Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja filmu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja filmu. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 grudnia 2025

Until Dawn - recenzja filmu. To nie jest ekranizacja gry, ale reżyserska jej wizja

Until Dawn - recenzja filmu. To nie jest ekranizacja gry, ale reżyserska jej wizja

 


Serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji horroru bazującego na niezwykle popularnej grze wideo. Oto co myślę o produkcji grozy pod tytułem Until Dawn. Czy warto poświęcić czas na ten tytuł? Czy ma wiele wspólnego z grą, a może jednak nic. Odpowiedź w poniższym tekście. Miłej lektury!

W horrory grać nie bardzo lubię, ja growe horrory oglądam, pozwalam bać się osobie które je ogrywa, wraz z nią przeżywając pojawiającą się na ekranie grozę, kibicując graczowi i postaciom, w które się wciela. Jednym z horrorów świata gier wideo, który prawdę powiedziawszy obejrzałam u kilka youtuberów, próbując znaleźć takiego gracza, który wyciągnie z ogrywanego tytułu wszystko w nim ukryte, był Until Dawn, gra o której bardzo szybko zrobiło się głośno, która, co tu kryć, stała się hitem. Nic dziwnego zatem, że znalazł się reżyser, który pragnął pokazać świat owej gierki także na wielkiem ekranie. I tak do kin w tym roku trafił horror Until Dawn, który kilka dni temu zasilił również bibliotekę HBO Max. Ponieważ w kinie na owej produkcji nie byłam, a grozę filmową lubię, no i uwielbiam grę na której tytuł bazuje, nie mogłabym sobie darować senasu, o którym trochę Wam napiszę, przybliżając co można się po tej produkcji spodziewać. 

Przeczytaj inne filmowe recenzje na blogu:

Until Dawn gra to produkcja, która swój początek miała jedynie na konsolach, ale jej popularność, która przerodziła się w szybkim czasie w hit, sprawiła, że odświeżona i ulepszona jej wersja trafiła także na komputery, ale i na PlayStation 5. Niedługo potem w kinach zadebiutował horror, którego reżyserią zajął się David F. Sandberg, znany z dwóch produkcji grozy - Annabelle: Narodziny zła oraz Kiedy gasną światła, i z kilku nie stawiających na grozę produkcji. Twórca postanowił przenieść widza w świat growego Until Dawn, zaznaczając jednak w jednym z wywiadów, że jego film nie jest bezpośrednią ekranizacją, a sequelem historii. Wszyscy, którzy zatem spodziewali się filmowej wersji przygód ośmiorga przyjaciół, zamkniętych w górskiej chacie w rocznicę zaginięcia dwóch dziewczyn z paczki, mogą poczuć zawód, a nawet rozczarowanie. Film nie zamierza nawet udawać growego Until Dawn, jest zwyczajnie reżyserką jego wizją.

Opowieść zaczyna się od krótkiego wstępu, od dramatycznego położenie jeszcze nie znanej nam młodej kobiety, by po chwili przenieść widza do kilkorga znajomych, którzy na prośbę Clover, w rocznicę zaginięcia jej siostry, udają się na jej poszukiwania. Wspomniana już Clover, Max, Megan, Nina i jej nowy chłopak Abe trafiają na pewną rozpadającą się stację benzynową, gdzie Clover dowiaduje się od znajdującego się tam sprzedawcy o pewnym domu, który może być miejscem pomocnym w odnalezieniu zaginionej siostry. Jadąc przeznaczeniu na spotkanie, chowają się przed dziwną burzą i równie dziwną ścianą deszczu w posiadłości na odludziu, i po wpisaniu się do księgi gości, zaczynają przerażającą grę o przetrwanie.

Wisząca na ścianie klepsydra z czaszką, obraca się, a przesypujący się w niej piasek symbolizuje czas jaki został piątce bohaterów, by przetrwać do świtu, zanim staną się częścią koszmaru. Okazuje się bowiem, że w domu grasuje psychopatyczny, zamaskowany morderca, który brutalnie zabija każdego z nich. Przywróceni do życia, zamknięci w przerażającej pętli czasowej, ze śmierciami stale zmieniającymi swoje oblicze, i sposób uśmiercania, muszą myśleć i przede wszystkim zacząć działać, by dotrzymać bez zgonu do rana, zanim piasek "czasomierzu" się przesypie, a oni zostaną tu uwięzieni na zawsze. 

Until Dawn to można by było sądzić typowy slaher, w którym zginąć musi wielu, jak nie wszyscy, a śmierć z ręki oprawcy powinna być makabryczna i krwawa. Problem w tym, że film nie idzie utartą ścieżką seryjnego mordercy, przynosząc śmierć zadawaną nie tylko przez człowieka, ale również przez zupełnie różne, czasem wręcz zaskajujące, a nawet nieco groteskowe czynniki. Zgon, z którym bohaterowie w jakiś sposób się godzą, do którego po wielu śmierciach zaczynają się przyzwyczajać, czasami staje się mało straszny, a nawet lekko zabawny, co rozmywa poczucie grozy. I choć typowych starszaków jest w filmie kilka, a momentów grozy (nawet oczekiwanych), nie brakuje, poczucie niepokoju i dreszczyk emocji nie jest jakoś szczególnie mocno odczuwalny. Opisywany horror nie straszy zbyt dobitnie, a raczej podsyca uwagę, narzucając pytanie co dalej. 

Nie jest to również, jak już wspomniałam ekranizacja gry, a jedynie wariacja na jej temat. Oglądając Until Dawn na platformie HBO Max, która za jakiś czas stanie się części Netflix, można odnieść wrażenia, że reżyser tworzył swoje filmowe dzieło jedynie dla fanów growego pierwowzoru. Za mało jest w nim bowiem wyjaśnień dziwnej pętli czasowej i umierania. Widz, który w grę nie grał czy let's playa z niej nie wiedział, może czuć, że projekt Davida F. Sandberga to zlepek chaotycznych fragmentów nieokreślonej całości, w którym trudno się połapać. Takiej osobie zapewne nasunęłoby się pytanie....., ale o co tu właściwie chodzi? 

I należałoby takiego widza zrozumieć, bo strzępki filmowych wyjaśnień są tak właściwie nawiązaniam do gry. Pojawia się w nich szpital psychiatryczny, katastrofa w kopalni, eksperymenty, przemiana w wendigo, ale i pewien psychiatra, drugoplanowa postać gry, tu będąca jednocześnie pracownikiem stacji benzynowej, jak i bezwzględnym w swych czynach psychiatrą. Na dodatek w filmie, jak i w grze towarzyszy nam postać tego samego aktora. W rolę zdecydowanie creepy bohatera, który chyba, pomijając straszaki i potwory, jest najstraszniejszą postacią, wcielił się Peter Stormare. Aktor użyczył głosu oraz swojego wyglądy postaci w grze Until Dawn, a filmie również się pojawia.

Aktorsko recenzowany przeze mnie tytuł stoi na raczej przeciętnym poziomie. Nie jest źle, ale postaci nie są już takie angażujące i charakterne jak w grze. Młodzi ludzie, których losy i wielokrotne śmierci śledzimy w filmowej wersji wideo hitu, są zupełnie inni, ale każdemu z nich spróbowano nadać osobowość i charakterystyczne cechy.

Clover, w którą wcieliła się Ella Rubin (Ulica Strachu: Królowa balu, Anora) to kobieta cierpiąca po sracie siostry, nie mogąca poradzić sobie z poczuciem winy, z dwoma próbami samobójczymi. Max zagrany przez Michaela Cimino (Jeszcze nigdy..., Powrót do liceum) to zakochany w Clover, nieco wycofany i nieśmiały przyjaciel. Jest i obdarzona nadprzyrodzoną intuicją czy paranormalną mocą Megan, w którą wcieliła się Ji-young Yoo (Freaky Tales, Moxie), która odkrywa drzemiące w niej moce. Śledzimy także losy Niny zagranej przez Odessę A'zion (Wielki Marty, Ona jedzie z przodu), pewnej siebie kobiety oraz jej nowego chłopaka o imieniu Abe, zagranego przez Belmonta Chameli (Bezsenność we dwoje, Kłopoty z facetami), stawiającego przede wszystkim na siebie prawnika. 


