sobota, 28 września 2024

Yellowjackets: recenzja 2 sezonu serialu

Yellowjackets: recenzja 2 sezonu serialu

Yellowjackets: recenzja drugiego sezonu serialu, który wciąga i szokuje zakończeniem. Oto moja recenzja kontynuacji serialu Showtime. Co o niej sądzę?

Za sobą mamy już wszystkie dziewięć odcinków drugiego sezonu serialu Yellowjacets, który na platformę Canal+ online trafiał w każdą środę, w godzinach porannych. Na finał opowieści, przynajmniej w tym sezonie czekałam zatem kilka tygodni i z jednej strony czuje się dopieszczona rozbudowanymi wątkami, z drugiej pozostaje z wielkim znakiem zapytania, jaki pozostawił ostatni odcinek.

Może zainteresuje Cię także:

Ponieważ powiedziałam „A” czyli podzieliłam się z Wami recenzję pierwszego sezonu, pora powiedzieć „B” i zdradzić moją ocenę kontynuacji dramatycznych przygód członkiń drużyny piłkarskiej, znanych jako Yellowjackets. Zapraszam zatem do recenzji drugiego sezonu serialu. 

Yellowjackets: sezon 2 – fabuła kontynuuje wątki z pierwszego sezonu, i daje coś więcej…..

Wspominałam przy okazji recenzji odcinków pierwszej serii, że nagrodzona już wielokrotnie opowieść, w której dopatrzyć można się kilku filmowych gatunków, sięgająca po pojęcie kanibalizmu, ma do zaoferowania naprawdę wiele. Opowieść, jak wspominałam: „…. wielowarstwowa, mająca na swoim koncie trzy filmowe nagrody i aż dwadzieścia osiem nominacji oraz dobre oceny, zarówno widzów, którzy już oglądali serial, jak i recenzentów”, w drugim sezonie mocno się rozwija, dojrzewa i serwuje widzom znacznie więcej szczegółów dotyczących życia bohaterek serialu, zarówno w przeszłości, jak i w czasach obecnych.

Serial, także w drugim sezonie śledzi losy głównych postaci, kilku dziewczyn, a później dojrzałych kobiet, zarówno w lasach Ontario, gdzie musiały znaleźć schronienie i próbowały przetrwać po katastrofie samolotu, jakim leciały, jak i dwadzieścia pięć lat po tragicznym wypadku. Poprzez kolejne odcinki śledzimy ich życie na dwóch płaszczyznach czasowych, gdzie Shauna, Misty, Natalie, Taissa, Van oraz Lottie i inni ocaleli radzą sobie z długim, bo trwającym aż dziewiętnaście miesięcy odosobnieniem, jak i współcześnie, ćwierć wieku po ocaleniu. 

Losy bohaterek śledzimy od momentu zakończenia opowieści w sezonie pierwszym. W kolejnych odcinkach dziewczyny tkwiące w zasypanym śniegiem w „pustkowiu”, w środku niezwykle mroźnej zimy nie mają widoków na przetrwanie, a widmo śmierci głodowej staje się coraz bardziej realne. Shauna spodziewa się dziecka, Lottie stosuje swoje „czary-mary”, starając się utrzymać grupę przy zdrowiu psychicznym, Natalii i Travis nie mogą się dogadać, a Taissa wydaje się uspokajać w sobie swoje mroczne „drugie ja”, w czym pomaga jej zakochana w niej Van. Misty natomiast wydaje się mieć nową, wierną przyjaciółkę. Ale jak w tym serialu bywa, to co dobre szybko się kończy, demony życia w głuszy dają o sobie znać, czego efektem jest kanibalistyczny czyn, związany z pewnym wypadkiem i wiele innych dramatycznych wydarzeń. 

Losy głównych postaci obserwujemy nie tylko z perspektywy lat 90-tych, ale wracamy oczywiście do czasów współczesnych, w których o naszych protagonistkach dowiadujemy się znacznie więcej. Okazuje się, że każdą z nich (pozwolicie, że szczegółów zdradzać nie będę), dręczy przeszłość, która zdaje się powracać, a właściwie ciągnąć się za nimi przez te wszystkie lata. Wiedzione przeświadczeniem, że „pustkowie” ma wciąż na nich wpływ, nasze kobiety ponownie się jednoczą, spotykając się wszystkie w ośrodku prowadzonym przez Lottie, która ma za sobą incydent w zakładzie psychiatrycznym.

Yellowjackets: sezon 2  - rozwinięcie sezonu pierwszego, w mroczniejszym, mocniej mieszającym gatunki stylu

Sezon pierwszy trzymał poziom, potrafił zaskakiwać fabułą i jednocześnie pozostawił wiele wątków i tematów bez rozwinięcia, zostawiając widza z wielkim znakiem zapytania. I choć finał historii zaserwował nam niezłą zagadkę i wywrócił opowieść do góry nogami, to sam serial znacznie bardziej rozwinął scenariusz, stając się jednocześnie bardziej klarowny, jak i bardziej mroczny. To dzięki temu rozwinięciu jesteśmy w stanie poznać naszych bohaterów znacznie lepiej, a niektórych, jak choćby Lottie i Van, w ich dorosłym życiu odwiedzić po raz pierwszy.

