Until Dawn - recenzja filmu. To nie jest ekranizacja gry, ale reżyserska jej wizja
Serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji horroru bazującego na niezwykle popularnej grze wideo. Oto co myślę o produkcji grozy pod tytułem Until Dawn. Czy warto poświęcić czas na ten tytuł? Czy ma wiele wspólnego z grą, a może jednak nic. Odpowiedź w poniższym tekście. Miłej lektury!
W horrory grać nie bardzo lubię, ja growe horrory oglądam, pozwalam bać się osobie które je ogrywa, wraz z nią przeżywając pojawiającą się na ekranie grozę, kibicując graczowi i postaciom, w które się wciela. Jednym z horrorów świata gier wideo, który prawdę powiedziawszy obejrzałam u kilka youtuberów, próbując znaleźć takiego gracza, który wyciągnie z ogrywanego tytułu wszystko w nim ukryte, był Until Dawn, gra o której bardzo szybko zrobiło się głośno, która, co tu kryć, stała się hitem. Nic dziwnego zatem, że znalazł się reżyser, który pragnął pokazać świat owej gierki także na wielkiem ekranie. I tak do kin w tym roku trafił horror Until Dawn, który kilka dni temu zasilił również bibliotekę HBO Max. Ponieważ w kinie na owej produkcji nie byłam, a grozę filmową lubię, no i uwielbiam grę na której tytuł bazuje, nie mogłabym sobie darować senasu, o którym trochę Wam napiszę, przybliżając co można się po tej produkcji spodziewać.
Przeczytaj inne filmowe recenzje na blogu:
- Heretic - recenzja. A24 z horrorem o Mormonach i sprzecznościach wiary
- Mów do mnie - recenzja horroru z zabalsamowaną ręką
- Winchester. Dom duchów - recenzja. Mroczna historia równie mrocznego domu
Until Dawn gra to produkcja, która swój początek miała jedynie na konsolach, ale jej popularność, która przerodziła się w szybkim czasie w hit, sprawiła, że odświeżona i ulepszona jej wersja trafiła także na komputery, ale i na PlayStation 5. Niedługo potem w kinach zadebiutował horror, którego reżyserią zajął się David F. Sandberg, znany z dwóch produkcji grozy - Annabelle: Narodziny zła oraz Kiedy gasną światła, i z kilku nie stawiających na grozę produkcji. Twórca postanowił przenieść widza w świat growego Until Dawn, zaznaczając jednak w jednym z wywiadów, że jego film nie jest bezpośrednią ekranizacją, a sequelem historii. Wszyscy, którzy zatem spodziewali się filmowej wersji przygód ośmiorga przyjaciół, zamkniętych w górskiej chacie w rocznicę zaginięcia dwóch dziewczyn z paczki, mogą poczuć zawód, a nawet rozczarowanie. Film nie zamierza nawet udawać growego Until Dawn, jest zwyczajnie reżyserką jego wizją.
Opowieść zaczyna się od krótkiego wstępu, od dramatycznego położenie jeszcze nie znanej nam młodej kobiety, by po chwili przenieść widza do kilkorga znajomych, którzy na prośbę Clover, w rocznicę zaginięcia jej siostry, udają się na jej poszukiwania. Wspomniana już Clover, Max, Megan, Nina i jej nowy chłopak Abe trafiają na pewną rozpadającą się stację benzynową, gdzie Clover dowiaduje się od znajdującego się tam sprzedawcy o pewnym domu, który może być miejscem pomocnym w odnalezieniu zaginionej siostry. Jadąc przeznaczeniu na spotkanie, chowają się przed dziwną burzą i równie dziwną ścianą deszczu w posiadłości na odludziu, i po wpisaniu się do księgi gości, zaczynają przerażającą grę o przetrwanie.
Wisząca na ścianie klepsydra z czaszką, obraca się, a przesypujący się w niej piasek symbolizuje czas jaki został piątce bohaterów, by przetrwać do świtu, zanim staną się częścią koszmaru. Okazuje się bowiem, że w domu grasuje psychopatyczny, zamaskowany morderca, który brutalnie zabija każdego z nich. Przywróceni do życia, zamknięci w przerażającej pętli czasowej, ze śmierciami stale zmieniającymi swoje oblicze, i sposób uśmiercania, muszą myśleć i przede wszystkim zacząć działać, by dotrzymać bez zgonu do rana, zanim piasek "czasomierzu" się przesypie, a oni zostaną tu uwięzieni na zawsze.
Until Dawn to można by było sądzić typowy slaher, w którym zginąć musi wielu, jak nie wszyscy, a śmierć z ręki oprawcy powinna być makabryczna i krwawa. Problem w tym, że film nie idzie utartą ścieżką seryjnego mordercy, przynosząc śmierć zadawaną nie tylko przez człowieka, ale również przez zupełnie różne, czasem wręcz zaskajujące, a nawet nieco groteskowe czynniki. Zgon, z którym bohaterowie w jakiś sposób się godzą, do którego po wielu śmierciach zaczynają się przyzwyczajać, czasami staje się mało straszny, a nawet lekko zabawny, co rozmywa poczucie grozy. I choć typowych starszaków jest w filmie kilka, a momentów grozy (nawet oczekiwanych), nie brakuje, poczucie niepokoju i dreszczyk emocji nie jest jakoś szczególnie mocno odczuwalny. Opisywany horror nie straszy zbyt dobitnie, a raczej podsyca uwagę, narzucając pytanie co dalej.