Until Dawn to filmowe dzieło, na które należy patrzeć nie jako klon growego pierwowzoru, ale jak jego odpowiednik, rodzaj wzoru na którym został zrobiony. Widzowie, którzy znają grę, z pewnością w produkcji się odnajdą, dostrzegając w niej kilka bardzo charakterystycznych podobieństw, o których wspominałam powyżej.

Gorzej natomiast jeśli film obejrzy osoba, która tematyką grową zupełnie się nie interesuje, produkcji na której horror Until Dawn bazuje zwyczajnie nie zna. Wtedy może poczuć się nieswojo zagubiona i uznać film jako niepełny, chaotyczny, mało precyzyjny, a nawet mało logiczny.

Nie należy się po tej produkcji spodziewać również wielu chwil grozy. Nawet jeśli w kilku momentach robi się bardzo poważnie i groźnie, nawet jeśli doświadczamy grozy związanej z elementami slahera czy z pojawiającymi się potworami, to groza owa jest albo rozmywana przez nieco groteskowe śmierci, albo zbyt płytka i bardzo przewidywalna.

Until Dawn nie jest tytułem beznadziejnym, jest typowym przeciętniakiem, z nawiązaniemi do gry i swoim pomysłem na siebie. To tytuł który spokojnie może obejrzeć osoba, która za wymowną, jeżącą włosy na głowie grozą nie przepada. Nie jest może wcale nie strasznie, ale groza jest na raczej niskim poziomie. Myślę, że jeśli nie stara się tej produkcji mocno porównywać do gry, nie stawia się tych dwóch tytułów na jednej szali, to warto go obejrzeć, przynajmniej by znaleźć ich growy i filmowy wspólny mianownik.

Moja ocena 6/10. 

Film Until Dawn dostępny jest na platformie HBO Max.




sobota, 25 października 2025

Zniknięcia - recenzja. Horrorem bym tego filmu nie nazwała

Zniknięcia - recenzja. Horrorem bym tego filmu nie nazwała

 

Serdecznie zapraszam do przeczytania kolejnej mojej recenzji. Tym razem skusiłam się na opisanie jednego z głośniejszych horrorów tego roku, filmu Zniknięcia, który właśnie trafił na HBO Max. Co o nim myślę?

Przyznam się, że do kina nie chodzę od dawna. Raz nie mam na co, dwa jak już mam, to z racji na gatunek który wybieram, czyli horror, nie mam z kim. Trzy uważam, że bilety są za drogie, a cztery wiem z doświadczenia, że wyczekiwana przeze mnie filmowa produkcja i tak w końcu trafi na streaming, cierpliwie czekając na premierę. Tak też było w przypadku filmu Zniknięcia, bardzo nagłośnionego, wręcz rozdmuchanego horroru, który zbierał wysokie oceny i naprawdę dobre recenzje. I albo ja stałam się za bardzo wybredna i przestałam rozumieć kino, albo znieczuliłam się na grozę, bo po obejrzeniu tegoż horroru na HBO Max, nie sądzę, by można nazywać go mianem horroru, a już z pewnością nie tytułem zasługującym na tak wysokie filmowe oceny. Już opisuje dlaczego!

Inne recenzje produkcji grozy na moim blogu:

O czym opowiada film Zniknięcia? - fabuła

Fabuła Zniknięcia jest widzom przedstawiana w formie narracji już w pierwszych minutach filmu. Dowiadujemy się z niej, że w pewnym niewielkim miasteczku pojawia się nowa nauczycielka klasy trzeciej, Justine Gandy, która bardzo poważnie podchodzi do swojej pracy, poświęcając dzieciom wiele uwagi. 

Niestety pewnego dnia zastaje w klasie tylko jednego ucznia, cichego i zamkniętego w sobie Alexa. Pozostałe siedemnaścioro dzieci na pojawia się w szkole. Wkrótce okazuje się, że każde z nich, poprzedniej nocy, o godzinie 2:17 obudziło się, wstało z łóżka, wyszło z domu i wybiegło w ciemność i ślad po nich zaginął.

Zdesperowana, odrzucona przez społeczność, i przede wszystkim rodziców Justine, postanawia na własną rękę dowiedzieć się co tak naprawdę się wydarzyło, jednocześnie oczyszczając się z podejrzeń o zbiorowe zaginięcie. Problem w tym, że rok po wydarzeniach w życiu panny Gandy zaczynają dziać się niewyjaśnione zdarzenia, z którymi w jakiś sposób związana wydaje się zagadkowa starsza pani o imieniu Gladys. 

Kolejna filmowa zabawa w mieszanie gatunków

Zaczynam pomału obrażać się na horrory, a już z pewnością na te najnowsze, które mają problem z umiejscowieniu się w konkretnym gatunku, nawet nie udając, że potrafią straszyć. Może i jestem uodporniona na filmową grozę, bo ten gatunek jest moim filmowym pierwszym wyborem, ale nawet po latach oglądania kinowych "straszydeł", wciąż mogę rozpoznać i poczuć na własnej skórze przemyślaną, wywołującą ciarki na skórze grozę. Takiej po horrorach oczekuje, takiej się spodziewam.

Ale takiej w Zniknięciach niestety nie dostałam i to z kilku powodów. Wiodącym problemem tegoż filmu, który może dla niektórych (nie dla mnie), być jednak zaletą jest to, że Zach Cregger, który jest zarówno reżyserem i autorem scenariusza zabawił się w mieszanie gatunków, żadnego z nich nie traktując poważnie. I tak w filmowym kotle różności znalazło się nieco grozy, sporo klasycznego thrillera, wiele dramatu, ale i elementów komediowych. Przypisanie recenzowanej przeze mnie produkcji do jakiegoś gatunku jest nie tyle trudne, co zupełnie zbędne, bo twórca, mający na swoim koncie skądinąd świetnych Barbarzyńców, zupełnie odciął się do filmowej gatunkowości i poszybował z opowieścią gdzieś w stratosferę swojej fantazji.

I pewnie nie byłoby w tym nic złego gdyby traktowało się ów film niezbyt poważnie, gdyby nie pojawiające się w sieci, teraz wiem już że górnolotne hasła o najlepszym, najstraszniejszym horrorze tego roku. Niestety Zniknięcia jest świadectwem tego jak nisko upada kino, jaki kryzys tożsamości przechodzi i jak niewiele się od filmów, szczególnie horrorów oczekuje. Przykre to, ale niestety prawdziwe.

Mało poważna produkcja z dubbingiem 

Powagi, która powinna towarzyszyć filmowej grozie, która ma przecież straszyć, ma trzymać w napięciu, a przynajmniej fabularnie zastanawiać, brakuje nie tylko w klimacie tejże nawet nie starającej się przerazić widza produkcji, ale i w lekkim traktowaniu, nazwę to, oprawy dźwiękowej, językowej wersji filmu.

Pytam się po co horror, bo tak określany jest ów film dostępny jest w polskim dubbingu? Jaki cel przyświecał polskiemu dystrybutorowi, by zlokalizować właśnie ten film w pełni po polsku? Zabieg taki miałby sens gdyby Zniknięcia były komediowym horrorem, albo produkcją przeznaczoną dla młodszego widza. Problem w tym, że tytuł ów nie jest przypisany do żadnej z tych grup, przez to z racji na pełną polską wersję (nawet nie najgorszą), podkreślona została niepoważność i błahość opowieści. Trudno traktować grozę na serio, gdy widz nie jest w stanie wczuć się w emocje oryginalnego aktora, nawet jeśli ten dubbingowy dwoi się i troi, by sprostać zadaniu. 

A amerykańska obsada tej horrorowo-komediowej-baśni jest całkiem przyzwoita, więc spłycanie jej do polskiej wersji, nawet jeśli ta ułatwia odbiór filmu, który można oglądać w tle innych zajęć (tylko po co), jest według mnie absurdem.

