sobota, 4 stycznia 2025

A Tale for Anna - wrażenia z wersji demonstracyjnej baśniowej przygodówki

A Tale for Anna - wrażenia z wersji demonstracyjnej baśniowej przygodówki

A Tale for Anna - wrażenia z wersji demonstracyjnej baśniowej przygodówki, stworzonej przez studio Far Mills, wydanej dzięki Alawar Entertainment.

Za sobą mamy już nie jeden Steam Next Fest, na którym przez kilka dni mogliśmy testować wersje demonstracyjne przeróżnych gier, w tym także przygodówek. Wprawdzie ostatnio nie udaje mi się sprawdzić wiele tytułów, ale jednej grze nie mogłam się oprzeć. A była nią przygodówka w klasycznym stylu, stworzona przez Far Mills i Alawar Entertainment o tytule A Tale for Anna. To właśnie tej grze przyjrzę się bliżej w poniższym tekście, skupiając się oczywiście na jej wersji demo.

Warto przeczytać:

A Tale for Anna – baśniowa opowieść w urokliwym stylu

Przygodówka A Tale for Anna to jedna z takich produkcji z tegoż gatunku, która wpisuje się w klasyczny baśniowy klimat, nie stroniąc od magii, walki dobra ze złem i nawiązań do znanych bajkowych opowieści. Gra robi to w bardzo subtelny sposób, nie nadużywając oklepanych elementów, co jest niewątpliwym jej atutem. Nie jest to bowiem typowa baśń, co widać już w zaprezentowanej wersji demonstracyjnej, a mieszanina baśniowego klimatu, klasycznej rozgrywki przygodowej i czegoś na pograniczu gier casualowych. 

Bohaterką gry jest tytułowa Anna, dziewczynka wychowywana w świecie magii przez gadającego kota o imieniu Ogon. Dziecko pewnego dnia odkrywa w sobie zdolności magiczne, którymi niemal natychmiast zaczyna interesować się zła królowa. Obserwuje Anną przez magiczne lustro i gdy nadarza się okazja, starając się zwabić dziewczynkę i złapać ją w sidła, zsyła swoich sługusów, którzy porywają jej opiekuna i przyjaciela, Ogona. Anna nie ma zatem wyjścia, musi ruszyć swemu towarzyszowi na pomoc. 

Historia jak widzicie jest prosta i już nam z tej czy innej przygodówki znana, ale niesie z sobą mądre przesłanie, w którym istotą jest przyjaźń i ratowania najbliższej nam, w tym przypadku Annie, istoty. 

Klasyczna przygodówka, choć w stylu casualowym

Pierwsze co zwraca uwagę, tuż po rozpoczęciu zabawy z A Tale for Anna jest to, że choć jest to gra klasyczna, obsługiwana za pomocą myszy, skupiona na zbieraniu przedmiotów i odpowiednim jej używaniu oraz mierzeniu się z łamigłówkami, to bliżej jej do produkcji casualowych. Nie jest to wprawdzie klasyczna przygodówka hidden – object, czyli tak zwane HOPA, a raczej coś na pograniczu tych dwóch gatunków. Można ją przyrównać do naszej rodzimej przygodówki My Brother Rabbit, studia Artifex Mundi, której recenzję pisałam dla lubiegrać.pl, bowiem jest stworzona w bardzo podobnym stylu

Rozgrywka bowiem skupia się na odnajdywaniu przedmiotów, które gra nam wyznaczyła, zwykle budowaniu ich w całość poprzez uzbieranie ich kilku elementów. Pomocne w poszukiwaniach jest coś na wzór „hinta”, podpowiedzi typowej dla gier hidden-object. Tu jednak nie jest to takie oczywiste, nie posiadamy takiej oznaczonej funkcji, a pewną umiejętność Anny. Ta cudnie wplata się w magiczne moce jakimi dysponuje dziewczynka. 

Otóż podczas zabawy, w testowanym przeze mnie demo, a muszę przyznać, że jest ono dość długie, bowiem zawiera jeden poziom, z możliwych pięciu, zbieramy magiczne świecące na błękitno płatki. Trafiają one do oznaczenia na torbie Anny. Zebranie ich pięciu i utworzeniu na torebce symbolu kwiatka, pozwala na aktywowanie mocy Anny. Gdy teraz dotkniemy torebki, Anna użyje czaru wskazując nam miejsce, gdzie znajduje się poszukiwany przez nas przedmiot lub po prostu go wyczaruje. 

Magia jest istotnym elementem tej przeuroczej gry. Podczas zabawy, będziemy bowiem zbierać kolejne magiczne umiejętności dziewczynki. Wersja demonstracyjna pozwoliła mi aktywować zaledwie dwie moce. Wszystko wskazuje na to, że będzie ich znacznie więcej. 

Istotnym elementem gry są łamigłówki, które w demowej wersji koncentrowały się na mini-grach. Nie jest to nic bardzo odkrywczego, bowiem zadania owe, jeśli tylko gracie w przygodówki, już zapewne widzieliście, ale jest ich naprawdę sporo. Mamy bowiem układanki, mamy ciekawe labirynty, w których drogę dla kulki budujemy poprzez manewrowanie panelem. Nie zabrakło łączenia rur, przesuwanek czy puzzli. 

Intrygującym rozwiązaniem jest to, że podczas zabawy aktywujemy pewne symbole, które z kolei  aktywują kolejne puzzle, zapisywane w dzienniku Anny. W ten sposób możemy pobawić się w dodatkowe mini gierki, jak choćby właśnie w klasyczne puzzle. Powiększamy w ten sposób grową opowieść o nowe treści. 

Przepiękna, kolorowa, rysunkowa grafika, oprawa dźwiękowa 

Do mnóstwa zadań i mnogości wyzwań przygodowych, które z czasem zapewne będą rozwijane, i które zapisuje się grze na plus, dochodzi także przepiękna grafika. Co tu dużo mówić. Gra zachwyca rysunkową, barwną, ręcznie malowaną oprawę. Jest to przygodówka, która pod tym względem może przypaść do gustu fanom klasyk gatunkowych, wychowanym na grach 2D, z przepięknymi tłami, mnogością kolorów i urokliwymi animacjami.

Wprawdzie mówimy cały czas o wersji demonstracyjnej, która pokazuje tylko niewielki skrawek rozgrywki, ale już on prezentuje się okazale. Mamy bowiem do zwiedzania kilka prześlicznych lokacji, w których znalazł się dom Anny, podwórze, strych, piwnica, a nawet studnia czy pomost. Na każdej z tej miejscówek, choć nie ma ludzi i tłoku, wiele się dzieje. Lokacje są bowiem bogato wypełnione wieloma szczegółami i szczególikami, tworząc śliczną spójną całość. 

A Tale for Anna to gra, która pozbawiona jest dialogów, przynajmniej tak było w ogrywanej przeze mnie wersji demonstracyjnej, podobnie jak pełna jej wersja. Nie mniej jednak słowa pisanego, ma całkiem sporo i na dzień dzisiejszy dostępne jest ono w kilku językach. Niestety nie ma w nich  języka polskiego. 

