Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocena. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocena. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 maja 2026

Moses & Plato - Last Train to Clawville - recenzja. Śledztwo pełną gębą

Moses & Plato - Last Train to Clawville - recenzja. Śledztwo pełną gębą

 


Serdecznie zapraszam do przeczytania mojej recenzji przygodowej gry w stylu wizualnej powieści, w detektywistycznej rozgrywce, zatytułowanej Moses & Plato - Last Train to Clawville. Miłej lektury! 

W połowie kwietnia swoją premierę miała kolejna przygodówka będąca dziełem studia The Wild Gentlemen, mającego na swoim koncie serię Chicken Police, w którą przyznam się nie miałam jeszcze okazji zagrać. Wiedziona przeświadczeniem dobrej zabawy, zważywszy jak oceniane są poprzednie tytuły tegoż studia, intrygującymi zwiastunami i ogólnym pozytywnym odzewem na temat ich najnowszej produkcji, zatytułowanej Moses & Plato - Last Train to Clawville, postanowiłam grę sprawdzić. Udało mi się to dzięki uprzejmości GOG, za co bardzo dziękuję. Bez zbędnej gadaniny zapraszam Was zatem do przeczytania recenzji gry, która jak się okazuje ma swoje naprawdę mocne strony, ale wad również nie jest pozbawiona. 

Inne przekładowe recenzje w tym klimacie detektywistycznym na blogu:

Podobnie jak w przypadku poprzednich gier tegoż niezależnego dewelopera (przypominam, nie miałam przyjemności ich poznać, przynajmniej na razie), tak i tu bohaterami są antropomorficzne zwierzęta, które pełnią w grze rolę ludzi. Przenosimy się zatem do świata, w którym klasycznych ludzkich bohaterów nie uświadczymy, a głównymi bohaterami tej podzielonej na kilka rozdziałów opowieści są dwaj detektywi, którzy zostają pewnego dnia uwikłani w bardzo trudną, a wręcz śmiertleną sprawę, związaną z ich klientem.

Akcja tej klasycznej rozgrywkowo, czyli skupionej na typowych rozwiązaniach gier przygodowych typu "wskaż i kliknij" opowieści, rozgrywa się w luksusowym pociągu Clawville Express, którym podróżuje osoba, którą detektywi Moses - lis i detektyw Plato - kot, mają chronić. Jest nim ambasador kraju zwanego Stowonia, który podróżuje do wspomnianego Clawville, by dzięki pertraktacjom i sojuszom w końcu zakończyć panującą od lat niezgodę między tymi krajami. Dumny, i szorstki w obejściu Ignat Alexei Ivarrinich, śnieżna pantera, zostaje jednak zamordowany w swojej kabinie. Co gorsza na miejscu zbrodni, z jeszcze dymiącym pistoletem przyłapany zostaje jeden z detektywów. Jest nim Moses, który o zgrozo..... zupełnie nic nie pamięta z poprzedniego wieczora. Jego pamięć nie sięga poprzedzających mord wydarzeń i chce czy nie, nie ma pewności czy nie on, faktycznie, jest sprawcą zabójstwo. Nie wierzący w winę swego policyjnego partnera Plato, postanawia wraz z nim prześledzić wydarzenia i odnaleźć prawdziwego sprawcę, co okaże się nie lada wyzwaniem. 

Wraz z dwójką bohaterów cofamy się zatem w czasie, by krok po kroku, ścigani przez upływający czas, który nie działa na naszą korzyść, poprowadzić śledztwo, który ujawni prawdę, i odkryje co wydarzyło się w pociągu. Śledztwo, które jest nadrzędnym działaniem w tej detektywistycznej wizualnej powieści, oferuje dość rozbudowany system działania. Powiedziałabym, że spokojnie poczujemy się jak rasowy śledczy, mając jednocześnie do pomocy nie tylko towarzysza, zupełnie różniącego się od Mosesa, temperamentnego Plato, ale i zestaw lisich zdolności.

Otóż oprócz licznych rozmów, podczas których będziemy mieli okazję przesłuchać wszystkich podejrzanych, nie tylko w normalnych, ale w dodatkowych, mocniej rozbudowanych dialogach, Moses posiada także zwierzęce zdolności. Są to doskonały słuch, równie dobry węch oraz świetny wzrok. Podczas gadaniny z podejrzanymi, a są to oczywiście zwierzęta, będziemy mogli, kierując naszym lisim detektywem, użyć zwierzęcych zmysłów, które ukrywają się pod ikonami w prawym, dolnym rogu ekranu. Użycie ich nie tylko zmieni nam obraz, rozświetlając to co widzimy kolorami, ale przede wszystkim da możliwość podsłuchania ważnych rozmów, zobaczenia tego czego nie widać na pierwszy rzut oka, czy wyczucia zapachu, który może się wkrótce złożyć, wraz z innymi wskazówkami, w bardzo przydatny dowód naszej niewinności. 

Istotą rozgrywki, jak już wcześniej nadmieniłam jest gadanina, czyli rozmowy, bądź bardziej przesłuchania, na których gra opiera swoją fabułę. Rozmowy mogą mieć formę ograniczoną do kilku zdań, ale mogę być również o wiele bardziej rozbudowane, pozwalając nam otrzymać punkty, bądź je stracić. Pomocne w takich zadaniowych częściach rozgrywki, która ma do zaoferowanie również inne, bardziej logiczne zagadki, bywają notatki jakie robi Moses. 

Te zamknięte są w jego umyśle, zakładce mocno wpisującej się w detektywistyczny styl tejże przygodówki, trochę przywodzącej mi na myśl gry z serii Sherlock Holmes od Frogwares, ale i detektywistyczne przygodówki z serii Agatha Christie. Ogród umysłu detektywa obejmuje kilka zakładek, które przydają się bezpośrednio, bądź pośrednio w śledztwie. Mamy "kodeks", w którym niczym w rodzaju encyklopedii znajdują się wszystki informacje na temat miejsc i przedmiotów. Są i "zwierzęta" czyli postaci, a jest ich aż dwanaście, na które natkniemy się podczas rozgrywki. Jest również zakładka "połączenia, znajomości" dotyczące postaci, która jest raczej ciekawostką, niźli koniecznym działaniem oraz "fakty i wskazówki". Całość tworzy rodzaj notatnika detektywa i pisemnej pomocy, do której będziemy mogli sięgać gdy tylko będziemy mieli taką potrzebę. 

Oprócz czystko śledczych działań, czyli eksploracji kolejnych wagonów pociągu, i co jakiś czas przystanku na kolejnej stacji, na której zatrzymuje się tenże luksusowy pociąg, prowadzenia śledztwa czyli przesłuchań, i zaglądania w przeszłość, przyjdzie graczom zmierzyć się z bardziej tradycyjnie przygodowymi wyzwaniami.

Choć Moses & Plato - Last Train to Clawville jest grą bardzo, bardzo przegadaną, i niestety, nad czym bardzo boleję, nie dostępną w polskiej wersji językowej, czym mocno traci w moich oczach, grą w klimacie wizualnej powieści, nie brakuje w niej również wyzwań logicznych. Niestety, z jakiejś niezrozumiałej dla mnie przyczyny zadania owe, a przynajmniej niektóre z nich, mają zbyt dużą trudność, są przesadzone, zbyt skomplikowane i stresogenne, a często mało niezrozumiałe. 

Rozumiem oczywiście chęć uatrakcyjnienia rozgrywki, która w większości opowieści płynie spokojnie i lekko do przodu, napędzana ciekawą fabułą i równie intrygującymi postaciami. Jednak niektóre zagadki, choć to związane z pudełkiem z puzzlami lub lekiem nie należą do najłatwiejszych, zupełnie niepotrzebnie. Przez takie zadania, gra która nie jest tytułem najkrótszym, mocno sie wydłuża, staje się sztucznie wydłużona, potrafi wprowadzić w stan irytacji, a nawet złości. Rozbieranie pudełka na części składowe, poszukiwanie elementów, obracanie go i kombinowanie trwa w nieskończoność i niestety, przynajmniej mnie, potrafiło mocno wkurzyć. Przyznam się, czułam się tą zagadką zniechęcona. 

