wtorek, 1 października 2024

W zamknięciu, recenzja absurdalnie doskonałego miniserialu. Bo każdy może być zabójcą

W zamknięciu, recenzja absurdalnie doskonałego miniserialu. Bo każdy może być zabójcą

 


Recenzja absurdalnie doskonałego miniserialu o tytule W zamknięciu, bo każdy z nas może być mordercą. Oto co myślę o kolejnej propozycji od BBC na Netflix.

Zdarzenie błahe, że wręcz absurdalnie głupie, ale jednocześnie mogące doprowadzić do tragedii i historia pewnego mężczyzny skazanego na śmierć splatają się w serialu, jaki możemy oglądać na platformie Netflix. Dzieło nosi tytuł W zamknięciu i jest miniserialem, który składa się jedynie z czterech odcinków, w które, wierzcie mi na słowo, jeśli oczywiście nie oglądaliście, wsiąkniecie niemal natychmiast. 

Opowieść toczy się na dwóch płaszczyznach fabularnych, koncentrując się na różnych bohaterach, których jednak coś ze sobą łączy. A wszystko zaczyna się w domu niejakiego Harry’ego, lubianego przez wszystkich pastora, kochającego swoją żoną i jedynego syna, który jest typowym nastolatkiem, któremu nie bardzo się chce uczyć. Słabą, a może najsłabszą stroną licealisty Bena jest matematyka. Rodzice podejmują zatem decyzję, by znaleźć mu korepetytora. Zostaje nią kobieta o imieniu Janice, która nieco wcześniej zaprzyjaźnia się z młodą dziennikarką, spotkaną w metrze. Pastor wiedzie normalne życie, zwykłego mężczyzny. Zmienia się ono niemal w jednej chwili, gdy w jego ręce wpada pendrive, należący do zupełnie innej osoby, którego zawartość, przez dziwny zbieg okoliczności trafia w ręce wspomnianej nauczycielki jego syna. Na jaw może wyjść coś, czym rodzice nie chcą obarczać syna, i co wpłynęłoby negatywnie na samego pastora i jego bożą posługę. Następujące po sobie, w błyskawicznym tempie wydarzenia, wywołują lawinę zdarzeń, które wydają się, nie mają szans na dobre zakończenie.

Tymczasem, w innym, drugim, ale jak się okazuje powiązanym wątku fabularnym tejże opowieści, dziennikarka imieniem Betth szuka swojej przyjaciółki, Janice, która zaginęła. Ma nadzieję, że w sprawie jej odnalezienie pomoże jej Jefferson Grieff, mający niezwykłe zdolności w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych więzień, skazany na karę śmierci za brutalny mord na swojej żonie. Skazany jest jednocześnie winny jak i świadomy swojej winy, a jego przekonanie, że mordercę nosimy w sobie, i każdy może się stać zabójcą w odpowiednich okolicznościach, wydaje się mieć odniesienie do rzeczywistości, jakiej jesteśmy świadkami. Jefferson godzi się na pomoc dziennikarce, mając do dyspozycji i pomocy nie tylko strażników więziennych, ale nietypowego kolegę więźnia, wielokrotnego mordercę obdarzonego niesamowitą pamięcią. 

Wspomniałam, że serial W zamknięciu bryluje absurdalną fabułą, która może wydawać się tak nierealna, że niemal niemożliwa by się mogła wydarzyć. A jednak twórca, jego reżyser Paul McGuigan postanowił nam pokazać, że dobro to stan względny i każdy, nawet osoba duchowna, może przez niesamowity zbieg okoliczności i splot wydarzeń zejść ze ścieżki dobra i stanąć po niewłaściwej stronie. Oglądając serial nie mogłam się nie zastanawiać jaka była motywacja pastora, czy dziwność jego zachowania, i osób z nim związanych miała, albo mogła mieć sensowne wytłuczenie. Ja wiem, że możecie w tym momencie nie rozumieć, o co tak właściwie mi chodzi. Ale W zamknięciu to taki serial, zrealizowany przez BBC, którego fabuły nie da się opowiedzieć, by nie zdradzać jej atrakcyjności, i zwyczajnie nie spojlerować. Po obejrzeniu wszystko wyda się Wam bardzo jasne. 

Historia jest absurdalna, momentami może wydawać się także komiczna i nielogiczna, ale jedno jest pewne, wciąga jak diabli… i to bardzo szybko. A trzeba w tym momencie zaznaczyć, że jest to serial składający się jedynie z czterech odcinków, ale każdy z nich to aż 60 minut seansu. A ten z każdą chwilą nie tylko przyspiesza i potęguje napięcie, ale staje się coraz bardziej mroczny, zaskakujący i niesamowicie wyrazisty. 

Dzieje się to nie tylko za sprawą ciekawego, choć przedziwnego w wyrazie scenariusza, który sprawie, że nie mamy pojęcia, nie możemy się nawet domyślać co też za chwilę dziać się będzie u naszych bohaterów i w jaką stronę skręci opowieść. Jest też niezwykle dobrze za sprawą świetnie rozpisanych postaci, z których ani jedna nie jest nijaka, mdła lub pospolita. A to często zdarza się w serialach. Trudno powiedzieć kto jest dobry, a kto zły, bo granice dobra i zła umiejętnie twórcy zatarli. Nie wiadomo komu powinniśmy kibicować, bo jeśli dobrze się przyjrzymy, każdy ma jakiś swój motyw, jakich cel i dąży do niego, mimo że nie jest o słuszności swojego postępowania przekonany.

Postacie w serialu W zamknięciu nie są jednostronne. Wręcz przeciwnie, są wielowarstwowe, zaskakujące, podobnie jak sam serial. Ich motywacje bywają trudne do zrozumienia, ale mają jedną wielką zaletę, budują klimat serialu w sposób niewybredny, wręcz perfekcyjnie. Dobre tempo akcji to nie tylko zasługa scenariusza, ale świetnego aktorstwa. W moim mniemaniu na plan pierwszy wysuwa się David Tennant (Doktor Who, Jessica Jones), który wcielił się w pastora Harry'ego Watlinga. Może wiemy, może pojmujemy jego działania, a może nie jesteśmy w stanie go zrozumieć. Może go lubimy, a może budzi w nas odrazę. Może jesteśmy w stanie postawić się na jego miejscu, a może sytuacja wydaje się być na tyle prosta, że ciąg zdarzeń jakie się wydarzyły wydaje się być tragicznie-śmieszny i nierzeczywisty. Aktorowi udało się wyciągnąć z postaci, którą gra wszystkie emocje, i każdy grymas, gest i intencję.

W niczym nie odstaje także Dolly Wells (Drakula, Pokrewne dusze), która wcieliła się z nauczycielkę Janice i pokazała, jak w trudnej sytuacji zachować zimną krew,  i jak inteligencja może być naszym wielkim atutem. Na uznanie zasługuje także Stanley Tucci (King's Man: Pierwsza misja, Ile warte jest ludzkie życie?), w roli kryminologa i skazanego na śmierć Jeffersona oraz charyzmatyczna i pewna siebie Beth, w którą wcieliła się Lydia West (W cieniu podejrzeń, Pentawerat). 