W filmie znalazły się takie osobistości kina jak: Julia Garner (Wolf Man, Apartment 7A, Ozark) jako młoda nauczycielka Justine Gandy, Cary Christopher (American Horror Stories) w roli Alexa, Josh Brolin (Żywy czy martwy: Film z serii "Na noże", Peryferia, seria Diuna) jako jeden z dotkniętych tragedią rodziców Archer Graff, Alden Ehrenreich (Oppenheimer, Nowy wspaniały świat) jako policjant Paul Morgan, Benedict Wong (Problem trzech ciał) jako dyrektor Marcus, Austin Abrams (Euforia) jako narkoman i złodziejaszek James i w końcu Amy Madigan (Poroże, Dom Grozy: Miasto Aniołów) jako demoniczna ciotka Gladys. W drugoplanowych rolach także June Diane Raphael (Based on a True Story) i Justin Long (Gęsia skórka).

Nie tego się po Zniknięciach spodziewałam - podsumowanie recenzji 

Zniknięcia to film na którego premierę na streamingu czekałam, i to bardzo mocno, spodziewając się mocnego kina grozy, z wciągającą, wywołującą dreszczyk emocji fabułą. Niestety po raz kolejny oczekiwania, a rzeczywistość okazały się stać na dwóch zupełnie różnych biegunach.

Spodziewałam sie grozy, a otrzymałam średniej klasy thriller, z dość przewidywalną fabułą, w sosie gatunkowym. Opowieść wyraźnie podzielona na rozdziały, w których fabułę poznajemy oczami kilku głównych postaci filmu, zaczęła bawić się z widzem w historię rodem z baśni dla dzieci, w której zło przybrało postać kogoś na obraz wiedźmy, tudzież Baby Jagi.

Brak fabularnej powagi, zupełnie przez mnie nie zrozumiałe zdubbingowanie filmu i przykrycie grozy komedią sprawiły, że nie potrafiłam się w opowieść zaangażować na tyle, na ile w filmie grozy, w końcu moim ulubionym filmowym gatunku, powinnam.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie jest to film zły, nudny czy nie warty obejrzenia. Nic z tych rzeczy. Poświęcić mu uwagę można, szczególnie jeśli nie przepada się za horrorami. Nie należy się wtedy obawiać przesadnego strachu, a w miarę lekko poprowadzona opowieść, w ciekawej, postaciowej perspektywie, może się podobać.

Niestety nie jest to produkcja dla fanów klasycznej grozy, nie dla widzów lubiących się bać, kochających ekranowy dreszczyk emocji, co niezmiernie mnie boli. Czuję coś w rodzaju filmowego zawodu i rozczarowania, co niestety przekłada się na moją jego dość niską notę.

Moja ocena to 6,5/10. 

Film Zniknięcia można obejrzeć w serwisie HBO Max. 


wtorek, 30 września 2025

Nie oddalaj się - recenzja. Rodzinna więź splątana sznurem

Nie oddalaj się - recenzja. Rodzinna więź splątana sznurem

 

Serdecznie zapraszam do przeczytania mojej najnowszej recenzji. Tym razem horror z psychologicznym przesłaniem, nieoczywista opowieść, którą można sobie bardzo różnie interpretować. Oto co myślę o filmie Nie oddalaj się!

Kilka dni temu serwis Prime Video powiększył swoją bibliotekę o film Nie oddalaj się, bardzo nieoczywistą opowieść grozy, horror zahaczający o psychologiczny dramat, opowieść, której fabułę można sobie interpretować w bardzo różny sposób. Niedzielny wieczór, nieco dla mnie spokojniejszy i pozwalający na skupienie się na filmie na sto procent, co ostatnio zdarza mi się sporadycznie, pozwolił mi obejrzeć tę produkcję na spokojnie, bez pośpiechu, dzieląc się z Wami jej recenzją. Miłej lektury! 

Inne przykładowe recenzje na moim blogu:

Fabuła niby prosta, ale bardzo nieoczywista 

W Nie oddalaj się przenosimy się do drewnianej chaty w lesie, do bliżej nieokreślonego miejsca, i bliżej nieokreślonego czasu. Świat ogarnęło tajemnicze Zło, które przejęło kontrolę nad ludźmi. Post-apokaliptyczna rzeczywistość doprowadziła ludzkość niemal do zagłady, a tajemniczy byt, który czyha w realnym świecie może przybrać dowolną powstać.

W takiej rzeczywistości żyje bezimienna w filmie Matka, z dwójką swoich synów, bliźniaków - Nolanem i Samuelem. Mieszkają w drewnianym domu, który w niemal magiczny sposób nie pozwala przedostać się złu, które trzymane jest z dala jedynie przez bardzo bliską więź tej rodziny, tak bliską, że splątaną sznurem. Codzienna wyprawa poza domostwo to konieczność przywiązania się do specjalnego, dość długiego powroza, który zapewnia rodzinie względne niebezpieczeństwo.

Brak takiej sznurowej bliskości to praktycznie wyrok dla owej trójki i pewność wniknięcia Zła do domu. Problem w tym, że tajemniczy byt, który podobno zniszczył ludzkość, widzi tylko Matka. I choć jeden z synów bezgranicznie jej wierzy, drugi zaczyna jej prawdę kwestionować. To wkrótce niesie rodzinie zagrożenie i skłania ją do walki o życie. 

Klimatyczne miejsce i równie klimatyczne zdjęcia

Nie oddalaj się, mimo nieoczywistej, choć i mocno przewidywalnej fabuły, ma coś co może się podobać. Tym czymś jest klimat. I nie mam tu na myśli dosłownego wątku fabularnego, bo ten omijając grozę, skręca w stronę psychologii i artystycznych metafor (co nie jest takie złe), ale wizualną sferę tejże produkcji.

Opowieść, jak już wiecie rozgrywa się w drewnianej chatce położonej w lesie, który jest, muszę to przyznać, bardzo frapujący i niezwykle intrygujący. Stęchła pora roku, czyli czas po zimie, ale jeszcze nie wiosna (tak sądzę), niesie wizualne poczucie tajemnicy i zagadkowości tej leśnej głuszy. Zwalone drzewa, jamy w ziemi, zwisające pędy i wszechobecny mech, dają możliwość poczucia niemal na własnej skórze ciężkości życia w takich warunkach przyrody.

Do tego dochodzi nastrojowa drewniana chata, która nie tylko z wierzchu idealnie wpisuje się w klimat opowieści grozy, ale i jej wnętrze potrafi zbudować poczucia napięcia, ale i urokliwe, mroczne, zagadkowe piękno. 

A wszystko za sprawą doskonałych zdjęć i przemyślanych ujęć kamery. Groza, w tym wypadku staje się bardziej artystyczna, niźli typowa, jak w horrorze. Film niczego, pod względem zdjęć nie zamierza udawać, dając widzowi odczuć, że bierze udział w psychologicznie-artystycznym horrorze, który bawi się naszymi emocjami, głównie za sprawą obrazu. 

Nie oddalaj się - czy to jest horror? 

Nie oddalaj się to amerykański horror z 2024 roku, który światową premierę nie miał w kinie, a na VOD, za którego kamerą stanął Alexandre Aja, francuski reżyser mający na swoim koncie produkcje nastawione na grozę i emocje. Najbardziej znaną produkcją tegoż twórcy jest horror Pełzająca śmierć, a także Rogi z Danielem Radcliffe'em. Reżyser ma na swoim koncie również film całkiem przyzwoity thriller sci-fi stworzony dla Netfliksa, zatytułowany Tlen. Należy również wspomnieć, że producentami tegoż filmowego dzieła się twórcy serialu Stranger Things, który niebawem będzie miał swój finał. 

W zeszłym roku na ekrany, jak wspominałam platform streamingowych trafił jego kolejny horror, w którym tym razem postanowił zabawić się z widzem w kotka i myszką, wodząc oglądającego za nos. Nie oddalaj się balansuje bowiem na granicy horroru, a psychologicznego dramatu z domieszką opowieści survivalowej. 

Tak właściwie nie jesteśmy w stanie opowiedzieć fabuły jednoznacznie i precyzyjnie, bo twórca miesza w niej jak w kotle, raz dając nam pewność jej względem, a za chwilę całkiem zmieniając kierunek owej historii. Oglądając seans nie wiadomo co jest prawdą, a co jedynie wytworem wyobraźni matki dwójki bliźniaków. To ona widzi tajemnicze Zło, to ona stawia granice, choć jej synowie, a szczególnie jeden z nich tę pewność tajemniczego bytu, podważa. 