W drugim sezonie dzieje się na tyle dużo, że nawet dawkowanie sobie odcinków co tydzień, czego nie lubię, nie jest w stanie popsuć wrażenia z seansu. Tym razem mamy zdecydowanie więcej mieszaniny gatunkowej, mogąc w ten sposób delektować się wyrafinowanym dramatem z elementami psychologicznymi i survivalu, klasycznym thrillerem, opowieścią kryminalną (takie wątki też tu znajdziemy), by w końcu zgrabnie przejść do grozy, i zapowiadanego już kanibalizmu. 

Dzieje się na tyle dużo, by ani na chwilę nie czuć nudy. Na plan pierwszy scenarzyści wysunęli walkę z przeszłością, która ciągnie się za bohaterkami, mającymi wielką ochotę raz i na zawsze o niej zapomnieć. Nie brakuje emocji i zaskakujących momentów, które wciskają w fotel, a nawet szokują. Po prostu się dzieje. 

Yellowjackets: sezon 2 – aktorstwo znowu nie zawodzi

Mocna fabuła, zmiany akcji, które potrafią zaskoczyć, z równie zaskakującym zakończeniem, to składowe drugiego sezonu serialu, który podobnie jak pierwszy może nas zachwycić na wielu poziomach, także aktorstwem. Po raz kolejny doskonale w swoich rolach, zarówno w przeszłości, jak i w czasach teraźniejszych, odnaleźli się aktorzy tej niecodziennej, klimatycznej opowieści. Bohaterowie grani przez aktorów młodego, jak i nieco starszego pokolenia, robią tak zwaną „dobrą robotę”, zachwycając nas niemal na każdym kroku. 

Nie będą skupiać się ponownie na opisywaniu powracających aktorów i młodszych i dojrzałych, bo grają doskonale. Odsyłam Was do mojej recenzji sezonu pierwszego, gdzie mocniej się na nich skupiłam. Dziś wspomnę tylko, że w nowym sezonie twórcy duży nacisk kładą na aspekty psychologiczne, rozwijając wątki w młodzieńczym, jak i dorosłym wieku bohaterek Yellowjackets.

Jednocześnie do serialu wprowadzone zostają nowe osoby, w tym detektywi Kevyn oraz Matt Saracusa, a także pomocnik Misty, amatorski detektyw Walter. W jego rolę wcielił się, zresztą równie dobrze, jak pozostali aktorzy, Elijah Wood, aktor znany przede wszystkim z serii Władca Pierścieni. Znamy go także z ról w filmach Łowca czarownic czy produkcji Zło wcielone. Do obsady dołączyły także dwie aktorki, które wcieliły się w dorosłe postaci Lottie i Van. W rolę tej pierwszej, doświadczonej przez życie i chorobę psychiczną, Simone Kessell, którą możemy oglądać w miniserialu Obi-Wan Kenobi czy filmie Rachunek sumienia. Jako dorosła Van wystąpiła Lauren Ambrose, którą możemy oglądać w serialu Servant, Dig czy Sześć stóp pod ziemią

Yellowjackets -  co z kontynuacją opowieści w sezonie trzecim?

Yellowjackets w sezonie drugim pozostawił widza z zakończeniem, które wbiło wielu w fotel, wyraźnie pokazując, że życie naszych bohaterek zmieniło się na niekorzyść, a one muszą zaczynać od nowa, w warunkach, które zdecydowanie nie pomagają w przetrwaniu. Trudno im jest poradzić sobie w latach 90-tych, w lasach Ontario, trudno pokonać przeszłość, o której pragnie się zapomnieć, także w czasach obecnych. 

Czy bohaterki poradzą sobie w jednej i drugiej strefie czasowej? Tego nie wiemy. Ale wiemy, że serial Showtime, już w grudniu ubiegłego roku został potwierdzony w trzecim sezonie. Wtedy jeszcze mogliśmy z pełnym przekonaniem oczekiwać kolejnych odcinków i oficjalnej zapowiedzi startu zdjęć do sezonu trzeciego. Obecnie sytuacja wygląda znacznie gorzej. Z powodu trwającego strajku scenarzystów, do którego dołączyli także aktorzy, na ten moment realizacja serialowej opowieści nie jest możliwa. Wiemy, że wiele filmów i seriali zostanie opóźnionych, a są i takie, które całkowicie porzucono. Wiemy, że serial powróci dopiero w 2025 roku. 

Yellowjackets: sezon 2: podsumowanie recenzji

Pierwszy sezon Yellowjackets zachwycił mnie trzymającą w napięciu historią, która potrafiła wciągnąć, mrocznym wyrazem i wartką akcją przeplataną czasowo. W drugim sezonie było bardzo podobnie, a może i nawet lepiej, gdyż miałam okazję do poznania bohaterek i ich motywów znacznie dogłębniej, spójnie, dobitnie i psychologicznie. Kolejne odcinki zdradziły mi wystarczająco dużo, bym poczuła nieodpartą chęć obejrzenia kolejnych odcinków. Mrok, dramat, nieco horroru i opowieść trzymająca w napięciu, z zaskakującymi zwrotami akcji. To wszystko w kolejnych, aż dziewięciu odcinakach, które uznać mogę za naprawdę dobre, może nawet ciekawsze i pełniejsze od sezonu pierwszego. 