Gra posiada także uroczą, choć nie nachalną oprawę dźwiękową, która subtelnie podkręca magiczny, baśniowy klimat tej barwnej, miłej dla oka przygodówki. 

A Tale for Anna – podsumowanie wersji demonstracyjnej

Ogrywana przeze mnie A Tale for Anna w wersji demo, zaskoczyła mnie pozytywnie kilkoma elementami. Po pierwsze długością rozgrywki. Demko jest po prostu długie. Znam gry w pełnej wersji, które bywają tak samo długie, albo niewiele dłuższe. 

Po drugie natknęłam się w niej na wiele przygodowych wyzwań i na mnóstwo dodatków i ciekawych elementów magicznych, które wskazują w przyszłości, na ciekawą i rozbudowaną grę. Do tego dochodzi prześliczna grafika i magiczna fabuła wzorowana na baśniach. Jej pełna wersja zawiera aż pięć poziomów i trafiła do sprzedaży pod koniec wrześnie 2021 roku. 

Gra dostępna w dystrybucji cyfrowej na platformie Steam, w wersji na komputery osobiste PC. 

Karta gry na Steam


piątek, 3 stycznia 2025

Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek – recenzja

Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek – recenzja
Zdjęcie: Netflix


Serdecznie zapraszam do lektury kolejnej mojej recenzji, tym razem romantycznego dramatu o tytule Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych.

Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek, ten musicie przyznać przydługi tytuł skrywa nie tylko historię miłosną, ale i ciekawie poprowadzoną dramatyczną opowieść rozgrywającą się podczas niemieckiej okupacji, w której losy grupki osób splatają się i stopniowo, poprzez opowieść  w retrospekcji, odkrywają kolejne karty fabularnego wątku. Jakie jest Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek? Odpowiedź jest krótka, bardzo ciekawe i wielowątkowe.

Warto przeczytać również:

Melodramat, wielu z nas ten gatunek filmowy traktuje jak odskocznię od tego co w kinematografii najbardziej cenione. Przysłowiowe wyciskacze łez i owszem są w miarę chętnie oglądane, szczególnie przez damską część widzów, ale tak naprawdę traktujemy je albo z przymrużeniem oka, albo jako pomysł na spędzenie wieczoru z bliską osobą czy też przyjaciółmi. Wśród zalewu typowych przedstawicieli tego gatunku trafiają się jednak filmy, które oprócz klasycznej historii miłosnej próbują przekazać widzom coś więcej. Tak też jest w przypadku opisanego w tej recenzji filmu, którą klasycznym melodramatem określić chyba nie można, choć to przepiękne uczucie odkrywa tu istotną rolę.

Opowieść zaczyna się w roku 1946,  tuż po zakończeniu II wojny światowej, w Anglii, która powoli podnosi się z pożogi wojennej. Młoda pisarka, Juliet Ashton, w tej roli Lily James, znana między innymi z Mamma Mia! Here We Go Again, szuka inspiracji do napisania kolejnej swojej książki. Niespodziewanie otrzymuje ją od pewnego mężczyzny, Dawseya Adamsa. w którego wcielił się Michiel Huisman (Nawiedzony dom na wzgórzu, Gra o tron), mieszkańca małej angielskiej wyspy Guernsey Island. Pewnego dnia dostaje od niego list, w którym mężczyzna wspomina tajemnicze stowarzyszenie, w którym grupka ludzi spotyka się co jakiś czas wspólnie czytając książki. Czując jakąś wewnętrzną więź z ludźmi, dla których literatura, tak jak dla niej stała się nieodzownym elementem życia, kobieta postanawia wybrać się w podróż na wspomnianą wyspę, by osobiście uścisnąć im rękę i być może namówić na publikację książki, którą zamierza napisać. Poznaje nie tylko wyjątkowe osoby, na których okrutna przeszłość odcisnęła piętno, ale kawałek po kawałku fragment ich życia, w którym główną rolę odgrywa zaginiona, aresztowana przez Niemców Elizabeth McKenna (Jessica Brown Findlay).

I to właśnie życie Elizabeth i wojna, która tak niedawno się zakończyła jest czynnikiem napędzającym fabułę. Reżyserowi, a jest nim Mike Newell, który ma na swoim koncie między innymi filmy: Cztery wesela i pogrzeb, Harry Potter i Czara Ognia, Donnie Brasco i wiele innych, udało się w ciekawy sposób, poprzez retrospekcję skupiającą się na wspomnieniach poszczególnych osób, wciągnąć widzów w powolne odkrywanie tajemnicy, do której każda z osób czytelniczego stowarzyszenia  dokłada swój własny kawałek. Nieśmiało budzący się romans między Juliet a Dawsey’em jest tylko przygrywką i zarazem spełnieniem opowieści, która rysuje dramat, bunt a następnie pogodzenie się z okrutną prawdą.

Mieszanina radości, melancholii z dozą uczucia przeplatanego ludzką tragedią rozgrywa się w urokliwym otoczeniu, wśród sielskości angielskiej wsi na wyspie, która podczas wojny stała się dla mieszkańców więzieniem. Urokliwe krajobrazy i spokój tego miejsca zaburzone i przełamane zostały przez dramatyzm wspomnień wojennych. Rozgrywająca się na dwóch płaszczyznach czasowych fabuła filmu w prawie niezauważalny sposób łączy teraźniejszość z przeszłością. Przeszłość przenika do rzeczywistości, wspomnienia nabierają kolorów, stają się realne i takie wiarygodne. Stowarzyszenia miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek to po prostu bardzo wciągająca opowieść, którą obserwuje się z niekłamaną przyjemnością.

Nie zawiodą się także widzowie, którzy lubią miłosne historie, bo ta choć nie nachalna i  niezwykle skromna, rodzi się w filmie niemal na naszych oczach. Lekkość i słodkość romansu równoważy  gorycz smutku i życiowych tragedii. Stowarzyszenia miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek to także cudowna opowieść o przyjaźni, zaufaniu, odpowiedzialności  i wierze w drugiego człowieka.

Podczas seansu, jaki możemy sobie sprawić na Netflixie towarzyszyć nam będą nie tylko urokliwe widoki, warta, wielowątkowa fabuła, ale i świetna praca aktorska, która pozwala nam poczuć klimat zarówno powojennej Guernsey Island, jak i miejsca skąpanego w dramacie wojennym.

Świetna w swej roli, empatyczna, wesoła, ale zarazem roztropna i trochę zwariowana Juliet Ashton grana przez Lily James to postać, którą nie da się nie lubić. Pozytywne wibracje, wiara w ludzi i zaangażowanie jest czymś co zdecydowanie przyciąga do owej postaci i zachwyca. Jest i  Dawsey Adams (Michiel Huisman) mężczyzna doświadczony przez życie, wychowujący samotnie małą dziewczynkę, człowiek pewny siebie, a jednocześnie nieśmiały i niezwykle skromny. Na uwagę zasługuje także doskonała w swej roli Penelope Wilton jako Amelia Maugery oraz Katherine Parkinson jako Isola Pribby.

Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek to kolejny bardzo dobry film na Netflixie, który w bardzo umiejętny sposób łączy romantyzm z dramatem, film obyczajowy obrazujący ludzkie reakcje z melodramatem. To nie jest jedynie zwykłe romansidło, a poważna opowieść na serio. 

Moja ocena 8/10.

Film dostępny jest na platformie Netflix.



ASTROBOTANICA, spokojna survivalowa gra rozgrywająca się w czasach prehistorycznych

ASTROBOTANICA, spokojna survivalowa gra rozgrywająca się w czasach prehistorycznych

 

Spokojną grę survivalową, która osadzona została w prehistorycznych czasach, oferującą otwarty świat, który można dowolnie eksplorować znajdziemy w przygodowej grze akcji, survivalu i jednocześnie symulatorze, zatytułowanej ASTROBOTANICA.

ASTROBOTANICA to gra stworzona i wydana przez Space Goblin Studio, nie mająca jeszcze swojej daty premiery, ale mająca kartę na Steam, i możliwość dodania jej do swojej listy życzeń. Gra będzie miała swoją premierę we Wczesnym Dostępie, a zagramy w nią także w języku polskim, w formie napisów.

Przeczytaj także:

W grze ASTROBOTANICA wcielamy się w pozaziemskiego naukowca, botanika z opcje planety, o imieniu Xel. Po wypadku jego statku kosmicznego, który uległ zniszczeniu podczas wykonywania misji szukania nowych gatunków roślin potrzebnych do wyżywienia mieszkańców na jego planecie, naukowiec trafia na Ziemię. Jest blisko celu, ale by go osiągnąć musi najpierw nauczyć się tego jak przetrwać w warunkach, jakie mu nie sprzyjają. 


W grze, która jest klasycznym miksem gatunkowym będziemy zajmować się uprawą, i chronić swoje grządki przed gryzoniami. Będziemy również gromadzić potrzebny mam dwutlenek węgla, pozyskując go z roślin. Pozwoli to naszemu bohaterowi oddychać swoimi pozaziemskimi płucami. Przyjdzie nam także upiększać otoczenie, rozbudowując i ulepszając swój obóz. Wraz z bohaterem tworzyć będziemy mikstury, poznawać okolicę, a także poznawać mieszkańców Ziemi czasów prehistorycznych, czyli Neandertalczyków. 


Poznamy podstawy ich języka, wkupimy się w łaski, i stopniowo będziemy rozwijać swoją postać i budować drzewo umiejętności w sześciu kluczowych gałęziach kosmicznej wiedzy: Planetoznawstwo, Rozpoznanie, Innowacje, Monitoring, Aklimatyzacja i Logika.

Gra zadebiutuje na Steam, w wersji na PC, we Wczesnym Dostępie. Data nie została ogłoszona. 

Karta Steam

City of Voices, przygodówka dedukcyjna w retro stylu

City of Voices, przygodówka dedukcyjna w retro stylu

 

Współtwórca docenionej przygodówki The Rise of the Golden Idol jest jednocześnie współtwórcą retro przygodówki dedukcyjnej, zatytułowanej City of Voices, krótkiej gry, która ma swoje miejsce na platformie Steam. 

City of Voices to jak wspomniałam krótka gra przygodowa, skupiająca się na rozgrywce śledczej, tytuł inspirowany grą Golden Idol, która choć z początku wydaje się opowieścią zaczerpniętą z życia, z czasem robi się coraz bardziej tajemnicza. Gra tworzony jest i wydana będzie przez studio Kini Games. Ma swoje miejsce na platformie Steam, gdzie można ją dodawać do swojej listy życzeń. 

Warto przeczytać również:


City of Voices rozgrywa się na przedmieściach Anglii, na przełomie tysiąclecia. Poznajemy prześladowaną w szkole, w pierwszym dniu szkoły średniej młodą dziewczynę. I choć wydaje się, że może być tylko gorzej, nagle zostaje wciągnięta w fantastyczną, ale jednocześnie surrealistyczną i niebezpieczną przygodę.




Opisywany przygodowy projekt, dostępny bez dialogów mówionych, i tylko w wersji angielskiej, w retro pikselowym stylu, jest grą skupioną na śledztwie. Gra oferuje od 4 -6 godzin rozgrywki dedukcyjnej, i aż 9 możliwych scenariuszy do rozwiązania. Rozgrywce towarzyszy oryginalna ścieżka orkiestrowa ścieżka dźwiękowa. 


Gra nie ma jeszcze swojej daty premiery. Zadebiutuje na Steam, na PC. 

Karta Steam

Behind the Beyond, wrażenia z wersji demo klasycznej baśniowo-ludowej przygodówki

Behind the Beyond, wrażenia z wersji demo klasycznej baśniowo-ludowej przygodówki

Behind the Beyond, wrażenia z wersji demonstracyjnej klasycznej baśniowo-ludowej przygodówki, stworzonej przez węgierskie studio Sugarpunch Games.

Od jakiegoś czasu możemy za pośrednictwem platformy Steam testować, w wersji demonstracyjnej klasyczną przygodówkę stworzoną przez węgierskie, niezależne studio Sugarpunch Games, zatytułowaną Behind the Beyond. Ponieważ jest miłośniczką klasycznych, rysunkowych przygodówek w baśniowym stylu, a opisywana gra, właśnie taka jest, postanowiłam się jej przyjrzeć. I tak powstał tekst - moje wrażenia z wersji demonstracyjnej Behind the Beyond, do którego przeczytania bardzo serdecznie Was zapraszam.

Warto przeczytać także:

Behind the Beyond – klasyczna przygodówka, o klasycznej fabule

Jak już wiecie, bo wspominałam o tym we wstępie mojego artykułu, Behind the Beyond to bardzo klasyczna przygodówka typu point and click, którą wyróżnia równie klasyczna fabuła, czyli taka, którą już gdzieś w przygodówkach mogliśmy widzieć.

Akcja uroczej gierki rozgrywa się w nieokreślonym bliżej czasie, co możemy się dowiedzieć z dość fajnego intro, w krainie położonej pod Szklanymi Górami, przy Niekończącym się Morzu, w królestwie położonym za granicą. Mieszka w nim stary mężczyzna, z trzema synami. Gdy każdy z nich dorasta i staje się dorosły, ojciec wysyła ich w świat, by poszukali własnej drogi życia. Jeden zostaje kowalem, inny szewcem. Najmłodszy zaś pakuje swoje manatki i wyrusza z domu, by owej pracy dopiero poszukać. Zamiast niej znajduje zupełnie coś innego.