Śledztwo, rozmowy, zagadania i zagadki to w tej grze nie wszystko. Twórcy mocno postawili także na możliwość eksploracji, bardzo dokładnego przeszukiwania całkiem bogatego w szczegóły, i gustownie wyposażonego w przedmioty pociągu. Kolejne kabiny kolejnych pasażerów pociągu są jednocześnie bardzo różne, jak i pełne przedmiotów, które mogę pomóc nam w śledztwie. 

I mimo tego, że eksploracja jest w grze swobodna, to czas niestety będzie nas gonił, za czym również w przygodówkach nie przepadam, bo taki rodzaj ograniczenia, nieco mnie stresuje. Niektóre czynności zabierają bowiem znacznie więcej czasu, który w grze jest cenny. Warto zatem mocno zastanowić się z kim i kiedy chcemy rozmawiać.

A gadać będziemy z aż dwunastoma postaciami, pasażerami, ale i pracownikiem kolei, zwierzętami z ludzkimi cechami, począwszy od osób wysoko postawionych, bogaczy, po znanych aktorów, aż po klasycznych włóczykijów. Każda z postaci skrywa jakieś swoje tajemnice, ma pewne sekrety, które będziemy próbowali ujawnić i każda jest naprawdę dobrze zdubbingowana. 

To czego recenzowanej przeze mnie grze odmówić nie można to zdecydowanie świetnej angielskiej wersji językowej, z doskonałą obsadą aktorów. Do swych ról przykładają się naprawdę należycie, radząc sobie nie tylko z intonacją głosu, ale i akcentowaniem, naleciałościami danego języka tych postaci, które swoje korzenie mają w fikcyjnym wprawdzie państwie, ale czerpiącym akcent językowy z rosyjskiej mowy. Problemem jest jedynie to, że nie wszystkie dialogi mają głosową wersję, ale i także to, że postaci podczas rozmów nie poruszają ustami. 

Szkoda, wielka szkoda, że gra dostępna w kilkunastu językach w formie napisów, niestety nie doczekała się polskiej wersji. Brak rodzimej lokalizacji to największa wada tej gry, przygodówki, która rozmowami i pisanym tekstem stoi. Bez znajomości języka zrozumienie wszystkich dialogów będzie raczej nie możliwe. 

Pod względem sterowania Moses & Plato - Last Train to Clawville to klasyczna przygodówka, którą możemy obsługiwać za pomocą myszy, bądź kontrolera. Istnieje możliwość podświetlania miejsc interaktywnych w lokacjach. Jest i wbudowany w grę ekwipunek. 

Graficznie tytuł prezentuje się prześlicznie. Jest to przygodówka ręcznie rysowana, z wielką dbałością o szczegóły, starannością wykonania. Zarówno lokacje, jak i postaci ogląda się z wielką przejmnością, a aktywowanie zmysłów Mosesa sprawia, że miejscówki nabierają zupełnie innego, wręcz magicznego wyrazu. 

Podsumowując Moses & Plato - Last Train to Clawville to ciekawie stworzona, pełna zwrotów akcji, ale i detektywistycznego zacięcia, bardzo barwna i niezwykle wdzięczna przygodówka. Gra spodoba się zwolennikom prowadzenie śledztw, badania, poszukiwania wskazówek i zagłębiania się w dochodzenia. Czas, który stanowi ważną w grze rolę, również robi tu robotę.

Do tego dochodzi niesamowita ścieżka dźwiękowa, w tym muzyczna, ale przede wszystkim doskonały dubbing, którego naprawdę świetnie się słucha, i który sprawia, że każda z postaci nabiera pełni, staje się wiarygodna i mimo swojej zwierzęcości, ludzka. 

Trochę problemów, mimo ogólnej przystępności rozgrywki mogą sprawić niektóre wbudowane w grę zagadki logiczne, kilka z nich mocno irytujących. Brakuje również polskiej wersji językowej. 

Nie mniej jednak Moses & Plato - Last Train to Clawville to godna polecania przygodówka, którą warto sobie dawkować, podchodząc do śledztwa roztropnie, z przemyśleniem i spokojem. To myślę nie jest gra na raz. Przejście jej po raz kolejny może sprawić jeszcze więcej przyjemności. Serdecznie ją polecam, tym bardziej, że jest to tytuł w całkiem przystępnej cenie!

Moja ocena 8/10

Bardzo dziękuję GOG za udostępnienie gry do recenzji!

Grałam w wersji na PC - GOG.

Zalety:

  • Ciekawa fabuła;
  • Intrygujące postaci;
  • Prowadzenie śledztwa;
  • Mnogość zadań;
  • Dość długa;
  • Bohaterowie, których da sie lubić;
  • Urocza ręcznie rysowana grafika;
  • Świetna ścieżka muzyczna;
  • Doskonały angielski dubbing

Wady:

  • Brak polskiej wersji językowej;
  • Momentami za trudne zagadki;
  • Chwilami zbyt przegadana;
  • Brak ręcznego sposobu zapisywania gry

środa, 15 kwietnia 2026

Piekło kobiet - recenzja. Brutalna, i wciąż aktualna prawda

Piekło kobiet - recenzja. Brutalna, i wciąż aktualna prawda

 


Piekło kobiet, brutalnie prawdziwy, choć odnoszący się do życia lat 30. ubiegłego wieku serial HBO Original, który warto obejrzeć. Jest jednak pewne ale. Jakie? O tym w mojej recenzji dostępnego na platformie pełnego sezonu serialu. Miłej lektury! 

Pewnie zabrzmię mało patriotycznie, ale od dłuższego już czasu w zwyczaju unikać polskich seriali, które jakoś nie potrafią mnie sobą zainteresować. Zwykle jeśli już takowy zaczynam, tracę chęć oglądania po mniej więcej drugim odcinku. To, że Piekło kobiet, serial, który na HBO Max trafił 6 marca, w pierwszym odcinku, potrafił zatrzymać mnie do końca, zdecydowała jego tematyka, niestety wciąż, choć serial rozgrywa się w latach 30. ubiegłego wieku, bardzo aktualna, ale i całkiem dobre aktorstwo. Mimo płynności, dramaturgii i intrygi kryminalnej, nie dowozi jednak intrygującej opowieści do satysfakcjonującego końca. Ale po kolei....

Inne przykładowe recenzje na moim blogu:

Serial Piekło kobiet to produkcja będąca dramatem kryminalnym, rozgrywającym się w Warszawie w latach trzydziestych, w międzywojennej stolicy, odsłaniając mroczne sekrety wyższych sfer, jednocześnie zaglądając w okna tym, którzy są w klasie społecznej szczeble niżej. To produkcja niczego w bawełnę nie owijająca, pokazująca brutalną, trudną prawdę, której nie ukryją ładne ciuszki i gustowne wnętrza. 

Historia ma początek na różnych płaszczyznach społecznych, choć w podobnych ramach czasowych. Do podrzędnej akuszerki, robiącej "zabiegi" na kuchennym stole, trafia siedemnastoletnia Zuzanna Heckmannówna (Paulina Krzyżańska), by poddać się zabiegowi usunięcia niechcianej ciąży. Towarzyszy jej przyjaciółka z teratru rewiowego, gdzie dziewczyny tańczą, Fela Turczykówna (Karolina Kowalska). Wkrótce dziewczyna umiera. Zmarłą z wykrwanienia siostrę odnajduje jej brat, student medycyny Emil Heckman (Hubert Miłkowski).

Niedługo później do redakcji pisma o profilu matrymonialnym "Fortuna Amandii", gdzie swoją pracę wykonuje żona właściciela redakcji, Helena Wróbleska (Agata Turkot), dociera list od kobiety, która twierdzi, że została zgwałcona przez tajemniczego mężczyznę znanego jako "Uczciwy Jan", który, jak się szybko okazuje, był klientem redakcji. Gdy na światło dzienne wychodzą śmierci kobiet i kolejne gwałty, Helena nie zamierza być bierna, odkrywając tym samym fakty i prawdy, z którymi nie myślała się przyjdzie się jej zmierzyć.