Alexandre Aja próbuje w swej najnowszej produkcji skierować uwagę widza na różne tory, grozę odkładając na zdecydowanie dalszy plan. Horror nie jest tu grozą w dosłownym sensie. Dzieje się tak, gdyż z góry wiemy, że w lesie grasuje zło, że jedynie więź za pomocą sznura i drewniany dom może je powstrzymać. Wychodząc poza strefę komfortu, czyli chatkę naszych bohaterów, po prostu wiemy co nas czeka, a pojawiające się potwory, których nie jest tu za wiele, są jedynie dodatkiem. 

Film stawia bardziej na ciężki klimat niemocy, słabości i trudnego bytowania w leśnej, skądinąd klimatycznej buszy. Opowieść trąci leśnym survivlem, z walką z głodem i poczuciem niewoli, związanej nie tylko z koniecznością bycia na sznurowej uwięzi, ale i poczuciem niepewności i brakiem wiary w prawdę, podważaniem prawdy o tajemniczym bycie mieszkającym wśród drzew, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Jeśli chcecie w Nie oddalaj się dosłownej grozy to ciężko ją tu będzie znaleźć, poza kilkoma momentami przestrachu. 

Kameralna produkcja skupiona właściwie na trzech postaciach

Znajdziemy natomiast w niej iście kameralny styl opowieści, skoncentrowany głównie na trzech postaciach, choć inni bohaterowie również przez film się przewiną. Tytuł zrealizowany w formie trójpodziału, czyli podzielony na trzy odrębne, wyraźnie nakreślone części stawia na rodzinę, czyli samotną matkę/wdową i jej dwóch synów, bliźniaków. 

Matka, kobieta której imienia nie znamy, grana przez Halle Berry (Moonfall, Gothika, Połączenie, Christin Park) to kobieta silna, władcza, stawiająca granice, ale jednocześnie krucha, pragnąca w dramatycznie trudnych warunkach zbudować rodzinną więź, tak mocną, że splątaną sznurem. Do końca nie jesteśmy świadomi tego czy Zło, które przybiera przeróżne formy, próbując zwieść swoją ofiarę, jest prawdziwe, a nie jest jedynie wytworem wyobraźni rodzicielki, bądź chorej jej psychiki. 

Są i dwaj bracia Nolan, w którego wcielił się Percy Daggs (Paradise, Ostatnie dni Ptolemeusza Greya) oraz Samuel, którego zagrał Anthony B. Jenkins (Wieczór walki: Skok na milion dolarów, Wybawienie). 

O ile zdolności aktorskie Hally Berry są oczywiste, a ze swojej postaci, w jak wspominałam mocno kameralnej, często nieco leniwej, i bardzo psychologicznej opowieści, aktorka potrafi wyciągnąć naprawdę wiele, o tyle młodzi aktorzy grający jej synów potrafią zachwycić. Cały trzeci rozdział filmu,  mocno jest na nich skupiony, i to oni ciągną opowieść do nieco zaskakującego finału, robiąc zdecydowanie dobrą robotę. Utalentowane chłopaki w grozie i psychologicznej rozgrywce prawda-fałsz radzą sobie mistrzowsko, stając się nie tłem, ale fundamentem tejże opowieści. 

Nie oddalaj się - podsumowanie. Klimat jest, ale coś jednak poszło nie tak 

Ma świadomość, że Nie oddalaj się to film, który nie będzie podobał się wszystkim, a już z pewnością nie fanom klasycznej ekranowej grozy, która jeśli w ogóle jest, to w znikomej ilości. Fani horrorów poczują zawód, bo to co z początku, w pierwszym rozdziale nadaje opowieści klimat i stanowi zachętę na więcej, nagle się w filmie urywa.

Groza płynnie przechodzi tu w psychologiczną opowieść, rodzaj metafory, z którą reżyser wcale się nie krył, wspominając o nawiązaniu do ochronnego więzienia, matki trzymającej dzieci w łonie, by nie widziały zła tego świata. Dosłownie w taki sposób film można interpretować, i jeśli lubi się psychologiczne filmy w klimacie grozy, które są, nie będę tego kryć, mocno w moim stylu, można poczuć się w fabule jak ryba w wodzie.

Film niewątpliwie ma klimat, piękne zdjęcia, które pozbawionemu zieleni lasowi nadają demonicznej, zagadkowej atmosfery. Produkcja może pochwalić się dobrymi ujęciami, zarówno we wspomnianej leśnej głuszy, jak i w bardzo klimatycznej chatce, w której światło - mrok robi robotę. 

I niby wszystko jest na miejscu, jest klimat, jest niemoc, tajemnicze zło i trudność przetrwania, ale wątki bywają zbyt chaotyczne, a wiele pytań zostaje bez odpowiedzi. Nie oddalaj się chwyta wiele srok za ogon, ani jednej nie łapiąc. Zabawa z widzem w kotką o myszkę może być zatem męcząca. Nie jest to tytuł do którego zechce się wracać, by dogłębniej zrozumieć fabułę. To zwyczajny średniak na jeden seans, bardziej dla widza lubiącego mocno zagmatwane, nieoczywiste i psychologiczne opowieści, niż dla miłośnika horroru. 

Moja ocena 6/10. 

Nie oddaj się można obejrzeć w serwisie Prime Video, w ramach abonamentu. 

wtorek, 17 czerwca 2025

Heretic - recenzja. A24 z horrorem o Mormonach i sprzecznościach wiary

Heretic - recenzja. A24 z horrorem o Mormonach i sprzecznościach wiary

 

Bardzo serdecznie zapraszam do przeczytania nowej filmowej recenzji na moim blogu. Tym razem horror od studia A24, film Heretic, czyli Heretyk, który właśnie trafił na platformę Canal+ online. Miłej lektury!

Studio A24 ma w swoim filmowym dorobku tytuły, które niewątpliwie potrafią przyciągnąć uwagę, nie tylko wymowną, nieoczywistą grozą, ale i charakterystycznymi bohaterami, którzy mają coś do powiedzenia. Kino tejże wytwórni jest dość specyficzne, i właściwie po każdym ich projekcie można spodziewać się niemal wszystkiego. Mają na swoim koncie, między innymi, udany horror Mów do mnie, intrygujące Bodies, Bodies, tajemniczą Czarownicę: Bajka z Nowej Anglii, dramat Civil War czy wojenne Warfare, który właśnie trafiło na Prime Video. Ich przekrój filmowy nie zamyka się zatem jedynie na kinie grozy, które często nie jest wcale takie oczywiste, a już z całą pewnością może zaskoczyć wyborem filmowego tematu. Tak jest właśnie z filmem Heretic, który do kin trafił pod koniec listopada zeszłego roku, a od 15 czerwca tego roku można go oglądać na Canal+ online

Warto przeczytać również:

W morzu propozycji filmowych od wszelakich serwisów, których wciąż przybywa, a które można już zasubskrybować także dzięki innym platformom streamingowym, jak choćby serwis Apple TV+, mnie osobiście trudno wybrać właściwy film na wieczorny seans, a jeszcze trudniej wytrwać w jego oglądaniu, tym bardziej, że zwykle wolny czas mam dopiero późnym wieczorem. Są jednak takie filmy, które mają swoje miejsca na mojej liście "muszę obejrzeć" i znalazł się na niej Heretic, horror dość nietypowy, ale bardzo charakterystyczny dla A24, studia starającego się łamać schematy i chwytać się bardzo różnej tematyki. 

Tym razem studio A24 postawiło na Mormonów i prawdziwość, lub nieprawdziwość wiary, obsadzając w roli tego złego, aktora który w takim położeniu, w takiej tematyce znalazł się po raz pierwszy. Hugh Grant znany z ról filmowych amantów, z takich produkcji jak seria Bridget Jones, Nothing Hill czy Rozważna i romantyczna, stał się uroczym, inteligentnym i psychopatycznym heretykiem, pragnącym udowodnić czym jest wiara, dającym wykład dwóm młodym krzewicielką mormońskiej wiary.