W zamknięciu to zaskakująco dobry serial, który bawi widza wartką akcją, fabułą, w której nigdy nie wiemy co się wydarzy, rewelacyjnie poprowadzonym tempem, i intrygą, która jest tak absurdalna, że niemal niemożliwa. Do tego dochodzi świetnie aktorstwo, dobrze zrealizowane sceny, szczególnie te w domu i naprawdę świetnie rozpisane dialogi. Małym zaskoczeniem wydaje się być sam finał opowieści, który zdaje się nie pasować do całej reszty. 

Jedna uwaga… zaczekajcie chwilę po napisach końcowych, bowiem coś jeszcze tam na was po nich będzie czekać. Świetny serial, mega dobrze się oglądający i klimatyczny wręcz nieziemsko. Liczę, że doczeka się kontynuacji, i definitywnie zamknie wszystkie niedopięte wątki. Serdecznie polecam seans, bo zdecydowanie warto. 

The Darkness – nowy thriller kryminalny SkyShowtime

The Darkness – nowy thriller kryminalny SkyShowtime

 

Nowy islandzki serial kryminalny, zatytułowany The Darkness, będzie miał premierę już z początkiem listopada, wyłącznie w SkyShowtime. Platforma dzieli się nie tylko jego datą premiery, ale pokazuje jego plakaty, zdjęcia oraz zwiastun. 

The Darkness to anglojęzyczny serial nakręcono w Reykjavíku, który liczy sobie 6 odcinków i jest adaptacją serii bestsellerowych thrillerów autorstwa Ragnara Jónassona. Produkcja, która zasili bibliotekę platformy, która podzieliła się tytułami 2024 i 2025 roku, zadebiutuje już za miesiąc. A o czym zatem opowiada? 

Warto zapoznać się także z:


The Darkness to historia detektywki Huldy Hermannsdóttir (Lena Olin) badającej sprawę szokującego morderstwa, jednocześnie zmagającej się z własnymi demonami. Niebawem ma przejść na wcześniejszą emeryturę, a tuz przed tym zostaje zmuszona do pracy nad śledztwem w duecie z nowym partnerem. Kobieta jest zdeterminowana, by za wszelką cenę znaleźć zabójcę i rozszyfrować zagadkę, ryzykując własne życie. 


Główne role w The Darkness grają: nominowana do Oscara Lena Olin (Wrogowie, Łowcy, Czekolada, The Artist’s Wife, Hilma), Jack Bannon (Pennyworth), Douglas Henshall (Shetland, Kim jest Erin Carter?), Björn Hlynur Haraldsson (Dżentelmen w Moskwie), Thorsteinn Bachmann (Katla), Þorvaldur Davíð Kristjánsson (Ráðherrann), Tora Hallström (Hilma), Ahd Tamimi (River City) oraz Árni Þór Lárusson

Serial wyreżyserował dwukrotnie nominowany do Oscara Lasse Hallström (Czekolada, Co gryzie Gilberta Grape’a, Hilma) i jest to jego pierwsza produkcja telewizyjna w karierze. 


The Darkness to koprodukcja CBS Studios i islandzkiej wytwórni Truenorth. Za produkcję odpowiada Stampede Ventures dla islandzkiego dostawcy usług telekomunikacyjnych Síminn. Dystrybutorem serialu poza Islandią jest Paramount Global Content Distribution.   

Za casting w Wielkiej Brytanii odpowiadały Suzanne Crowley i Gilly Poole, a za reżyserię obsady - Tinna Aðalbjörndottir i Andrea Brabin. Scenariusz napisał Sam Shore (Mystic dla CBBC). Producentami wykonawczymi The Darkness są: Greg Silverman i John-Paul Sarni (Stampede Ventures), Kristinn Thordarson i Leifur B. Dagfinnsson (Truenorth), a także Ragnar Jónasson. Za produkcję wykonawczą z ramienia CBS Studios odpowiadają Lyndsey Martin i David Clarke. Współproducentką serialu jest Amelia Mysko, dyrektorka ds. rozwoju treści międzynarodowych Stampede Ventures. 


Premiera na SkyShowtime przewidziana jest 1 listopada 2024 roku. 

Źródło: Informacja prasowa

Anna's Quest - recenzja baśniowej przygodówki

Anna's Quest - recenzja baśniowej przygodówki

Serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji barwnej, baśniowej przygodówki, w uroczym, ręcznie malowym stylu, gry zatytułowanej Anna's Quest. Miłej lektury! 

Przepięknych,  mądrych, poruszających, zabawnych i zarazem smutnych projektów w ofercie gier przygodowych jest zdecydowanie za mało. Na szczęście dobrą rękę do wydawania takowych pozycji, miało znane wszystkim fanom dzieł z takiego gatunku, niemieckie studio Daedalic Entertainment, które zajęło się dystrybucją doskonałej przygodówki australijskiego studia Krams Desing, którego przygodowy thriller The big hollow wciąż jest w zagadkowym zawieszeniu. 

Warto również przeczytać:

Anna's Quest to pozycja inspirowana baśniami braci Grimm oraz Hansa Christiana Andersena, w której czar takowych opowieści, przeplata się ze sporą dozą fantastyki i nutką zjawisk paranormalnych. Gra posiada jedną i chyba najważniejszą cechę, jest niebywale wciągająca i ciężko się od niej oderwać. Ale po kolei…..

Wcielamy się  w małą dziewczynkę imieniem Anna, która mieszka wraz ze swym ukochanym dziadkiem w ciemnym, głębokim lesie, na odludziu. Dziadziuś chroni swoją wnuczkę, nie pozwalając jej oddalać się od domu zbyt daleko. Niestety pewnego dnia jej jedyny opiekun zapada na nieznaną dziewczynce chorobę. Ta, niewiele myśląc opuszcza dom rodzinny, by szukać dla niego lekarstwa. Niestety nie udaje się jej odejść zbyt daleko. Jej śladem podąża bowiem wiedźma, która porywa Anię i zamyka w wieży, w pokoju z dziwną maszynę. Wkrótce okazuje się, że nasza bohaterka posiada niezwykłe moce. Dziecko potrafi siłą woli wpływać na przedmioty, przesuwać je, czy też podnosić lub rzucać. Zdolności telekinetyczne Anny, to coś, czego pragnie wiedźma Winfreda, która oprócz dziewczynki, przetrzymuje w wieży także chłopca zamienionego w misia o imieniu Ben. Szybko Anna orientuje się, że Winfreda czyha na jej życie, więc postanawia uciec, zabierając z sobą chłopca zamkniętego  w ciele pluszaka. Niestety oboje jeszcze nie wiedzą, że podczas ich wędrówki, czeka na nich wiele dziwnych i niebezpiecznych przygód.

Anna Quest, bo taki tytuł nosi opisywana przeze mnie przygodówka, to klasyczny point&click, wykonany prostą, rysunkową grafiką, który na pozór może wydawać się bardzo ubogi, lecz dzięki tej prostocie, idealnie wpisujący się w tajemniczy i bajkowy klimat gry. Pastelowe kolory, grafika rodem z kreskówek dla dzieci, bogata w detale i różnorodna, czyli taka, którą niezwykle sobie w przygodówkach cenię i która bardzo mi się podoba. W tej grze jest dosłownie wszystko to, co bardzo mi odpowiada w przygodówkach, czyli doskonała fabuła, świetnie napisane dialogi, które łączą ze sobą zabawne i smutne zdarzenia, kilka fajnych zagadek i wiele zadań przedmiotowych, przy których czasami trzeba nieco pokombinować. 

