piątek, 24 stycznia 2025

Noc w przedszkolu, recenzja polskiej czarnej komedii. Bycie rodzicem nie jest łatwe

Noc w przedszkolu, recenzja polskiej czarnej komedii. Bycie rodzicem nie jest łatwe
Zdjęcie: Netflix

Noc w przedszkolu, recenzja polskiej czarnej komedii od Netflix. Bycie rodzicem nie jest łatwe, co stara się pokazać Rafał Skalski w nowej produkcji.

Jak pewnie doskonale wiecie Netflix ma w swojej bibliotece coraz więcej polskich filmów i seriali. Rodzimych produkcji na wspomnianej platformie jest już kilkadziesiąt, a w planach jest dużo więcej. Polskie filmy i seriale są na owym VOD chętnie oglądane, i zwykle zajmują ważne, wysokie miejsca na liście TOP 10. Większość z nich trzyma średni poziom, jedne wybijają się bardziej ponad przeciętność, jak choćby recenzowane przeze mnie już Pewnego razu na krajowej jedynce, inne podbijają nie tylko polskiego, jak i zagranicznego Netfliksa, jak choćby serialowe Sexify, czy bardzo źle oceniana w naszym kraju, ale chętnie oglądane gdzie indziej seria erotyczna 365 dni

Warto przeczytać również:

Tak się składa, że ja sama dość rzadko sięgam po polskie produkcje, szczególnie jak są to produkowane na przysłowiowe „jedno kopyto” romantyczne komedie. Ale na szczęście wśród tytułów polskich twórców, dostępnych na platformie Netflix, zdarzają się nieco inne gatunki i po wspomnianym już serialu Pewnego razu na krajowej jedynce, ostatnio postanowiłam sprawdzić film zatytułowany Noc w przedszkolu. Nie jest to może hit hitów rodzimych produkcji platformy Netflix, ale całkiem zgrabna, nieco pokręcona i lekko świąteczna historyjka, która przy okazji stara się nakreślić obraz polskiej klasy średniej i współczesnego rodzicielstwa. 

Noc w przedszkolu to określana jako czarna komedia filmowa opowieść od Rafała Skalskiego, dla którego nie jest to debiut na Netfliksie. Na platformie możemy bowiem oglądać serial w jego reżyserii, o tytule Brokat. Fabuła jego nowego netfliksowego dzieła rozgrywa się współcześnie, a bohaterem jest Eryk, młody mężczyzna, który żyje w związku partnerskim z pielęgniarką, która wychowuje sześcioletniego chłopca, Tytusa. Chłopiec nie jest łatwym dzieckiem, i oprócz tego, że nie może znaleźć wspólnego języka z Erykiem, partnerem matki, który życie traktuje dość luźno, to jeszcze, jak się okazuje, sprawia problemy w przedszkolu. 

Gdy w przedszkolu "Promyczek” organizowane jest zabranie z rodzicami, a jego dziewczyna Dorota, grana przez Maszę Wągrocką nie może z powodu dyżuru w szpitalu na nie pójść, Eryk, w tej roli Piotr Witkowski, postanawia ją zastąpić. Ma bowiem zamiar pokazać, że jest odpowiedzialny i czegoś wart. I choć sam w to nie wierzy, wędruje na zebranie, przy okazji trafiając na próbę generalną bożonarodzeniowych jasełek, jakie co roku wystawiają rodzice dla przedszkolaków. Na miejscu Eryk poznaje grupę dość ekscentrycznych rodziców, z charyzmatyczną ich przewodniczącą Justyną, graną przez Lenę Górę, która, jak się wkrótce Eryk dowiaduje, zamierza wyrzucić Tytusa z przedszkola.

Wściekły mężczyzna, który zaczyna czuć się odpowiedzialny za syna swojej ukochanej, dowiaduje się bardzo przykrych rzeczy na temat przedszkolaka, który jak się okazuje, ma nieco na sumienie. Mimo wszystko Eryk postanawia o niego zawalczyć, siejąc pewne zamieszanie w przedszkolu i sabotując poczynania grupy rodziców, szczególnie Justyny. Lekcja jaką przeżywa podczas jednej nocy w przedszkolu jest dla niego szkołą, która w końcu pozwala mu dorosnąć, i zrozumieć co tak naprawdę jest w życiu ważne. 

Noc w przedszkolu to nie tylko komedia, w tym wypadku czarna i momentami ponura, ale przede wszystkim film, który miesza gatunki, swoim stylem i charakterem zahaczając o psychologiczne aspekty, dramat i psychologię człowieka. Twórcy w znajomy już widzom sposób postanawiają pobawić się emocjami, przy okazji obrazując rodzicielstwo i trudność, jaka się z tym wiążę. Każda z postaci, a jest ich sporo ma swoją wizję rodzicielstwa i tego jak życie jego samego, i życie jego dziecka ma wyglądać.