Równolegle z historią Heleny i Maksymiliana Wróblewskich, młodego przyszłego lekarza, praktykującego na ginekologii Emila, poznajemy również losy Ewy (Maria Kowalska), siostrzenicy Heleny, która szykuje się do ślubu z rozsądku, z dużo starszym, zamożnym producentem prezerwatyw Ludwikiem Apostołowiczem (Piotr Polak), choć jej serce należy do kolegi z redakcji, Bruna Cajmera (Michał Wójtowicz). 

Piełko kobiet to serial przenoszący widza wiele lat wstecz, bowiem do międzywojennej Warszawy. Choć opowiada historię sprzed prawie stu lat, to mimo wszystko skupia się na tematyce wciąż niestety bardzo aktualnej. Obrazuje, w bardzo dobitny sposób przerażającą rzeczywistość kobiet stających w obliczu jednej z najtrudniejszych i najbardziej bolesnych w swoim życiu decyzji, aborcji, robionej kątem u często nie znającej się na medycynie pseudoakuszerki. Zabiegi wykonywane za pomocą drutu, wieszaka na ubrania, bądź innego przedmiotu, często zakończone śmiercią kobiety, czy to z wykrwawienia, czy zakażenia organizmu, nie były wtedy niczym niezwykłym. 

Czasy się zmieniły, nie ma już takich miejsc, takich "domowych zabiegów", żyjemy w wieku XXI, a mimo wszystko temat nielegalnej aborcji wciąż jest aktualny, wciąż podgrzewa atmosferę i dalej jest swoistym tematem tabu. Jest okazją do politycznych, populistycznych i propagandowych pogadanek. 

Wciąż niestety aktualny jest pokazany w serialu problem przemocy wobec kobiet. Pamiętamy niedawny wydźwięk filmu Smarzowskiego Dom dobry (do obejrzenia na Prime Video), jego społeczny odzew dotyczący przemocą w rodzinie, a już brzydka i brutalna prawda powraca, przypominając nam, że przez niemal wiek nic się w tej kwestii nie zmieniło.

Piekło kobiet odsłania przykrą rzeczywistość kobiet w latach trzydziestych, spychanych do ról domowych "maskotek", mających pięknie wyglądać i pachnieć, ale nie mających praw własnego zdania, decydowania o swoim życiu, uległych i poddanych zdaniu męża. Brutalność tej prawdy jest w serialu jednoznaczna i smutno przekonywująca, prawdziwa. 

Nie jest to serial łatwy, w żadnym razie nie ugładzony, nie prosty, pokazujący klasowe różnice, obrazujący przepych i wyższość opłacaną często uzależnieniami, znikomą moralnością, rozwiązłością i przemocą, taką którą trudno sobie wyobrazić, której nie da się uzasadnić. 

Piekło kobiet serial bardzo kobiecy, bardzo w stronę kobiet, i to zarówno od strony jego twórców, jak i aktorstwa. Jest to produkcja stworzona przez kobiety, za którą odpowiada Ewa Puszczyńska, producentka nagrodzonej na świecie oscarowej "Idy" i "Strefy interesów" . Reżyserką serialu jest natomiast Anna Maliszewska, mająca w swoim dorobku film "Tata", zaś za scenariusz odpowiadają Magdalena Franczuk i Ewa Popiołek.

I choć w serialu znalazły się świetne role męskie, to właśnie kobiety stanową trzon tej opowieści. Na pierwszym planie tej wstrząsającej, przerażającej wymiarem szczerej i brutalnej prawdy jest Helena, zagrana w doskonały sposób przez Agatę Turkot. Aktorka zasłynęła z doskonałej roli we wspomnianym już przeze mnie "Domu dobrym". Ale oprócz osobistości filmowych, aktorek bardziej znanych, HBO postawiło na kobiece twarze mniej nam znane, i sądzę, że był to strzał w dziesiątkę. Każda kobieca rola, już tych wyżej wymienionych przeze mnie aktorek jest prawdziwa, dobitna, jest autentycznie dramatyczna i ludzka.

Są oczywiście jeszcze całkiem dobrzy w swych rolach panowie. Doskonały jako Maksymilian Wróblewski Mateusz Damięcki, który z kolejnymi odcinkami odsłania swoje serialowe oblicze, czy profesjonalny w roli populisty i ideologa Borys Szyc, który wcielił się w postać Wiktora Denara. Na uwagę zasługuję również Jacek Koman jako rosyjski mistrz teatru rewiowego, imieniem Lew. Nie można zapominać o niesamowitej, dwuznacznej roli Katarzyny Herman, która wcieliła się w postać róży Milwicz, siostry Maxa, a także Bogumiły Bajor, która w serialu zagrała Hankę Stalówną. 

Na uznanie zasługują również dobre zdjęcie, super kostiumy z epoki, w które chętnie wiele kobiet ubrało by się również i teraz. I wszystko byłoby super i wspaniale, gdyby nie muzyka i zupełnie nie przystające do dramaturgii, do stylu poprowadzenia opowieści zakończenie. 

Nie bardzo rozumiem dziwnej mody umieszczania w serialach, które przenoszą widza w przeszłość, często wiele lat wstecz, muzyki w formie współczesnej. Przez taki dziwny zabieg przerwałam oglądanie dobrze zapowiadającego się serialu Ród Guinnessów, gdyż uwspółcześniony muzyczny styl zbyt mocno kontrastował mi z opowieścią osadzoną w XIX wieku. Podobne odczucia miałam zagłębiając się w produkcję Piekło kobiet, która choć dzieje się znacznie później, bo już w wieku XX, muzycznie wyprzedza swoje czasy. Z niezrozumiałych przeze mnie względów do muzyki z tych czasów, z lat trzydziestych ubiegłego wieku, dorzucono również współczesne piosenki. Wprawdzie są w zmienionej aranżacji brzmią nieco inaczej, to finalnie łamią, żeby nie powiedzieć, niweczą klimat. 

Zupełnie nie pojmuje również niemal idylicznego zakończenie Piekła kobiet, który z dramatu stał się obyczajowym serialikiem, czerpiącym nieco z historii i strojów tej epoki. Finał sezonu wyraźnie odstaje od stylu opowieści, jest nieco dziwny, żeby nie powiedzieć żenująco abstrakcyjny. Być może zamysłem twórczyń było pokazanie spływającej na kobiety nadziei i błogostanu lepszego jutra. Może taka była wizja finału. Nie mniej jednak coś wyraźnie poszło nie tak. 

Podsumowując Piekło kobiet, miniserial zaledwie sześcioodcinkowy to pozbawiona złudzeń i upiększania historia kobiet lat trzydziestych, przerażająco aktualna w czasach obecnych. Produkcja potrafi wciągnąć, zaintrygować klimatem, zagrać na emocjach. Serial zadaje niewygodne pytania, zahaczając o etykę lekarską, moralność, ludzkie, często trudne i tragiczne w skutkach wybory. 

Mimo zwięzłej całości, szczególnie do przedostatniego odcinka, finał opowieści niestety nie dowozi. Zawodzi sama jego, zbyt ułagodzona, promienna i niemal fantastyczna końcówka. Irytuje również moim zdaniem zbyt współczesna, nie pasująca do klimatu lat trzydziestych (przynajmniej w sporej części serialu), zbyt współczesna ścieżka muzyczna. Mimo wszystko potrafi wciągnąć. Był w stanie utrzymać moją uwagę aż do końca. 

Moja ocena 7/10. 

Serial Piekło kobiet, w dostępnych sześciu odcinkach oglądać można na HBO Max. 



czwartek, 9 kwietnia 2026

Origament: A Paper Adventure - recenzja. List origami w drodze do odbiorcy

Origament: A Paper Adventure - recenzja. List origami w drodze do odbiorcy

 

Serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji przygodowo-logiczno-zręcznościowej, ale i eksploracyjnej gry, podróży pewnego listu. Oto co myślę o przygodówce Origament: A Paper Adventure! Czy warta jest poznania?