Historia rozpoczyna się od dwóch sióstr kościoła, a właściwie ruchu Świętych w Dniach Ostatnich, siostry Barnes i siostry Paxton, które mormońskim zwyczajem chodzą od domu do domu by głosić słowo Boże i przekonywać nowych wiernych do nauki i misji ich kościoła. Kolejnym domem, do którego mają zapukać, na umówione wcześniej spotkanie, jest domostwa niejakiego Mr Reeda, dojrzałego, inteligentnego mężczyzny, który bliski jest przystąpienia do Mormonów.

Mimo tego, że gospodarz wydaje się być miłym, i jednocześnie inteligentnym jegomościem, który chętnie ugości młode kobiety ciastem borówkowym, a i pozna ze wstydliwą żoną, coś wyraźnie jest nie tak. Krzewicielki wiary szybko orientują się, że bezkompromisowy wykład o religii i nietypowy dom, którego drzwi zamykają się automatycznie i nie otworzą do rana, jest początkiem czegoś naprawdę złego, a one same znalazły się w potrzasku, w pułapce, i wkrótce mają zadecydować o swoim być albo nie być. 

Heretic to dzieło w dość specyficznym, kameralnym stylu, skupione na praktycznie na trzech aktorach, oddające lwią część opowieści Panu Reedowi, pokazujące Granta w zupełnie innej roli, w której bryluje. Okazuje się, że kinowy amant może być świetnym heretykiem psychopatą, który w uroczy, wręcz spokojny i władczy sposób wpływa na dorosłe już kobiety, które stają się przy nim prawie niewidoczne, i przede wszystkim bezbronne.

Hugh Grant panuje na ekranie przyćmiewając, a nawet pozwalając widzowi zapomnieć o naciąganej, banalnej, a czasami nawet głupkowatej fabule, która w finale dla wielu może nie być satysfakcjonująca. Mam wrażenie, że Scott Beck i Bryan Woods, twórcy tegoż filmu, znani z takich filmowych hitów jak Ciche miejsce, czy Boogeyman postanowili pobawić się w wykładowców i moralizatorów, zapominając, że skądinąd dobry, i angażujący widza wykład na temat religii i dziwnych jej podobieństw, to nie wszystko. 

Postawili jednak na jednego aktora, dając mu szerokie pole do popisu i pozwalając się ową rolą bawić, co widać na ekranie. Grant świetnie odnajduje się w roli "uroczego inaczej" heretyka, przyćmiewając dwie towarzyszące mu na ekranie aktorki młodego pokolenia. Sophie Thatcher, znana z filmu Towarzysz (obejrzałam i wciąż nie opisałam), serialowego Yellowjackets, którego recenzję pierwszego i drugiego sezonu znajdziecie na blogu, w roli siostry Barnes, nawróconej na wiarę po śmierci ojca, dwoi się i troi, trochę w swoim stylu, by wyjść z roli ofiary. Chloe East, znana z filmu Fabelmanowie, czy serialu Za fasadę, która wcieliła się w postać siostry Paxton, misjonarka urodzona i wychowana w mormońskiej wierze, po prostu stara się przeżyć. 

Problem w tym, że w swojej walce obie są mało wiarygodne, wycofane. Można odnieść wrażenie, że te ich bierność jest zabiegiem celowym, filmowym zamysłem twórców. Problem w tym, że finał historii wywraca opowieść do góry nogami, i zaskakuje, z pewnością nie wszystkich pozytywnie. 

Heretic nie stara się straszyć, nie to zapewne jego autorzy mieli na myśli. To bardziej thriller o religijnej tematyce, wykorzystywanej w tytułach grozy coraz częściej, jak choćby w recenzowanym przeze mnie Sanktuarium czy dostępnym na Netflix Tin i Tina. To również nieco poetycka i absurdalna historia, w której A24 postawiło na jednego aktora, dając mu się popisać. W tle toczy się opowieść o dwóch siostrach kościoła Mormonów, i religii, której musimy zaufać na słowo. To także historia z pewnym morałem. Żeby uwierzyć, trzeba zobaczyć.

Recenzowana przeze mnie amerykańsko-kanadyjska produkcja ma na koncie aż jedenaście nominacji do filmowych nagród. Żadnej z nich nie dostała, ale klimatu i kunsztowi aktorskiego Granta, odmówić jej nie można. Horror, który nie nazwałabym filmem grozy, a psychologicznym sprzeczaniem się z wiarą, problemem wiary i niewiary, produkcja, która ma wiele z dzieł od studia A24. Bywa zaskakujący, bywa dziwny, bywa surrealistycznie absurdalny. Jest równie popisem aktorstwa o jakie do tej pory Hugh Granta nie podejrzewaliśmy. Doskonale widać, że bawi się swoją rolą, tym samym przyciągając uwagę widzów i nieco podnoszą prestiż tego wcale nie wybitnego, a raczej przeciętnego filmu. 

Moja ocena 7/10. 

Heretic można obejrzeć na platformie Canal+ online. 

czwartek, 12 czerwca 2025

Telefon pana Harrigana, recenzja horroru Netfliksa, który horrorem nie jest

Telefon pana Harrigana, recenzja horroru Netfliksa, który horrorem nie jest

Zapraszam do kolejnej recenzji nowej produkcji od platformy Netflix. Tym razem Telefon pana Harrigana, horror, który horrorem niestety nie jest. 

Nie wiem czy tylko mnie się tak wydaje, czy stało się już faktem mistrzostwo Netfliksa w robieniu produkcji grozy, które nie zamierzają nas straszyć? Jakiś czas temu recenzowała serial  Klub północny, który horrorem do końca nazwać nie można, ale jednocześnie myślę, że jest wart uwagi. Teraz zaś postanowiłam przyjrzeć się filmowej produkcji Netfliksa, o tytule Telefon pana Harrigana, bazującej na opowiadaniu Stephena Kinga, które znalazło się w książce o tytule "Jest krew...", którą, ze smutkiem muszę napisać, niestety nie warto oglądać.

Przeczytaj również:

To kolejny horror, jednocześnie nim nie będący. Ba…. to nawet nie jest thriller, a coś pomiędzy dramatem, dziełem dla młodzieży i reklamą telefonów, w tym wypadku iPhone’ów. Dziwny to film, muszę przyznać, który można obejrzeć, ale wcale nie trzeba. Nie zanudzi, nie wystraszy, ale i nie szczególnie zaciekawi. Ot przeciętniak jakich wiele. 

Recenzowane przeze mnie filmowe dzieło, jak już wyżej wspomniałam bazuje na krótkim opowiadaniu Kinga, mistrza grozy, którego zarówno jego, jak i jego syna dzieła, często wykorzystywane są w filmowych adaptacjach, także na Netfliksie. Muszę się jednak przyznać, że dzieła literackiego na jakim bazuje film Telefon pana Harrigana, nie czytałam, więc nie mam bladego pojęcia na ile film Netfliksa jest jego kopią, a ile własnym scenariuszowym pomysłem.

Niemniej jednak historia skupia się na nastolatku imieniem Craig, który mieszka wraz z ojcem, który nie pogodził się ze śmiercią ukochanej żony, w małym miasteczku, w którym wszyscy się znają. Mieszkańcem tego miasta jest także żyjący na odludziu, stroniący od towarzystwa, niezmiernie bogaty staruszek, tytułowy pan Harrigan. Pewnego dnia zatrudnia on Craiga, będącego jeszcze wtedy dzieciakiem, by dwa razy w tygodniu przychodził do jego wielkiej posiadłości i czytał mu książki. 

Czas mija, a Craig staje się nastolatkiem, zmieniającym szkołę i myślącym o dalszej przyszłości, która z przyczyn majątkowych jego rodziny, nie wydaje się być różowa. Chłopak dalej uczęszcza do starszego mężczyzny, a nawet się z nim zaprzyjaźnia. Pewnego dnia, wygrywając dość sporą sumę pieniędzy, kupuje panu Harriganowi telefon, wspomnianego wyżej iPhone’a. Niestety starszy mężczyzna umiera, a gdy Craig wkłada jego telefon do trumny denata, z przerażaniem odkrywa, że może się z nim kontaktować zza grobu. 