Ambicje rodzicieli, pewnej siebie, przebojowej, ale i borykającej się z życiowymi problemami samotnej matki, Justyny, jej zahukanej przyjaciółki bez swojego zdania Krysi (Aleksandra Domańska), wiecznie niewyspanej przez dzieciaka Sandry (Sylwia Boroń), dość swobodnej pary Kachy (Matylda Damięcka) i Lesława (Maciej Nawrocki), czy stawiającego na pieniądze Kazika (Dobromir Dymecki) i tradycjonalisty Hamzy (Piotr Borowski) oraz próbującego naprawić błędy przeszłości Tadeusza (Zbigniew Zamachowski) to czysty przegląd osobowości i psychologiczny przegląd postaci. Cokolwiek by nie powiedzieć o bohaterach tej historii, nie są oni przeciętni, ale jednocześnie widzimy w nich siebie, swoje wady i zalety, choć w nieco przekolorowanym stylu.

Na ich tle raczej przeciętny, nie wybijający się ponad standardy Eryk, w którego wcielił się Piotr Witkowski, nagle staje się kimś. Wbrew pozorom tragikomiczna i absurdalna historia jaka rozgrywa się w przedszkolu staje się doskonałą lekcją życia, nie tylko dla niego, ale i nie radzącej sobie z żywiołowymi i roszczeniowymi rodzicami dyrektorki, granej przez Julię Wyszyńską. Jest też dobrą szkołą życia dla innych rodziców, którzy zaczynają zauważać, że próba jasełek i spędzenia razem czasu jest jednocześnie ucieczką od codziennych problemów. 

I to, że te problemy są bardzo naturalne i rzeczywiste, a postaci filmu są dość wiarygodne, to zasługa dobrze dobranych aktorów, którzy właściwie w każdej postaci wywiązują się ze swojego zadania bardzo przyzwoicie. Problem w tym, że z czasem potrafiąca zaciekawić filmowa opowieść, pełna intryg i dobrego czarnego humoru, traci na atrakcyjności, wchodząc w świąteczny, radosny i pojednawczy ton słodkości, który sprawia, że Noc w przedszkolu staje się jeszcze jedną polską historią pewną patosu i zwyczajności. Sporo zastrzeżeń można mieć do zakończenia filmu, które staje się przewidywalne, mało zaskakujący, a może nawet rozczarowujący. Wpisuje się jednak w klimat czasu, w jakim produkcja zadebiutowała na Netfliksie, czyli tuż w okresie świąt Bożego Narodzenia. 

Podsumowując recenzowana Noc w przedszkolu to kolejna godna uwagi propozycja od Netfliksa. Zaletą jest klimat, ciężki, czasami absurdalny klimat. Do zalet zaliczyć można także sporo odwołań do współczesnych rodzin i rodzicielstwa. Niczego nie można zarzucić filmowi, jeśli chodzi o aktorstwa i dobór obsady. Rozczarowuje jednak finał historii, a film, mniej więcej od połowy staje się bardziej słodki, niż być powinien, a  przynajmniej niż był na początku.

Moja ocena 7/10.

Noc w przedszkolu można obejrzeć na Netflix.

Przesmyk, nowy polski serial Max prezentuje na zwiastunie

Przesmyk, nowy polski serial Max prezentuje na zwiastunie

 

Na koniec stycznia, na ostatni dzień tego miesiąca przewidziana jest premiera kolejnej polskiej produkcji oryginalnej od platformy Max. Thriller sensacyjny o tytule Przesmyk, pokazany został na premierowym zwiastunie.

Szpiegowski thriller sensacyjny Przesmyk to przez wielu oczekiwana polska produkcja, która, przynajmniej w zapowiedziach prezentuje się zacnie. Serial, w którym widzowie wkroczą we współczesne środowisko szpiegowskie, z rodzącym się napięciem międzynarodowym. Platforma Max pokazała oficjalnym zwiastun nadchodzącej już za kilka dni serialowej premiery.

Warto przeczytać również:

O serialu Przesmyk miałam okazuję pisać już na blogu. Przypomnę zatem, że jego akcja rozgrywa się wiosną 2021 roku, i poznajemy w nim historię Ewy Oginiec, która dotknięta osobistą tragedią, postanawia wycofać się z wywiadu i zacząć żyć normalnie. Niestety gdy jej partner Skiner, także agent, zostaje zdemaskowany przez rosyjski wywiad i znika bez śladu, wszystko się zmienia. 

W roli głównej Lena Górska, znana z serialu Król, a także filmu Netfliksa Noc z przedszkolu. Towarzyszą jej: Karol Pocheć, Leszek Lichota, Bartłomiej Topa, Andrzej Konopka, Ewelina Starejki, Tomasz Ziętek, Eliza Rycembel, Kamila Urzędowska, Piotr Żurawski, Lidia Sadowa, Antek Sztaba, Artur Paczesny, Piotr Pacek, Mirosław Zbrojewicz, Alona Szostak, Michał Sikorski, Magdalena Walach, Andrew Zhuravsky, Dmytro Malkov, Irmina Liszkowska, Jan Englert, Zbigniew Stryj, Dariusz Chojnacki, Oleg Garbuz, Oleh Kiryliv, Sergei Abolomov i Svyatoslav Suprunov.

