duchów czy upiorów, nie jest li tylko straszydłem, pustym gatunkiem grozy, który powiela schematy. Owszem, znajdziemy tu klasyczne rozwiązania czyli na przykład podkreślającą klimat grozy muzykę, która wskazuje, że zaraz będziemy mieli do czynienia ze zjawą, ale poprzez ciekawy sposób opowiadania, w którym płynnie przeskakujemy z przeszłości w teraźniejszość, układając fabularne puzzle, ani przez chwilę nie czujemy się znudzeni, jednocześnie uświadamiając sobie, że pod płaszczykiem filmu grozy chowa się dramatyczna historia rodziny i zgrabnie poprowadzony wątek obyczajowy.
Otóż okazuje się, że film, który teoretycznie powinien skupiać się na straszeniu, zyskuje drugą twarz, w której reżyser nie tylko przybliża nam niesamowitą rodzinę w równie niezwykłym domu, ale cudownie nakreśla każdą z postaci, precyzyjnie ją na przestrzeni lat i wydarzeń obrazując. Dzięki temu, mimo ogromu sytuacji i zdarzeń rozgrywających się na ekranie, nie gubimy wątku, rozpoznajemy wszystkie osoby, niezwykle szybko wsiąkamy w klimat i równie prędko stajemy się z naszymi bohaterami związani. Denerwujemy się razem z nimi, śmiejemy, boimy, a nawet wzruszamy, stajemy się częścią dobrze poprowadzonej fabuły, cząstką całości, które zlepiona jest w niesamowicie pomysłowy, intrygujący sposób.
Wszystko, powtarzam wszystko jest w Nawiedzonym Domu na Wzgórzu na miejscu, każdy element jest spójny, mimo początkowego chaosu czasowo – przestrzennego, w którym zgubieni, szybko się odnajdujemy.
Całość niesamowitego odbioru produkcji zamyka doskonała praca aktorów włożona w serial, zarówno tych dorosłych, jak i ich odpowiedników, dzieci. Jestem przekonana, że tym w jaki sposób odkrywają swoje role, ile uczuć, wiary w swoją postać i emocji jakie w nią włożyli, nie raz wywołają w widzach dreszczyk poruszenia a wielu z nas w finale i nie tylko tam, uroni łezkę wzruszenia.
Nawiedziony Dom na Wzgórzu był przeze mnie oczekiwanym serialem, między innymi dlatego, że jestem fankom horrorów. Ponieważ oglądałam ich tak wiele to w cichości serca liczyłam na intrygujący serialowy seans. Ale do głowy by mi nie przyszło, że będę tak nim oczarowana, taka pełna emocji i taka rozczarowana, że to już koniec. I choć historia Hill House wydaje się być już zamknięta, to po cichu liczyłam na kontynuację, może opowiedzianą tym razem z innej perspektywy. The Haunting of Hill House (Nawiedzony Dom na Wzgórzu) do tej pory najlepszy mroczny serial jaki miałam przyjemność oglądać na Netflixie, który bardzo serdecznie Wam wszystkim polecam. Zdecydowanie warto!
Feardemic Games ogłasza wstępną datę premiery psychologicznego horroru inspirowanego animacjami lat dwudziestych, ubiegłego wieku. Gra Bad Cheese zadebiutuje w przyszłym roku. Tymczasem wydawca dzieli się jej zwiastunem.
Bad Cheese, przygodowy horror, o którym miałam przyjemność pisać już na blogu, opowieść w czarno-białym, kreskówkowym stylu, dla której inspiracją stały się urokliwe animacje w lat 20-tych XX wieku, ma już wstępną datę premiery. W udręczoną mysz, która musi zostać z ojcem, nie stroniącym od przenosy, w grę, będącą dziełem Simona Lukasika, wydanym przez Feardemic, zagramy w 2025 roku, zarówno na komputerach, jak i na konsolack PlayStation.
Bad Cheese to psychologiczna gra grozy, w której wcielając się w mysz zostajemy u dysfunkcyjnego ojca, gdy mama musi wyjechać. Aby nie zdenerwować ojczulka, który nie należy do osób najmilszych, musimy wykonywać wszystkie zadania, jeść przekąski, sprzątać i przynosić tacie to co pragnie, poruszając się w „skomplikowanej dynamice rodzinnej”. Jednocześnie spróbuje zachować poczucie normalności, w nienormalnym domu, szukając słodyczy i głaskając papugę.