I to, że może rozmawiać ze zmarłym zza światów oraz to, że ów zmarły ma na sumieniu pewne grzeszki, to jedyna straszniejsza część tego, co to dużo mówić nudnego filmu o niczym. Właściwie przez większość część seansu mamy do czynienia z dramatem chłopca, który przeżywa śmierć matki, żyje nieco na uboczu szkolnego społeczeństwa, a jego stan majątkowy nie pozwala na pełnoprawne uczestniczenie w nastoletnim życiu.

Bo oto okazuje się, że Telefon pana Harrigana to historia wyjęta rodem z klasycznych tytułów dla młodzieży, ale skupiona na ich miłości do świata, ani nawet nie do siebie wzajemnie, a do telefonów, im droższych, tym lepiej. Ech….momentami nowa produkcja Netfliksa jest tak absurdalnie głupia, że aż śmieszna, choć śmiać się tu z pewnością nie powinniśmy, bo John Lee Hancock, który jest reżyserem filmu, dotknął spraw dramatycznych, poważnych i trudnych. Reżyser poruszył takie tematy jak śmierć, samotność, odrzucenie, jednocześnie pokazując, że przyjaźń, podobnie jak miłość nie ma ograniczeń wiekowych i nie zagląda w metrykę. Wszystko fajnie…., ale w jedynym filmu jest tego zwyczajnie za dużo. 

To co wydaje się wartościowe w opisywanym przeze mnie filmie to przede wszystkim ładnie pokazana przyjaźń i w miarę dobre aktorstwo. Zaznaczę tylko, że w rolę Craiga wcielił się Jaeden Martell, który znany jest Wam zapewne bardziej z horroru To i To: Rozdział 2 oraz filmu Na noże. Panem Harringanem został zaś bardzo znany i ceniony aktor Donald Sutherland, mający na swoim koncie mnóstwo filmowych ról, między innymi w serii Igrzyska śmierci, czy serialu HBO Od nowa. Obsada aktorska, to jak mniemam coś co zapewne zachęciło niejednego posiadacza Netfliksa do zapoznania się z filmem. 

I choć aktorstwo nie jest w tym wypadku wybitne, w żadnym razie nie można mu niczego zarzucić. Momenty, w których siedzimy w bibliotece wielkiej posiadłości, a Craig czyta staruszkowi przeróżne książki są może banalne i nudnawe, a często nawet przydługie i nie wnoszące do fabuły za wiele, ale świetnie obrazują rodzącą się między dwójką różnych przyjaźń. Nie oczekujcie jednak po tej opowieści poczucia grozy, bo dreszczyk emocji będziecie w stanie poczuć jedynie pod koniec filmu, ale niewątpliwie nie będzie to klasyczne straszenie, jakiego spodziewamy się po horrorach.

Stało się tak poprzez zatracenie klimatu, gdyż do filmu upchnięto tyle przeróżnych ludzkich dramatów, i sytuacji, że trudno na jednej z nich mocniej się skupić. Twórcy postarali się zobrazować uzależnienie od telefonu, czyli chorobę współczesności. Postanowili pobawić się żałobą, robiąc to jednocześnie dość nieudolnie. Pokazali przyjaźń, która sięga aż zza grób, w zaświaty. Problem w tym, że żadnym aspekt filmu nie jest na tyle angażujący, i nie na tyle ciekawy, by móc widza przy sobie zatrzymać. Dodatkowo pobawiono się znaną młodzieżową formą serialowo-filmową, pokazując dzieciaka, który nie przystosował się do nowej szkolnej sytuacji, jest przez innych średnio lubiany a i sam trzyma się z dala. Cóż, to wszystko już widzieliśmy, to już było. Nie jest to już ani ciekawe, ani zachęcające i nowatorskie, a wręcz odtwórcze i banalne. 

Telefon pana Harrigana to smętna opowieść o niczym. Nie ma tu nic innowacyjnego, nic czego już byśmy gdzieś już nie widzieli. Nie ma ten grozy, ani klimatu, który rozmył się gdzieś wraz z napakowaniem do filmu zbyt dużej ilości treści. To nudny film, o nudnym, ponurym i smutnym życiu. I tylko przyjaźń niesie nieco tę produkcję….no ale i ona, niestety, też się nagle w filmie kończy. I choć wtedy zaczyna się nieco bardziej mroczna opowieść, to nie potrafi się ona niczym obronić. Potencjał był, ale nie został w tym wypadku dostatecznie i prawidłowo wykorzystany. 

Jeśli chcecie film obejrzeć, to proszę bardzo, tylko miejcie na uwadze, że to kolejny przeciętniak w bibliotece Netfliksa. Moja jego ocena to 6/10. 

Film do obejrzenia na platformie Netflix. 

wtorek, 3 czerwca 2025

Klątwa naszyjnika - recenzja. Kolejny mało zaskakujący horror o opętaniu

Klątwa naszyjnika - recenzja. Kolejny mało zaskakujący horror o opętaniu

 

Serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji horroru Klątwa naszyjnika, nowości w dziele grozy na platformie Max, filmu za którego odpowiedzialne jest Warner Bros. Entertainment. Miłej lektury!

Szczerze to już dość dawno nie oglądałam żadnego horroru, bo raz brak mi na to czasu, dwa żadna propozycja grozy nie przykuła mojej uwagi. Na The Curse of The Necklace, w wersji polskiej Klątwę naszyjnika trafiłam przypadkiem. Może bym na niego uwagi nie zwróciła, gdyby nie grafika promująca tę produkcję, która zwyczajnie mnie zaciekawiła. A że akurat zajmowałam się czymś co pozwala jednocześnie skupić się na oglądaniu, to postanowiłam dać filmowi szansę. A o czym opowiada? I czy warto go obejrzeć? O tym w mojej recenzji 👇

Przeczytaj również:

Klątwa naszyjnika to historia rozpadającej się rodziny Davisów i więzi, która traci dawną moc. Akcja filmu rozgrywa się w latach 60-tych, kiedy to wyrzucony z domu Frank, pracujący jako policjant alkoholik, postanawia wrócić do żony Laury i swych dwóch córek, jedenastoletniej Ellen i szesnastoletniej Judy. Czująca zniewolenie, zdominowana przez męża Laura wraca do pracy jako pielęgniarka, ponownie stawiając siebie na pierwszym planie. 

Tymczasem Frank, dla którego miejsce żony jest w domu postanawia jakoś wkupić się w łaski małżonki. Odnajduje w pudełku antyczny naszyjnik, przedmiot będący dowodem w zamkniętej sprawie z roku 1938. Niestety szybko okazuje się, że klejnot ów jest pomostem do świata zmarłych. Zamknięta jest w nim dusza pewnego złego chłopca. Przyniesiony do domu przedmiot sprawia, że Laura, a przede wszystkim jej córki wkrótce znajdują się w wielkim niebezpieczeństwie. Sekret naszyjnika i zamkniętej w nim tragicznej historii sprzed lat musi zostać do końca odkryty. 

Recenzowana przeze mnie produkcja niczym szczególnym się nie wyróżnia, niczego wielkiego, podniosłego, czy naprawdę strasznego nie jest w stanie widzowi zaoferować. To dość banalna i wszystkim miłośnikom grozy znana opowieść o złu zamkniętym w przedmiocie, opętaniu i chęci mordu. 

Film nie zanudzi widza, ale jednocześnie nie zaoferuje niczego co by już gdzieś nie widział. Produkcja jest sztampowa i dość przewidywalna, ale ma coś co mnie w horrorach najbardziej porusza. Tym czymś jest skupienie fabuły na dzieciach, na ich dramacie, na ich bólu, na ich tajemnicy. To właśnie na dziecku koncentruje się mroczna i mordercza historyjka, która jak się przekonacie ma drugie dno. Nie spodziewajcie się jednak grozy najwyższych lotów, bo Klątwa naszyjnika to bardziej dramat w klimacie thrillera, który nie bardzo stara się nam wyjaśnić skąd i dlaczego naszyjnik ma w sobie klątwę, i czemu dotyka ona dziecka. 