Sterowanie naszą bohaterką odbywa się za pomocą myszy. Lewym jej przyciskiem używamy przedmiotu, zaś prawym go oglądamy. Oprócz tradycyjnych ikonek użycia i oglądania, do dyspozycji mamy też ikonę z symbolem "mózgu", który odzwierciedla telekinetyczne moce dziewczynki. Musimy więc pamiętać, że wiele czynności możemy wykonać posługując się jedynie mocami Anny, co urozmaica rozgrywkę i czyni ją nieco trudniejszą. 

Grę podzielono na sześć dość długich rozdziałów, w których czeka  nas wiele czynności do wykonania, mnóstwo ciekawych rozmów i kilka fajnych zagadek. Na duże uznanie zasługuje angielski dubbing, który muszę przyznać jest jednym  z lepszych, jakie przyszło mi słuchać w przygodówkach. Każda postać, którą słyszymy w grze jest przez aktora podkładającego jej głos odgrywana doskonale, z odpowiednim wyczuciem sytuacji i tego, co dzieje się wokół nas, zaczynając od bohaterki tytułowej i Bena, poprzez postaci drugo i trzecioplanowe. Wydaniem tej świetnej przygodówki w naszym ojczystym kraju zajęło się wydawnictwo IQ Publishing, lokalizując grę w wersji kinowej - napisy. 

Złego słowa nie można także powiedzieć o oprawie muzycznej gry. Muzyka wpada w ucho, ale nie jest męcząca i nie dominuje nad rozgrywką. 

Anna Quest jest przygodówką bardzo wciągającą i niezwykle grywalną, a zło, które ukazane jest tu na przykładzie wiedźmy Winfredy nie jest wcale takie oczywiste. Nie tylko małej, niezwykle uczuciowej i dziecinnie niewinnej Annie żal zrobiło się Winnie, ja sama miałam podobne odczucia. Grając, żałowałam, że twórcy nie pomyśleli nad wprowadzeniem dwóch alternatywnych zakończeń, bo gra aż się o taką możliwość prosi, a mnie jakoś dziwnie ściskało w dołku widząc co dzieje się z Winnie. 

Anna Quest, to gra niemal doskonała, w którą gra się z niekłamaną przyjemnością, uśmiechając się i smucąc jednocześnie, wczuwając się w to, co przeżywa Anna, bojąc się o nią, jednocześnie czując pewną zazdrość i niepochamowaną ochotę przeżycia tych fascynujących przygód osobiście. Nie czekajcie więc zbyt długo,  bo szkoda przegapić taką perełkę. 

Moja ocena 9/10.

Zalety:

  • Fabuła, która wzrusza i wciąga;
  • Zagadki;
  • Rysunkowa, bajkowa grafika;
  • Baśniowy klimat;
  • Polska wersja językowa;
  • Muzyka i udźwiękowienie;
  • Klasyka rozgrywki

Wady:

  • Nie znalazłam

Follow the meaning, demo. Dowiedz się co dzieje się za murem

Follow the meaning, demo. Dowiedz się co dzieje się za murem

 

Krótka, acz intensywna gra przygodowa w ręcznie malowanym stylu graficznym, która swoją premierę ma mieć w tym roku, a która pozwoli nam odkryć sekrety pewnego szpitala za murem to kolejny tytuł, o którym chce opowiedzieć. Przygodówka w klasycznym stylu nosi tytuł Follow the meaning.

Follow the meaning to point-and-click, stworzony przez HiKing Mind Studio, zaś wydany dzięki Second Maze, studio która ma na swoim koncie wydanie innych, niezależnych gier, takich jak: Milo and the Magpies czy The White Door od studia Rusty Lake. Follow the meaning zadebiutować ma jeszcze w tym roku, dokładna data wciąż nie została ogłoszona, ale jeśli chcecie jak osobiście sprawdzić jak ów tytuł się prezentuje, to jest okazja. Przygodówkę można sprawdzić w wersji demo przygotowanej na Steam.

Warto zapoznać się także z: 

W Follow the meaning poznajemy detektywa Paula Trilby'ego, który będzie odkrywać co kryje się za drzwiami szpitala położonego za murem. Jaki mroczny sekret skrywa to miejsce, i jakie sekretne praktyki są tam prowadzone. Posiłkując się swoimi umiejętnościami dedukcji i logicznego myślenia, a także rozwiązując liczne łamigłówki i zagadki, i mając pomoc mieszkańców miasteczka, sukces wydaje się być gwarantowany.


Przygodówka owa to projekt niezależny, którego przejście przewidziane jest na około 1.5 godziny. Gra została narysowana ręcznie, czyli jest projektem 2D, dialogów mówionych. Dodano do niej natomiast polskie napisy, które towarzyszyć będą graczom w dialogach. Rozgrywce towarzyszy  nastrojowa ścieżka dźwiękowa autorstwa Victora Butzelaara


Follow the meaning miała mieć premierę w drugim kwartale 2024 roku, ale jej debiut się opóźnia. Twórcy dalej nie podali dokładnej daty jej debiutu.

Przygodówka ma pojawić się na Steam w 2024 roku. Obecnie można ją testować w wersji demo.

Karta Steam - pobierz demo

poniedziałek, 30 września 2024

Pan Samochodzik i Templariusze - recenzja. Kolejny polski koszmarek Netfliksa

Pan Samochodzik i Templariusze - recenzja. Kolejny polski koszmarek Netfliksa

Pan Samochodzik i Templariusze - recenzja kolejnego polskiego koszmarka od Netfliksa, kolejnej nieudanej adaptacji filmowej. Co sądzę o filmie? Zapraszam do recenzji! 

Pan Samochodzik i Templariusze, film Netfliksa, który obejrzałam z ciekawości, choć przyznam się, że z początku nie miałam w planach seansu, podejrzewając, że Netflix zrobi z książek Nienackiego kolejnego potworka, i prawdę powiedziawszy, mogę się wkurzyć. No ale koniec z końców, ciekawość wzięła górę. Obejrzałam, a raczej zmęczyłam film, który….., od razu nadmienię z książkami Zbigniewa Nienackiego ma niewiele wspólnego, no może imię/pseudonim bohatera opowieści, imiona bohaterów, i mniej więcej czasy w jakich opowieść się rozgrywa, choć te nie zostały określone.

Warto także przeczytać:

Reszta to netfliksowski koszmarek, nieudolnie naśladujący Indianę Jonesa i trochę Bonda. Już na wstępie zaznaczę, że jeśli jesteście miłośnikami prozy Nienackiego, i pragniecie poczuć ducha jego książek w tym czymś od wspomnianej platformy, to seans sobie darujcie, poświęcając czas na coś sensowniejszego, coś, co nie przyprawi Was o nerwową palpitację serca, jak niestety mnie. 

Pan Samochodzik i Templariusze – fabuła

Fabuła filmu Pan Samochodzik i Templariusze rozgrywa się w bliżej nie określonym czasie, w umownych, sądząc po strojach latach 70-tych. Bohaterem opowieści jest Tomasz (Mateusz Janicki), historyk i poszukiwacz skarbów, który za kolejny cel obrał sobie skarb Templariuszy, który ma podobno wielką moc. Przedmiotem, który może do niego doprowadzić jest krzyż Templariuszy, który najprawdopodobniej był własnością Jakuba de Molay. 