Reżyserem serialu jest Jan P. Matuszyński.

Premiera serialu Przesmyk na platformie Max już 31 stycznia 2025 roku. 

Źródło: Warner Bros. Discovery

Behind the Frame: The Finest Scenery za darmo na Epic Games Store

Behind the Frame: The Finest Scenery za darmo na Epic Games Store

 

Behind the Frame: The Finest Scenery, przygodowa, interaktywna opowieść o młodej artystce to nowa darmowa gra dostępna na Epic Games Store, w cotygodniowym rozdawnictwie od owej platformy.

Do przyszłego czwartku, tradycyjnie do godziny 17-tej odebrać można, za darmo przygodówkę w interaktywnym stylu, relaksującą i artystyczną. W kolejnym gratisie od Epic Games Store odbierzemy Behind the Frame: The Finest Scenery, grę stworzoną przez Silver Lining Studio, wydaną przez studio Akupara Games i Akatsuki Taiwan Inc.

Warto przeczytać również:

Behind the Frame: The Finest Scenery to jak wspomniałam interaktywna przygodówka, która ma za zadanie relaksować i pozwalać nam przeżyć ciekawe, artystyczne doświadczenie, a wszystko we własnym tempie. Gra stworzona została w ręcznie malowanym stylu, rozgrywa się w panoramicznym świecie, pełnym kolorów, z przyjemną na ucha ścieżką dźwiękową. 



W grze wcielamy się w młodą, zdolną artystkę, malarkę, która ożywia swoje obrazy, poszukując brakujących kolorów. Chwilę poszukiwań przerywane są przerwami na kawę i śniadanie. Każdy obraz ma swoją historię.



Gracz będzie malował, szkicował, retuszował dzieła sztyki, aby skompletować obraz, dokończyć go i aktywować wspomnienia. Świat gry inspirowany jest filmami Miyazaki/Studio Ghibli.

Behind the Frame: The Finest Scenery dodamy do swojej biblioteki na Epic Games Store do czwartku, 30 stycznia 2025 roku.

Epic Games Store - pobierz grę za darmo



środa, 22 stycznia 2025

Dracula 2: The Last Sanctuary - recenzja. To była droga przez mękę

Dracula 2: The Last Sanctuary - recenzja. To była droga przez mękę

Serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji kolejnej gry przygodowej z serii horrorów o hrabim Drakuli. Oto recenzja Dracula 2: The Last Sanctuary! 

Mieliście kiedyś uczucie, że wszystko co robicie i co planujecie zrobić, jest skazane na porażkę? Że cel, który wydaje się być tak blisko, nagle gwałtownie się oddala? Jeśli tak, to doskonale wiecie, jakie to frustrujące uczucie i jak negatywnie potrafi na nas wpływać. Zwykle takie uczucie doprowadza do złości, a nawet agresji, a jeśli związane jest z grą, która ma przecież bawić, dawać spokój i zadowolenie, to już jest szczyt wszystkiego. Niestety takie doznania towarzyszyły mi podczas „zabawy”, a raczej mordęgi z drugą odsłoną „Drakuli”, która oprócz masy czasówek, zadręczała mnie przeróżnej maści bugami. Ale zacznijmy od początku, czyli od fabuły.

Warto przeczytać także:

„Drakula: Ostatnie Sanktuarium”, jest bezpośrednią kontynuacją Dracula: The Resurrection, czyli przygód Jonathan’a Harkera, któremu udaje się uratować żonę Minę, z rąk Drakuli i przywieźć ją z powrotem do Londynu. Kobietę jednak wciąż dręczą koszmary i drąży dziwna choroba. Nad spokojem jej ciała i duszy, czuwa zaprzyjaźniony doktor, który na temat wampirów wie całkiem sporo. Niestety pozorny spokój małżonków burzy pojawienie się w mieście księcia ciemności. Wzburzony utratą przeznaczonej, jak twierdzi mu kobiety i wściekły stratą  pierścienia, Drakula postanawia zrobić wszystko, by Mina znów była jego. Porywa więc żonę Jonathan’a, który po raz kolejny musi wyruszyć jej na pomóc, odbić ją i ostatecznie pokonać demona. 

Pod względem oprawy, gra wygląda podobnie jak jej poprzedniczka. Po raz kolejny zwiedzamy bardzo stateczne lokacje, poruszając się po z góry ustalonych ścieżkach. Całość przeplatana jest dość zgrabnymi cut-scenkami i w miarę niezłymi, jak na te czasy animacjami postaci. Problem leży jedynie w twarzach naszych bohaterów, którymi kierujemy. Jonathan jest zwyczajnie straszniejszy od Drakuli. Jego wykrzywiona twarz, wielkie zęby i przedziwne miny, mogą świadczyć, że już zamienia się w demona

Blado też wypada polski dubbing. I tu znów najgorzej prezentuje się protagonista. Kwestie wypowiadane przez Harkera, nawet w obliczu jawnego niebezpieczeństwa są mało przekonywujące i beznamiętne, fatalne. Lepiej prezentuje się sam Drakula, całkiem dobrze Hopkins, a tragicznie Mina. 