Raz na jakiś czas grywam w tytuły, które w pewnym sensie wychodzą poza moją strefę rozgrywkowego komfortu, mając w zanadrzu elementy, które wymagają ode mnie zręczności, która wciąż nie jest moją najmocniejszą stroną w grach wideo. Jednym z takich projektów jest Origament: A Paper Adventure, zupełnie nie klasyczna przygodówka, a połączenie eksploracji, gry logicznej i momentami zręcznościowej, choć nie do końca typowo platformowej. Recenzowana przeze mnie gierka jest ciekawym połączeniem wielu growych gatunków, i dość świeżym spojrzeniem na rozgrywkę, która może się podobać wielu graczom. Czy podobała się i mnie? O tym w mojej recenzji, do której serdecznie zapraszam 👇

Inne przykładowe recenzje na moim blogu:

Origament: A Paper Adventure to gra, która swoją premierę miała dwa dni temu, na platformie Steam, tytuł stworzony przez Space Sauce Studio, którego wydaniem zajęło się Beverlor i Assemble Entertainment, mające na swoim koncie kilka znanych mi przygodówek w jakie niegdyś grałam i jakie opisywałam w recenzjach i poradnikach. I ich portfolio są dwie części nowych przygód Larry'ego -Leisure Suit Larry: Wet Dreams Don't Dry i Leisure Suit Larry: Wet Dreams Dry Twice czy przygodówka ENCODYA, których linki do tekstów znajdziecie w dziale "Moja twórczość".

Recenzowana przeze mnie w tym teście growa produkcja jest zupełnie innym rodzajem rozgrywki, nie do końca typową, powolną i eksploracyjnie, łamigłówkowo i statecznie prowadzoną wideo zabawą. To bowiem przygodówka bardziej w klimacie logiczno-platformowym, w której kierujemy poczynaniami raczej nietypowego protagonisty.... papierowego listu. 

Prawdę powiedziawszy ciężko mi przypisać ten projekt do jakiegoś zamkniętego w szczelnych ramach gatunku, bo ten po trosze zawiera wiele przeróżnych. Wraz z ową grą odkryjemy podróż przez epoki, czas i przestrzeń, w typowo eksploracyjnym stylu, mając okazję podziwiać naprawdę urokliwe lokacje. Dzięki tej podróży odkryjemy moc elementów zręcznościowo-platformowych, w których poprzez zmianę wyglądu naszego listu, który może przyjmować przeróżne formy, przyjdzie nam skakać, pływać, latach, a nawet kręcić się, uważając jednocześnie by nie trafić na mordercze owady, kłujące krzaki czy przeróżne pułapki. Próbując popchnąć dość szybko toczącą się opowieść, w niezbyt długiej, możliwej do przejście w niecałe dwie godziny grze, zmierzymy się również z wyzwaniami logicznymi, w ciekawie skonstruowanych łamigłówkach. 

Origament: A Paper Adventure to zdecydowanie tytuł stawiający na różnorodność, zupełnie nie klasyczny przygodówkowo, wymagający, ale i potrafiący wciągnąć. Zagłębiając się w kolejne lokacje uświadamiamy sobie, że z wielką chęcią, i jeszcze większą ciekawością sprawdzimy co się kryje dalej. Poznamy jakie zagadki, jakie pułapki, jakie przeszkody i w końcu jakie widoki twórcy przed nami ukryli. Bez dwóch zdań gra spodoba się fanom ruchu, akcji i ciągłych zmian, ale nie będzie chyba zadawalać zwolenników lekkiej i spokojnej rozgrywki. A to dlatego, że z racji na liczne przeszkody i na stale zwiększającą się trudność rozgrywki, i momentami małą intuicyjność, gracz nie obeznany w platformowych rozgrywkach, może ginąć, i to bardzo, bardzo dużo razy. 

Tych śmierci doświadczyłam w grze sporo, i prawdę powiedziawszy co jakiś czas musiałam nieco od gry odpocząć, by nabrać do niej dystansu. Jak wspomniałam na początku mojego tekstu, wciąż w elementach zręcznościowo-platformowych jestem laikiem, i choc gram od lat wielu, jeśli chodzi o ten przygodowy podgatunek, wciąż go poznaje, wciąż się go uczę. Oddechu pomagały mi nabrać momenty medytacyjne i orientalne, którymi ów tytuł jest wypełniony, chwile spokoju i fabularnej lekkości, w opowieści, która historię opowiada dość szczątkowo. 

Origament: A Paper Adventure to jedna z takich gier, o której fabule trudno się za wiele rozpisywać, bo nie jest ona jakoś mocno widoczna, ale nie oznacza to, że nie intrygująca i innowacyjna. Otóż w grze wcielamy się w zupełnie nie ludzkiego protagonistę, mając za towarzysza podróży, i rozmowy, bez mówionego dialogi, również nie człowieka.

W grze sterujemy bowiem listem, który niegdyś napisany został przez dziecko, ale nigdy nie dotarł do nadawcy. Mimo wszystko jego marzeniem, i jego celem jest wypełnienie swojej misji, swojego przeznaczenia. Pokonując epoki, czas i świat, mierząc się z siłami powietrza, logiki, poznając sekrety, list który ma moc origami, czyli może zmieniać swoje kształty, powoli realizuje plan, gotowy do wypełnianie swojej roli. 

W podróży, która wymagać będzie od niego wiele wysiłku, ale przyniesie również zadowolenie, pozytywne wrażenia, między innymi z poznawania świata, czasami nie tylko fizycznego, towarzyszy mu uroczy, niewielki kotek. To z nim nasz list będzie się komunikował, za nim podążał. Choć razem stanowią zespół, i mogą sobie wzajemnie pomagać, to kawałek zapisanego papieru jest tak naprawdę naszym growym protagonistą.

To musicie przyznać dość innowacyjne potraktowanie bohatera przygodówki. W swojej recenzenckiej i growej karierze nie pamiętam by kiedyś przyszło mi grać listem, i to szczególnym, bo mogącym formować swoje kształty, celem pokonywanie ścieżek i wszelakich przeszkód oraz trudności. 

Rozgrywkowo, jak już nieco w tym teście nadmieniłam, twórcy postawili na elementy zbliżone do gier platformowych, z eksploracyjnym sznitem i klimatem narracji. Platformowość widać po elementach zręcznościowych, których w grze będziemy sporo doświadczać, starając się dość płynnie przechodzić między różnymi formami naszego listowego origami. Ów list może bowiem przyjmować kilka form. Może być zwykłą okrągłą kulką, toczącą się swobodnie na płaskim terenie. Może zmieniając się w papierowy statek sunąć po wodzie, by natychmiast wzlecieć w powietrze stając się samolocikiem. Dzięki umiejętności przemiany w kręcącą się gwiazdę, może również stać się taranem likwidującym przeszkody w postaci, choćby ogrodzeń, bądź przepędzać krążące nad nim mordercze owady. 

Śmierć, która cofa gracza do pewnego momentu, często nakazując przejść dany fragment jeszcze raz, bywa częsta, bywała dla też irytująca. Mam jednak świadomość, że ta irytacja może dotyczyć jedynie mnie, osoby która w platformówkach jest słaba, a zgony w grach są jej raczej obce.


Mimo tych niedogodności rozgrywka jest raczej płynna, zmiany formy, które spokojnie możemy nazwać transformacjami listu, są intuicyjne i gdy tylko wczujemy się w rozgrywkę, okaże się, że lekkość eksploracji przychodzi sama. Origament: A Paper Adventure ma jeszcze jedną, dość ważną zaletę, małą, a właściwie znikomą powtarzalność działań. To, że z czasem gra staje się intensywniejsza, to że lokacje i czynności w nich do wykonana ciągle się zmieniają, sprawia, że zabawa się nie nudzi, nie staje się monotonna i przewidywalna.

Przewidywalności zdecydowanie w tym intrygującym projekcie, w którym kolekcjonujemy żółte żetony jak w klasycznych platformówkach, czy łapiemy wiatr, by wzlecieć wyżej i dalej, zbieramy listy, a nawet zatrzymujemy się by porozmawiać z naszym kocim towarzyszem, zdecydowanie nam nie grozi. Nie spodziewajmy się jej w grze choć krótkiej, to intensywnie wypełnionej zmieniajacymi się zadaniami, w tym ciekawie skonstruowanymi zagadkami logicznymi. Te skupiają się na manipulacji środowiskiem, zmianie formatu listu, ale i współpracy kot-list. 