Miałam jedynie niewielki zgrzyt, jakim były cotygodniowe premiery kolejnych odcinków. Szczerze mówiąc nie jestem fankom oglądania seriali podzielonych na odcinki, nadawanych w telewizyjnej formie. Taki rodzaj kina sprawia, że nieco wybijam się z rytmu, a moje emocje tracą na sile. Dodatkowo w osłupienie wprowadziło mnie także zakończenie sezonu, które sugeruje, że na finał historii będziemy jeszcze musieli poczekać.

Na dzień dzisiejszy, jak już wspominałam, wiemy, że serial w trzecim sezonie został potwierdzony już w grudniu, zeszłego roku. Problem w tym, że trwające strajki mocno opóźniły premierę sezonu trzeciego, na który wciąż czekamy. Czekam zatem na rozwinięcie sytuacji, i na jakaś konkrety na temat sezonu trzeciego, którymi chętnie się z Wami podzielę.

Serial Yellowjackets w pierwszym i drugim sezonie można oglądać na Canal+ online.

Yellowjackets - recenzja 1 sezonu serialu

Yellowjackets -  recenzja 1 sezonu serialu

Yellowjackets: recenzja pierwszego sezonu serialu, który wciąga jak przysłowiowe bagno. Zapraszamy serdecznie do kolejnej recenzji w naszym serwisie. 

Yellowjackets to produkcja od Showtime, która teoretycznie powinna trafić na SkyShowtime, streamingowego domu wspomnianej platformy, co jednak nie nastąpiło, choć ma się to podobno zmienić. Póki co, serial, na który polscy widzowie musieli dość długo czekać, dostępny jest Canal+ i w serwisie Canal+ online.

Warto również przeczytać: 

W tej recenzji skupię się na kolejnych odcinkach pierwszej serii, do której prawdę powiedziawszy zbierałam się dość długo. Wątpliwości budziły we mnie doniesienia o tym, że jest to serial skupiony wokół kanibalizmu, który prawdę powiedziawszy nie bardzo mi się podoba, ale który ostatnimi czasu mocno się w filmach i serialach eksploatuje. 

Ale górę wzięła moja świadomość tego, że Yellowjackets to opowieść wielowarstwowa, mająca na swoim koncie trzy filmowe nagrody i aż dwadzieścia osiem nominacji oraz dobre oceny, zarówno widzów, którzy już oglądali serial, jak i recenzentów. To sprawiło, że w końcu sięgnęłam po serial, stopniowo coraz mocniej zanurzając się w pełną tajemnic, rozgrywającą się na dwóch płaszczyznach czasowych,  historię na granicy dramatu psychologicznego, thrillera i opowieści grozy. I powiem od razu, nie żałują, że się na niego zdecydowałam. 

Yellowjackets: sezon 1 – fabuła 

Serial, który mam przyjemność opisać w tej recenzji to amerykańska produkcja, która jak wspomniałam rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych. W jednej, w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, dokładnie w roku 1996 poznajemy zawodniczki żeńskiej drużyny piłki nożnej, licealistki, którym udało się zakwalifikować na mistrzostwa w Kanadzie. Drużyna, wraz z trenerami i towarzyszącymi im osobami leci prywatnym samolotem na miejsce, nigdy tam jednak nie dolatując. Samolot rozbija się w leśnej głuszy, gdzieś w Ontario. Część z załogi, w tym zawodniczek i trener cudem uchodzą z życiem, musząc nauczyć się przetrwać w miejscu, które słynie z surowego klimatu, bez jedzenia i podstawowych środków do życia. Spędzają tak ponad półtorej roku, aż zostają odnalezione. 

Na drugiej płaszczyźnie czasu przenosimy się dwadzieścia  pięć lat po feralnej katastrofie. Garstka, teraz dorosłych już ocalonych stara się żyć normalnym życiem. Ale szybko okazuje się, że nie jest to takie proste. Choć z całych sił starają się zapomnieć o traumach z przeszłości, o tym co zrobiły dwadzieścia pięć lat temu, ktoś im o tym przypomina. Wszystkie ocalałe, teraz już dorosłe kobiety, otrzymują bowiem wiadomość, w której ktoś szantażuje je tym, że wie co zrobiły, jednocześnie żądając za swoje milczenia sporej ilości gotówki. Przyjaciółki niedoli, choć urwały ze sobą kontakt, muszą się teraz zjednoczyć, by odnaleźć szantażystę i utrzymać swoje sekrety w tajemnicy. Co oczywiście, jak się domyślacie, nie będzie łatwe. 