Tomasz nie waha się i rusza w Polskę, na miejsce gdzie organizowany jest wyścig po skarb, swoiste zawody rozumu, sprytu i szybkości. Na poszukiwania rusza także pewna dziennikarka Anka (Sandra Drzymalska), trójka harcerzy – Sokole Oko (Olgierd Blecharz), Wiewióra (Kalina Kowalczyk) i Mentorek (Piotr Sega), którzy uciekają z obozu oraz córka przyjaciela Tomasza, niejaka Karen (Maria Dębska). Cała piątka jednoczy się, z początku w niezbyt zgrany zespół, co później się zmienia, a przeszkadza im Hiszpan, niejaki Adios (Jacek Beler), który jako pierwszy pragnie dotrzeć do skarbu, nie wahając się nawet użyć siły. 

Pan Samochodzik i Templariusze – film, któremu daleko do klimatu książek Nienackiego

Hmm…… wszyscy dobrze wiemy, że platforma Netflix opisując swoje filmowe i serialowe dzieła jako ekranizacje książek, czy też nimi inspiracje, robi krok w kierunku marketingowym, wcale nie zamierzając sztywno trzymać się książkowego pierwowzoru, a wręcz zmieniając opowieść na swoją modłę. Tak stało się z Wiedźminem, bazującym, w bardzo….., ale to bardzo luźny sposób na książkach Andrzeja Sapkowskiego. Wkurzeni fani serii, wkurzony aktor wcielający się w postać Geralta w trzech sezonach, i spadająca oglądalność, wcale nie sprawiły, że przedstawiciele Netfliksa zrezygnowali z własnej interpretacji, czy nadinterpretacji prozy Sapkowskiego. 

Na platformę zmierzają kolejne produkcje bazujące na znanych powieściach, albo nowe wersje już znanych produkcji, jak choćby Znachor czy Janosik. Tymczasem można tam oglądać nowy twór Netfliksa, który podobno nie miał być ani ekranizacją książek Zbigniewa Nienackiego, ani remake’em, ani niczym w tym stylu. Skoro nie miał, to platforma powinna darować sobie w opisie gatunkowym filmu umieszczanie hasła „adaptacje filmowe”. 

Muszę bowiem z całym przekonaniem, z pełną świadomością ogłosić, ich Pan Samochodzik i Templariusze to własna, i to dość nieudolna wersja przygód pana Tomasza, i jego towarzyszy, którzy znani są z kart powieści, ale nie są i nigdy nie będą żadną adaptacją. Jak dla mnie Netflix powinien odnotować w swoim serwisie, że jest to luźna wersja znanej książkowej i serialowej opowieści, nie związana z prozę pisarza, jeśli chodzi o fabułę, ani trochę. 

W filmie nie znajdziemy nic wspólnego z serialem Samochodzik i Templariusze, w którym w głównej roli, jako Pan Samochodzik, wystąpił Stanisław Mikulski, ani z książkami. Jest to luźna, i niestety płytka, pozbawiona polotu, i bardzo sztuczna interpretacja owych dzieł, napisana przez Bartosza Sztybora, scenarzystę filmu. Produkcja, która wkurzyła Polaków, szczególnie znających zarówno książki, jak i serial, jest kolejnym tytułem, który wcale nie ma trafiać w gusta Polaków, a spróbować dotrzeć do widza na całym świecie. Jest to bowiem film, który jest dostępny na platformie Netflix, nie tylko w naszym kraju. 

Jeśli jesteście fanami książek Nienackiego, albo kochacie rewelacyjny serial, to serio mówię, darujcie sobie oglądania, bo raz nie znajdziecie tam nic z tych wzorów, dwa historia nie będzie maiła nic wspólnego z serialem, a trzy z każdą kolejną minutą opowieści będziecie mieli wrażenie, że ktoś zwyczajnie nabił was w butelkę.

Pan Samochodzik i Templariusze – sztuczna opowieść, która męczy, nie tylko widza, ale i aktorów 

Będąc fanem prozy pisarza, i miłośniczką wspomnianego wyżej serialu czułam, że film Pan Samochodzik i Templariusze od Netfliksa coraz bardziej mnie męczy. Czytając komentarze wkurzonych Polaków, którzy kończyli seans po dosłownie kilku minutach, mogę być z siebie dumna, bo wytrzymałam do końca, blisko dwugodzinnej produkcji, która prawdę powiedziawszy mocno mnie zmęczyła. Co najciekawsze, nie tylko mnie, bo wydaje się, że aktorów i twórców, również. 

Oglądając film ma się wrażenie, że wkroczyło się w opowieść stworzoną przez grupę niezależnych fanów, których budżet był na tyle znikomy, że nie mogli sprostać wyzwaniom skupionym na efektach specjalnych. Nie podołali z momentami walk, które mają, w sposób nieudolny nawiązać do serii Indiana Jones, a nawet Bonda, i to takiego po przejściach. Amatorszczyznę potwierdza także fatalna wręcz, sztuczna gra aktorska, która szczególnie mocno widoczna jest na samym początku filmu, nie tylko u młodych, dziecięcych aktorów, ale i u całej reszty. 

Męczące stają się momenty akcji, których banalność i tandeta aż bije po oczach. Nudna jest także warstwa fabularna, która wcale nie sprawie, że jesteśmy w opowieść wciągnięci, tak jak w serialu z lat 70-tych, czy oczywiście w książkach. W sumie to nawet nie wiemy kiedy rozgrywa się opowieść, której twórcy nie zamknęli w czasowych ramach. Możemy, z racji stylu ubierania domyślać się, że są to lata 70-te, ale to co widzimy, nie potwierdza to co słyszymy.

Fala sprzeczności i absurdu wylewa się bowiem z dialogów, które starają się zachować znaną z Netfliksa poprawność polityczną. I tak harcerka znana jako Wiewióra wspomina o męskim szowiniźmie i o czwartej fali feminizmu. Banalność wylewa się niemal na każdym rogu. Jednocześnie film stara się sięgać w przeszłość, budując coś na wzór czasów współczesnych. Tylko po co? Tego nie wie nikt. 

Na pewne rzeczy, pewne problematyczne dialogi, których naprawdę jest sporo, można byłoby przymknąć oko, gdyby aktorstwo było tu na poziomie choć przyzwoitym. Niestety tak nie jest. Dzieciaki grają tak sztucznie, jakby właśnie znalazły się po raz pierwszy na scenie, a reżyser, a jest nim debiutant w produkcji fabularnej, Antoni Nykowski, zapomniał zrobić kolejnej dogrywki, kolejnego powtórzenia. Nie wiele lepiej swoje pozbawione emocji role odkrywają inni aktorzy, w tym tajemniczy Hiszpan, który raz mówi z akcentem hiszpańskim, innym razem posługuje się czystą polszczyzną.

Pan Samochodzik i Templariusze – co może uratować ten film? 

Pan Samochodzik i Templariusze to film, który zdenerwował i zdenerwuje pewnie jeszcze wielu Polaków. Pomijając fakt zupełnego braku podobieństwa do oryginału, z którym wiąże go tylko kilka kwestii, produkcja ma za zadanie nieść przygodową opowieść z ładnymi widoczkami. 