Klątwa naszyjnika to amerykański horror thriller, z roku 2024, o którym prawdę powiedziawszy nie słyszałam, a który w obsadzie ma aktorów, których możecie kojarzyć z dość znanych tytułów, nie tylko filmowych. 

W główne postaci filmu wcielają się Henry Thomas (Nawiedzony dom na wzgórzuNawiedzony dwór w Bly, Zagłada domu Usherów) jako Frank, Sarah Lind (Egzorcyzmy Molly Hartley, W obliczu przeznaczenia) jako Laura, Madeleine McGraw (Czarny telefon, Czarny telefon 2, Opętana) jako Judy czy Violet McGraw (M3GAN, M3GAN 2.0, Życie Chucka) jako Ellen. 

Znana obsada, i całkiem przyzwoite odegranie ról nie czynią niestety z przeciętniaka czegoś wielkiego. Ale aktorzy, także drugoplanowi dwoją się i troją, by z banalnego scenariusza, kroczącego już dawno utartą ścieżką wyciągnąć jak najwięcej. Niestety twórcy filmu, a jest nim Juan Pablo Arias Munoz to się nie udało. 

Klątwa naszyjnika to kolejny nie straszny horror, i niestety mało wciągający, zbyt płaski thriller. Fabuła ma problem ze spójnością, nie posiada właściwego rozwinięcia, coś nam wyjaśnia, ale nie do końca. 

Produkcja owa ma w sobie wszystko to co już na ekranie widzieliśmy wiele razy. Ma klątwę, ma walkę dobra ze złem, ma śmierć, opętanie i tajemnicę. Niby jest z czego posklejać coś naprawdę fajnego, coś trzymającego w napięciu, a jednak tego nie robi.

To bardzo pospolity tytuł, który być może na leniwy wieczór, czy spokojne popołudnie może się nadać. To także tytuł, który spokojnie mogą obejrzeć także ci widzowie, którzy bać się na filmach nie mają zamiaru. Klątwa naszyjnika to film, który można obejrzeć, ale wcale nie trzeba.

Moja ocena 6/10. 

Klątwa naszyjnika do obejrzenia na platformie Max. 

sobota, 17 maja 2025

Babcie - recenzja filmu Netlix. Idealny na poprawienie sobie nastroju

Babcie - recenzja filmu Netlix. Idealny na poprawienie sobie nastroju

 

Zdjęcie: Netflix

Serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji amerykańskiego komediodramatu, najnowszej produkcji platformy Netflix, zatytułowanej Babcie. Urocza, nieco nostalgiczna, rodzinna i niewątpliwie smaczna opowieść na poprawienie nastroju.

Maj niestety pogodowo nas nie rozpieszcza, na dworze ciemno, mokro i przede wszystkim zimno. Dobry zatem czas na coś przytulnego, uroczego, ale i smacznego, coś co pozwoli zapomnieć o tym, że maj upodobnił się do października. W rozgrzaniu atmosfery i nastrojów pomóc może amerykański komediodramat Netfliksa, Babcie, który do serwisu trafił 9 maja. 

Inne recenzje na blogu:

Nie jestem miłośniczką amerykański produkcji komediowych, sporadycznie sięgam po takowe, szczególnie na Netfliksie, który jakościowymi produkcjami w tym gatunku niestety nie zachwyca, przynajmniej mnie. Ja osoba stawiająca na bardziej klimatyczne tytuły, i mocniejsze emocjonalne wyzwania rodem grozy, cieplutkie, przytulne komedyjki raczej odpuszczam, mając je przeważnie tylko na uwadze - może kiedyś obejrzę. Babcie miało to szczęście, że po pierwsze było nowością, która rzuca się w oczy, a Netflix nie pozwala o niej zapomnieć, pod drugie trafiło na podatny grunt, czyli kiepski nastrój, który miałam ochotę czymś sobie poprawić. I tak padło na amerykańską komedię z nutą dramatu, w iście włoskim, i kulinarnie smacznym stylu.

Opowieść koncentruje się na dojrzałym mężczyźnie, Amerykaninie włoskiego pochodzenia, bardzo związanym z matką, tradycyjną Włoszką z wielki zdolnościami do gotowania i smakowania kuchni w wielkim, radosnym gronie głodnych Włochów. Marzeniem rodzicielki było otwarcie własnej włoskiej restauracji. Gdy kobieta umiera, jej syn postanawia pociągnąć rodzinną tradycję karmienia ludzi, otwierając włoską restaurację stawiającą na smaczne, rodzinne, i tradycyjne włoskie jedzenie, które przyrządzać będą babcie. 

Choć pomysł zainwestowania wszystkich pieniędzy w dość niepewny interes, który na dodatek nie podoba się sąsiadom i innym przedsiębiorcom, nie wydaje się przyjacielowi Joe'ego Scaravelli udany, ten postanawia zaryzykować, kupuje lokal, remontuje go, i zatrudnia w nim wieloletnią przyjaciółkę jego matki oraz dwie inne Włoszki oraz fryzjerkę ze zdolnościami cukierniczymi. 

Babcie to produkcja, do której inspiracją dla jej reżysera, a jest nim Stephen Chbosky (Piękna i Bestia, Cudowny chłopak, Charlie) i scenarzystki Liz Maccie (Syrena, Pragnienie), stała się prawdziwa historia. Włoski rodzinny lokal, w którym od lat gotują starsze panie, czyli babcie, w rzeczywistości z całego świata, faktycznie istnieje, i wciąż ma się całkiem dobrze. 

W historii, którą zaserwował nam Netflix restauracja to miejsce pracy z włoskim klimatem, nieco przesadnie prezentowanym widzowi, niemal na każdym kroku. W każdym innym przypadku mógłby być to zarzut w stronę tej produkcji. O dziwo w Babciach emanowanie włoskością, na nieco amerykańską nutę jest słodkie, urocze i niezwykle smaczne. To bowiem bardzo ciepły, bardzo przyjemny w odbiorze i bardzo pobudzający kubki smakowe film. Jeśli zasiądziecie do jego oglądania z pustymi brzuchami, to gwarantuje Wam, że przerwiecie seans i pobiegniecie do kuchni zrobić sobie coś do jedzenia. 

Jeśli macie zły humor, bądź przytłacza Was depresyjnie zimny maj, to bohaterowie tej urokliwej tragikomedii, ale i opowieści obyczajowo-familijnej, bo stawiającej na rodzinę, na ludzi, przyjaźń, zaufanie i na tradycje, z pewnością podniesie Was na duchu.

Babcie to właściwie niczym nie wyróżniający się film, nie kino wysokich lotów, nie produkcja ponadprzeciętna, ale filmowy zwyklak, który pewnie niedoróbki i lekki filmowy patos, łagodzi klimatem i postaciami. Jednocześnie może pochwalić się całkiem przyzwoitą obsadą. 

Dobrotliwy, tęskniący za matką, i stawiający na włoskość i rodzinną atmosferę Joe, w którego wcielił się Vince Vaughn (Piękna i rzeźnik, Małpi biznes). Przedsiębiorcza fryzjerka ze zdolnościami w cukiernictwie Gia, kobieta po przejściach, stawiająca na biznes i samą siebie, na swą kobiecość, zagrana przez Susan Sarandon (Batalion 6888, Monarch). Hałaśliwa i nie dająca sobie w kaszę dmuchać Roberta, która starość spędza w domu opieki, zagrana przez Loraine Bracco (Rodzina Soprano, Upiorne wakacje). Jest i Antonella, zadbana starsza pani z włoskim temperamentem, opłakująca od wielu lat przedwcześnie zmarłego męża. W nią wcieliła się Brenda Vaccaro (I tak po prostu..., Pewnego razu.... w Hollywood). Teresa, zagrana przez Talię Shire (Megalopolis, seria Rocky), zakonnica, która porzuca zakon by się realizować. Jest i Olivia, dawna miłość Joe'ego, sąsiadka Antonelli i jej opiekunka, zagrana przez Lindę Cadellini (Już nie żyjesz, Topielisko. Klątwa La Llorony), wdowa, która robi prawniczą karierę oraz przyjaciel Joe'ego Bruno, zagrany przez Joe'ego Manganiello (Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera, Czysta krew) oraz jego partnerka Stella, w którą wcieliła się Drea de Mattego, znana z seriali Gotowe na wszystko, który powrócić ma w reboocie Wisteria Lane.