Choć gra, w pełnym wymiarze ma nam obrazować wielkie przygody Johna, bo tak ma na imię bohater, nad jakim kontrolę przejmujemy, to w wersji demonstracyjnej, tych przygód dopiero kosztujemy i to w niewielkiej ilości. Mierzymy się bowiem z pewną tajemnicą, z czymś co mieszkańcy niewielkiego miasteczka, do którego John trafia, nazywają piekielną mocą, tudzież duchem. Poznajemy ciekawe postaci, próbujemy dozy magii i rozwijamy swoje wyjątkowe moce. A nawet próbujemy przyłapać na gorącym uczynku złodzieja. Wszystkiego tego kosztujemy po trosze, w standardowej długości wersji demo, które obejmuje około pół godziny zabawy, czasami nieco dłużej, jeśli tylko zechcemy się wszystkiemu przyjrzeć. 

Behind the Beyond – urocza, choć prosta grafika

Gra prezentuje się niezwykle uroczo, przede wszystkim pod względem urokliwej, rysunkowej grafiki, którą ja osobiście bardzo cenię sobie w przygodówkach. Ta pasuje idealne do klimatu gierki, który nie tylko bazuje na ludowości, na co mocno wskazują elementy widoczne podczas ładowania się gry, czy w animacjach, ale przede wszystkim jest rodzajem ludowej baśni. Całość podbijają świetne animacje, pięknie zilustrowane. Przerywniki filmowe lub jak kto woli cut-scenki nadają ładnej grze jeszcze mocniejszego, ładniejszego wyrazu.

A jest on budowany przez rysunki. Gra bowiem jest wykonana ręcznie, w ciekawym, choć prostym, malowanym stylu. Podczas wersji demo zwiedzamy kilka lokacji, są one różnorodne, od ulicy miasteczka, do którego przybywa Johny, po karczmę, podwórko staruszki, domostwo pustelnika, po urokliwy młyn.

Co ciekawe rzeczywistość naszego bohatera może się zmieniać. Możemy oczami naszego protagonisty postrzegać to co on widzi w różny sposób, nie tylko ze względu na pory dnia – dzień czy noc, ale także na przedmioty, które w grze otrzymuje, o których zaraza napiszę. Wtedy to, ta sama gra zmienia się nieco graficznie, nabiera zupełnie innych kolorów, i zupełnie innego charakteru. Fajny pomysł, daje dużo możliwości i czyni grę urokliwszą graficznie. 

Behind the Beyond – jedynie przedmiotowe zagadki

Przygodówka Behind the Beyond, a przynajmniej jej wersja demonstracyjna, którą miałam przyjemność testować to jedynie zagadki przedmiotowe. Nie natknęłam się w niej na zadania typowo logiczne. Nie oznacza to, że gra jest banalnie łatwa. Oj….nie! Nie jest. Choć skupiona jedynie na przedmiotach, a tych zbieramy sporo, to ubarwiona wspomnianymi już dodatkowymi rzeczami. Podstawa naszej przygodowej działalności w Behind the Beyond to zadania „znajdź przedmiot” oraz „użyj przedmiot”. Ale to nie wszystko. Gra ma wbudowane szereg innych funkcji, a jednymi z nich są możliwości naszej postaci i rzeczy, które dostaje. 

Jednym z takich ciekawych elementów przedmiotowych, które pozyskamy w grze, są okulary. Dzięki nimi widzimy zupełnie inaczej, dostrzegamy zupełnie co innego, a tym samym zadanie, które przed nami postawiła gra, wydaje się bardziej logiczne. To wymaga także od nas pomysłowości i wybaczcie kolokwializm, "kombinowania" kiedy i jak daną czynność mamy wykonać. Wspomniałam bowiem o możliwości zmiany pory dnia z dnia na noc i z nocy na dzień. Tę dali nam twórcy, zachęcając do myślenia o jakiej porze i przy udziale jakiego narzędzia czy przedmiotu jesteśmy w stanie wykonać nasze zadanie. Bardzo ciekawy element, bardzo polepszający i urozmaicający rozgrywkę. 

Zbieranie, używanie, rozmowy itp., to wszystko popycha fabułę do przodu. Są jeszcze umiejętności naszego protagonisty, które z czasem, poprzez wykonanie jakiegoś zadania otrzymuje. Są one potrzebne by móc poradzić sobie z kolejnym wzywaniem. Musimy nabrać siły, by podnieść coś ciężkiego, czy stać się milszym, by od danego rozmówce wyciągnąć ważną informację. Gra bardzo sprawnie wszystko wyjaśnia w samouczku, na samym początku gry. 

Behind the Beyond – kilka słów na temat sterowania i mechaniki 

Opisywana przeze mnie gierka, w wersji demo, oczywiście to klasyczna przygodówka typu „wskaż i kliknij”, którą obsługujemy za pomocą nieodzownego narzędzia gracza przygodowego, czyli myszki. Sterowanie jest dość intuicyjne, proste i nie sprawia problemu. Zdarzyło mi się raz zawiesić w grze i natknąć się na niewielkie błędy, ale ogólnie rozgrywka działa płynnie, dając możliwość fajnej, przyjemnej zabawy.

Do dyspozycji mamy ciekawie wyglądający, bogaty interfejs, w którym oprócz możliwości obejrzenia przedmiotu, zabrania i użycia go, a także rozmów (a tych jest wiele), mamy jeszcze cztery dodatkowe funkcje, które aktywowane są podczas zabawy. Nie będziemy mogli podnieść coś ciężkiego, dopóki nasz bohater nie nabierze siły. A nabierze ją dopiero wtedy, gdy danego przedmiotu użyjemy w odpowiedni i właściwy sposób. 

Ciekawym rozwiązaniem jest także to, że John będzie nakładał na siebie niektóre przedmioty, często takie, które otrzyma w zamian za coś, na przykład za podzielenie się jedzeniem. Jednym z nich są okulary, które pozwalają nie tylko w ogóle lepiej widzieć, ale przede wszystkim na dostrzeganie czegoś co nie jest widoczne gołym okiem. Trzeba mieć wtedy na uwadze także to, o jakiej porze dnia używamy owych okularów. 

Behind the Beyond – muzyka i udźwiękowienie

Choć Behind the Beyond jest tytułem niezależnym, to jednak stworzonym w pełnej angielskiej, dubbingowej wersji. Gra z racji bycia tworem węgierskiego studia, jest także dostępna w tym języki, w postaci napisów. Gierka jest bogata w dźwięki, przeróżne. Dodatkowo towarzyszy jej w intro milutka, bardzo pasująca do baśniowego klimatu melodia. 

Behind the Beyond - podsumowanie wersji demo

Nie pokuszę się oczywiście na wyciąganie wniosków dotyczących całej gry, gdyż tak czy siak opisują jej wersję demonstracyjną, ale już dziś mogę napisać o jej klimacie. Otóż ten zapowiada przyjemną, baśniowo-ludową rozgrywkę, w bardzo miłej dla oka, wizualnej otoczce. Ciekawe zagadki przedmiotowe, sporo postaci, pełna angielska wersja i klimacik tajemnicy. Wygląda na to, że zapowiada się gratka dla fanów klasyki, w przygodowo point & click stylu. Polecam sprawdzić samemu, gdyż gra jest dostępna na Steam w darmowej wersji demo. 