Bad Cheese to ręcznie rysowany projekt, który w połączeniu z estetyką inspirowaną filmami 16 mm sprawia, że czujemy się, jakbyś oglądali przerażającą kreskówkę ze złotej ery animacji.
Premiera gry na PC - Steam i konsole PlayStation nastąpi w 2025 roku.
REARVIEW MIRROR, przygodowa powieść wizualna, rozgrywająca się a całości w samochodzie, przygodówka, finansowana przez Ministerstwo Kultury i Sportu Hiszpanii, a także przez Unię Europejską miała już swoja premierą na Steam.
REARVIEW MIRROR to przygodowa gra w stylu visual novel, w klimacie thrillera noir, której akcja rozgrywa się w jednym miejscu, w podróży, a dokładnie w samochodzie. Gra została stworzona i wydana przez studio CUBUS GAMES SL, i jest projektem zrealizowanym w graficznie komiksowym stylu. Jej premiera na platformie Steam miała miejsce trzy dni temu, i jest to kolejny tytuł zasilający październikowe premiery przygodówek.
Bohaterem REARVIEW MIRROR jest Salvatore Marino, mężczyzna, który jako młody człowiek wkroczył w przestępczy półświatek, i wkrótce trafił do więzienia, nie chcąc zdradzić swoich towarzyszy. Z więzienia wyszedł jako mężczyzna w średnim wieku. Jego relacja z córką i żoną została zniszczona. Salvatore chce żyć normalnie, nie chce być już przestępcą, ale nikt nie chce zatrudnić byłego skazańca.
Jedyna ofertą pracy jest ta od jego byłych współpracowników. Ale Marino nie chce mieszać się w podejrzane sprawy. Oni jednak zapewniają, że wszystko co musi zrobić to prowadzić samochód, zabierać ludzi i przewozić ich z jednego miejsca na drugie. Zdesperowany i zdołowany brakiem pracy, Salvatore podejmuje się zadania, wiedząc, że jego pasażerowie mają coś za uszami, i że trudno będzie zostać czystym. Jest jeszcze tajemnicza kobieta, która kusi go, by zszedł na drogę przestępczą.
Gra zrealizowana jest w ręcznie rysowanym stylu, w formie komiksu. Dostępna jest w pełnej hiszpańskiej wersji językowej, a w angielskiej tylko z napisami. Nie zagramy w nią po polsku.
Gra swoją premierę na platformie Steam miała 23 października 2024 roku.
Maudie, wyjątkowe, kameralne kino dla wymagającego widza , z fenomenalnymi rolami Sally Hawkins i Ethan Hawke'a. Zachęcam do lektury!
Kino to magiczne miejsce, pozwalające choć na chwilę przenieść się w zupełnie inny świat, pełen akcji, strachu, humoru, czy kolorowych bajek. Wśród szeregu mniej lub bardziej reklamowanych produkcji filmowych czasami trafi się coś niezwykłego, mała, kameralna perełka, która wprawdzie nie wypełni sal kinowych, ale tych, którzy skusili się na takowy seans, szybko sobie zjedna.
Takim tytułem jest Maudie, irlandzko – kanadyjski film, który do kin w naszym kraju trafił 29 września 2016 roku, a który zdołał zachwycić uczestników 11. edycji Festiwalu Filmowego Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym, na którym został wyróżniony Nagrodą Publiczności. Maudie to obraz niezwykły, słodko gorzki, wypełniony bólem bohaterki i radością życia i niesiony niezwykłą kreacją aktorską Sally Hawkins, która typowano na pewną kandydatkę do Oskara.
Historia skupia się wokół Maud Lewis, lokalnej kanadyjskiej malarki, której proste, dziecinne, ale niezwykle kolorowe rysunki były odskocznią od bólu, który towarzyszył jej przez całe życie. Artystka zmagała się bowiem z reumatoidalnym zapaleniem stawów, jej palce powyginane artretyzmem z czasem nie pozwalały jej opanować pędzla, ale chęć tworzenia i wrodzona radość życia pchały ją ku sztuce na tyle mocno, że stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych malarek kanadyjskich.