Yellowjackets: sezon 1 – opowieść mieszająca gatunki

Yellowjackets to serial, który trudno dopasować do określonego gatunku filmowego. Znajdziemy w nim mieszaninę dramatu psychologicznego, który umiejętnie połączono w zupełnie innej perspektywie. Inaczej niż dorosłych bohaterek, wygląda survivalowa rzeczywistość nastolatek, które zdane są same na siebie w głuszy, w której powoli zbliża się zima, jedzenie trzeba samemu zdobywać, a co gorsza zwierzyny tu jak na lekarstwo. Dramat rozgrywa się więc na poziomie zdolności przetrwania, braku jedzenia i wizji śmierci głodowej, w której pojawia wspomniany już przeze mnie kanibalizm. 

Temat ten, który przewija się w wielu produkcjach w nowej produkcji od Amazon Prime Koszmar Dolores Roach, w filmie Aż do kości, czy w starszych tytułach, jak choćby Milczenie owiec, w pierwszym sezonie nie jest aż tak mocno eksplorowany. Pojawia się w zapowiedziach, ale rozwój kanibalistycznych zapędów śledzić będziemy dużo później w serialu, który tym sposobem skręca ku klasycznej grozie.

Groza wyziewa z serialowej opowieści nie tylko przez motywy kanibalistyczne, czy nawet związane z rodzajem kultu, sekty czy stylu życia skupionego na przetrwaniu, ale z licznych motywów duchowości, i tajemniczych zachowań jakie rodzą się w bohaterkach tejże opowieści. Jedna z nich Lottie obdarzona jest zdolnościami parapsychologicznymi, inna, dziewczyna o zdolnościach przywódczych, imieniem Taissa, lunatykuje staje się wtedy zdolną do czynów nieobliczalnych, nawet do zabójstwa. 

Dramat nastolatek, przeplata się z dramatem dorosłych już kobiet, które mają na głowie tajemniczego szantażystę, z którym muszą jakoś sobie poradzić. I tu serialowa opowieść zbacza w stronę kryminału, w którym dorosłe już kobiety, walczące z traumą przeszłości, muszą stanąć na wysokości zadania, zabawić się w detektywów i jakoś pozbyć się tego, kto zagraża ich bezpieczeństwo. Przy okazji na jaw wychodzi wiele tajemnic, a my, widzowie cofamy się w czasie, bierzemy udział w retrospekcjach, w których staramy się rozszyfrować tajemnice tego co wydarzyło się zarówno w latach 90-tych, i tego co dzieje się współcześnie. 

Nie jest to wcale łatwe, bowiem twórcy serialu, a są to Bart Nickerson i Ashley Lyle nie spieszą się z wyjaśnianiem nam wątków fabularnych, akcja nie pędzi jak szalona, i podobnie jak w hicie HBO Max Stamtąd, gubi tropy i mnóstwo znaków zapytania pozostawia bez odpowiedzi. 

Nie można oczywiście nie zauważyć, że jest to także serial młodzieżowy. Ale nie….., to nie jest prosta historyjka o pierwszych miłościach, szalonych imprezach, o banalnej podstawie fabularnej, jakich nie brakuje choćby na Netflix. Showtime skupiło się na nastolatkach pokazując je walczące o przetrwanie, skupione na przeżyciu, nie szczędząc tym samym brutalności i pokazania ludzkiej ciemnej strony, brutalności, a nawet wynaturzenia w sposób dosadny, dojmujący i bardzo realistyczny, co dodatkowo dobrze oddają zdjęcia i okolica, w której przebywają dziewczyny, czyli pewna chatka w lesie, wyjęta rodem z horroru z gatunku slashera. 

Yellowjackets: sezon 1 – świetnie dobrana obsada aktorska

Serial Yellowjackets, jak już wiecie to opowieść, która rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasu. W latach 90-tych, w roku 1996 śledzimy losy młodych, nastoletnich bohaterek, w czasach współczesnych, 25 lat po katastrofie, życie niektórych z nich, już jako osoby dorosłe. 

W wypadku tegoż serialu, w odniesieniu do sezonu pierwszego, na jakim się skupiam, dobór obsady jest wręcz fenomenalny. Ze swoimi rolami radzą sobie zarówno młode aktorki, które stają na wysokości zadania, czyniąc ze swoich postaci osoby wiarygodne, autentyczne, często nie mające hamulców. 

Tu na plan pierwszy wysuwa się kilka postaci. Pierwszą z nich jest Sammi Hanratty, która wcieliła się w postać nastoletniej Misty, dziewczyny gotowej na wszystko, na pozbawienie nogi trenera, czy zatrucie innych grzybkami halucogennymi. Nie umniejsza jej poziomem grania Sophie Thatcher, jako nastoletnia Natalie, która domowe traumy przełożyła na umiejętność przeżycia, w tym strzelanie i miłość do Travisa. Nie można zapomnieć o nastoletniej Shaunie, granej przez Sophie Nélisse, która wraz z przyjaciółką Jackie, zagraną przez Ellę Purnell, dzielą pewną tajemnicę. Na uwagę zasługuje także Jasmin Savoy Brown w roli nastoletniej Taissy, przywódczyni i młodej kobiety z problemem lunatykowania i Courtney Eaton, która zagrała postać nastoletniej Lottie, obdarzonej wyjątkowym darem. 