Gra nie ma jeszcze swojej daty premiery. Zadebiutuje w wersji na komputery osobiste PC, we Wczesnym Dostępie. 

Karta Steam - pobierz demo

czwartek, 2 stycznia 2025

Uśmiechnij się, recenzja zaskakująco dobrego horroru. Śmiech to nie zawsze samo zdrowie!

Uśmiechnij się, recenzja zaskakująco dobrego horroru. Śmiech to nie zawsze samo zdrowie!

Uśmiechnij się, recenzja zaskakująco dobrego horroru, który nie zamierza nas straszyć w sposób dosłowny. Co o nim myślę? Czy warto zobaczyć?

Śmiech to zdrowie! Taki powiedzenie znamy wszyscy, i doskonale wiemy, że ma ono sporo racji, mało tego, zostało medycznie potwierdzone. Ale ten jakże utarty i znajomy nam slogan zupełnie inaczej widziany jest w horrorze Uśmiechnij się, który swoją premierę kinową miał we wrześniu 2022 roku, na której nie byłam, a na który doczekał się swojej kontynuacji, której jeszcze nie widziałam. 

Warto przeczytać również:

Ale nic straconego, bowiem jakiś czas temu produkcja trafiła do streamingu, najpierw na SkyShowtime, a obecnie dostępne jest na Max. Nie omieszkałam sprawdzić horroru, a moimi wrażeniami z seansu spróbują się z Wami podzielić w nowej recenzji, jaka właśnie została dodana do mojego bloga. Miłej lektury!

Uśmiechnij się – a właściwie unikaj uśmiechu jak ognia

Jak już wspominałam horror Uśmiechnij się to amerykańska produkcja z roku 2022, w reżyserii i według scenariusza debiutanta Parkera Finna, który w głównej roli, czyli doktor Rose, obsadził Sosie Bacon, amerykańską aktorkę młodego pokolenia, bardziej znaną z serialu Trzynaście powodów, Mary z Easttown czy Tak to widzimy. I obsadzenie jej właśnie w tej roli było świetnym pomysłem, bo nie tylko styl w jakim gra, ale i jej wygląd, delikatny, kruchy i nieco dziecinny, pasuje do roli doktor Rose Cotter, młodej lekarki psychiatrii, z demonami przeszłości, które powracają w postaci zupełnie innej, i znacznie groźniejszej demonicznej istoty. 

Historia Rose zaczyna się od pewnego pacjenta, imieniem Carl, który na oddział psychiatryczny trafia już nie pierwszy raz, a którego kolejny atak wydaje się znacznie trudniejszy, bardziej poważny i nie łatwy w zdiagnozowaniu. Nie wiadomo co dzieje się z chorym powtarzającym wciąż o śmierci, i to dosłownie, jak twierdzi, wszystkich. Ale dramat Rose nie zaczyna się od Carla, a od młodej studentki, nastoletniej Laury przywiezionej do szpitala po tym, jak była świadkiem samobójstwa swojego wykładowcy. Dziewczyna jest przerażana, wręcz rozhisteryzowana, i uparcie twierdzi, że widzi istotę, która się do niej uśmiecha. Ale nie jest to nic przyjaznego. Coś co wydaje się jej znajome, wróży tym uśmiechem tylko to co najgorsze. Niedługo po tych słowach na twarzy Laury pojawia się złowieszczy uśmiech, a ona sama kawałkiem doniczki przecina sobie krtań i umiera, dalej będąc uśmiechniętą.

Lekarka, dla której praca jest pasją, i w której spędza mnóstwo czasu, nie mając za wiele przyjemności z prywatnego życia, nie może otrząsnąć się ze śmierci swojej pacjentki. Dostaje zatem kilka dni urlopu. I zdaje się, że to może jej pomóc, ale szybko to co się wokół niej dzieje, wyprowadza kobietę z błędu. Okazuje się bowiem, że od momentu samobójczej śmierci pacjentki, Rose prześladuje tajemnicza istota, demon, który przerażająco się uśmiecha, a jego śmiech to niechybne zgony osoby, którą nawiedza….. i to w przeciągu kilku dni.

Potwierdza to śledztwo, jakiego Rose, wraz ze swym przyjacielem policjantem Joelem, w tej roli Kyle Gallner (Krzyk VI, Upiory wojny, Outsiders) się podejmuje. Owa demoniczna istota karmi się nieszczęściem i strachem swoich ofiar, doprowadzając każdą z nich do granic wytrzymałości psychicznej, a nawet wpędzając w szaleństwo, i w końcu pchając do samobójczej śmierci, i to wyjątkowo makabrycznej. Rose zrobi wszystko, by przerwać krąg, który istota stworzyła, i który wydaje się nie mieć końca. Czy aby na pewno? 

Uśmiechnij się – solidny horror, który nie bawi się w dosłowne straszenie widza

Uśmiechnij się to nie jest kino grozy, które dosłownie będzie nas straszyć. Nic z  tych rzeczy. Nie spiesznie poprowadzona fabuła toczy się tu wolnym rytmem, budując napięcie poprzez klimat, styl i potęgujące się szaleństwo. Bo oto doktor psychiatrii, na co dzień zajmująca się traumami, lękami i chorobami psychicznymi, sama wpada w sidła szaleństwa. Rose coraz mocniej utwierdza najbliższych, w tym swojego chłopaka Trevora, w którego wcielił się Jessie T. Usher (The Boys, Tales of the Walking Dead, Groźne kłamstwa), dawną terapeutkę Dr Madeline Northcott, w tej roli Robin Weigert (Wielkie kłamstewka, Gorący temat) a nawet siostrę Holly, graną przez Gillian Zinser (W pół kroku, Grupa wsparcia), że jest klasyczną wariatką. Nikt nie widzi bowiem stwora, przy którym się upiera, a każdy wie, co kiedyś działo się z Rose.

Twórca bowiem pokusił się o zabawę treścią i formą, mieszkając makabrę idącą w stronę grozy, ale nie oczywistej, z traumami z dzieciństwa, które do tej pory nie zostały przepracowane. Film w swojej formie, poprzez horror obrazuje dużo więcej od tego, na co liczylibyśmy na początku sensu. W fabule dopatrzymy się wiele aspektów horroru psychologicznego, tworzonego przez stany lękowe, depresyjne i samobójstwo jako takie. 