I w pewnym sensie oddaje klimat, zarówno wspomnianych, bliżej nie określonych, ale wyraźnie nawiązujących do lat 70-tych, barwnych czasów. Oko cieszyć mogą miejscówki. Niektórzy z sentymentem mogę wspominać dawne czasy, patrząc na stroje i styl kostiumów. Całkiem nieźle wypadają także zdjęcia, z solidnymi ujęciami, ciekawą grą świateł, które mogą się podobać. Klimacik tworzą nawiązania do wspomnianych czasów, letnich obozów, harcerstwa, czy przygód z poszukiwaniem skarbów. 

Pan Samochodzik i Templariusze – podsumowanie recenzji

Płytkie, pozbawione logiki rozmowy, nędzne aktorstwo, banalna historia. Opowieść, która nie stała nawet obok zarówno wersji książkowej, jak i serialu. Przemożne wrażenia bycia po seansie kolejnego polskiego filmu, oszukanym. To wszystko co przychodzi na myśl obejrzeniu filmu.

Pan Samochodzik i Templariusze to płytki scenariusz, który nie jest w stanie zaangażować widza, (mnie się nie udało), sprawiający, że potwierdza się teza o tym, iż polskie produkcje Netfliksa należy traktować zupełnie niepoważnie, a być może nawet z przymrużeniem oka.

Pan Samochodzik i Templariusze to film, który wkurzył niejednego miłośnika prozy Zbigniewa Nienackiego, wywołał palpitacje serca u zwolenników serialu Samochodzik i Templariusze z roku 1972 i po raz kolejny rozczarował Rodaków. Ale jak już wspomniałam, nie jest to do końca produkcja z przeznaczeniem dla widza polskiego. Owszem, to projekt rodzimy, ale stworzony dla szerszego, światowego grona odbiorców. Stąd w filmu elementy akcji, pościgi, bijatyki, i rodzaj klimatu rodem z produkcji o Indianie Jonesie. 

Zamykając moją recenzję, powtórzę po raz kolejny, że jeśli jesteście fanami książek pisarza, jeśli kochacie serial, i chcecie znaleźć to wszystko w produkcji od Netfliksa, to darujcie sobie seans, bo nic takiego Was tam nie czeka. Jeśli natomiast nie znacie książek, albo ich na pamiętacie, i nie widzieliście serialu, a chcecie obejrzeć coś prostego, banalnego, typowego na wakacje, coś dla zabicia czasu, to możecie film obejrzeć. Możecie, ale nie musicie. 

Pan Samochodzik i Templariusze jest dostępny na platformie Netflix. 


The Devil’s Hour: sezon 2, serial powraca w październiku. Są pierwsze zdjęcia

The Devil’s Hour: sezon 2, serial powraca w październiku. Są pierwsze zdjęcia

 

Zdjęcie: Amazon Prime

The Devil’s Hour, trzymający w napięciu serial Amazon Prime Video powraca w końcu z drugim sezonem. Amazon podzielił się pierwszymi zdjęciami z kontynuacji serialu, podał także dokładną datę premiery.

Doczekaliśmy się w końcu daty premiery drugiego sezonu thrillera z elementami grozy, brytyjskiego serialu The Devil’s Hour. Nowe odcinki sezonu drugiego wrócą na platformę już w październiku. Serial The Devil’s Hour: sezon 2 składać się ma z pięciu odcinków. Zwiastuna wprawdzie kontynuacji jeszcze się nie doczekaliśmy, natomiast w sieci pojawiły się pierwsze zdjęcia z nadchodzącej kontynuacji pierwszego sezonu.

Przeczytaj również:

Pierwszy sezon brytyjskiego serialu The Devil’s Hour, połączenie thrillera z nieoczywistym horrorem miał swoją premierę na Prime Video w 2022 roku. Dwa lata po premierze pierwszych odcinków doczekamy się kontynuacji opowieści, która liczyć sobie ma zaledwie pięć odcinków.

Zdjęcie: Amazon Prime

Zdjęcie: Amazon Prime

Drugi sezon serialu The Devil’s Hour skupia się na o Lucy i Gideonie. Para tworzy niespokojny sojusz. Ich celem jest zapobiegnięcie powtarzającej się tragedii i upolowanie nieuchwytnego do tej potwora. Lucy rozdarta między rodziną a innymi obowiązkami, prowadzi podwójne życie. Jednocześnie jest na celowniku swojego byłego męża z poprzedniego życia, DI Raviego Dhillona, któremu w dochodzeniu pomaga mu  DS Sam Boyd. Jego mentorką w poprzednim życiu była DI Lucy Chambers. Z nowymi emocjami tymczasem mierzy się Isaac, który wciąż przeżywa zupełnie nowe emocje, walcząc o zachowanie równowagi rzeczywistości. 

Zdjęcia: Amazon Prime

Zdjęcie: Amazon Prime

Serial, który jak wspominałam podzielony został na pięć odcinków ma  posiadać zupełnie nowe tajemnice. Ich relacje zbierają się w pewnym dramatycznym momencie.

Do obsady nowego sezonu powracają: Jessica Raine, Peter Capaldi i Nikesh Patel. W obsadzie także: Saffron Hocking oraz Benjamin Chivers. Twórcami serialu są: Tom Moran, który pełni także funkcję głównego scenarzysty i jednego z producentów oraz Sue Vertue i Steven Moffat.

Premiera The Devil’s Hour: sezon 2 na Prime Video przewidziana jest na 18 października 2024 roku. 

The Devil's Hour, recenzja serialu Prime Video. Thriller ze zjawiskami paranormalnymi

The Devil's Hour, recenzja serialu Prime Video. Thriller ze zjawiskami paranormalnymi

 

The Devil's Hour, recenzja serialu Prime Video, thrillera ze zjawiskami paranormalnymi, który koniecznie trzeba zobaczyć. Będzie również kontynuacja. 

3:33 nazywana jest „godziną diabła”. Gdy budzimy się właśnie o tym czasie, możemy spodziewać się, że w naszym życiu zadzieje się coś nieoczekiwanego, zaskakującego, a może nawet strasznego. Tej godzinie przypisywana jest bowiem paranormalna otoczka, a i ona, z tej właśnie przyczyny jest dość często wykorzystywana w produkcjach grozy.

Przeczytaj również: 

Pojawiła się w filmie Amityville, serii Obecność, czy w produkcji Egzorcyzmy Emily Rose. Ma ona swoje uzasadnienie i nie wzięła się z niczego. Otóż jej pochodzenie bierze się z Biblii od Jezusa i jego śmierci na krzyżu, w wieku 33 lat. Trzecia trzydzieści trzy, zwana jest godziną diabelską także z powodu szatańskiej liczby 666, jest jej połową. W tym czasie, w tej oto godzinie według parapsychologów i wierzeń, otwiera się przejście do świata umarłych, rozmywają się granice między światem rzeczywistym a duchowym, a my jesteśmy podatni na wpływu demonów. A co jeśli budzimy się zawsze o tej samej godzinie, właśnie o 3:33?