Na drugim planie, w dorosłym życiu jesteśmy natomiast świadkami absolutnie doskonałych kreacji dorosłych odpowiedników naszych małoletnich bohaterek. Pierwsze skrzypce grają tu dwie aktorki: Melanie Lynskey jako Shauna oraz Christina Ricci jako Missty. Te panie wiodą prym delektując się tym co mają do zagrania, sprawiając tym samym widzom wielką radość i mnóstwo serialowej rozkoszy. Nie należy zapominać także o Juliette Lewis jako Natalie, która musi radzić sobie z uzależnieniem i straconą miłością i Tawny Cypress, która wcieliła się w postać Taissy, która robi karierę w polityce, mając wiele za uszami, choć wydaje się nie mieć o tym świadomości. 

Yellowjackets: sezon 1 – serial, który zebrał mnóstwo nagród

Yellowjackets w pierwszym sezonie to opowieść, która godna jest polecanie nie tylko ze względu na świetną fabułę, która szybko i mocno wciąga, niczym bagno, nie tylko przez ciekawe połączenie gatunków, zamkniętych w różnych płaszczyznach czasowych, nie tylko na wyśmienitą pracę aktorską, ale i ze względu na wielu nagród jakie serial zebrał do tej pory. 

Produkcja ma na swoim koncie trzy nagrody Emmy, w tym: Najlepszy serial dramatyczny; Najlepsza aktorka w serialu dramatycznym Melanie Lynskey; Najlepszy dobór obsady serialu dramatycznego. Może poszczycić się aż dwudziestoma ośmioma nominacjami do filmowych nagród, wśród których są nominację do wspomnianych nagród Emmy, w tym dla najlepszej aktorki w serialu dramatycznym Christina Ricci czy Najlepszego reżysera serialu dramatycznego Karyna Kusama - za odcinek pilotażowy.

Yellowjackets: sezon 1 – podsumowanie recenzji 

Podsumowując serial Yellowjackets w pierwszym sezonie, do którego jak już wspominałam na wstępie podchodziłam jak przysłowiowy „pies do jeża”, nie zawiódł mnie ani przez chwilę. Choć akcja opowieści rozwija się dość powolnie, często skacząc od przeszłości do współczesności, to poziom napięcia budowany jest już od pierwszego odcinka. To nie jest serial do którego można się wciągnąć dopiero po trzecim, czy czwartym odcinku. To historia, w którą mnie osobiście udało się wniknąć od razu, już po epizodzie pierwszym.

Do przejmującej, nie pozbawionej brutalności i szczerości historii wchodzi się z marszu poprzez umiejętnie opowiedzianą fabułę, dzięki dwóch płaszczyznom czasowym, które skutecznie łączą wydarzenia, przybliżają nam bohaterki i ich poczynania, ale jednocześnie stawiają pytania, i starają się na nie odpowiedzieć. Nic tu nie jest widzowi podane na tacy, atmosfera się zagęszcza, problemy i zagadki piętrzą się i mnożą. 

Całość dobrego odbioru domykają udane zdjęcia, muzyka, która przywołuje w pamięci lata 90-te ubiegłego wieku i doskonała praca aktorska, zarówno aktorów młodego pokolenia, jak i charakterystycznych i charakternych postaci, w które wcielają się dorosłe aktorki. 

Serial Yellowjackets w pierwszym sezonie to udany, trzymający w napięciu wstęp do sezonu drugiego, który jak wspominałam właśnie trwa na Canal+ i Canal+ online. Opowieść rozkręca się odcinek za odcinkiem, nadając historii coraz bardziej mrocznego wyrazu. Zatem jeśli nie widzieliście jeszcze Yellowjackets to oczywiście serdecznie polecam, bo warto! 

Serial Yellowjackets w pierwszym i drugim sezonie można oglądać na Canal+ online.

Broken Sword - Shadow of the Templars: Reforged - recenzja

Broken Sword - Shadow of the Templars: Reforged - recenzja

 

Serdecznie zapraszam Was do spędzenia ze mną trochę czasu i przeczytania kolejnej mojej recenzji, tym razem odnowionej wersji pierwszej odsłony serii Broken Sword, klasycznej przygodówki Broken Sword - Shadow of the Templars: Reforged. Miłej lektury!

Są takie gry, których przedstawiać graczom, bez względu na to czy są miłośnikami przygodówek, czy też nie, specjalnie nie trzeba. Do ich grona zalicza się Broken Sword - Shadow of the Templars, która ponownie zyskała nowe życie i przede wszystkim nową jakość. Recenzja, którą czytacie powstała dzięki uprzejmości GOG, za co serdecznie dziękuję 😊.

Przeczytaj również: 

Broken Sword - Shadow of the Templars: Reforged - fabuła bez zmian

Żeby w pełni zrozumieć sformułowanie jakie pojawił się w akapicie powyżej, a przynajmniej tę część "fabuła bez zmian", należy znać Broken Sword - Shadow of the Templars, bądź w pierwszym wydaniu, bądź w odsłonie Broken Sword: Shadow of the Templars - The Director's Cut. Miłośnicy przygodówek z pierwszym "Brokenem" są niewątpliwie za pan brat. Zatem opis fabuły Broken Sword - Shadow of the Templars: Reforged będzie w tym wypadku skierowany bardziej w stronę graczy, którzy nie znają gry, bądź nie bardzo ją pamiętają.