Opowieść zaczerpnięta z biografii Maud Lewis, nieco przez reżyserkę Aisling Walsh ubarwiona i złagodzona, przenosi nas do Nowej Szkocji, rozgrywając się na przestrzeni lat 20 i 70-tych ubiegłego wieku. Młoda Maud mieszkająca z nadopiekuńczą, ale zarazem niezwykle szorstką ciotką, znajdując w sklepie ogłoszenie miejscowego rybaka Everetta Lewisa o poszukiwaniach gosposi, postanawia skorzystać z okazji, by końcu stać się niezależną. Pakuje zatem niewiele swoich rzeczy i rusza w drogę. Wyśmiewana przez miejscowe dzieciaki, a nawet obrzucona przez nie kamieniami, zgarbiona, utykająca na jedną nogę, w końcu dociera do niewielkiej, zapuszczonej chaty rybaka i sprzedawcy drewna, który okazuje się być niezwykle szorstkim, małomównym i brutalnym człowiekiem. Maud jest jednak kobietą widzącą we wszystkim jasną stronę i choć nie godzi się na złe traktowanie, to w głębi serce wie, że jej pracodawca jest tak naprawdę dobrym człowiekiem, tak samo jak ona skrzywdzonym przez życie. Odskocznią od bólu towarzyszącego chorobie i brutalności mężczyzny, któremu sprząta, pierze, gotuje a także dzieli łoże, jest malowanie. Swoimi prostymi, ale niezwykle kolorowymi dziełami pokrywa niemal wszystko, zaczynając od ścian domu, po okna i drzwi, na tabliczkach, kawałkach drewna i pocztówkach kończąc. Pogarda, szorstkość, a nawet brutalność Everetta stopniowo łagodnieje, dając miejsce więzi, która doprowadza do ślubu. Z czasem rysunki artystki stają się sławne, pojawia się telewizja, wywiady i oczywiście pieniądze.
Maudie to film bardzo emocjonalny, niezwykle wzruszający, a zarazem trudny, bowiem opowiada o niemal niemożliwym związku, o miłości, która nie miała prawa zaistnieć, o uczuciu do kogoś, kto na nie w ogóle nie zasługiwał. Okrutny dla Maud Everett, świetny w swej roli Ethan Hawke (Czarny telefon, Zostaw świat za sobą) potrafiący śmiać się z jej kalectwa, wyszydzający jej ułomność, traktujący swoją gosposię gorzej niż swoje psy: „Najpierw jestem ja, potem psy, kury, a ty na końcu”, jest w oczach tej niezwykle ciepłej kobiety tylko zagubionym, potrzebującym drugiej osoby człowiekiem. Maudie w cudowny sposób pokazuje, że każdy zasługuje na miłość, że nikt z nas nie jest tak do końca zły, bo słowo niemożliwe, nie istnieje.
Maudie to także film o miłości do malowania, sztuki, której nie trzeba się uczyć, bo wypływa z wnętrza, bo rodzi się ze wspomnień, wzruszeń, z pamięci. Bohaterka nigdy nie uczyła się rysunku, to co wychodziło z pod pędzla tej kruchej, przygarbionej i powykręcanej chorobą istoty, wydobywało się z serca i z tego jak ona postrzegała świat i ile radości czerpanej z życia mogła z siebie wykrzesać.
Jest to także dzieło o wierze i nadziei, która góry przenosi i zmienia to, w co nikt nie wierzył. Na naszych oczach dokonuje się przemiana Everetta, który sam nie do końca wierząc, że tak się dzieje, staje się dla Maud oparciem, dostrzegając w niej nie tylko źródło dochodu, ale przede wszystkim kobietę.
Klimat produkcji budują nie tylko piękna i wzruszająca historia i sama postać kanadyjskiej malarki, ale i aktorzy oraz ich wyżyny artystycznego kunsztu, na jaki się wznieśli. Sally Hawkins (Kształt wody, Wonka) wcielając się w Maud Lewis dokonała niemal cudu, sprawiając, że jej postać nabrała niezwykłego wyrazu, tak realnego, że byłam niemal pewna iż patrzę na kogoś chorego i kogoś kto maluje od dziecka. Modulacja głosu, śmiech, sposób chodzenia, trzymania pędzli, sposób bycia, to coś czego nawet nie można opisać słowami, to coś co koniecznie trzeba zobaczyć. Równie rewelacyjny jest także Ethan Hawke. Aktor znany z ról człowieka łagodnego, tu wcielić musiał się w gbura i brutala, który sam ze sobą żyje w sprzeczności i broni się przez uczuciami, wiedząc, że sama sobie wyrządza tym krzywdę i robi to rewelacyjnie.