Z takim problemem, czy przypadłością boryka się bohaterka serialu Amazon Prime Video, który swoją premierę miał pod koniec października 2022 roku, na platformie Prime Video, w sześciu odcinkach. Wśród kilku produkcji, które ostatnio wzbudziły moje zainteresowanie, a których recenzje zapewne będą  pojawić się na blogu, znalazł się serial, który łączy klimat klasycznego thrillera z wyraźnie słyszalną nutą horroru, z tak lubianymi przeze mnie zjawiskami paranormalnymi. Ma zatem wszystko to co kocham w opowieściach grozy. Jego tytuł to The Devil's Hour, czyli w polskim tłumaczeniu Godzina diabła, lub Diabelska godzina

Jest to serial brytyjski, rozgrywający się współcześnie, którego bohaterką jest Lucy, samotnie wychowująca dziecko, zapracowana pracownica socjalna, które nie tylko boryka się z kłopotami w pracy, ale i rozpadającym się związkiem, dla którego problemem stał się syn tych dwojga. Otóż mąż Lucy, i jednocześnie ojciec Isaaca, nie toleruje własnego syna, gdyż ten jest dość dziwnym dzieckiem. Nigdy się nie uśmiecha, nie płacze, nie wykazuje żadnych emocji, ale jednocześnie nie ma problemów natury psychicznej, choćby autyzmu. Chłopiec zdaje się żyć we własnym świecie, a nawet tworzyć swoją własną rzeczywistość. Mike wydaje się nienawidzić syna, choć jednocześnie kocha żonę. Miłość Lucy do synka jest jednak większa, a problemów nie ubywa. Kobieta musi dodatkowo opiekować się chorą na demencję matką, zawieszoną między dwoma światami. 

Lucy Chambers boryka się także z dziwnym nocnym problemem, budzi się każdej nocy o tej samej godzinie. Do tego zdążyła się, jak wspomina w rozmowie z terapeutką, przyzwyczaić, problem w tym, że wizjom towarzyszą sny, a później także przerażające wizje. Kobieta zaczyna widzieć rzeczy, które dopiero się wydarzą, i nie są to miłe historyjki. Gdy w jej życiu pojawia się tajemniczy staruszek imieniem Gildeon, który twierdzi, że może wpływać na przyszłość, a jest posądzony o straszne zbrodnie, a niedługo jej synek znika, życie Lucy wywraca się do góry nogami. Wraz z młodym detektywem mającym problemy ze śmiercią i zwłokami (wymiotuje na ich widok), komisarzem Ravim Dhillonem, i samą Lucy zagłębiamy się w skrupulatne, ale niezwykle zapętlone wątki i wypełnione znakami zapytania.

Śledzimy śledztwo, zarówno ze strony Lucy, jak i detektywa, a także z płaszczyzny samego Gildeona. Każdy ma swoje racje, każdy upiera się przy tym co dla niego jest oczywiste i prawdziwe. Problem w tym, że nie jesteśmy w stanie odgadnąć kto ma racje, a wszystkie te postaci są ze sobą powiązane, splątane i spójne. Łoł…..dawno temu nie widziałam tak nielogicznie – logicznego serialu, a właściwie jego fabuły. To jedna z takich produkcji, od której nie sposób się oderwać, bo wciąga jak przysłowiowe bagno. Także taka, którą nie da się streścić w kilku zdaniach, bo posiada wiele zazębiających się wątków, które układają się powoli, ale bardzo skutecznie w sensowną całość, i to dość zaskakującą.

Jednocześnie tło opowieści zbudowano w nieoczywisty sposób, taki, który trudno wpisać do danego gatunku. Twórca, a jest nim Tom Moran, który napisał scenariusz do owej produkcji pomieszał wątki, rozpoczynając od wysokiego „C”, czyli od postaci Gildeona, który przeraża nie tylko tym co mówi, ale tym jak się zachowuje, i jak wygląda. Potem wcale nie jest lżej, bo pojawia się postać chłopca, który w swej dziwności wchodzi niemal na szczyty grozy. Widząc jego zachowanie czujemy strach, choć dzieciak właściwie niczego strasznego nie robi…., ot milczy, nie reaguje na emocje, a w tym czy innym momencie twierdzi, że widzi jakiego mężczyznę, czy ludzi w ścianie. Są i tajemnicze wizje Lucy, obrazy tego co było, a może tego co zaraz będzie, krwawe, wskazujące na śmierć i ból, a przede wszystkim zagadkowe i zaskakujące. 

Fabuła to coś co jest napisane tak zgrabnie, tak intrygująco i tak….wspaniale, że chce się ów serial oglądać, nawet jeśli dostrzeżemy w nim jakieś braki i nieścisłości. To też takie dzieło, które właściwie da się zrozumieć w pełni dopiero wtedy, gdy obejrzymy je dwukrotnie. Przyznam się, że oglądając The Devil's Hour po raz pierwszy miałam z tym wielki problem, bo wątków jest naprawdę dużo, rzeczywistość miesza się z fałszem, a świat obecny z czymś poza naszym wymiarem. Szatańska godzina jest iście diabelska, czy tego chcemy, czy też nie….mocno jest to w tejże opowieści zarysowane. 

Na dodatek to kolejna serialowa, brytyjska produkcja, odegrana brawurowo. Jakiś czas temu zachwycałam się serialem Netfliksa W zamknięciu, który zachwycał aktorstwem. Teraz to samo mogę powiedzieć o kolejnej angielskiej produkcji, w której na uwagę zasługują prawie wszyscy aktorzy. Zachwyca rewelacyjna w swego roli Jessica Raine (Baptiste, Informator, Z pamiętnika położnej), która jako walcząca o siebie i swoje dziecko, zdeterminowana i obarczona traumatyczną przeszłością matka, jest niesamowicie wiarygodna, niepowtarzalna, zwykła i niezwykła zarazem.

Za to przerażający i niejednoznaczny jest Gildeon. Nie wiemy czy jest na wskroś zły, czy niosący dobro. Dla wielu niezrozumiały bohater, w którego brawurowo wcielił się Peter Capaldi, którego kojarzyć możemy z filmem Doktor Who, Piąta władza czy Legion Samobójców: The Suicide Squad, jest nieprzenikniony i równie straszny, jak nie straszniejszy od chłopca. Nie wyobrażam sobie, żeby w tej roli znaleźć się mógł inny aktor.

Nie należy zapomnieć także o świetnej roli Benjamina Chiversa, który zagrał Isaaca, i zrobił to rewelacyjnie, dobrej roli Nikesha Patela (Londyn w ogniu, Cztery wesela i pogrzeb, Artemis Fowl) jako komisarza Raviego Dhillona czy Phila Dunstera (Ted Lasso, Morderstwo w Orient Expressie, Drakula) w roli męża Lucy, Mike'a, który gra tu rolę czarnego bohatera, i również robi to świetnie. 

The Devil's Hour to zdecydowanie godne polecenia serialowe dzieło, które zachwyciło nie tylko mnie, ale i krytyków, i przede wszystkim innych widzów. Tego efektem jest zamówienie serialu na drugi, a podobno także i trzeci sezon. Mam nadzieję, że i w kolejnych częściach fabuła będzie umiała tak mocno mnie zaskoczyć, jak zrobiła to w pierwszym sezonie. Świetna opowieść, pokręcone, ale splątane jednym mianownikiem wątki, świetna gra aktorska i klimat….klimat….i jeszcze raz klimat. Czego chcieć więcej? Może, by w kolejnych sezonach było równie dobrze, jak i nie lepiej. Zachęcam do obejrzenia serialu. Warto!