Opowieść stworzona przez Revolution Software rozpoczyna się w jesienią, w Paryżu, w ostatnich miesiącach roku i końca stulecia. Tam też wakacje spędza amerykański turysta George Stobbart. Siedząc przed jedną z paryskich kawiarenek staje się świadkiem, i jednocześnie uczestnikiem zamachu bombowego. Odpowiedzialnym za ten czyn jest tajemniczy klaun, których wchodzi do kawiarni, podkłada bombę w akordeonie, zabiera walizkę tajemniczego starszego mężczyzny, po czym ucieka.

Zamach w kawiarni rodzi zgliszcza, ale jest również powodem śmierci wspomnianego wyżej dojrzałego mężczyzny, który jak wkrótce sprawdza George, nie posiada przy sobie żadnych dokumentów. Żywo zaangażowany w sprawę Stobbart, postanawia dowiedzieć się kim jest zabity i jaką rolę, prócz zamachu, pełni ów klaun zabójca.

Niebawem na jego drodze, przed kawiarnią, pojawia się dziennikarka, Nico Collard, która zdaje się wiedzieć o klaunie zamachowcu nieco więcej. Wspólnymi siłami, przy drobnej pomocy znawcy antyków i staroci, niejakiego Andre, nasi bohaterowie stawiają czoła tajemnicy, która kieruje ich w stronę zagadki Templariuszy i pewnego skarbu. Śledztwo w tej sprawie staje się także początkiem ich przyjaźni, którą śledziliśmy w kolejnych grach w serii, i poznawać będziemy również w Broken Sword - Parzival's Stone, przygodzie która wciąż nie ma swojej daty premiery. 

Broken Sword - Shadow of the Templars: Reforged - sterowania i growa otoczka

Broken Sword - Shadow of the Templars: Reforged to, podobnie jak jej poprzednie wydania, oryginał i Director's Cut, klasyczna przygodówka. Ale w tym wypadku otrzymaliśmy oprócz kierowania postacią George'a za pomocą myszy, tylko nim tu sterujemy, także możliwość działania padem. Prawdę powiedziawszy nie sprawdzałam jak się owym narzędziem w grze działa. Przynajmniej nie zrobiłam tego do czasu napisania tejże recenzji, ale z pewnością taką możliwość również przetestuje, wciąż walczę bowiem z osiągnięciami, których niestety nie zdobyłam w stu procentach, więc do gry powrócę.  To jak się kieruje kontrolorem, pewnie do recenzji wkrótce dopiszę. 😏

Na początku rozgrywki zostaniemy zatem poproszeni o wybór sterowania - mysz lub kontroler. Przyjdzie nam ustalić styl gry, który stanowi o poziomie trudności rozgrywki. Mocno widać zatem, że twórcy, wspomniane już brytyjskie studio Revolution Software, postawili także na nowych graczy, którzy z Broken Sword jeszcze nie mieli do czynienia, nie są przyzwyczajeni do przygodówek, albo zwyczajnie zaczynają z nimi przygodę. Myślę, że to dobry ruch, szczególnie w kontekście tego, że od wielu lat mówi się o śmierci klasycznych przygodówek, które skutecznie wypierają wszelakie zmiksowane dziwy, czyli przygodowe gry akcji z elementami platformowymi, symulacją, RPG i nie wiadomo z czym jeszcze.

W trybie "Story", który stanowi mocno ułatwioną rozgrywkę, możemy poczuć się jak uczestnicy interaktywnej rozgrywki. Interaktywne miejsca będą się nam podświetlać, a przedmiot, który w danym miejscu mamy użyć, by posunąć rozgrywkę do przodu, będzie w ekwipunku migać. W tym trybie zabawa jest zatem łatwa, lekka i przyjemna, i z pewnością w niej nie utkniecie. 

Dla tych, którzy jednak gatunek znają, a tym bardziej nie obca im jest przygoda Broken Sword - Shadow of the Templars, no i nie zamierzają być prowadzeni za rączkę, deweloperzy zaproponowali tryb "Classic", w którym musimy sami odkrywać meandry fabularne, mierzyć się z zagadkami przedmiotowymi, a do podpowiedzi dotrzemy jedynie sami o nie prosząc, po najechaniu na górę ekranu i wybraniu ikony "Game help", czyli pomocy. Tu do dyspozycji będziemy mieć kilkustopniową podpowiedź, a także zwięzłe podsumowanie wydarzeń. Na kolejne stopnie podpowiedzi, aż do konkretnej odpowiedzi na nasz problem, będziemy jednak musieli poczekać kilka chwil, parę minut.

Skoro jesteśmy na etapie wyjaśniania co znajduje się na górze ekranu, po najechaniu tam myszą, to pragnę donieść, że znajdziecie tam także menu oraz ikonę, która informuje jakie klawisze odpowiadają za dane czynności interfejsowe jakie chcemy w grze dokonać. 