Niestety nie tylko polska lokalizacja leży w tej grze. Leży i kwiczy także jej obsługa. Zero grywalności, zero emocji i ogrom nerwów i stresu. Tyle kosztowało mnie przejście tej produkcji. Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, że w ogóle udało mi się ją skończyć. Na każdym kroku czekały mnie w niej przeróżne błędy, od banalnych, czyli znikania przedmiotów z ekwipunku, czy też nie możności pójścia gdziekolwiek, bo w lokacji nie wyświetlał się kursor, po bardziej dziwne bugi, które aktywowały się gdy grałam, a znikały, gdy zapisałam grę, po czym ponownie ją wczytałam. Na dokładkę, twórcy, francuskie studio deweloperskie Wanadoo Edition, postanowiło upstrzyć rozgrywkę wszelakiej maści czasówkami i zręcznościówkami

Na okrągło pojawiał się na ekranie czerwony pasek życia i zanim zdołałam otworzyć dość niewygodny w obsłudze inwentarz i wyciągnąć z niego potrzebny przedmiot, czy też najpierw taką rzecz sobie stworzyć, już widziałam na ekranie złowieszcze słowo „Koniec”. Wrrrrr….. okropność! A żeby tego było mało, slotów na zapisy też wiele nam twórcy nie zaoferowali, więc przyszło mi grę nadpisywać, a trzeba to robić często, bo przygoda jest wyjątkowo kapryśna i złośliwa. 

Nie przyczepiłam bym się do zagadek logicznych, bo przyznam, że wiele z nich sprawia przyjemność, gdyby nie dwa, no może trzy wymyślne zadania. Jedno, to strzelanie z kuszy do zielonej substancji wydobywającej się z czegoś, co przypominało drzewo. Nie wiem, nie pamiętam lub nie chce pamiętać, ile razy ponownie ładowałam broń, by strzelić, a nie działo się nic. Traciłam cierpliwość i wiarę, że kiedykolwiek uda mi się to zrobić. Nosiłam się już z zamiarem zerknięcia do jakieś solucji wideo, by zobaczyć gdzie i w które miejsce mam strzelać, bo wątpiłam, czy na pewno dobrze to robię. Kolejne przeklęte zadanie, to zejście po schodach do piekielnej bramy. Matko kochana, kto wymyślił coś takiego? Za co? Na pozór taka czynność, jak zejście po kilku schodach wydaje się łatwa. Mamy stąpać tylko po tych, których symbole znajdują się w zielonej księdze, w jaką zaopatrzony jest Jonathan. Problem w tym, że symboli tych idąc na dół nie widać, a nawet jeśli staniemy na dole, nie przekraczając bramy, bo grozi to śmiercią, to i tak nie bardzo je widać, bo większość jest rozmazana i nieczytelna. W tym momencie trzeba się przygotować na rychły zgon lub liczyć na szczęście. 

Takich newralgicznych, przedziwnych i denerwujących czynności  w „Drakuli 2” nie brakuje. Być może, są osoby, którym to nie przeszkadza, ale ja jestem przeciwniczką takich „udziwnień” i „ulepszeń”, z którymi albo sobie nie radzę, albo też się na nie wściekam i pyskuję, a nie lubię tego robić. 

Muzyka? W sumie to jej nie pamiętam, nie była pewnie najgorsza, skoro sobie jej nie przypominam, ale i też powalała, skoro nie zapadła mi w pamięć.

Podsumowując, dawno nie grałam w tak zabugowaną, nieprzewidywalną i denerwującą grę. Tylko mój wrodzony upór nie pozwalał mi się poddać, inaczej rzuciłabym ją w kąt i zagrała w coś mniej sterującego. Moja ocena gry jest mikry i smutno niski, bowiem poziom trzymają jedynie zagadki i fajne animacje i kontynuacja fabuły.

Moja ocena 4/10.

Zalety:

  • Kontynuacja przygody;
  • Zagadki, oprócz dwóch wkurzających
  • Klimat gry;
  • Dobra, jak na te czasy grafika
  • Całkiem dobre animacje

Wady:

  • Bugi, błędy i czasówki i elementy zręcznościowe;
  • Fatalny dubbing;
  • Źle przemyślane dwie zagadki, który doprowadzały mnie do złości

wtorek, 21 stycznia 2025

1923: sezon 2 na zwiastunie, z konkretną datą premiery i nowymi zdjęciami

1923: sezon 2 na zwiastunie, z konkretną datą premiery i nowymi zdjęciami

 

Długo wyczekiwany drugi sezon, drugiego prequelu Yellowstone, opowieść o rodzinie Duttonów, serial 1923 ma konkretną datą premiery, a SkyShowtime, na którym będzie pokazywany, podzielił się także polskim jego zwiastunem.