The Devil's Hour do obejrzenia na Amazon Prime Video.

Venice After Dark, wizualna powieść dostępna w wersji demo

Venice After Dark, wizualna powieść dostępna w wersji demo

 

Barwna opowieść w stylu wizualnej powieści, w rozgrywce point-and-click, uroczym, ręcznie malowanym stylu, zatytułowana Venice After Dark ma nie tylko swoje miejsce na platformie Steam, ale dostępna jest także do sprawdzenie w demo.

Weltenwandler Designagentur GmbH, Basti Grünwald oraz wydawca Weltenwandler Designagentur GmbH zapraszają graczy na przygodę w urokliwej Wenecji, w której jako Aiko, japońską inżynierkę IT spędzamy wakacje od pracy, odkrywając zaskakującą tajemnicę. Przygodówka w klasycznym stylu, Venice After Dark nie ma jeszcze swojej daty premiery, ale już teraz możecie sprawdzić jak prezentuje się w wersji demo, które dostępne jest na Steam. 

Warto również przeczytać:


W Venice After Dark poznajemy japońską inżynierkę IT, która czuje się zmęczona swoim życiem i wypalona. Postanawia zatem zrobić sobie przerwę w pracy i wyjechać na krótkie wakacje, wybierając miasto romansu i tajemnicy, czyli Wenecję. W podróży towarzyszy jej stworzona przez nią dziwaczna sztuczna inteligencja nazwana Thea. Aiko traktuje ją jak najlepszą przyjaciółkę. 

Niedługo po przybyciu na miejsce obie podróżniczki trafiają na niezwykle mroczny sekret, który związany jest z poprzednim właścicielem hotelu oraz nawiedzonym starym młynem. Aiko zaczyna badać tajemnicę, a wtedy pojawią się koszmary, które powodują, że znajduje się między jawą, a fantazją. 


Gra, która została stworzona w ręcznie rysowanym stylu, i jest klasyczną przygodówką "wskaż i kliknij", w stylu visual novel, pozwala graczom poznać Wenecję z nieco innej strony, oczami programistki AI. Nie zabraknie tu zagadek, będą iluzje sensoryczne i nieoczekiwane zwroty akcji. 

Rozgrywka powiedzie nas w nieco kryminalną opowieść, rozgrywając się zarówno w dzień, jak i w nocy. Podczas dnia będziemy podróżować, rozmawiać z ludźmi, zbierać przedmioty i mierzyć się z zagadkami, zaś nocą panować nad przebiegłymi iluzjami słuchowymi i optycznymi. Gra oferuje pełną anielską wersję językową. 


Opiera się na rozgrywce sensorycznej, opartej na prawdziwych eksperymentach naukowych. Znajdziemy w niej, jak zaznaczają twórcy wymagające zagadki logiczne, takie jak hakowanie windy, prześwietlanie tajnych miejsc lub składanie ważnych wskazówek.

Emocjonująca fabuła toczy się w lokacjach otworzonych z prawdziwych miejsc w Wenecji, a także obejmuje prawdziwe wydarzenia historyczne. Przygodówka ma do zaoferowania trzy różne zakończenia, zależne od decyzji graczy. 


Data premiery gry w wersji na komputery osobiste PC - Steam nie została jeszcze podana. 

Karta Steam - pobierz demo

The Rise of the Golden Idol, detektywistyczna saga powróci w tym roku

The Rise of the Golden Idol, detektywistyczna saga powróci w tym roku

 

Przygodowa, detektywistyczna saga w stylu retro powraca w nowej grze, której tytuł brzmi The Rise of the Golden Idol, jeszcze w tym roku. Choć data jej debiutu jeszcze nie została sprecyzowana, już teraz można grę dodawać do swojej listy życzeń na Steam.

Color Gray GamesPlaystack pracują nad kolejną grą z detektywistycznej serii. Po The Case of the Golden Idol, świetnie przyjętej przygodzie, która rozpoczęła się niemal dwa lata temu, twórcy powracają do sagi, przedstawiając graczom The Rise of the Golden Idol, w którym śledzić będziemy wydarzenia aż trzysta lat później. 😀

Może zainteresuje Cię także:

W The Rise of the Golden Idol upłynęły aż trzy stulecia od straszliwych wydarzeń w rodzie Cloudsleyów. O legendzie Złotej Statuetki prawie zapomniano. Ale wkrótce ma się to zmienić.

W kontynuacji opowieści, która rozgrywała się w trzy wieki wcześniej, w The Rise of the Golden Idol przenosimy się do lat 70-tych ubiegłego wieku, gdzie śledzimy losy pewnego poszukiwacza skarbów. Postanowił on zająć się odnalezieniem niezwykle potężnego artefaktu, którego moc jest tak olbrzymia, że jest w stanie zmienić świat. 


Wcielając się w rolę obserwatora, w nowej przygodzie będziemy badać aż piętnaście spraw kryminalnych, mając swobodę ich prowadzenia i stawiania własnych hipotez, podobnie jak w przypadku The Case of the Golden Idol.

Opowieść rozgrywająca się w epoce halucynogenów, faksów, parapsychologii i przewodników telewizyjnych, ludzie którzy mają ukryty plan, spisek i dużo więcej. To czeka graczy w zbliżającej się na ten rok przygodzie. 


Podobnie jak jej poprzedniczka, także The Rise of the Golden Idol zrealizowana została w ręcznie malowanym stylu, w łagodnym pikselowym stylu graficznym. W przeciwieństwie do pierwowzoru, w kontynuacją, zlokalizowaną z pełnym angielskim dubbingiem, zagramy także z polskimi napisami. 

Gra zadebiutuje na PlayStation 5, Nintendo Switch, PlayStation 4, Xbox One, MPC, Xbox Series X/S oraz urządzeniach mobilnych, także na Netflix w 2024 roku. Dokładna data nie jest znana.

Karta Steam 

niedziela, 29 września 2024

Alter Ego, recenzja klasycznej przygodówki od twórców Black Mirror

Alter Ego, recenzja klasycznej przygodówki od twórców Black Mirror


Serdecznie zapraszam do lektury recenzji przygodowej gry "wskaż i kliknij", studia odpowiedzialnego za kultowe już pierwsze Black Mirror, gry, której tytuł brzmi Elter Ego. 

Alter Ego określenie to przypisane jest drugiej osobowości ukrytej w tym samym ciele. Ta dwoistość natury ludzkiej stanowi inspiracje dla twórców nie tylko filmów, ale i także gier. Zaciekawiła  również znane graczom z niezwykle ciepło przyjętej przygodówki Black Mirror, czeskie studio Future Games. W roku 2010, na komputery PC  trafiła klasyczna gra przygodowa typu point & click, zatytułowana Alter Ego.

Przeczytaj również: 

Zaczynając rozgrywkę, miałam cichą nadzieję, że oto dostanę dzieło mogące stawać w szranki z mroczną grą adventure, jaką niewątpliwie była i jest Black Mirror, a dostałam tylko jej namiastkę. Owszem są tajemnicze morderstwa, jest okultyzm, ale wątki rozwijają się dość ślamazarnie, by w kulminacyjnym punkcie, nagle się rozmyć, doprowadzając do dziwacznego zakończenia, które niewiele wyjaśnia. Być może tworząc grę, autorzy myśleli o powstaniu kolejnej części, a jeśli nie, to wyraźnie się pogubili, sprawiając niejednemu graczowi wielki zawód.