Urokliwy jest to graficznie świat, pełen zmian i klimatu. Choć na początku gramy zwykłym, białym listem, to z czasem, wraz z odwiedzaniem nowych miejscówek, nawiązujących klimatem do różnych epok i różnych państw, i nasz liścik nieco się zmienia. Potrafi stać się świecąco złoty, mieć na sobie barwne wzorki i ciekawy kolor. 


Wędrując przez przeróżne miejsca, zmieniające nie tylko system rozgrywki, ale wprowadzające konieczność mierzenia się z różnymi wyzwaniami, także z licznymi przeszkodami, możemy jednocześnie podziwiać zmieniające się widoki. Będzie czasami lekko, melancholijnie, nastrojowo i orientalnie. Będzie nieco mrocznie, zagadkowo, a nawet westernowo. Wraz z naszą zmieniającą kształty listową, bardzo zmienną osobowością przywędrujemy na szachowe pole, zmierzymy się w czasowym labiryntem, pojedziemy wózkiem w kopalni i tym podobne.

Różnorodność lokacji może zachwycić, może przyciągać uwagę i może nadawać grze zmienności, satysfakcjonującego dreszczyku emocji. Nigdy bowiem, przynajmniej za pierwszym przejściem tej gry, nie wiemy co nas dalej czeka. 

Kolorostycznie Origament: A Paper Adventure utrzymane jest raczej w stonowanych, pastelowych barwach, które od czasu do czasu wybuchają większą intensywnością barw, jak choćby poprzez różowe krzaczyska czy jaskrawo oświetlone miejsca. 

To czym gra oprócz intensywności rozgrywkowej może do siebie przyciągać, jest również ścieżka dźwiękowa, i mam na myśli tę muzyczną, nie dialogową. Recenzowana przeze mnie growa opowieść jest bowiem tytułem pozbawionym dialogów mówionych. Ma to swój plus, gdyż pozwala w ów tytuł zagrać osobom, które nie znają języka, ale ma również minus. Otóż rozmowy listu z kotem byłyby bardziej wdzięczne, bardziej intensywne, gdyby wprowadzić do nich nieco ludzkiej gadaniny, albo jakiś dźwięków. Tych zwyczajnie wcale nie ma.

Na plus natomiast ścieżka muzyczna, która jest tak barwna i tak ciekawe, intrygująco zmienna, że podobnie jak lokacje, zwyczajnie nie może nudzić. Widać, że autorzy tego projektu włożyli mnóstwo pracy w to, by bezgłosowa opowieść opowiadała historię nie tylko obrazem, co oczywiście robi, ale również dźwiękiem. 

Podsumowując, Origament: A Paper Adventure to piękna, intrygująca, mocno angażująca, ale i wymagająca gra, która mocno miesza w gatunkowym kotle. Trudno bowiem recenzowany przeze mnie growy tytuł zamknąć w określone ramy. To raczej growe doświadczenia, w którym spotkała się eksploracyjna przygoda, platformowa wędrówka, narracyjna opowieść o celowości życia i mnóstwo logicznym zagadek. 

Możliwość kombinowania jak, kiedy i po co zmienić kształt listu, którego kierujemy do adresata, sprawia wielką przyjemność, ale i niejednokrotnie jest wielkim wyzwaniem. Jeśli, tak jak ja, raczej nie grywacie w gry z elementami platformowymi, a growe czynności zręcznościowe, nie są tym co lubicie, opisywany tytuł może budzić w was pewną dozę frustracji, szczególnie gdy często się w grze ginie.

Jednak dla osób dobrze odnajdujących się w takiej płynnej, platformowo-logicznej rozgrywce, zabawa listem, jego podróż w towarzystwie uroczego kota i jednocześnie pomocnika, może być niezwykle przyjemna i innowacyjna. 

Przyjemna dla oka grafika, która zmienia się w zależności od odwiedzanej lokacji, przepiękna i budująca klimat ścieżka dźwiękowa, i zmienność rozgrywki, stawiającej na ciągłe wyzwania, sprawia, że gra jest nie tylko ciekawa, ale i nie wieje nudą i powtarzalnością. A ta przecież w takim growym gatunku, nie jest niczym dziwnym.

Myślę, że Origament: A Paper Adventure sprawdzić warto, szczególnie jeśli lubi się miks przygody, zręczności i logiki, bo satysfakcja z przejścia kolejnych poziomów, w dość krótkiej, ale niezwykle treściwej grze, jest murowana. Serdecznie ją polecam! 

Moja ocena 8/10

Serdecznie dziękuję Space Sauce Studio u Beverlor, Assemble Entertainment za udostępnienie gry do recenzji.

Grałam w wersji na komputery osobiste PC, na Steam


Zalety:

  • Intrygująca rozgrywka;
  • Ciekawy protagonista;
  • Zmienność rozgrywki;
  • Kompletny brak powtarzalności;
  • Dobra ścieżka muzyczna;
  • Przyjemna dla oka grafika;
  • Krótka, ale treściwa rozgrywka

Wady:

  • Brak ręcznych zapisów;
  • Momentami zbyt wymagająca

środa, 8 kwietnia 2026

Less Miserables Demo - wrażenia z wersji demonstracyjnej parodii "Nędzników"

Less Miserables Demo - wrażenia z wersji demonstracyjnej parodii "Nędzników"

 

Serdecznie zapraszam do przeczytania moich wrażeń z dostępnego na Steam demo przygodowej, komediowej opowieści w rozgrywce "wskaż i kliknij", będącej parodią "Nędzników. Jak zapowiada się Less Miserables?

Do zakończenia kampanii finansowej Kickstarter Less Miserables  pozostało jeszcze ponad dwadzieścia dni, ale już teraz mogę wspomnieć, że ta komediowa przygodówka, która czerpie swoje inspiracje z "Nędzników" Victora Hugo, już przekroczyła swój finansowy cel. Ile finalnie twórcom uda się zebrać na nią pieniędzy, teraz oczywiście jeszcze tego nie wiemy. Możemy natomiast wesprzeć projekt, a także pobrać i sprawdzić udostępnione pod koniec marca, obejmujące około dwadzieścia minut rozgrywki demo. Ponieważ, jest to jedna z gier na którą czekam demówkę oczywiście sprawdziłam. Oto co niej myślę 👇

Inne wrażenia z wersji demonstracyjnych na moim blogu"

Less Miserables Demo zostało udostępnione na Steam 27 marca, więc już jakiś czas temu, nieco wcześniej niż Kickstrater tejże przygodówki. Sądząc po ilości recenzji demo, widocznych na platformie Steam, póki co opowieść cieszy się mniejszą popularnością niż niedawno opisywana we wrażeniach Two Realms: Whispers from the Rift Demo, co jest dla mnie nieco niezrozumiałe. Obydwie gry są bowiem klasycznymi przygodówkami, mają ciekawą fabułę, obydwie są łatwe, a ich przejście obejmujemy bardzo zbliżony czas, około 20 minut zabawy. 

Less Miserables ma jednak zupełnie inny klimat. O ile Two Realms: Whispers from the Rift jest mroczne, tajemnicze i w klimacie fantasy, o tyle Less Miserables zabiera graczy w zupełnie inny rodzaj opowieści. Less Miserables Demo  to bowiem fragment z rozgrywki komediowej przygodówki, w stylu parodiowym. Twórcy, a jest to studio College Fun Games postanowili przedstawić swoją wizję "Nędzników" Hugo, obrazując tę jakże znaną, i jak często ekranizowaną powieść, w bardziej zabawny, mniej dramatyczny sposób. Dramatyzmu oczywiście nie udało się całkowicie tego projektu pozbawić, gdyż przyjdzie nam w nim kierować postacią, która ma za sobą tragiczną przeszłość, która wciąż ją ściga, ale humor i lekkość rozgrywki już w demo jest mocno wyczuwalny. 