Oczekiwania fanów dramatów w formie westernów, skupiających się na historii rodziny Duttonów z rancza Yellowstone dobiegają końca. Serial 1923: sezon 2, którego recenzję pierwszego sezonu, a także wcześniejszego prequela 1883 znajdziecie na moim blogu, ma dokładną, marcową datę premiery. Serwis SkyShowtime pokazał także jego oficjalny zwiastun. 

Warto przeczytać także:

Drugi sezon 1923 to nowe, jakże trudne wyzwanie dla Jacoba (Harrison Ford) i Cary (Hellen Mirren), którzy na ranczu Duttonów mają jeszcze wiele nierozwiązanych spraw. Mroźna zima i coraz liczniejsi wrogowie próbują odebrać Duttonom ich dziedzictwo. To skłania Spencera (Brandon Sklenar) do powrotu do domu. Czeka go wyścig z czasem, którego stawką są losy jego rodziny w Montanie. Tymczasem Alexandra (Julia Schlaepfer) rozpoczyna wymagający rejs przez Atlantyk, żeby odnaleźć ukochanego Spencera.



Serial 1923 to prequel światowego hitu Yellowstone, stworzony przez Taylora Sheridana (YellowstoneTusla King) oraz wytwórnie Entertainment Studios, 101 Studios i Bosque Ranch Production

W rolach głównych występują Harrison Ford (Terapia bez trzymanki, seria Indiana Jones, seria Gwiezdne wojny) i Helen Mirren (Golda, Cudowny chłopak. Biały ptak, seria Szybcy i wściekli). W pozostałych rolach: Jerome Flynn (Gra o tron, Czarne lustro), Darren Mann (Chilling Adventures of Sabrina), Brian Geraghty (Podły, okrutny, zły), Aminah Nieves (V/H/S/99), Michelle Randolph (Nawiedzony hotel), Sebastian Roché (Gabinet osobliwości Guillermo del Toro, Pamiętniki wampirów), Timothy Dalton (Dom grozy, serial James Bond) i Jennifer Carpenter (Dexter, Dexter: New Blood). 



Producentami wykonawczymi serialu są: współtwórca Yellowstone, Taylor Sheridan, a także David C. Glasser, John Linson, Art Linson, Ron Burkle, David Hutkin, Bob Yari, Ben Richardson, Michael Friedman i Keith Cox. Dystrybutorem serialu jest Paramount Global Content Distribution.

1923: sezon 2 zadebiutuje na SkyShowtime 10 marca 2025 roku. 



Źródło: Informacja prasowa SkyShowtime

A Rite From The Stars z datą premiery na komputery i konsole

A Rite From The Stars z datą premiery na komputery i konsole

 

Przygodowa gra z magią, łamigłówkami i wieloma zakończeniami, w której wcielamy się w niemego chłopca, zatytułowana A Rite From The Stars ma dokładną datę premiery, która przewidziana jest na ten miesiąc. 

Listę styczniowych premier przygodówek zasili jeszcze jeden tytuł. Jest nią przygodowa gra stawiająca na wyzwania umysłowe oraz magię, stworzona przez studio Flying Beast Labs, zaś wydana dzięki Artax Games. Jej tytuł to A Rite From The Stars. Jej twórcy podzielili się zwiastunem.

Warto przeczytać również:

A Rite From The Stars to gra pełna magii i tajemnic. Opowieść skupia się na legendzie, która głosi, że gwiazdy wybierają na wyspie Kaikala chłopca z plemienia Makoa, który ma przeprowadzić starożytne rytuały. Ale z czasem coraz mniej chłopców podejmuje się wykonania swego dziedzictwa, a gwiazdy nie zstępują na wyspę. 



W grze, która oferuje aż 28 poziomów z różną mechaniką i różnymi rytuałami, mądrością, odwagą, duchem i wieloma innymi, wcielamy się w chłopca o imieniu Kirma, który wraz z gwiazdą przewodnią Hoku, odkrywa wyspę, poznaje nadprzyrodzone moce i współpracując z innymi odkrywa różne ścieżki.



Gra, która pięknie opowiada o dorastaniu, oferuje 6 różnych zakończeń, świat który żyje, w którym znajdziemy sympatyczne stworzenia i oryginalną ścieżkę dźwiękową. Gra nie jest dostępna w języku polskim.



​​A Rite From the Stars: Remaster Edition ukaże się na platformie Steam (PC), Nintendo Switch, Xbox One, Xbox Series, PS4 i PS5 30 stycznia 2025 roku.

Karta Steam




poniedziałek, 20 stycznia 2025

Dracula: The Resurrection - recenzja. Seria grozy rozpoczęta!

Dracula: The Resurrection - recenzja. Seria grozy rozpoczęta!

Serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji z przygodowej gry wchodzącej w skład serii opowieści grozy, bazującej na niezwykle popularnej serii. Gra nosi tytuł Dracula: The Resurrection.