Wszystkie postaci są w filmie ważne, ale prym wiodą tu babcie, w szczególności dwie z nich. To między nimi dzieje się włoska magia, czyli burza temperamentu, spory, kłótnie czy rzucanie pomidorami. To one są smakiem, zapachem i urokiem restauracji, której celem jest nie tylko podawania dań, ale tworzenie ciepłej, rodzinnej, babcinej atmosfery. 

I właśnie to ciepło, ta rodzinność, ta wysmakowana familijność sprawia, że film Babcie ogląda się z wielką przyjemnością, czasami się śmiejąc, czasami wzruszając. Ten tytuł ma wszystko to co jest potrzebne do tego, by czuć się swojsko, przytulnie, by zwyczajnie się przy nim odprężyć. Babcie to pogodny film, nie tylko o restauracji, nie tyle o gotowaniu i rodzinnej atmosferze, to także produkcja o braku wykluczenia, o tym, że starość to nie tylko dom, stare fotografie, samotność, z czasem rozgoryczenie, ale także przyjaźń, praca którą się lubi, i przede wszystkim bycie potrzebnym. 

Babcie to filmowe dzieło, które mimo pewnej jego banalności i także trochę infantylności, zwyczajnie ogląda się niezwykle dobrze. Ciepła historia o realizacji marzenia, wlewająca w serce czystą słodycz, którą odczułam jeszcze przy tylko przy jednej produkcji od Netfliksa Nasze noce, historia pobudzająca również kubki smakowe, szczególnie na włoskie jedzenie. Serdecznie go polecam! Myślę, że warto!

Moja ocena 8/10.

Babcie można obejrzeć na platformie Netflix.

piątek, 2 maja 2025

Wielki Mur - recenzja. Mieszanina fantasy, przygody i baśni

Wielki Mur - recenzja. Mieszanina fantasy, przygody i baśni

Serdecznie zapraszam do przeczytania mojej recenzji filmu, który można obejrzeć na Netflix, fantasy przygodowej baśni Wielki mur. Miłej lektury! 

Zdarzyło się Wam obejrzeć film i nie bardzo wiedzieć jak go ocenić, ba… nie mieć nawet pojęcia do jakiego gatunku go zakwalifikować i tak naprawdę dumać nad tym, czy dzieło mi się podoba czy nie? Może tak, może nie….., ja czasami tak miewam i to emocjonalne rozdarcie towarzyszyło mi po obejrzeniu Wielkiego Muru w reżyserii Yimou Zhanga. Film zakwalifikowany jako produkcja fantasy i przygodowa jednocześnie, lawiruje jednak między baśniowością a mistycyzmem, pewną dawką komedii a filmem akcji, lekkim romansem i typowymi filmami azjatyckimi, w których na ekranie rozgrywają się spektakularne iście gimnastyczne potyczki i zrealizowane z rozmachem elementy walki. I choć ten specyficzny miszmasz nie bardzo mi odpowiada, to mimo wszystko nie sposób się na nim nudzić.

Może zainteresuje Cię także:

Rzecz jak łatwo można wywnioskować z tytułu dzieje się w Chinach, w których to przyjdzie nam towarzyszyć dwójce walecznych acz nie pozbawionych zadziorności mężczyzn z Zachodu, którym marzy się szybkie wzbogacenie się dzięki zasobom czarnego prochu, który skrywa to miejsce. Napadnięci przez przedziwną i krwiożercą istotę, pozbawiwszy jej dłoni, trafiają na wspomniany mur, do pewnej elitarnej jednostki wojskowej, której celem jest obrona kraju, a nawet świata przez stworami, które co 60 lat atakują ludzi, zjadając jednego za drugim. Ponieważ nasza dwójka posiada nieprzeciętne umiejętności posługiwania się, jeden łukiem, a drugi toporem, jak się domyślacie. niemal natychmiast zostają aktywnymi uczestnikami tego, co się wokół nich dzieje.

Fabuła rzekłabym banalna i oklepana mimo wszystko potrafi wciągnąć. Wielki Mur to produkcja, w której Yimou Zhang postawił na sprawdzone elementy, pozwalając widzowi po prostu obejrzeć film, dzieło proste, nie wymagające przemyśleń, ot prawie dwie godziny czegoś z czym można zapoznać się zajadając chipsy i popijając herbatkę. Proste zasady rządzące w owej produkcji, to walka dobra ze złem, czyli grupy chińskich żołnierzy, posiadających niesamowite umiejętności z istotami tak okrutnymi i krwiożerczymi, że aż niewiarygodnymi. Co tu dużo mówić, przyjdzie nam oglądać ludzi ratujących świat (filmowa norma) a ratunek ten upstrzony jest licznymi, choć nie największych lotów, ale mimo wszystko widowiskowymi bitwami. Żołnierze będą łazić po murach, skakać w dół zawieszeni na linach, robić gimnastyczne fikołki i salta. Nie zabraknie też wybuchów, ognia i wszelkiego typu fajerwerków.

Nie tylko elitarna drużyna zaprezentuje w Wielkim Murze pokaz swoich umiejętności. Zdolności rodem z bajek wzięte pokażą nam także William, grany przez Matta Damon’a i Tovar, w którego wcielił się Pedro Pascal. Pierwszy z nich posługuje się łukiem lepiej niźli Wilhelm Tell, drugi zaś rzuca toporami tak celnie jak zapewne nikt nigdy. Oprócz niebywałych umiejętności walecznych, postaci te miały być zapewne pokazane w nieco humorystyczny sposób. Reżyser, co widać próbował przemycić do swego filmu nieco humoru, z tym że ten jest on naciągany i płytki. Ani jednemu ani drugiemu z aktorów wcielających się w słodkich zabijaków, nie udało się być jednocześnie szorstkim i zabawnym, choć mniemam takie było założenie twórcy. Reszta osób jest taka jaka być powinna. Waleczna, prawa, patetyczna i zrównoważona pani Komandor Lin Mae, w tej roli piękna Tian Jing, czy stanowczy i pewny siebie Strateg Wang, czyli Andy Lau.

Wielki Mur jest tytułem bardzo mylącym. Można by było pomyśleć, że czeka nas tu wiele odniesień do przeszłości i wzmianek historycznych. Nic bardziej mylnego. To klasyczny film fantasy przepleciony elementami akcji i baśni. Tu nawet muru nie ma za wiele. Widzimy tylko jego fragment, podczas kolejnych ataków bestii. Cieszyć nasze oczy będą za to liczne wynalazki technologiczne, w postaci przemyślnych balonów, dział oblężniczych i tym podobnych. Wspomniany przeze mnie film to także żywe świadectwo kooperacji chińsko – amerykańskiej. Z ekranu nie raz, nie dwa wylewa się patos, a dialogi między bohaterami są ich pełne.

Duża zaletą filmu są kostiumy, nie tylko niesamowite pod względem wykonania, ale także niezwykle kolorowe. Barwy i mistycyzm, to zdaje się główne przesłania tej projekcji, która choć nie jest w stanie dorównać dwóm poprzednim filmom Zhanga: „Domu latających sztyletów” i „Hero”, to poprzez swoją bajkowość i prostotę może się podobać.

Wielki Mur zapewne nie jest dziełem powalającym na kolana, takim co to ogląda się z zapartym tchem, takim, o którym po projekcji dyskutuje się przez kolejne godziny. To bardzo przeciętny film, wypełniony wartką akcją. Kinowy średniak przyciągnąć jednak może sprytnym wyeksponowaniem tego co w kinie azjatyckim jest już niemal tradycją. Włożenie do filmu nieco Hollywoodu nadało mu jednocześnie nieco ostrości i świeżego powiewu, choć nie jest to wietrzysko, a jedynie lichy zefirek. 

Cóż, pozostało mi go jedynie ocenić, co oczywiście czynię, dając Wielkiemu Murowi 6/10.

Wielki Mur można obejrzeć w ramach subskrypcji na platformie Netflix.