Serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji narracyjnej, przejmującej gry przygodowej, w której przyjdzie nam odkryć mroczną tajemnicę pewnego opuszczonego obozowiska drwali. Oto co myślę o The Tragedy at Deer Creek!
The Tragedy at Deer Creek to jedna z tych gier, która od razu zwróciła moją uwagę, i której rozwój śledziłam z zaangażowaniem, coraz bardziej zaciekawiona tym niezależnym, stworzonym przez niewielkie indie studio przygodowym tytułem. Autorami opowieści ze smutnym, emocjonalnym przekazem, w której natkniemy się również na zjawiska nadprzyrodzone, są dwaj bracia, pochodzące ze Szwecji studio Sparrowland. Grę w pełnej wersji, której wrażenia z demo, wciąż dostępnego na Steam, miałam okazję sprawdzić dzięki uprzejmości twórców, za co serdecznie dziękuję, opisałam w poniższej recenzji, do której przeczytania oczywiście serdecznie Was zapraszam 👇
Inne, przykładowe recenzje na moim blogu:
- Magin: The Rat Project Stories - recenzja. Ładna i ciekawa, z koszmarnymi karcianymi walkami
- The Big Hollow: 1982 - recenzja. Przygodówka w której zostajemy profilerem kryminanym
- Whirlight - No Time To Trip - recenzja. Pełna zwrotów akcji podróż przez czas i przestrzeń
The Tragedy at Deer Creek to gra, która rozgrywa się tak naprawdę na dwóch płaszczyznach czasowych. W jednej jesteśmy fotografką z XX wieku, w drugiej zanurzamy się w opowieść spisaną na kartach pamiętników, notatek i listów, która rozgrywa się w wieku XIX, w małej położonej na Alasce osadzie.
Historia rozpoczyna się zimą roku 1997, od fotografki Charlotte Gray, którą poznajemy w chwili rozmowy z ukochanym, przygotowującą się do wyprawy na wspomnianą już Alaskę. Jej celem jest dotarcie do niewielkiej osady drwali w Deer Creek. Kobieta pragnie dokonać tam dokumentacji fotograficznej, robiąc zdjęcia jednego z opuszczonych miasteczek, by skończyć zaczęty jakiś czas temu projekt pod tytułem „Forgotten Frontiers”.
Po dotarciu na miejsce i przygotowaniu się do pracy, wkracza do osady, szybko odkrywając, że czas jakby się tu zatrzymał. Zamiast zrujnowanego i dotkniętego zębem czasu miejsca, czego się spodziewała, trafia do osady, w której życie ludzi, mające początek w zapiskach z roku 1886, choć nie ma tu już jego mieszkańców, wciąż istnieje, i ma do opowiedzenia przejmującą, tragiczną historię.
Charlotte wiedziona ciekawością, zaczyna koncentrować się nie tyle na swojej pracy, jak na odkrywaniu Deer Creek, które odsłania przed nią coś, czego wcale nie spodziewała się odkryć. Zagłębia się w mroczny sekret, który przybliża ją do poznania prawdy o rodzinie, wielkiej stracie i granicach jakie człowiek jest w stanie złamać, by chronić najbliższych, tych których kochamy.
The Tragedy at Deer Creek to przygodówka, której fabuła odkrywana jest w fragmentarycznie, ze strzępków tekstów zamkniętych w pamiętnikach, notatkach, dziennikach czy listach. To opowieść biegnąca w swoim własnym, powolnym, narracyjnym tempie, której wątek fabularny budowany jest stopniowo narastającym napięciem, niczym w dobrze napisanym thrillerze, w którym znalazła się nie tylko trzymająca nas w zaciekawieniu emocjonalna opowieść, ale i wątki nadprzyrodzone.