 „Dracula: Zmartwychwstanie”, to pierwsza część serii gier przygodowych, która w zamyśle twórców miała być nieformalną kontynuacją powieści Brama Stokera zatytułowanej „Dracula”. Zwykle gram w kilkuczęściowe gry, w tym wypadku dwuczęściowe zaczynając od początku, ale ponieważ ze „Zmartwychwstaniem” miałam dość duże problemy techniczne i nie mogłam jej uruchomić, ta część została przeze mnie ograna w drugiej kolejności. Tak więc po wielu problemach i utyskiwaniach, zasiadłam do gry, by dowiedzieć się jak zaczęła się historia Jonathana, który (zgodnie z książką) potraktował hrabiego osikowym kołkiem, pozbawiając do jego wampirzego życia. 

Warto przeczytać także:

Przeniosłam się więc ponownie w świat stworzony przez francuskie studio Wanadoo Edition i z pierwszej animacji dowiedziałam się, że Dracula powrócił. Siedem lat po jego pozornym pokonaniu, Jonathan wraz z żoną Miną układają  sobie ułożyć życie w Londynie. Niestety pewnego dnia nasz protagonista otwiera list, napisany ręką swojej ukochanej. Kobieta pisze, że Dracula ponownie ją wzywa, a ona nie mogąc się mu oprzeć wyrusza do Transylwanii, by się z nim rozmówić. Wiedziony obawą o życie małżonki, Jonathan Harker rusza jej śladem, by uwolnić Minę z rąk podstępnego wampira.

Narzekałam w „Ostatnim Sanktuarium” na ogrom czasówek, które zafundowali nam twórcy. Na szczęście pierwsza odsłona jest tych „ulepszeń” pozbawiona i jest klasyczną przygodówką point & click, którą obserwujemy  oczami bohatera. Niestety kolejny raz poruszamy się po z góry wytyczonych ścieżkach, niejednokrotnie szukając na ekranie interaktywnego miejsca, a tym wypadku ikonki strzałki, która pozwala przejść w określone miejsce. Choć w tej odsłonie pole, w którym aktywne miejsce znajdziemy, jest zdecydowanie większe, to i tak napotkałam lokacje, w których obklikać musiałam cały ekran, miejsce w miejsce, by w końcu znaleźć ikonę dwóch trybików symbolizującą działanie, czy też ikonę lupy. 

Dziwne, bo „Dracula: Zmartwychwstanie” jest zdecydowanie lepsza graficznie od jej kontynuacji. Animacje są dłuższe, ciekawsze, a postacie, które w nich oglądamy na swoich twarzach wyrażają ogrom emocji, które im w danej chwili  towarzyszą. Zdawać by się mogło, że dwójka, z racji tego, że pojawiła się później, powinna choć pod względem cut-scenek górować nad jedynką, a jest z goła odwrotnie. Tu ogląda się je bardzo przyjemnie, a  niektóre z nich, jak choćby jazda wózkiem w kopalni, czy też lot pojazdem latającym potrafią zachwycić. Jeśli chodzi o animację ruchów postaci, to obydwie gry niczym się nie różnią. Jonathan porusza się ślamazarnie, wolno i nieco drętwo. Zdecydowanie najlepiej prezentuje się animacja samego Draculi i mojej ulubionej karczmarki z oberży w Transylwanii. 

Tak jak już wcześniej nadmieniłam, w tej części nie ma elementów czasowych, gra jest zdecydowanie spokojniejsza, czasami aż za bardzo. Klimat grozy, który powinien towarzyszyć graczowi, skoro zdecydował się grać w grę, która było nie było jest horrorem, niestety nie jest taki, jakiego się spodziewałam. Nieco gęsty na początku gry, w wiosce i jej okolicach, jak choćby na cmentarzu i urokliwym domku nad jeziorkiem, czy też stawem, zupełnie traci, gdy tylko zmienimy płytę na dysk drugi. W zamku Draculi nastrój grozy pryska, jak bańka mydlana, a w jego miejsce pojawia się typowo przygodówkowy klimacik. Tu na każdym rogu odkrywamy coś innego, otwieramy liczne schowki, znajdujemy wszelakie dziwne przedmioty i rozwiązujemy dość proste zagadki. Nie jest ich dużo, a każdy, nawet początkujący przygodowy gracz z pewnością sobie z nimi poradzi.

Tak jak „Dracula: Ostatnie Sanktuarium”, tak i „Zmartwychwstanie” otrzymała pełną, polską lokalizację. Głosów postaciom użyczają Ci sami aktorzy. Po raz kolejny więc słuchamy bardzo flegmatycznego Jonathana, dynamiczną i charyzmatyczną Dorko i władczego, a zarazem pewnego siebie hrabiego Draculę. Pojawiają się też postaci, których dubbing wypada świetnie. I tu po raz kolejny taką osobą jest właścicielka karczmy, typowa chłopka, która nie da sobie w „kaszę dmuchać”. 

Mocną stronę tej przygodówki, oprócz animacji i typowej gry przygodowej, której mi w dwójce brakowało, jest jej udźwiękowienie, które szczególnie dobrze, po raz kolejny wypada w pierwszej części rozgrywki. Szelesty, pohukiwania sów, wycie wilków, odgłosy rechocących żab, w połączeniu ze śnieżnym widokiem, tworzą niepowtarzalny, mroczny klimat. 