"Escape" pozwala nam wejść do menu, "spacebar" przenosi do ekwipunku, "baskspace" dotyczy dialogów. Opcja ta pozwala na zobaczenie po raz kolejny wszystkich dialogów jakie w grze przeprowadzimy. Należy pamiętać, że Broken Sword - Shadow of the Templars: Reforged, tak jak i jej poprzedniczka to gra, która daje możliwość poprowadzenia pewnych rozmów w dwojaki sposób. Możemy bowiem mówić prawdę, albo kłamać, i tym sposobem uzyskać więcej informacji, ale również stracić życie. Przygodówka, podobnie jak opisywane już przeze mnie Black Mirror ma wbudowany system śmierci bohatera, która dokonuje się na różne sposoby, zależy od naszych pochopnych decyzji, a w Broken Sword stanowi integralną, powiedziałabym, zadaniową część rozgrywki. Zgon George'a kończy się zakończeniem gry i koniecznością wczytania ostatniego zapisu. 

Przygoda została podzielona na rozdziały, a jest ich aż dziewięć. Co ciekawe i bardzo satysfakcjonujące, można je sobie powtórzyć, oczywiście po zakończeniu rozgrywki. W opcji menu możemy bowiem wybrać dany rozdział, i zmierzyć się z nim po raz kolejny, bez konieczności wyszukiwania zapisu. Te oczywiście możemy robić ręcznie, co jest wielkim plusem, choć są i zapisy automatyczne. 

W grze wbudowano oczywiście inwentarz, czyli klasyczny ekwipunek, który w przypadku wersji Reforged przedstawiony została jako plecak. Znajdują się w nim zebrane przez nas przedmioty, które można ze sobą łączyć, a także wykorzystywać dla popchnięcia fabuły. Pojawiają się tam również dialogi, a dokładnie ikonki, które pozwalają nam poprowadzić dialog, często na bardzo nieistotne tematy.

Możemy bowiem wiele razy i z każdą osobą poruszać te same kwestie dialogowe. W większości przypadków nie wnoszą one nic nowego do fabuły, i są jedynie do niej dodatkiem, a także znacznym wydłużeniem, i tak wcale nie krótkiej rozgrywki. Niektóre jednak nie tylko pchają fabułę do przodu, ale dają nam możliwość zdobycia osiągnięcia, których w grze jest sporo. Dają również okazję do zmierzenie się z danym wyzwaniem, w tym z zagadkami, głównie przedmiotowymi. 

Broken Sword - Shadow of the Templars: Reforge - zagadki jakie dobrze znamy

Broken Sword - Shadow of the Templars: Reforged nie znajdziemy li tylko zagadek skupionych na przedmiotach, ale również klasyczne zadania logiczne. Podobnie jak fabuła, która względem oryginału nie uległa zmianie, tak samo nie zmieniono zagadek, niczego w tym przypadku nie dołożono, nic do poprawiono, czy rozbudowano.

Mamy zatem do czynienia z tą samą rozgrywką, która łączy w sobie rozmowy - istotną część fabularnej zabawy oraz zagadki przedmiotowe, podczas których nie tylko musimy znaleźć przedmiot, ale i go z czymś połączyć, a później właściwie użyć i logiczne. 

W przeciwieństwie do klasycznego Broken Sword - Shadow of the Templars, który przedstawiony nam był w nieco bardziej retro stylu (co możemy w każdej chwili porównać, wybierając "tab"), w odnowionej wersji Reforged same przedmioty, a w szczególności system ich użycia stał się bardziej trójwymiarowy. 

Musimy najechać na daną rzecz kursorem myszy, by została podświetlona żółtą łuną, a potem użyć na danym miejscu, ale tylko wtedy, gdy na ekranie pojawi się również żółte podświetlenie. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to muszę nadmienić, że z sięganiem po przedmioty bywa problem. Ich umiejscowienie blisko siebie sprawiało, że czasami zdarzało mi się nie trafiać we właściwą rzecz, podświetlając przedmiot, który wcale nie chciałam podświetlić. Nieco irytujące stało się także celowanie na interaktywne, podświetlone miejsca, w którym moja rzecz miała być użyta. Może to moje "czepialstwo", ale sposób używanie przedmiotów znacznie bardziej odpowiadał mi jednak w oryginale. 

Zmianie nie uległy zagadki, które stanowią kopię pierwszego wydania gry i skupiają się na powtórzeniach zadań przedmiotowych, no i logicznych. Nie są one zbyt wymagające, a przy pomocy wbudowanego systemu podpowiedzi, zapewne poradzą sobie z nimi nawet początkujący gracze. 

Trzeba tu od razu nadmienić, że wszystkie zadania, zarówno te polegające na przedmiotach, a także te czysto logiczne, także te związane z odpowiednimi w grze interakcjami, są niezwykle przemyślane i dobrze wpasowane w rozgrywkę, która staje się przez to mocno angażująca, i zwyczajnie ciekawa, szczególnie jeśli nie pamięta się za bardzo fabuły, albo, czego zazdroszczę, gra się po raz pierwszy. 

Broken Sword - Shadow of the Templars: Reforge - grafika, czyli najbardziej istotna zmiana

Wspomniałam, że zmianie nie uległ ani wątek fabularny, ani sama rozgrywka, w tym jej część zadaniowa. Znacznie jednak zmieniono wygląd gry pod względem jej grafiki. Ten aspekt przygodówki, którą kocha tak wiele fanów przerobiono całkowicie.