Wersję demonstracyjną zaczynamy od animacji, w której poznajmy protagonistę gry, czyli Claude'a Van Claude'a, który za kradzież bochenka chleba zostaje skazany na kilka lat więzienia. Nieudolne próby ucieczki sprawiają, że jego wyrok zostaje powiększony do lat 14, po których w końcu zyskuje wolność. Teraz jego celem jest odnalezienie, już dorosłej córki, która przebywa gdzieś w Paryżu. Szybko okazuje się, że śladem byłego więźnia podąża pragnący ponownie go uwięzić, inspektor LaBleugh.

Zaprezentowany na Steam fragmnet tej barwnej, ręcznie rysowanej przygodówki, pozwala nam na poznanie rozgrywki, sposobu sterowania, klimatu i stylu graficznego. Po zwoleniu z więzienia musimy znaleźć sposób na dostanie się do stolicy Francji, czyli umyć się, zdobyć jedzenie oraz stosownie się ubrać. 

Wraz z protagonistą odwiedzamy kilka miejsc, spędzając chwilę czasu pod więzieniem, na ścieżce, w karczmie, na cmentarzu i drodze na której czeka powóz, którym wkrótce odjedziemy na poszukiwanie zaginionej córki. W tych miejscach poznajemy kilka postaci, które w większości, już w wersji demonstracyjnej otrzymały pełną angielską, głosową lokalizację. W momencie ogrywania przeze mnie dema, były jeszcze głosowe braki w przypadku głównego bohatera przygodówki. Claude Van Claude miewał momenty bez dźwięku, z jedynie poruszającymi się ustami. Twórcy w aktualizacji poświęconej startowi kampanii Kickstarter, wspominają jednak, że zwyczajnie nie zdążyli na czas, i że braki głosowe zostaną uzupełnione, dograne. Być może czytając ten tekst, te zmiany już w demo dodano. 

Pozostając przy głosowej wersji, czyli pełnym angielskim dubbingu, który znajdziemy również w króciutkiej, pierwszej grze tegoż dewelopera - The Protagonish, muszę zaznaczyć, że jest on bardzo dobry i profesjonalny. Głosowo już próbka owej przygodówki wypada zadowalająco, dając przekonanie, że w pełnej wersji będziemy cieszyć się świetną, pełną emocji i klimatu głosową, angielską wersją. Niestety na ten moment nic nie wskazuje na to, by projekt ów zyskał polskie napisy, choć osobiście bardzo na to liczę. 

Pod względem rozgrywki Less Miserables Demo reprezentuje klasyką przygodową. Jest to gra w rozgrywce "wskaż i kliknij", z obsługą za pomocą myszy. Posługując się lewym i prawym przyciskiem komputerowego gryzonia możemy zabrać przedmiot, dokonać interakcji, a także porozmawiać i dokonać interakcji, bądź z osobą, bądź ze znajdującą się w naszym ekwipunku rzeczą. 

Nasz inwentarz prezentuje się nieco inaczej niż w większości znanych nam przygodowych produkcji. Aby go aktywować, musimy kliknąć na naszego protagonistę, który zajrzy do swojej kieszeni, do swojego odzienia. Tam znajdziemy zebrane przez nas przedmioty, mając możliwość ich obejrzenia i przeczytania o o nich informacji, bądź wysłuchania o nich komentarza. Możemy również z jednego przedmiotu, który jest w naszej kieszeni odpowiednio nazwany, tworzyć kilka, choćby wyciągać pieniądze z koperty, bądź łączyć rzeczy, tworząc nowy użyteczne przedmiot.

Rozgrywka pod względem zadaniowym skupia się w demo (nie mam pojęcia jak ten element będzie wyglądał w pełnej wersji gry), na zagadkach przedmiotowych. Będziemy rozmawiać, wykonywać kolejne polecenia, znajdywać, używać, albo wcześniej łączyć przedmioty, by następnie odpowiednio użyć. 

Demo jest prostą przygodówką, w którą może zagrać nawet początkujący w tym gatunku gracz. Nie ma tu wymagających zbyt wielkiego kombinowanie zadań. Wszystkie czynności wydają się być logiczne, dobrze wplecione w rozgrywkę, która jest dość płynna. 

Less Miserables Demo jest wstępem do większej opowieści, która ma mieć komediowy charakter, także z elementami historycznymi, między innymi nawiązującymi do rewolucji francuskiej. Trudno na ten moment wypowiadać się o grze jako całości, bo nią nie jest, ale póki co żartobliwość tego tytułu opiera się bardziej na humorze sytuacyjnym, mniej na dialogowym, a także na zabawnym sposobie rysowania postaci, która są bardzo charakterystyczne.

To właśnie grafika, ale i literacka inspiracja zachęciły i zainteresowały mnie tą grą. Uwielbiam rysunkowe, kreskówkowe i ręcznie malowane przygodówki 2D. Muszę przyznać, że Less Miserables już w wersji demonstracyjnej wygląda naprawdę uroczo, nieco komicznie, ale i nieco tajemniczo. Przyjemne dla oka kolorowe, ręcznie malowane tła, pomysłowo zaprojektowane postaci i wiele szczegółów w dosłownie kilku lokacjach w demie, dają nadzieję na urokliwy przygodowy projekt w pełnej jego wersji. 


Podsumowując, Less Miserables Demo to zachęcający do poznania całości opowieści wstęp do przygodówki, która wciąż liczy na finansowe wsparcie na Kickstarterze. Klasyczna rozgrywka point-and-click, ręcznie rysowana, przyjemna dla oka grafika i nieco zawadiacki humor, wróżą dobrą zabawę w przyszłości. Czekam na całość historii Claude'a Van Claude'a, po cichu licząc na możliwość zagrania w nią także z polskimi napisami. 

Less Miserables Demo miało swoją premierę na Steam, na PC i Linux 27 marca 2026 roku. Pełna wersja gry ma mieć premierę w pierwszym kwartale 2027 roku. Trwa kampania gry na Kickstarterze

Less Miserables Demo - pobierz demo Steam




wtorek, 17 marca 2026

Tangle Tower - recenzja. Detektyw Grimoire ponownie w akcji, i już nie sam

Tangle Tower - recenzja. Detektyw Grimoire ponownie w akcji, i już nie sam

 

Serdecznie zapraszam do przeczytania mojej recenzji przygodowej gry "wskaż i kliknij", w detektywistycznym stylu, kontynuacji przygód detektywa Grimoire, który tym razem nie działa już sam. Oto co myślę o grze Tangle Tower!

Może nie powinnam się przyznawać, ale przygodówki z detektywem Grimoire do tej pory, czemu się dziwię, jakoś umknęły mojej uwadze. Natknąwszy się na demo trzeciej już, pełnoprawnej, a właściwie czwartej opowieści z tej serii, i ograniu i opisaniu wrażeń z demo The Mermaid Mask, stwierdziłam, że muszę się przyjrzeć tej serii i sprawdzić na własnej skórze, co ma mi do zaoferowania. Postanowiłam to zrobić, bo fragment najnowszej odsłony, która ma mieć premierę tego lata, pobudził moje przygodowe ją zainteresowanie. I tak nabyłam zarówno pierwszą, czyli tak naprawdę drugą grę tegoż studia (pierwsza była grą flashową, bezpłatną), dzieląc się z Wami recenzję Detective Grimoire oraz drugą (czytaj trzecią), zatytułowaną Tangle Tower. Czas zatem najwyższy podzielić się przemyśleniami na temat kolejnej gry z tegoż cyklu, nowego śledztwa, z którym zmierzył się detektyw Grimoire, tym razem w uroczym towarzystwie.

Inne przykładowe recenzje na moim blogu:

Pora na słowo wstępu - wprowadzenie do fabuły

Tangle Tower jest drugą pełnoprawną przygodówką o przygodach detektywa Grimoire, grą, która tak naprawdę jest trzecią odsłoną serii. Przy okazji recenzji Detektyw Grimoire wspominałam, że ów cykl przygodowy miał swoją premierę jako darmowa gra flashowa. Twórcy, a jest to opowieść stworzona przez dwóch braci, znanych jako SFB Games, w roku 2014 wydali pierwszą komercyjną przygodówkę, której bohaterem był wspomniany detektyw, w której mogliśmy po raz poznać Sally.