Podsumowując, „Dracula: Zmartwychwstanie” jest pozycją dość nierówną, ale ponieważ nie ma w niej zadań zręcznościowych, ani czasowych, a rozgrywka skupia się głównie na zbieraniu przedmiotów i używaniu ich w odpowiednim miejscu, to tym samym zyskuje w moich oczach. Jeśli dołożę do tego nieco lepsze sterowanie i naprawdę dobre animacje, to końcowa ocena gry musi być wyższa niż jej kontynuacji. 

Moja ocena 6,5/10.

Zalety:

  • Klimat gry;
  • Brak elementów czasowych;
  • Udźwiękowienie;
  • Polska wersja językowa, choć nierówna głosowo;
  • Zagadki i zadania;
  • Sporo fajnych animacji;

Wady:

  • Nierówność gry;
  • Zbyt krótka;
  • Ślamazarne poruszanie się postaci

niedziela, 19 stycznia 2025

Oszust z Tindera - recenzja dokumentu Netfliksa. Życie to nie bajka!

Oszust z Tindera - recenzja dokumentu Netfliksa. Życie to nie bajka!
Zdjęcie: Netflix

Oszust z Tindera - recenzja filmu dokumentalnego od Netflix. Okazuje się, że życie to naprawdę nie jest bajka! 

Filmy dokumentalne oglądam dość często, zwłaszcza na Netfliksie, przede wszystkim te z motywem zbrodni, bo uważam, że są godne mojego zainteresowania. Nie często jednak sięgam po nie z myślą ich późniejszego zrecenzowania.

Warto przeczytać także:

Jednak jakiś czas temu na wspomnianą platformę trafił dokument o tytule Oszust z Tindera, o którym szybko zrobiło się niezwykle głośno, co podsycało ochotę na opisanie w recenzji, dlaczego tak właśnie jest. Z jakiego powodu zatem kolejny dokument Netfliksa jest takim hitem? Dlaczego właśnie ten, a nie inny? I o czym opowiada, czy jest przestrogą dla innych? Macie ochotę się przekonać? Zapraszam zatem do mojej recenzji Oszusta z Tindera.

Historia jak z bajki, choć koniec….bolesny

Moja recenzja hitowego filmu dokumentalnego wspomnianej platformy, który szybko znalazła się w TOP 10, nie tylko polskiego Netfliksa, nie będzie długa, ale będzie treściwa, podobnie jak doświadczenia trzech kobiet, które zechciały opowiedzieć swoją jakże przykrą historię. Ich przeżycia udokumentowała, nagrała i zmontowała w całość Felicity Morris, która zaprosiła trzy kobiety, ofiary randkowego oszusta do restauracji, by przy lampce wina….tudzież czegoś mocniejszego, opowiedziały jej swoją historią. A ta zaczyna się jak sen, albo bajka, z tą różnicą, ze ta ich, napisana przez nie samo życie i oszusta, nie ma szczęśliwego końca.

Bohaterkami opowieści są trzy kobiety, które łączy wspólna osoba i portal randkowy, zwany Tinder. Cecilie, Pernilli i Ayleen, jak dziesiątki innych kobiet, są ofiarami niejakiego Shimona Yehuda Hayuta, przedstawiającego się jako Simon Leviev. Na wspomnianym portalu randkowym ich uwagę przykuwa przystojny młody mężczyzna podający się za bogacza, syna potentata diamentowego. Przystojniak ubiera się u sławnych projektantów mody, jeździ drogimi samochodami, a jego zdjęcia na profilach społecznościowych to obraz życia w luksusie, drogich imprez i bajecznych wycieczek. Wszystko wydaje się być szczerą prawdą, bo fakt bogactwa i autentyczności Simona potwierdza także Internet. 

Spotkania z mężczyzną tylko uświadamiają kobietom – przyszłej żonie, dziewczynie i przyjaciółce, że Simon to królewicz z bajki. Jest szarmancki, ma gest, zabiera do drogich klubów, kupuje prezenty, wozi na bajeczne wycieczki. Jest słodki, kochający i namiętny. Często pisze, wysyła słodkie emotki, zapewnia o miłości, przywiązaniu i wielkiej przyjaźni. Z czasem buduje coraz mocniejszą więź z kobietami, które wpadają w jego pajęczynę intryg i kombinowania. Wkrótce każdej z nich zaczyna opowiadać, że on i jego rodzina ma kłopoty, że ktoś próbuje go zabić, nawet pokazuje rannego ochroniarza. Prosi kobiety, które kocha, a ona kochają jego o większe i mniejsze pożyczki, gwarantując że jak tylko zagrożenie minie, natychmiast odda dług. I tak wybranki pogrążają się coraz bardziej w długach, a Simon, pasożytując na nich, od jednej bierze, by drugiej dawać, tworząc swoisty łańcuszek.  

Zorientowane w oszustwie kobiety, nie mają szerokiego pola do popisu i mierzą się z rzeczywistością, która bajkę nie przypomina już w żaden sposób. Ich ukochany czarujący i bogaty kochanek staje się brutalnym straszącym je łajdakiem, na dodatek biednym. Bajka o byciu kochaną pęka. Pozostaje przełknięcie gorzkiej pigułki, no i zaciągnięte w bankach kredyty, które kobiety spłacają do tej pory. 