Nie jest to również, jak już wspomniałam ekranizacja gry, a jedynie wariacja na jej temat. Oglądając Until Dawn na platformie HBO Max, która za jakiś czas stanie się części Netflix, można odnieść wrażenia, że reżyser tworzył swoje filmowe dzieło jedynie dla fanów growego pierwowzoru. Za mało jest w nim bowiem wyjaśnień dziwnej pętli czasowej i umierania. Widz, który w grę nie grał czy let's playa z niej nie wiedział, może czuć, że projekt Davida F. Sandberga to zlepek chaotycznych fragmentów nieokreślonej całości, w którym trudno się połapać. Takiej osobie zapewne nasunęłoby się pytanie....., ale o co tu właściwie chodzi?
I należałoby takiego widza zrozumieć, bo strzępki filmowych wyjaśnień są tak właściwie nawiązaniam do gry. Pojawia się w nich szpital psychiatryczny, katastrofa w kopalni, eksperymenty, przemiana w wendigo, ale i pewien psychiatra, drugoplanowa postać gry, tu będąca jednocześnie pracownikiem stacji benzynowej, jak i bezwzględnym w swych czynach psychiatrą. Na dodatek w filmie, jak i w grze towarzyszy nam postać tego samego aktora. W rolę zdecydowanie creepy bohatera, który chyba, pomijając straszaki i potwory, jest najstraszniejszą postacią, wcielił się Peter Stormare. Aktor użyczył głosu oraz swojego wyglądy postaci w grze Until Dawn, a filmie również się pojawia.
Aktorsko recenzowany przeze mnie tytuł stoi na raczej przeciętnym poziomie. Nie jest źle, ale postaci nie są już takie angażujące i charakterne jak w grze. Młodzi ludzie, których losy i wielokrotne śmierci śledzimy w filmowej wersji wideo hitu, są zupełnie inni, ale każdemu z nich spróbowano nadać osobowość i charakterystyczne cechy.
Clover, w którą wcieliła się Ella Rubin (Ulica Strachu: Królowa balu, Anora) to kobieta cierpiąca po sracie siostry, nie mogąca poradzić sobie z poczuciem winy, z dwoma próbami samobójczymi. Max zagrany przez Michaela Cimino (Jeszcze nigdy..., Powrót do liceum) to zakochany w Clover, nieco wycofany i nieśmiały przyjaciel. Jest i obdarzona nadprzyrodzoną intuicją czy paranormalną mocą Megan, w którą wcieliła się Ji-young Yoo (Freaky Tales, Moxie), która odkrywa drzemiące w niej moce. Śledzimy także losy Niny zagranej przez Odessę A'zion (Wielki Marty, Ona jedzie z przodu), pewnej siebie kobiety oraz jej nowego chłopaka o imieniu Abe, zagranego przez Belmonta Chameli (Bezsenność we dwoje, Kłopoty z facetami), stawiającego przede wszystkim na siebie prawnika.

Until Dawn to filmowe dzieło, na które należy patrzeć nie jako klon growego pierwowzoru, ale jak jego odpowiednik, rodzaj wzoru na którym został zrobiony. Widzowie, którzy znają grę, z pewnością w produkcji się odnajdą, dostrzegając w niej kilka bardzo charakterystycznych podobieństw, o których wspominałam powyżej.
Gorzej natomiast jeśli film obejrzy osoba, która tematyką grową zupełnie się nie interesuje, produkcji na której horror Until Dawn bazuje zwyczajnie nie zna. Wtedy może poczuć się nieswojo zagubiona i uznać film jako niepełny, chaotyczny, mało precyzyjny, a nawet mało logiczny.
Nie należy się po tej produkcji spodziewać również wielu chwil grozy. Nawet jeśli w kilku momentach robi się bardzo poważnie i groźnie, nawet jeśli doświadczamy grozy związanej z elementami slahera czy z pojawiającymi się potworami, to groza owa jest albo rozmywana przez nieco groteskowe śmierci, albo zbyt płytka i bardzo przewidywalna.
Until Dawn nie jest tytułem beznadziejnym, jest typowym przeciętniakiem, z nawiązaniemi do gry i swoim pomysłem na siebie. To tytuł który spokojnie może obejrzeć osoba, która za wymowną, jeżącą włosy na głowie grozą nie przepada. Nie jest może wcale nie strasznie, ale groza jest na raczej niskim poziomie. Myślę, że jeśli nie stara się tej produkcji mocno porównywać do gry, nie stawia się tych dwóch tytułów na jednej szali, to warto go obejrzeć, przynajmniej by znaleźć ich growy i filmowy wspólny mianownik.
Moja ocena 6/10.
Film Until Dawn dostępny jest na platformie HBO Max.





Byłam na tym w kinie. Obejrzeć się dało i nie nużyło, ale bez szału.
OdpowiedzUsuńZgadzam się, typowy przeciętniak, jakich zresztą ostatnio w świecie horrorów na pęczki ;)
UsuńDla mnie najciekawsze było to, jak podkreśliłaś różnicę między grą a filmem – nie jako klon, lecz jako wariację inspirowaną pierwowzorem. To podejście wydaje się uczciwe wobec fanów gry, a jednocześnie pozwala nowym widzom spojrzeć na produkcję niezależnie. Podoba mi się też Twoje spostrzeżenie, że film bardziej „ogląda się” niż przeżywa, jeśli ktoś nie zna gry – to takie konkretne i praktyczne ostrzeżenie, które trudno znaleźć w standardowych recenzjach. Całość komentarza jest osobista, ale nie przesadnie emocjonalna, co sprawia, że naprawdę chce się ją przeczytać.
UsuńBardzo dziękuję za miłe słowa :) Zwykle staram się być obiektywna w swoich recenzjach, szczególnie mocno w ocenach filmów bazujących na grach. Takie tytuły, bazujące na takich growych tytułach jak właśnie Until Dawn, zwykle są przez widza bardziej rygorystycznie oceniane, widz wiele od nich wymaga ;)
Usuń