Wspominam o tym nie bez powodu, bowiem w wydanej pięć lat później grze, której tytuł nosi Tangle Tower owa zielonowłosa bohaterka ponownie się pojawia. Tym razem nie jest jedynie postacią w grze, a partnerem w śledztwie, pełnoprawną protagonistką, która w śledztwie, jakie w grze prowadzimy, ma swoje zdanie, przemyślenia i spostrzeżenia. 

Cieszy mnie fakt dodania do rozgrywki właśnie Sally, bo jest postacią niezwykle ważną i ciekawą, szkoda tylko, że twórcy nie pokusili się o wyjaśnienie graczom tego jak i kiedy dziewczyna prowadząca w pierwszej części budkę z pamiętkami, nagle stała się detektywem. Liczę po cichu, że w kolejnej, bądź kolejnych częściach zostanie to graczom wyjaśnione. 

Tyle słowem wstępu. Dodam jeszcze, zanim zacznę rozpisywać się o grze, że jest to przygodówka, choć wchodząca w skład większej serii, nie wymagająca znania swojej poprzedniczki. Oferuje ona zupełnie inną historię, choć uważni gracze znajdą w niej nawiązania do części pierwszej. I nie jest to jedynie postać Sally, ale i powiązania rodowe, które odkryjemy nie tylko z drzewa genealogicznego wiszącego w holu posiadłości, ale i z samej fabuły. 

Fabuła - posiadłość, dwie rodziny, tajemnica i nawiązanie do poprzedniczki

Tangle Tower przenosimy się do posiadłości o takiej właśnie nazwie, do miejsca, w którym żyją dwie rodziny, powiązane ze sobą pokrewieństwem rodowym, rodziny, które tak naprawdę nie opuszczają domostwa, a więzi między nimi są raczej kruche. 

W zbudowanej wokół jeziora o dziwnym kolorze wody, wielkiej rezydencji, mieszka rodzina Fellow i Pointer. Detektyw Grimoire i jego towarzyszka Sally pojawiają się na miejscu, by zająć się niezwykle tajemniczą sprawą zabójstwa członkini tego rodu. Dziewiętnastoletnia artystka, Freya Fellow zginęła podczas malowania porteru Flory Fellow. Sprawcą tej przedziwnej, trudnej w logicznym wyjaśnieniu sprawy wydaje się być obraz, który malowała. 

Zabójstwo nożem z obrazu, który podobno pokryty był ludzką krwią, mord dokonany w zamkniętym pomieszczeniu, na wieży, wydaje się jednak naszym detektywowom niemożliwy. Nie wierząc w nadprzyrodzoną moc malowidła, obecnie jedynego podejrzanego, postanawiają głębiej przyjrzeć się sprawie, przesłuchując wszystkich domowników, eksplorując, szukając wskazówek, rozwiązując zagadki i łącząc fakty. Tym samym na jaw wychodzą sekrety, które skrywa to miejsce, ale i tajemnice jego mieszkańców, sięgające czasów poprzednich pokoleń, ale nie tylko. 

Przygodówka w rozgrywce podobna do poprzedniczki, ale z pewnymi zmianami

Opowieść śledzimy w rozgrywce mocno zbliżonej do poprzedniczki. Tangle Tower to ponownie gra w rozgrywce "wskaż i kliknij", tym razem jednak pozwalająca graczom kierować postaciom nie tylko za pomocą myszy, ale również kontrolera. I choć recenzowany przez mnie tytuł rozgrywkowo nawiązuje do poprzedniej opowieści, to twórcy wyraźnie się w nim rozwinęli, dodając do swego dzieła ulepszenia, mocniej rozgrywkę rozbudowując i uatrakcyjniając. 

Nie ma już konieczności przemieszczania się za pomocą widocznego w prawym dolnym rogu ludzika. W tej grze wędrujemy po mapie, stopniowo odkrywając coraz więcej miejsc w posiadłości, która systematycznie odkrywa swoje sekrety. Jednocześnie nie widzimy widoku mapy, która została zredukowana do ikony na dole z lewej, dającej nam widok posiadłości, i kolejnych w niej miejscówek. 

Gra, które została mocniej rozbudowana pod względem rozgrywki, stała się zdecydowanie trudniejsza, została przez brytyjskie studio, za nią odpowiedzialne, wzbogacona o system podpowiedzi. Jest nią znak zapytania zlokalizowany w prawym górnym rogu, dający grającemu, który utknie, wskazówkę co w danym momencie powinien zrobić.

Rozgrywka, która stawia na wyzwania natury detektywistycznej skupia się rzecz jasna na śledztwie. Istotą owego dochodzenia są tu rozmowy. Podczas gry przesłuchiwać będziemy wszystkich członków dwóch rodzin zamieszkujących wielką posiadłość.

Gadanina pozwoli nam nie tylko dowiedzieć się co w chwili śmierci obiecującej malarki robili wszyscy podejrzani, czyli mieszkańcy tego miejsca, ale i da możliwośc poznania ich wzajemnych, rodzinnych relacji, odkrycie sekretów i ukrytych motywów. Badanie zależności i familijnych układów i układzików rodziny zakorzenionej w tym tajemniczym miejscu, mającej skłonności do poszukiwania nieznanego i zagadkowego, sprawia w grze wielką frajdę.

Przygodówka owa została zbudowana w taki sposób, by zagadki rodziny gracz mógł odkrywać stopniowo, dzięki swojemu dochodzeniu, dzięki uważności, również dzięki odnajdywaniu wskazówek, także przez zbierane przedmioty.

Podobnie jak w przypadku gry Detektyw Grimoire, tak i tu zbierane rzeczy nie trafiają do klasycznie wyglądającego ekwipunku. Tak właściwie takowego w grze nie znajdziemy. Sa natomiast, wraz z postępami rozgrywki kolejne zakładki, do których zbierane przez nas przedmioty trafiają. O każdym z nich możemy coś więcej przeczytać. Możemy również posłużyć się powiększającą lupą, która pozwoli nam na bliższe przejrzenie się takowej wskazówce.

Wszystkie ważne dla rozgrywki wskazówki, czyli dosłownie nasz inwentarz otworzymy klikając na ikonę notatnika, w który zawsze zaopatrzony jest detektyw Grimoire. W tym samym miejscu odnajdziemy też zakładkę postaci. O każdej osobie w tej przepastnej posiadłości możemy porozmawiać z inną postacią, podobnie jak o każdym zebranym przedmiocie, notatce czy wskazówce, nie zawsze otrzymując wyczerpującą odpowiedź. 

Gra, podobnie jak poprzedniczka, niestety nie oferuje ręcznego zapisywania. Zapis odbywa się automatycznie, a do dyspozycji, znów mamy trzy profile. Twórcy zrezygnowali również z systemu punktowego. W tej grze nie ma już procentów, które wskazują na to ile w grze wykonaliśmy, a co udało się nam pominąć. Jest wprawdzie punktacja profilowa, ale nie jest już ona tak szczegółowa. 

To również kolejna przygodówka, w której możemy, a nawet powinniśmy klikać na wszystko. Nie ma tu bowiem podświetlanie aktywnych miejsc w lokacjach, nie ma, do czego grających w poprzednią grę, przyzwyczaili już twórcy, nazywania klikalnych przedmiotów. To gra, w której liczy się detektywistyczna uważność, gra point-and-click, w nieco innym wymiarze. 

Gra, w której nudzić się zadaniowo nie będziemy

Tangle Tower to także kolejna gra wspomnianego studia, która nie pozwoli się nam nudzić. Na ilość wykonywanych czynności, na jakość zadań zdecydowanie nie będziemy narzekać, a radość z wykonanych zagadek, i posunięcia fabuły do przodu, wierzcie mi, będzie wielka. 