Współczesny obraz randkowania?

Dokument Oszust z Tindera stał się hitem Netfliksa. Pora zastanowić się zatem dlaczego? Odpowiedź jest w tym wypadku bardzo prosta. Jest to niczym z pozoru nie wyróżniająca się, ale bardzo sprawnie  przez Felicity Morris opowiedziana historia. Ona właściwie opowiada się sama poprzez kobiety, które myślały, że złapały szczęście za rogi i spotkały wymarzonego księcia z bajki. Reżyserka pozwoliła Cecilie, Pernilli i Ayleen ponieść się opowieści o ukochanym, skupić się na miłych chwilach, radościach, nadziei….i rozczarowaniu.

Ale nie tylko prawdziwość tych wydarzeniem jest jądrem sukcesu tej dokumentalnej historii. Choć ta wydaje się absurdalna, choć zdaje się nam sprawą niemal niemożliwą, by tak naiwnie wierzyć w zapewniania kogoś poznanego na portalu randkowym, to współczesny świat wypełniony jest kłamstwami wprost z Internetu. To właśnie obraz randkowania, który z rzeczywistości przeniósł się do sieci jest miarą sukcesu tegoż filmu. Wiemy, że oszustów, także tych matrymonialnych nigdy nie brakowało, ale czy nie wydaje się Wam, że teraz, szczególnie z powodu przeróżnych portali, także społecznościowych, jest ich zdecydowanie więcej? Mamy świadomość, że miłość z netu jest złudna, że na każdym kroku czeka na nas zagrożenia, oszustwo, kłamstwo, szwindel. Jakbyśmy tego nie nazwali, nabieramy się jednak na to nieprawdę….nie raz, nie dwa wpadając w pułapkę, którą ktoś skrzętnie na nas zastawił. I właśnie świadomość tego, i życie, które przeniosło się z realu do sieci, czyni film wiarygodnym i pociągającym. 

Lekcja na przyszłość, czy raczej nauczka?

Pozostaje kwestia tego, czy bolesna lekcja, jaką doświadczyły kobiety, a przynajmniej trzy bohaterki Oszusta z Tindera, czegoś je nauczyła. Wiemy, że Simon został złapany, a kobiety zostawiły na niego pułapkę, przez co nie miał, przynajmniej przez jakiś czas, okazji oszukiwać. Ale ich historia zatacza koło. Siła Internetu i randkowania z sieci jest tak mocna, że niektóre z nich, miło przykrych doświadczeń dalej posiadają Tindera i ponownie przesuwają w lewo lub w prawo, z nadzieją na spotkanie księcia z bajki, czy rycerza na białym koniu. 

Lekcje wyciągnął także Netflix, który po publikacji filmu i umieszczeniu w nim imienia i nazwiska ochroniarza Simona, który okazał się być Polakiem, został przez niego, a właściwie jego adwokata pozwany. Poszkodowany żąda kilkumilionowego odszkodowania. Zaś oszust, który opuścił już więzienie stara się odbudować swoje życie i czerpać z niego garściami. Bardzo prawdopodobne jest to, że wróci do oszustw, w takiej, a nie innej formie…. Przecież nie zna innego życia. Trochę podobnie jak kobiety, które wracają do starych przyzwyczajeń, nie wyciągając do końca wniosków z tego, co je w życiu spotkało. 

Oszust z Tindera – podsumowanie dokumentu 

Historia internetowego oszusta, którą opowiedziały trzy bohaterki dokumentu, sama w sobie jest intrygująca, ciekawa i niemal niewiarygodna. Oglądając i coraz bardziej zanurzając w opowieść, szczególnie od momentów kolejnych zaciąganych kredytów, zaczynamy się zastanawiać, dlaczego? Dlaczego kobiety brnęły w tą historię? Dlaczego dawały sobą manipulować? Dlaczego dopiero po wielu upokorzeniach zaczęły drążyć temat? Odpowiedź wydaje się banalna…..bo kochały i chciały wierzyć w miłość.

Oszust z Tindera to nic innego jak źle kończącą się bajka o miłości, chęci bogactwa i nie spełnionym śnie. Problem w tym, że ten okazał się koszmarem. Sprawnie poprowadzona, choć banalnie prosta historia matrymonialnego oszusta, który w takim postępowaniu widział sposób na życia, na całkiem bogate życie w przepychu, to klucz do sukcesu tej produkcji. Drugim jest jeszcze przeświadczenie, że tak właściwie każda z nas, czy każdy z nas może paść ofiarą oszustwa w sieci. Przez to ów dokument nabiera innych barw i staje się czymś niezwykle wiarygodnym, może lekcją, może nauczką lub chociaż przestrogą. Czy warto go obejrzeć? O tak...warto! 

Polecam, oceniając film na 7/10. Miłego seansu! 

Film do obejrzenia na platformie Netflix.