Budowanie klimatu poprzez stopniowanie dawkowanie fabularnej opowieści, i dzięki niedopowiedzeniom, także w jej finale, daje pole do własnej interpretacji tej historii, do zadawania pytań, do zadumy. Smutna opowieść o tragedii jaka wydarzyła się wśród zdawałoby się zżytej społeczności, gdzie każda osoba ma jaką przeszłość, i boryka się z własnymi problemami, w trudnym do życia, surowym miejsce Deer Creek, nie daje jednoznacznej i super precyzyjnej odpowiedzi. Finał gry, historii którą nasza fotografka odkrywa, wywołuje zadumę, kręci łezkę w oko, budzi żal, ale i daje przestrzeń do zastanowienia się nad naturą człowieka, nad moralnością i niemoralnością, sprawiedliwością i niesprawiedliwością, lojalnością i poświęceniem.
Twórcy bardzo szczerze podeszli to trudnego, dla wielu z nas przykrego tematu, nie podając wszystkich szczegółów fabularnych, fabularnie nagradzając dokładność eksploracji, dokładne czytanie odnajdywanych pamiętników, czytanie litów pozostawionych przez mieszkańców, a nawet sprawdzanie rysunków i notatek.
Nienachalne, dające przestrzeń do refleksji nad opowieścią zakończenie jest jedną z mocniejszych stron tej niesamowicie wciągającej historii o miłości, stracie i poświęceniu. To co się w grze wydarzyło, to co zdołaliśmy podczas eksploracji The Tragedy at Deer Creek odkryć, ma być nie tyle zwieńczeniem fabuły, a częścią celowego działania twórców. To nie jest gra łatwa, ale nie jest również banalna. To psychologiczny, nadprzyrodzony przygodowy thriller dla wymagających, kochających narracyjne opowieści graczy. Nic co nie jest tu opowiedziane wprost jest jej atutem, jest czymś za co twórców należy pochwalić, doceniając pomysł na opowieść, i intelekt, który oni sami zobaczyli również w graczach przygodowych. Mądrych przygodówek bowiem nigdy nie za wiele.
Śmiem twierdzić, że nie za wiele jest również miłośnikom tego fabularnego gatunku, w tym i oczywiście mnie, przygodówek w klasycznym stylu point-and-click. Recenzowana przeze mnie gra jest właśnie taką przygodówką, której obsługa koncentruje się na komputerowej myszce, za pomocą jednego kliknięcia. Do dyspozycji mamy ikonę "stóp", która zaprowadzi nas w odpowiednie miejsce; ikonę "oka", która pozwoli na przyjrzenie się miejscu, przedmiotowi czy dokumentowi oraz ikony związane z interfejsowym działaniem, w których skład wchodzi wspomniane już "oko" oraz "dłoń", dzięki której możemy zabrać przedmiot, bądź dokonać czynnościowej interakcji.
The Tragedy at Deer Creek to gra oferująca typowy ekwipunek, zlokalizowany w plecaku Charlotte, w którym natkniemy się na trzy zakładki. Oprócz rzeczy, które do niego trafiają, przedmiotów które możemy obejrzeć poprzez wybranie opcji "examine", bądź połączyć dzięki "combine", znalazła się również zakładka, do której trafiają zebrane podczas gry dokumenty - pamiętniki, listy, notatki oraz ta, w której swoje miejsce mają znalezione podczas eksploracji gry zdjęcia. Każde z nich można w dowolnej chwili obejrzeć, a dokumenty przeczytać, posługując się nimi także podczas pojawiających się w grze zagadkach, bądź do interpretacji warstwy fabularnej.
Oprócz tego na dole ekranu, w lewym dolnym rogu, obok plecaka, znajdziemy również notatnik naszej protagonistki. W nim umieszczane są informacje na temat sfotografowanych przez Charlotte lokacji, których ikony w formie fotek, trafiają do notatnika. W grze, która charakteryzuje się dość liniową rozgrywką, zwiedzanie i odkrywanie zaczynamy od odblokowania kilku miejscówek, co pozwala na dalsze poznawania historii. Bez ich odblokowania, nie możemy, przynajmniej na początku, zabierać istotnych dla posunięcia do przodu fabuły, przedmiotów.
Niektórym zabieg ów może wydawać się nieco dziwny i niepotrzebny, ale ma to swój cel. Jest rodzajem samouczka, wprowadzenia do rozgrywki, która w podzielonej na cztery rozdziały opowieści nagradza dokładność, nie spiesząc się z rozgrywką, nikogo w niczym zadaniowo nie popędzając.