Uśmiechnij się – sprawnie poprowadzona opowieść grozy z pewnymi podobieństwami 

Jednocześnie oglądając Uśmiechnij się mamy świadomość, szczególnie ci z nas, którzy lubują się w kinie grozy, że opowieść jest do czegoś łudząco podobna. W filmie bowiem doszukamy się wielu odniesień do produkcji, które już widzieliśmy. Nie wiem czy jest to celowe działanie Parkera Finna, czy po prostu tak wyszło, ale podobieństwo, choćby do innego horroru „Coś za mną chodzi”, w którym również pojawiła się pewna prześladująca młodą osobę istota, jest to mocno odczuwalne, i nie sposób tego nie zauważyć. 

W filmie dopatrzymy się także podobieństw to klasycznych produkcji ze zjawiskami paranormalnymi, i choć typowych jump scare'ów w produkcji owej nie zabraknie (nie bójcie się, nie są aż tak straszne), strach dosłowny i dojmujący nie jest tu najważniejszy. Ważna jest zagadka, tajemnica i poznawania jej, powolne odkrywanie i składanie fabularnych puzzli w jedną całość. To twórcy Uśmiechnij się wyszło naprawdę sprawnie, nawet mimo tego, że nie jest to film wysokobudżetowy i pewne braki w nim dostrzeżemy. 

Uśmiechnij się – podsumowanie recenzji

Uśmiechnij się to zaskakująco dobre kino grozy, które jednak horror traktuje w nie dosłownie straszący widza sposób, a poprzez psychologiczne aspekty traumy, szaleństwa i nie przerobionych lęków z dzieciństwa. To pozycja godna polecenia nie tylko miłośnikom horrorów, ale także tym, którzy bać się specjalnie nie lubią. Debiutanckie dzieło reżyserskie Parkera Finna nie zamierza nas bowiem przerażać, ciągnąc opowieść niespiesznie, nawet momentami ślamazarnie, ale dając poczucie stałego lęku i niepewności, spotęgowanej w finale. 

Historia filmowa na którą nie wydano krocie, broni się nie specjalnymi efektami wizualnymi, ale klimatem, psychologicznym mrugnięciem w stronę widza i odniesieniami do naszych lęków, nie szczędząc grozy na sam koniec, i nie broniąc się przez zakończeniem, które może nie wszystkim przypaść do gustu, bo nie ma typowego amerykańskiego patetycznego happy endu. Ale to akurat jedna z jego licznych zalet. Jeśli nie widzieliście filmu, a lubicie poczuć nieco dreszczyku emocji na własnej skórze, i oczywiście filmy grozy, to serdecznie zachęcam do zapoznania się z filmem. Myślę, że warto. 

Moje ocena 8/10.

Uśmiechnij się można obejrzeć za pośrednictwem platformy Max. 

The End of The Sun, zwiastun premierowy, z datą premiery i nowe zrzuty z ekranu

The End of The Sun, zwiastun premierowy, z datą premiery i nowe zrzuty z ekranu

 

Rodzime studio The End of the Sun Team ogłosiło oficjalną datę swojego debiutanckiego tytułu, przygodowej gry inspirowanej mitologią słowiańską, zatytułowanej The End of The Sun. Udostępniono premierowy zwiastun, pokazano także nowe zrzuty z ekranu.

The End of the Sun, z której wrażenia z demo znajdziecie na moim blogu to jedna z lepszych propozycji w styczniowych przygodowych premierach. Gra stworzona przez polskie studio The End of the Sun Team, tytuł odwołujący się do rodzimej, słowiańskiej mitologii, ma już dokładną datę premiery, potwierdzoną premierowym zwiastunem. 

Warto przeczytać również:


Do tej pory znaliśmy tylko wstępną datę premiery  The End of The Sun, która wiedzieliśmy, że zadebiutuje w styczniu. Dziś polscy deweloperzy podzielili się zwiastunem, który ogłasza oficjalną datę jej premiery. Została ona ogłoszona na 29 stycznia 2025 roku.



O grze miałam już przyjemność wspominać, więc odsyłam Was do linku powyżej. Dziś jednak oprócz premierowego zwiastuna dzielę się wraz z twórcami kilkoma zupełnie nowymi zrzutami z ekranu, które prezentują w pełnej krasie graficzny klimat i urok tej dostępnej w pełnej polskiej wersji słowiańskiej, pełnej legend i odniesień do kultury Słowian gry.



Premiera The End of The Sun na Steam, GOG i Epic Games Store przewidziana jest na 29 stycznia 2025 roku. 

Surviving The Humans, wrażenia z wersji demo. Przygodówka z niezwykle przyjaznym zombie

Surviving The Humans, wrażenia z wersji demo. Przygodówka z niezwykle przyjaznym zombie

Grafika: Epic Games Store

Surviving The Humans, wrażenia z wersji demonstracyjnej przygodówki z niezwykle przyjaznym zombie, klasycznego point and clicka od Surprised Monkey Studio.

Grafika retro i zombie. Co może łączyć te dwa zupełnie różne pojęcia? Połączenie takie znajdziemy w grze przygodowej typu point and click, o tytule Surviving The Humans, która można testować w wersji demonstracyjnej. Gra stworzona właśnie w retro grafice pikselowej, skupia się bowiem na opowieści o mężczyźnie, który pewnego dnia wstał z grobu i jako zombie musi zmierzyć się z zupełnie nową rzeczywistością.

Warto przeczytać także:

Tak jak wspomniałam historia, którą zechciało opowiedzieć Surprised Monkey Studio, skupia się na opowieści stworzonej w starym, retro stylu, w pikselowej grafice, która ostatnio wróciła do łask i staje się coraz bardziej popularna.

Gra przybliża nam historię rozgrywającą się w latach 80-tych ubiegłego wieku. Bohaterem opowieści jest młody, już nieżyjący mężczyzna, który podczas burzy budzi się do życia i opuszcza własny grób. Ugodowe, przyjazne zombie jakim jest Cooper, powraca do życia na wielkim cmentarzu nie mając pojęcia co się z nim dzieje i dlaczego nie żyje, i z jakiej przyczyny powrócił w takiej właśnie formie. Cooper bardzo chce powrócić do domu, poinformować rodzinę, że jednak chodzi po ziemi, ale jak wkrótce się dowiaduje, od innych zombie, ale nie tylko, nie będzie to takie proste. Okazuje się bowiem, że świat stał się dla niego polem walki, a ludzie, przyjaciele i znajomi osobami, które pragną jego i jego podobnych zwyczajnie wyeliminować.

Cooper podejmuje jednak ryzyko, a my towarzyszymy mu w epickiej przygodzie, w klasycznej przygodówce point and click, w której bohaterem kierujemy za pomocą myszy. Jak w klasycznej opowieści bywa, tak i tutaj, możemy, już z wersji demo, dowiedzieć się, że czekają na nas tradycyjne zadania przygodowe. Jest to oczywiście eksploracja kilu lokacji. Podczas gry zwiedzamy cmentarz i jego grobowce. Wędrujemy na ulicę i pod bramę cmentarną, prowadzącą na zewnątrz. Przyjdzie nam zwiedzić uliczki miasteczka, w jakim rozgrywa się akcja gry, na razie w wersji demo, mocno okrojona. Udamy się również do sklepu mięsnego. 