Fabuła przenosi nas do roku 1894, do niewielkiego portowego miasteczka w Anglii. Twórcy umożliwili graczom dwie grywalne postaci. Pierwszą z nich jest złodziejaszek Timothy Moor, którego marzeniem jest wydostanie się z miasteczka i osiedlenie  w Ameryce, gdzie to planuje być bogatym i wieść dostatnie życie. Niestety złapany na statku bez ważnego biletu, zostanie prowadzony do aresztu. Cudem udaje się mu uciec i ponownie wraca do miasteczka, w którym ktoś dokonuje okrutnych mordów. Miejscowa ludność, te bestialskie czyny przypisuje ser Williamowi, okrutnikowi, który zwany był Białą Bestią. Co jest najdziwniejsze, prawdopodobny morderca zmarł jakiś czas temu. Do Plymouth, przybywa więc detektyw Briscol, druga grywalna postać gry. Ma on pokierować śledztwem, mającym na celu wykryć sprawcę i obalić mit morderstw zza grobu.

Tak pokrótce przedstawia się fabuła gry, która tak jak powiedziałam rozkręca się dość wolno i gdy już zaczyna się robić ciekawie, nagle się kończy. 

Jak już wcześniej nadmieniłam, Alter Ego jest klasyczną przygodówką, w której sterowanie odbywa się za pomocą myszki. Lewym jej klawiszem zabieramy przedmiot lub klikamy na osobę, z którą chcemy przeprowadzić rozmowę. Prawym zaś, oglądamy przedmioty oraz miejsca i osoby. Warto często używać owego przycisku naszego "gryzonia", bowiem rozgrywka  jest bardzo liniowa i czasami brak obejrzenia jakiejś rzeczy lub miejsca, zaowocuje przestojem w grze. Ważne są również dialogi, które przeprowadzać należy z każdą napotkaną postacią, czasami wielokrotnie. Ciekawym zjawiskiem, znanym już z wcześniejszych dzieł Future Games, jest to iż przedmiot, którego można w danym miejscu użyć,  zaczyna migać, sygnalizując graczowi działanie. 

Grając w Alter Ego, nie sposób nie zauważyć wielu podobieństw z jej mroczną poprzedniczką. Ta sama grafika, ten sam interfejs, nawet muzyka miejscami bardzo przypomina graczowi, że tkwi w dziele  czeskiego studia. 

Pozycja podzielona jest na kilka rozdziałów, zaczynających się od rysunkowych wstawek, w których narrator przybliża graczowi, co się aktualnie zdarzyło. Naprzemiennie gramy w nich albo jednym, albo drugim bohaterem. Każdy z nich ma różny charakter i wnosi do przygodówki  różne spojrzenie na świat. 

Tim, to trochę zagubiony w życiu mężczyzna, który ma nadzieję skończyć z kradzieżami i żyć spokojnie w Ameryce, zaś detektyw Briscol, to pragmatyczny i poukładany osobnik, który z racji wykonywanego zawodu, patrzy na świat w bardzo realistyczny sposób. Ponieważ ma on rozwikłać zagadkowe mordy, zaopatrzony jest więc w detektywistyczne gadżety, odpowiednie dla końca XIX wieku. W swoim ekwipunku posiada zatem pędzelek, lupę i pecetę. Nie jest to jednak ani jedna z gier CSI, ani także projekt ze  sławnym detektywem Sherlockiem Holmesem w roli głównej, wobec tego, przyrządy te używać będziemy znikomą ilość razy, a szkoda, bo to z pewnością uatrakcyjniłoby rozgrywkę.

Pod względem graficznym jest niezwykle dobrze. Lokacje są dopracowane i przyjemne dla oka. Bardzo realistycznie wygląda padający deszcz i krople spadające na ziemię, a także blask świec, czy palącego się ognia. Równie świetnie wypadają animacja postaci, które poruszają się bardzo naturalnie, a wykonywane przez nich czynności prezentują się tak jak w rzeczywistości. Sięgając po jakiś przedmiot, ręka naszego bohatera nie trafia w pustkę, a obejmuje rzecz, którą trzyma.

Alter Ego jest przygodówką, w której nie znajdziemy żadnych zadań typowo logicznych ani mini gier. Twórcy skupili się jedynie na szeregu zadań typowo przedmiotowych, polegających na znalezieniu rzeczy  i umieszczeniu jej w odpowiednim miejscu, czasami wcześniej ją  z czymś łącząc. Ponieważ lokacji jest sporo, a każda z nich oferuje szereg przedmiotów, czasami znalezienie aktywnego miejsca może sprawiać trudność. Wystarczy wtedy wcisnąć klawisz F1, a na ekranie ukażą się wszystkie aktywne miejsca i przedmioty, zaznaczone gwiazdami.

Oprawa dźwiękowa produkcji stoi na średnim poziomie. Muzyka lecąca w tle nie powala, ale i nie odrzuca, jest raczej spokojna, momentami zależnie od sytuacji, bardziej dynamiczna i ekspresywna. Dźwiękowo mogę przyczepić się jedynie do głosu, jakim obdarzony był w wersji niemieckiej, bo takiej dotyczy moja recenzja, jeden z głównych bohaterów, w tym wypadku Timothy. Młody mężczyzna miał barwę głosu staruszka, co na początku niezwykle mnie irytowało i przeszkadzało. Bardzo źle wypadają opcje dialogowe, bowiem postać skończywszy swój monolog, dalej porusza ustami, nawet wtedy, gdy powinna już milczeć.

W wersji niemieckiej znalazłam wiele nie przetłumaczonych tekstów oraz braków w wyrazach. Często zamiast danego wyrazu pojawiał się symbol @ lub też inny. W mojej wersji gry, pojawił się także błąd, uniemożliwiający dalszą zabawę  i wymagający wczytania poprzedniego zapisu. Na szczęście dzieło oferuje nieograniczoną ilość zapisów, tym bardziej, że są momenty, w których bohater może stracić życie.

Podsumowując Alter Ego miało potencjał, który twórcy zdecydowanie nie wykorzystali, wabiąc nas wieloma wątkami, śliczną grafiką i tajemniczością, która z kolejnymi rozdziałami gdzieś się rozpływa. Niesmak budzi także zakończenie, które do całości zupełnie nie pasuje i nie bardzo wiadomo co o nim myśleć, sugerując jednocześnie, że studio Future Games nie miało pomysłu na zakończenie przygodówki, albo chciało opowieść poprowadzić dalej. Niestety jak wiemy nic tego nie wyszło, a studio już dawno nie istnieje.

Alter Ego kupicie na Steam.


Moja ocena: 7/10

Zalety:

  • Śliczna grafika;
  • Dobra animacja postaci;
  • Ciekawa fabuła, ale tylko do połowy gry;
  • Oprawa dźwiękowa;
  • Możliwość zagrania dwiema postaciami

Wady:

  • Przedziwne zakończenie
  • Za duża liniowość;
  • Brak zagadek logicznych
  • Bugi w grze i błędy