Ta dokładność jest ważna, bowiem recenzowany przeze mnie tytuł nie posiada klasycznego podświetlanie miejsc interaktywnych, choć sposób tego jak wyświetlać się będą nam aktywne miejscówki i to co możemy w grze kliknąć, można zmienić w ustawieniach. Wprowadzona zmiana ułatwia nieco odnalezienie istotnego dla gry szczegółu, jednocześnie eliminując możliwość pominięcia przedmiotu, który będzie nam potrzebny. A to, wierzcie mi, może się zdarzyć.
Wykonane poprawnie zadanie, bądź odnalezienie istotnego elementu nagradzane jest przez grę odpowiednim dźwiękiem, co podkreśla graczom iż posunęli się do przodu, a ich działania są właściwie.
We wspomnianym już notesie znajdziemy również konkretne zadania, cele przed którymi stoi nasza bohaterka, a co za tym idzie, gracz. Krótki opis tego co właśnie odkryliśmy w nowej lokacji, plus zadanie z jakim musimy się zmierzyć, pozwalają na przygodową precyzję, utrudniając fabularne utknięcie, które może przydarzyć się graczom, nie tylko w zadaniowej, logicznej części owej przygodówki, ale i tej przedmiotowej. Ale o tym za chwilę.
Pozostając wciąż przy interfejsowej części rozgrywki warto wspomnieć, że The Tragedy at Deer Creek to gra, która posiada ręcznie zapis rozgrywki, choć slotów na zapis jest niestety ograniczona ilość. Grze można to wybaczyć, ponieważ jest to tytuł zbyt długi, przewidziany na około 3 godziny. Mnie osobiście zajął nieco więcej czasu, z racji na bardzo, ale to bardzo dokładne badanie każdego interaktywnego miejsca.
A zdecydowanie jest w tej grze co robić. Mimo rozgrywki niezbyt długiej, nie oferującej wielu godzin zabawy, gracz zbierze wiele przeróżnych przedmiotów i będzie kombinował gdzie i kiedy ich użyć. To kiedy ma tu znaczenie, bowiem niektóre rzeczy nie będziemy mogli od razu zabrać, sporą ich część będziemy musieli sami stworzyć, z zebranych wcześniej elementów. Są i takie po które sięgniemy dopiero po jakimś czasie, gdy czas i temperatura (jest taki przedmiot), zrobią swoje. Będą i przedmioty, ale i zapiski w pamiętnikach, bądź dziennikach, która wpadną w nasze ręce dopiero wtedy, gdy uda się nam poradzić z zagadką czy minigrą.
Oprócz licznych zagadek przedmiotowych na grających czekają również zadania czysto logiczne. Te twórcy bardzo zgrabnie wpletli w fabułę, pozostawiając w odwiedzanych przez nas chatach i ich pokojach podpowiedzi. Przyjdzie nam poradzić sobie, między innymi z cylindrem z działaniem matematycznym, ale i z cylindrem muzycznym. Odkryjemy zagadki słowne, ale i natkniemy się na dość proste, ale połączone zgrabnie z fabułą minigry.
The Tragedy at Deer Creek nie jest przygodówką nazbyt trudną. Jest grą z zadaniami do których znajdziemy rozsądną i logiczną podpowiedź. Ale nie jest również tytułem banalnie prostym. Twórcom udało się zbilansować zadaniowy ten aspekt gry, sprawiając że gracz nie poczuje podczas eksploracji frustracji związanej z fabularnym zacięciem, a i nudzić się zapewne nie będzie.
Jeśli miałabym (to jest absolutnie moje osobiste odczucie), do czegoś się nieco przyczepić, to dałabym lekkiego minusa za powtarzalność zadania z labiryntem w lesie, a dokładnie z wędrówką do Wieży. Moim zdaniem raz wykonana czynność z właściwym przejściem, kierując się znalezioną podpowiedzią, nie powinna zmuszać do ponownego pokonywania leśnego labiryntu. Ta czynność winna już działać automatycznie, przenosząc nas bądź do wieży obserwacyjnej, bądź do osady. Ale jak już wspominałam, to moje subiektywne odczucie, osoby, która za wszelakimi labiryntami w przygodówkach nie przepada, mającej spory problem z orientacją w terenie, która w takich zadaniach zwyczajnie się gubi.