Oprócz wędrowania i poznawania growych miejscówek, będziemy także rozmawiali z postaciami, jakie w przygodówce przygotowali dla nas twórcy. W ogrywanej przeze mnie wersji demonstracyjnej byli to głównie zombie. Wśród nich martwy oficer, czy podziurawiony od kul gangster. Natknęłam się też na mężczyznę siedzącego na cmentarzu z kieliszkiem wina, który przybliżył Cooperowi, a co za tym idzie i mnie, sytuację w jakiej się nasz bohater się znalazł. 

Gra niewątpliwie może podobać się zwolennikom retro-pikselu. Choć jest wykonana jakby niedbale, tła są niewyraźne i zamazane, to same postaci, prezentują się całkiem ciekawie, a nawet intrygująco mrocznie. Dopięciem guzika, łącznikiem między graficzną prezentacją gry, którą widzimy w wersji demo, a stylem poprowadzenia rozgrywki, jest wygląd interfejsu, który spójnie łączy się  z zombie opowieścią. Interfejs stworzony został na wzór płyty nagrobkowej, w której znajdują się odpowiednie ikony, przyciski działania. Do dyspozycji mamy ikonę „dłoni”, potrzebną do zabrania przedmiotów, ikoną „oka”, która pozwala nam przyjrzeć się danemu przedmiotowi, a także ikoną „dymku” czyli rozmowy. 

Również wygląd ekwipunku swoim stylem nawiązuje do tego o czym opowiada ta przygodówka. Inwentarz schowany jest bowiem w trumnie, do której trafiają zebrane przez gracza przedmioty. W demo nie jest ich tak wcale mało, co oczywiście urozmaica rozgrywkę i stanowi fakt, że będzie to gra nastawiona w większej mierze na zagadki przedmiotowe. Ale nie zabraknie także wyzwań logicznych, czy mini gier, których przykład doświadczymy także w wersji demonstracyjnej. 

Twórcy  Surprised Monkey Studio postawili na klasyczne rozwiązania w starym stylu, i na niezwykle modne i wałkowane przez wielu zombie. Jakiś czas temu miałam okazję opisywać dla Was serial Netfliksa All Of Us Are Dead: sezon 1, skupiający się na epidemii zombie. Stałym zainteresowaniem graczy cieszy się seria The Walking Dead, od Talltale Games. Surviving The Humans odchodzi jednak od przyjętego we wspomnianych produkcjach stylu, bowiem w tym wypadku, wcielamy się nie w człowieka próbującego przetrwać w świecie opanowanym przez nieumarłych, a sami jesteśmy zombiakiem, który musi bytować w rzeczywistości, w której ludzie są dla niego zagrożeniem. W tej grze zombie nie jest jednak złe, brutalne i krwiożercze, a my kierujemy zombie przyjaznym, które wprawdzie porusza się typowo dla takiegoż umarlaka, potrafi się rozpaść, ale złą personą w żadnym razie nazwać jej nie można. 

Gra Surviving The Humans swoją premierę miała mieć w styczniu 2023 roku, ale wciąż nie doczekała się debiutu. W demo, a ogrywałam je już jakiś czas temu natknęłam się na kilka błędów. Musiałam do około półgodzinnego demo podchodzić kilka razy, bowiem przygodówka stopowała mnie licznymi błędami. Za pierwszym razem był to brak dźwięku, a trzeba tu zaznaczyć, że jest to tytuł w pełnej angielskiej wersji językowej. W kolejnym przypadku natknęłam się na nieodczytanie przez grę zabrania przedmiotu, w tym wypadku mapy, której później nie mogłam odpowiednio użyć. Postać Coopera wieszała się, nie chciała iść do przodu, a sama gra czasami stawała się tak „toporna”, że ciężko było mi zagłębiać się w nią dalej, choć  opowieść wydawała mi się intrygująca. Nie mam pojęcia, że twórcy usprawnili i polepszyli jakoś demowej rozgrywki. 

Pora na podsumowanie wersji demonstracyjnej ogrywanej przeze mnie klasycznej retro przygodówki Surviving The Humans od Surprised od Monkey Studio. Pomijając błędy, które były irytujące i domyślacie się, nieco zniechęcają, które mam nadzieję, że w pełnej wersji gry zostaną poprawione, zabawę uznają za ciekawą. Jestem miłośnikiem klasycznych gier przygodowych. „wskaż i kliknij” to styl rozgrywki, który najbardziej mi pasuje. I ta gra jak najbardziej mi to zapewniła, nie pozwalając mi mierzyć się z zadaniami zręcznościowymi, za jakimi nie przepadam. 

Ciekawa, nieco wywrócona do góry nogami fabuła, w stylu „przyjazne zombie” to świeże spojrzenia na już oklepane opowieści i zombiakach. Intrygująca grafika, która z pewnością przypadnie do gustu fanom starych przygodówek, nie do końca do mnie przemawia. Mam jednak świadomość, że wielu przypadnie do gustu. Klasyka, pomysł na siebie i styl, to myślę mocniejsze aspekty tej growej produkcji. Jeśli twórcy pochylą się nad błędami to myślę czeka nas całkiem przyjemna zombie zabawa. 

Premiera gry przewidziana jest w wersji na komputery osobiste PC - Steam i Epic Games Store. Data nie została ogłoszona.

Karta Steam - pobierz demo

Karta Epic Games Store - pobierz demo

A Rum Case in Fogtown, marionetkowa przygodówka inspirowana przygodami Sherlocka

A Rum Case in Fogtown, marionetkowa przygodówka inspirowana przygodami Sherlocka

 

Komediową interaktywną przygodówkę inspirowaną przygodami Sherlocka Holmesa, w wyjątkowym, marionetkowym stylu szykują dla graczy twórcy ze studia Fogtown Games, w przygodówce detektywistycznej, z tajemnicą i sporą dawką humoru A Rum Case in Fogtown.

A Rum Case in Fogtown to gra, która wciąż nie ma oficjalnej daty premiery. Ma jednak swoje miejsce na platformie Steam i wyjątkowy styl. Bohaterami tej komediowej przygodówki są marionetki, a jej fabuła stworzona jest w stylu znanego detektywa z powieści Arthura Conan Doyle'a. Jest to pierwsza gra, w której twórcy użyli lalki. Gra ma swoje miejsce na platformie Steam, gdzie można ją dodać do swojej listy życzeń. Jednocześnie twórcy wypuścili niedawno na swoim kanale na YouTube jej pilotażowy, darmowy półgodzinny odcinek.

Warto przeczytać także:

A Rum Case in Fogtown to gra, w której wcielamy się w genialnego, ale nie potrafiącego zbyt długo skupić uwagi Sherblocka, któremu towarzyszy przyjaciel Blockson, mieszkańców miasta Fogtown. Opowieść rozpoczyna się do pani Hund, którą dotyka tajemniczy sabotaż jej ukochanego pubu. Zwraca się zatem z prośbą o rozwiązanie zagadki do Sherblocka i Blocksona, którzy zajmują się jednak sprawą nierozwiązanej i najbardziej zagadkowych zbrodni w swojej karierze.