Wspominałam w recenzji Detektyw Grimoire, że mimo detektywistycznej, satysfakcjonującej rozgrywki, zadaniowo była to raczej krótka, i łatwa gra, przynajmniej pod względem klasycznych zagadek, czy minigier. Jej autorzy odrobili jednak lekcję, i w kolejnej swojej grze mocno się rozwinęli. Opisywana przeze mnie detektywistyczna, śledcza przygoda, w której mimo zbrodni nie brakuje humoru, szczególnie dialogowego, zyskała na jakości i trudności. 

Do gry dodano mnóstwo związanych z fabułą zagadek, wiele łamigłówek, o różnym natężeniu trudności. Nie są to może jakoś mocno wygórowane trudnościowo wyzwania, ale są różnorodne, często bardzo pomysłowe i jest ich sporo. W dłuższej niż poprzedniczka grze mamy co robić, mierząc się z wyzwaniami natury logicznej, kombinując, szukając wskazówek i łącząc fakty. 

Jednocześnie rozgrywka nie jest przesadnie trudna, a swoją formą nawiązuje do poprzedniego tytułu SFB Games. Ponownie po odkryciu kolejnych wskazówek, ważnych przedmiotów, czy istotnych rozmów, odpowiadać będziemy na pytania, już nie tylko detektywa Grimoire'a, ale i Sally. Wtedy to zmierzymy się z zagadką słowno-obrazkową, w której przyjdzie nam wybrać odpowiedni rysunek, rzecz bądź postaci, a następnie dobrać do niego treść, tak by stworzyć sensowną, logiczną odpowiedź na sformułowane przez naszych detektywów pytanie.

O ile kontynuacja serii stała się grą nieco dłuższą i nieco trudniejszą, bardziej dopracowaną i rozgrywkowo efektowniejszą, o tyle mam wrażenie, że wspomniane pytania nieco straciły na trudności. W całej grze jest ich całkiem duża ilość, ale odnalezienie na nie prawidłowej odpowiedzi, nie sprawia już trudności, a przynajmniej nie aż takiej jak w grze z 2014 roku. 

Graficzne zmiany w kontynuacji przygód detektywa

Zmiany zauważalne są również w warstwie graficznej. Tangle Tower to gra wykonana w ręcznie malowanym stylu, ale styl ten, w porównaniu do przygodówki Detektyw Grimoire, mocno się różni, co ma swoje plusy, ale i kilka minusów.

Nie ma już animacji, które mocno w poprzedniczce podbijały klimat, co piszę grze na lekki minus, ale jest bardziej szczegółowy wygląd kolejnych miejscówek, których na terenie posiadłości, na której jedynie przebywamy, zwyczajnie jest sporo. Ponownie do czynienia mamy z pastelowymi, ale i niezwykle kolorami, statecznymi tłami, i postaciami o bardzo, bardzo charakterystycznych wyglądach, często mocno przerysowanych. 

Recenzowana przeze mnie gra jest graficznie przyjemna dla oka, bogata w miejsca na które możemy kliknąć i przedmioty, które możemy zabrać. Uroda tej gry leży w jej prostocie i dziwności bohaterów, ale w pewnej zmienności, postępie jakie w grze się dokona.

Przygoda nie tylko została rozbudowana, ulepszona rozgrywkowo, ale i uległa graficznym, postaciowym zmianom. Te najbardziej widać w Sally, która z piegowatej, z intensywnie zielonymi włosami, wiecznie zmieniającej pozy młodej kobiety, stała się mniej wyrazista. Straciła również piegi i swą ruchliwość. 

Ciekawym rozwiązaniem, którego nie doświadczyliśmy w poprzedniej odsłonie tej intrygującej serii, jest wprowadzenie do gry zmian związanych z porą dnia. Przebywając w posiadłości pewien, stosunkowo niedługi okres czasu, śledzić będziemy mogli zmianę dnia na noc, przechodząc przez etap dniowej szarówki, co jest bardzo fajnym zabiegiem.

Oprawa dźwiękowa, dubbing i muzyka 

Oprawa dźwiękowa, szczególnie pod względem dźwięków otoczenia stoi na podobnym poziomie. Kontynuacja mimo podobieństw, w dobrym tego słowa znaczeniu, patrząc na całość rozgrywki, stała się pełniejsza, dokładniejsza, oferująca nieco więcej możliwości, głównie śledczych. Równie dobrze, i na wysokim poziomie brzmi ścieżka muzyczna, która potrafi podkręcić klimacik, zachęcić do obcowania z grą, a także zbudować atmosferę niepewności i zagadkowości. A tej grze zdecydowanie nie brakuje. 

Po raz kolejny mamy przyjemność obcować z niezwykle dobrą angielską wersją językową, i to dla każdej w grze postaci, szczególnie dla Sally, w którą wciela się ta sama aktorka głosowa, i kilku innych, damskich postaci. 

Tak czy siak, Tangle Tower oferuje tylko angielska wersję dubbingową i wiele tłumaczeń w formie napisów. Brak polskiej wersji to największy mój zarzut względem tej przygodówki. Gra, która została przetłumaczona na czternaście języków, nie ma polskiej lokalizacji. Przygodówka posiadająca sporo tekstu, skupiona na dedukcji, na śledztwie i na wyciągania wniosków, z dialogów, również z dialogowych zagadek, bez rodzimej wersji, z pewnością nie zachęci polskojęzycznych graczy do jej sprawdzenia, a to wielka szkoda, bo to jest naprawdę świetna. 

Tangle Tower - podsumowanie recenzji. Dłuższa, bardziej rozbudowana, ciekawsze i z nową bohaterką 

Podsumowując, Tangle Tower to przygodówka z serii, którą warto, a nawet trzeba poznać. To intrygująca, rozbudowana, bardzo ciekawa, klimatyczna i mocno detektywistyczna historia. To także opowieść, w której twórcy rozwinęli skrzydła. Gra, jeśli spojrzymy na niej poprzedniczkę, stała się trudniejsza, bardziej wymagająca rozgrywkowo, ale jednocześnie mocno grywalna. 

Śledzenie fabuły, która płynnie wędruje przez kolejne growe rozdziały, napędzanej różnorodnymi, zagadkami, których jest zdecydowanie więcej niż w Detektyw Grimoire, a wiele z nich wymaga od gracza uważności i kombinowania, to wielka przyjemność. Tu każda zagadka wynika z fabuły, i z ową fabułą się łączy. Tu każda z postaci ma swój charakter, swoje upodobania, swoje dziwności. Nie brakuje humoru, a relacja detektyw Grimoire - Sally, ich wzajemne rozmowy, wywołuje uśmiech na twarzy.

Dobre zagadki, ciekawa fabuła, w grze którą cieszyć się można, bez względu na to czy znamy poprzedni tytuł z tegoż cyklu, śledczy styl prowadzania rozgrywki i mrugnięcia okiem w stronę graczy znających przygodowy detektywa, to kolejny plus tej godnej uwagi przygodówki.

Do tego dochodzi rewelacyjna wersja angielska, z doskonałymi rolami głosowymi, miłymi dla ucha pod każdym względem, ze szczególnym uznaniem dla głosu Sally. Na plus również ścieżka dźwiękowa i muzyczna, która potrafi zbudować klimat.

Do garnka miodu muszę wrzucić jednak szczyptę goryczki. Ta po raz kolejny związana jest z brakiem polskiej wersji językowej, w grze, która została przetłumaczona na aż czternaście języków. Wielka szkoda, że po polsku w nią zagrać nie możemy. 

Nie mniej jednak Tangle Tower to świetna przygodówka, w którą warto zagrać, którą warto poznać. Zagrałam i nie żałują, a nawet polecam, czekając na kolejną przygodową opowieść z serii, która już niebawem.

Moja ocena 8.5/10

Grałam w wersję na komputery PC - Steam



 Zalety:

  • Wciągająca fabuła;
  • Rozbudowana rozgrywka;
  • Ciekawe postaci;
  • Relacja Grimoire - Sally;
  • Humor dialogowy;
  • Mnogość zagadek i minigier;
  • Ładna grafika;
  • Dobra ścieżka muzyczna;
  • Świetny dubbing;
  • Dłuższa niż poprzedniczka

Wady:

  • Brak polskiej wersji językowej