To czym omawiania przeze mnie gra może przyciągać, oprócz absorbującej fabuły z elementami paranormalnymi, które w grach zawsze są przeze mnie mile widziane, jest jej graficzna oprawa i niesamowite, podbijające klimat animacje.
Już gdzieś w moich tekstach z pewnością czytaliście, a ci którzy mnie znają, wiedzą że fankom pikselowej grafiki nie jestem, choć zaczynam się do niej przekonywać. Jednak gra, którą miałam przyjemność poznać, mimo tego, że stworzona jest w retro grafice, z widocznymi pikselami oferuje pikselozę, która w grach zwyczajnie mi się podoba. Jest to ten rodzaj grafiki, która u mnie budzi skojarzenia starego filmu nagranego na niszczejącej już taśmie, bądź specjalnie postarzałej. Mimo pikseli jest wyraźna, bardzo szczegółowa w różne drobiazgi, ale i oszczędzająca nam nasycenia barwami.
Nie jest to oczywiście typowo mroczna kolorystyka, typowo czarno-biała, z nutką wpadającego w szarość granatu, bo pojawiające się w niej animacje, nadają grze koloru, ale i niesamowitego klimatu. Miła dla oka grafika, którą z przyjemnością podziwia się w kolejnych odsłanianych nam stopniowo lokacjach, podbijana jest przez niesamowite filmowe animacje.
Przerywników, tak zwanych cut-scenek znajdziemy w grze naprawdę sporo, a większość z nich, jak i nie wszystkie mają na celu, i robią to świetnie, budować atmosferę tajemnicy i pewnego dreszczyku emocji, który wraz z Charlotte Gray odczuwamy. Twórcom udało się bowiem stworzyć nie tylko płynne, bardzo sugestywne i niezwykle czytelne animacje, które przy okazji nadają grze kolorów, ale i oddać w nich ruch, mimikę, gesty i emocje naszej protagonistki.
Każdy gest, każda czynność jaką podejmuje się kierowana przez nas fotografka jest spójna z czynnościami jakie wykonujemy w normalnym życiu, jest autentyczna i wiarygodna. Dodatkowo to co widzimy w kolejnych filmowych przerywnikach budzi emocje nie tylko growej protagonistki, ale i nasze. Niejednokrotnie widząc na ekranie wynikającą z fabuły animację, czułam się jak podczas seansu skrojonego na miarę, świetnie poprowadzonego fabularnie dreszczowca.
The Tragedy at Deer Creek to nie ma co ukrywać, niezwykle klimatyczna przygodówka, która poprzez wspomniane animacje podkreśla kluczowe wydarzenia w grze, ubarwiając je nie tylko kolorem, którego mało nam w zwykłej rozgrywce, ale i poczuciem tajemnicy, odkrywanych sekretów i nadprzyrodzonym stylem tejże opowieści.
Klimatu dreszczyku, a nie jest to typowa groza, bo opisywana przeze mnie przygodówka w żadnym razie nie jest horrorem, dodaje udźwiękowienie i muzyka. Nie sposób nie wspomnieć, że dźwięki otoczenia są czymś oddanym równie wiarygodnie, jak liczne i klimatyczne animacje. Trzeszczący pod stopami śnieg, dźwięki kroków, skrzypiąca podłoga i wiele innych dochodzących do nad dźwięków otoczenia, sprawiają, że klimat tajemnicy i paranormalności wyraźnie się zagęszcza.
Na dodatek w tej niewielkiej, niezależnej grze, jak już wspomniałam stworzonej przez dwójkę braci, ścieżka muzyczna jest stworzona bezpośrednio do gry, z wykorzystaniem instrumentów zebranych na przestrzeni aż dwudziestu lat. Oddaje ona nie tylko melancholijny, zadumany i tajemniczy styl opowieści, w której narracja bywa również poetycka, nie tylko wyrazu i atmosfery narracyjnego thrillera, ale i umiejętnie wskazuje czas w jakim rozgrywają się odkrywane przez nas wydarzenia. Główny motyw muzyczny, w którym z przyjemnością się zanurzyłam, przy którym często wczytując grę, zatrzymywałam się na dłuższą chwilę, idealnie oddaje okres amerykańskiej kolonizacji, osadników zaczynających nowe życie, w nowym miejscu.