Gra nie jest typową przygodówką, a raczej przygodowym filmem interaktywnym, w którym gracz nie będzie bezpośrednio kierować postaciami. Jego zadaniem będzie wybieranie z serii opcji jednej, co finalnie prowadzić będzie do rozgałęzionej historii, która prowadzić będzie do jednego z wielu zakończeń gry. 



Gra stworzona jest jako interaktywny przygodowy serial, w stylu FMV, przygodowa komedia, w której to my podejmuje decyzje za bohaterów. Interaktywna przygodówka posiada pełną angielską wersję językową (dubbing). Twórcy planują, najszybciej jak to możliwe oddać w ręce graczy grywalne demo swojego projektu.



A w nim w obsadzie znaleźli się: Dean Erickson (Gabriel Knight z The Beast Within), Lenval Brown (narrator Disco Elysium), Cissy Jones (nagrodzona nagrodą BAFTA aktorka, która zagrała Delilah w Firewatch), Paul Morgan Stetler (Curtis Craig w Phantasmagoria: A Puzzle of Flesh) i Rupert Booth (Inspektor Jenks z Contradiction i DuPont z The Shapeshifting Detective), Austin Hillebrecht jako Blockson i Chris Yamez jako Sherblock.

Data premiery gry nie została jeszcze ogłoszona. Zadebiutuje na Steam, w wersji na PC, Mac oraz Linux. 

Karta Steam


środa, 1 stycznia 2025

Nazywam się Cukinia - recenzja. Animacja poruszająca poważne tematy

Nazywam się Cukinia - recenzja. Animacja poruszająca poważne tematy

Nazywam się Cukinia to animacja dość nietypowa i zarazem niezwykła, wzruszająca, bardzo wartościowa i mądra, poruszająca smutny, ale istotny temat, jakim jest brak rodzicielskiej miłości i odrzucenie.

Zwykle filmy animowane są przeznaczone dla dzieci i choć nie brakuje w nich elementów akcji, na ekranie toczy się walka dobra ze złem, a niektóre sceny nieco straszą, to ich wymowa jest jasno określona, muszą dobrze się kończyć. Francusko – szwajcarski film animowany w reżyserii Claude’a Barrasa przeczy wszystkim założeniom animacji, poruszając bardzo ważny, ale niezwykle smutny temat, którego motywem przewodnim są dzieci, wychowankowie ośrodka opiekuńczo – wychowawczego. Trafiły tam z powodów rodzinnych, a każde z nich przeżyło życiową traumę.

Warto przeczytać:

Choć film opowiada historię kilkorga dzieci, główną postacią jest w nim dziewięcioletni chłopiec imieniem Ikar, którego mama nazywa Cukinią. Dziecko zwykle bawi się na strychu, słuchając krzyków matki, która popija piwo za piwem, pomstuje do telewizora i wrzeszczy na nieobecnego męża, który już dawno ich opuścił. Nadużywająca alkoholu rodzicielka nie stroni od agresji, którą wyładowuje na biednym dzieciaku. Pewnego dnia, podczas kolejnego pijackiego amoku, zdenerwowana hałasem, jaki wyrządziła wieża zrobiona przez Cukinię z puszek po piwie, kobieta wbiega na górę z zamiarem zbicia chłopca. Wystraszony dzieciak zamyka klapę prowadzącą na strych, powodując tym samym jej upadek. Jakiś czas później dowiadujemy się, że mama Ikara/Cukinii umarła, a on trafić ma do domu dziecka przeznaczonego dla dzieci po przejściach, co też się rychło staje. Z początku dzieciak trzyma się na uboczu, a nawet jest popychadłem przywódcy grupy małolatów, Simona. Sytuacja nieco się zmienia, gdy do domu dziecka trafia Camille, dziewczynka, która staje się dla Cukinii, jak i całej reszty, niezwykle bliska.

Nazywam się Cukinia to na pewno nie jest film dla małych dzieci, które po pierwsze nie będą w stanie zrozumieć przesłania, dosłowności i dramatyzmu tej historii. Animację powinna według mnie obejrzeć dorastająca młodzież, albo starsze dzieci, najlepiej wraz z rodzicami, którzy będą potrafili wytłumaczyć swojemu dziecku, że wśród nas żyją dzieciaki bardzo pokrzywdzone przez los. W filmie zetniemy się bowiem z problemem molestowania w domu rodzinnym, morderstwem, alkoholizmem, rasizmem, odrzuceniem i wieloma innymi problemami, które dręczą kilkuletnie zaledwie dzieci. Ich psychika radzić sobie musi z wielką traumą, żalem i smutkiem, ale choć po drodze nie raz się potykają, mimo wszystko, jak każde dzieci potrafią korzystać z życia i cieszyć się każdą radosną jego chwilą.

Nazywam się Cukinia podejmuje oprócz tematu osierocenia i związanej z niej samotności, którą załagodzić może dobroć opiekunów pracujących w ośrodku, także wątek przyjaźni i to nie tylko między dziećmi, głównie między Cuknią, a Camile, ale także rodzącej się bliskości i chęci niesienia pomocy dziecku przez osobą dorosłą, w tym wypadku policjanta, który sam opuszczony przez syna, pragnie stworzyć dla wyżej wymienionej dwójki nowy, pełen miłości dom.

Opisywana przez mnie produkcja wykonana jest w animacji poklatkowej przy udziale ręcznie wykonanych lalek i modeli, co w połączenie z przejmującą treścią i sporym pokładem emocji nadaje animacji niezwykłej atmosfery. Mimo, że nie będziemy na niej płakać rzewnymi łzami, bo smutne sceny zgrabnie przeplatać się będą z zabawnymi i pełnymi życiowej mądrości, to w kącikach naszych oczu pojawi się łezka, a przez skórę nie raz przebiegnie dreszcz.

Dzieło Claude’a Barrasa zmusi nas także do zastanowienia się nad sensem naszego życia, nad małością naszych problemów. Gorzko – słodki, nieco filozoficzny i metafizyczny wydźwięk tej produkcji sprawia, że jest to animacja innowacyjna, zupełnie różna od tego, do czego przyzwyczaiło nas pełne kolorów, naszpikowane efektami specjalnymi kino.

Nazywam się Cukinia, to bardzo kameralna, nieco ponad godzinna produkcja, która w perfekcyjny sposób pokazuje szarość i dramatyzm życia, jednocześnie nie zabierając jego radości, niosąc nadzieję i życiową mądrość, pokazując jak szybko potrafi dorosnąć skrzywdzone przez życie dziecko. Polecam bardzo serdecznie zapoznać się z tym tytułem, bo zdecydowanie warto. 

Moja ocena 9/10.

Film można wypożyczyć na platformie TVP VOD.