Maudie gwarantuje niezwykłą filmową rozrywkę ubarwioną pięknymi krajobrazami skąpanymi w barwach jesieni i zimy, ale i dopieszcza nas cudowną muzyką, równie prostą, wesołą i wielobarwną jak życie Maud Lewis.
Zasiadając w sali kinowej nie byłam pewna czy wybrałam dobry film i troszkę się obawiałam, że to kameralne kino nie spełni moich oczekiwań. Wystarczyło kilka minut bym zmieniła zdanie, kilka słów wypowiedzianych przez Maud, kilka jej rysunków, jej uśmiech i radość życia, bym była pewne, że zostanę zauroczona, a zachwyt będzie w cudowny sposób mieszał się ze wzruszeniem. I choć mam świadomość, że Maudie nie jest filmem dla każdego, to jestem przekonana, że wielu z Was zauroczy tak samo jak mnie, bo nie mam nic piękniejszego niż miłość i radość z tego czerpana.
Spektakularny, filmowy projekt życia Francisa Forda Coppoli, superprodukcja Megalopolis dostępna już na ekranach kin w całej Polsce.
Do kin trafił film Megalopolis, nad którym reżyser pracował od blisko 40-lat. Jego filmowy testament, o którym mówi się bardzo różnie, od zaskoczenia, zachwytu, po złość i oburzenie. Cokolwiek się o filmie pisze i mówi, jest to produkcja wykraczające poza granice konwencjonalnego kina. I już możemy sprawdzić jak bardzo.
Megalopolis to osadzona w wyimaginowanej współczesnej Ameryce epicka opowieść, w mieście zwanym Nowym Rzymem, które wymaga potężnych reform, ale nie każdy ich jednak chce. Zwolennikiem ich wprowadzania jest Cezar Catalina, genialny architekt, pragnący marzący o utopijnej, idealistycznej przyszłości, a przeciwnikiem burmistrz Franklin Cicero, zwolennik kapitalistycznego status quo, popierającym jedynie bogatych.
W obsadzie: Adam Driver (65, Annette, Ostatni pojedynek), Shia LaBeouf (Ojciec Pio, Cząstki kobiety), Aubrey Plaza (To zawsze Agatha, Gra fortuny). A także: Jon Voight, Laurence Fishburne, Jason Schwartzman oraz Dustin Hoffman.
Reżyserem i autorem scenariusza do filmu jest Francis Ford Coppola "Czas apokalipsy" czy "Ojciec chrzestny".
Kinowa premiera Megapolis trafiła do kin 24 października 2024 roku. Dostępna jest także ścieżka dźwiękowa z filmu, zawierająca 29 utworów.
Rekreacyjna przygodówka "wskaż i kliknij", inspirowana japońską mangą, o przygodach, podróżach i nowych znajomościach, w letnim klimacie, zatytułowana Shin chan: Shiro and the Coal Town dwa dni temu miała swoją premierę.
Shin chan: Shiro and the Coal Town to niezwykle kolorowa przygodówka, o klasycznym sterowaniu znanym z point-and-clicków, ale w rozgrywce z elementami piaskownicy, symulacji i życia. Gra swoją premierę na Steam i Nintendo Switch miała, jak już wspominałam dwa dni temu, zwiększając grono październikowych premier.
Shin chan: Shiro and the Coal Town to historia chłopca, który uciekając dociera do dziwnego pociągu, którego wcześniej tu nie widział. Shinnosuke podążając za Shiro przypadkowo wsiada do tego pociągu. I tak oboje trafiają do tętniącego życiem Coal Town, która jakby zatrzymało się w czasie. Tam spotyka tajemniczą dziewczynę, a wkrótce zaprzyjaźnia się z ludźmi, których poznał.
Shinnosuke spędza cudowny czas, podczas którego łowi ryby, także bardzo rzadkie ich gatunki, a także raki. Poznaje życie podczas różnych pór dnia, i nocy, tworzy kolekcję książek o przyrodzie. W gajach i lasach łapie owady, a gdy zapada noc, świetliki i wiele więcej.
Shin chan: Shiro and the Coal Town to gra stworzona w rysunkowym, kolorowym stylu, nastawiona na spokojną, lekką rozgrywkę, zabawę i przyjemności.
Premiera gry miała miejsce 23 października 2024 roku, na PC - Steam oraz na Nintendo Switch.