Należy również wspomnieć, że recenzowany przeze mnie tytuł to gra w pełnej angielskiej wersji językowej, zarówno protagonistki, jak i postaci z przeszłości, które poznajemy podczas odczytywania znalezionych pamiętników. Głos aktorski wcielającej się w postać Charlotte Gray brzmi naprawdę dobrze, oddając podczas rozgrywki wszystkie emocje jakie nią szarpią.
Cieszy niezmiernie, że niewielki, bardzo niezależny projekt przygodowy posiada pełny dubbing, co według mnie zawsze podnosi jakość gry i sprawia, że odczucia z poznawania fabuły są pełniejsze, bardziej emocjonalne, bardziej pobudzające emocje.
Niestety, jak zwykle żałują, że polscy gracze nie mają okazji zagrać w ów tytuł z rodzimymi napisami. Ale w grze, która dostępne jest jedynie po angielsku, wydaje się to mimo wszystko oczywiste.
Podsumowanie - przejmująca, angażująca, dająca do myślenia
Przyszedł czas na podsumowanie, które jak już wiecie nie może być dla The Tragedy at Deer Creek negatywne. Nie może, bo opisywane przeze mnie gra jest tytułem zdecydowanie godnym polecenia, szczególnie dla tych graczy, którzy kochają narracyjne opowieści ze stopniowaniem emocji, tajemnicą i nadprzyrodzonym klimatem.
Fabuła potrafi wciągnąć, stopniowo odkrywając przed graczem często szokujący fakty. Możliwość poznawania opowieści na dwóch płaszczyznach czasowych, współcześnie podczas rozgrywki, kierując fotografką Charlotte Gray, i w przeszłości, poznając obozowe życie drwali w XIX wieku, poprzez wszelakie słowo pisane, sprawia wielką frajdę i budzi ciekawość.
Klasyczna rozgrywka "wskaż i kliknij", z prostym interfejsem, dobrze przemyślane zagadki przedmiotowe i wplecione w fabułę zadania logiczne, podbijane są przez niesamowite, filmowe i wywołujące dreszczyk emocji animacje, które oddają nie tylko klimat narracyjnego, psychologicznego thrillera, ale i wiarygodność emocji i działań naszej bohaterki. Growa protagonistka stworzona jest w bardzo ludzkim, bardzo naturalnym stylu.
Atmosfery tajemnicy, z lekkim niedopowiedzeniem w finale, które ma za zadanie dać graczom możliwość własnej interpretacji toczących się w grze wydarzeń, dodaje niesamowita ścieżka dźwiękowa, stworzona za pomocą przeróżnych instrumentów. Docenić należy również dobrą angielską wersję językową.
Pozostaje mi tylko żałować, że gra owa nie posiada polskiej wersji językowej, która zapewne zachęciłaby moich Rodaków do sprawdzenia tegoż tytułu. A zaprawdę powiadam Wam..... warto!
Moja ocena 8,5/10
Bardzo dziękuję studio Sparrowland za udostępnie gry do recenzji!
Grałam w wersję na komputery osobiste PC - Steam.
- Wciągająca fabuła;
- Dwie płaszczyzny czasowe;
- Trzymająca w napięciu historia;
- Stopniowe odkrywanie sekretu;
- Zjawiska nadprzyrodzone, mile widziane;
- Miła dla oka grafika;
- Klasyczna przygodowa rozgrywka;
- Ciekawe zagadki przedmiotowe i logiczne
- Dobry angielski dubbing;
- Niesamowicie klimatyczne animacje;
- Świetna ścieżka dźwiękowa;
- Podbijająca klimat muzyka;
- Możliwość ręcznego zapisu rozgrywki
Wady:
- Mimo wszystko za krótka;
- Brak polskiej wersji językowej;
- Trochę mało slotów na zapisy














Brak komentarzy:
Prześlij komentarz