Dzięki przeniesieniu grafiki na wyższy poziom, w postaci 4K Broken Sword - Shadow of the Templars: Reforged nie tylko wpisuje się w nową graficzną epokę, ale wygląda jak animowany film, który zachwyca barwami i graficznym, rysunkowym przepychem.

Nie można oczywiście powiedzieć, że oryginał, czyli Broken Sword - Shadow of the Templars to gra brzydka. Nic z tych rzeczy. Zważywszy na czas, kiedy powstała, czyli lata 90-te ubiegłego wieku, graficznie plasuje się na wyższej półce, mając swój niepowtarzalny klimat, do którego, my, przygodomaniacy, lubimy wracać. Przypominam, że możemy zrobić to także, za pomocą jednego przycisku, w Broken Sword - Shadow of the Templars: Reforged.

Opisywana przeze mnie przygodówka to po prostu inny wymiar graficzny, inne życie, inne odczucia wzrokowe, zupełnie inny, bardziej dopracowany, bardziej płynny i bardziej rzeczywisty styl rysunkowy, który przedstawia się naprawdę imponująca. 

Jesień w Paryżu jest urokliwa kolorystycznie, katakumby mroczne, Irlandia sielska, Syria gorąca i piaszczysta, zaś postaci pełnowymiarowe, barwne i dopracowane. Mocno zmieniono także animacje, które teraz nie tylko są pełniejsze, ale i bardziej realne, bardziej kolorowe i bardziej współczesne, bardziej AI. 

Broken Sword - Shadow of the Templars: Reforge - udźwiękowienie 

W odnowionej wersji starego dobrego "Brokena" zmianie uległo także udźwiękowienie, w którym znalazła się niesamowita ścieżka dźwiękowa autorstwa światowej sławy kompozytora Barringtona Phelounga. Muzyka oczywiście nie została zmieniona na tyle, że nie będziemy jej poznawać. Nic z tych rzeczy. Wciąż bowiem towarzyszyć nam będzie jakże rozpoznawalny motyw muzyczny, i dźwięki, które tak dobrze znamy. 

Znów usłyszymy znajomy głos, jakże kojarzący się z naszym Amerykaninem, którego przygoda rozpoczęła się w grze w lat 90-tych i trwa do dziś. W roli Georga Stobbarta bowiem Rolf Saxon, który ma powrócić także w  6, choć aktor ma już swoje lata. 

Niestety Broken Sword - Shadow of the Templars: Reforged nie doczekała się polskiej wersji językowej. Gra dostępna jest w wieli językach, w tym również po czesku. Niestety nie zagramy w nią w naszym ojczystym języku, a jedynie w pełnej angielskiej wersji językowej, w której powracają znane nam postaci, w tym Nico Collard. Nią jednak w grze nie pokierujemy. 

Broken Sword - Shadow of the Templars: Reforge - czy odnowienie odnowionego ma sens? Podsumowanie recenzji

Broken Sword - Shadow of the Templars: Reforged to jak zapewne wiecie nie pierwsza wersja growego klasyka, który już został ulepszony w Broken Sword - Shadow of the Templars: Director's Cut. Rodzi się zatem pytanie, takie ktoś mi ostatnio zadał, czy jest sens odnawiać coś co już odnowione zostało. Ja wprawdzie w Director's Cut jeszcze nie grałam, choć mam to w planach, ale sądzę, że nadawanie grze nowego wymiaru i przenoszenie jej na wyższy poziom, to nic złego.

Po pierwsze nie każdy z graczy lubi grać w retro przygodówki, z grafiką, co tu kryć, nie wpisującą się już we współczesne klimaty. Po drugie, nie każdy chce mierzyć się z wyzwaniami logicznymi i przygodowym kombinowaniem, a ulepszona i dająca możliwość pomocy gra, załatwia sprawę problematycznej rozgrywki i pozwala na dobrą zabawę nawet początkującym graczom.

Możliwość grania kontrolerem, z jednoczesnym ułatwieniem rozgrywki wprowadza Broken Sword - Shadow of the Templars na nieco inną ścieżkę, na drogę interaktywnej rozgrywki, podczas której możemy zasiąść na kanapie i odprężeni delektować się opowieścią, nie skupiając się na klikaniu w klawiaturę i nie stopując na zagadkach. 

Zremasterowana grafika 4K, ulepszony dźwięk, ulepszone i dopracowywane oryginalne przerywniki filmowe, przeniesiona z 480p do oszałamiającego 4K, z funkcją przełączania pozwala graczom nie tylko na delektowanie się wątkiem fabularnym, ale poprzez przełączanie się między oryginalnym Shadow of the Templars a Shadow of the Templars: Reforged, na bliższe poznanie zmian w niej dokonanych.

Co zatem z nowej wersji starego i nowszego Broken Sword mogą wyciągnąć gracze już obeznani z opowieścią, tacy jak ja? Otóż pomijając przypomnienie sobie bezkonkurencyjnej fabuły, która wciąga maksymalnie mocno, nie skupiając się na zagadkach, które dają satysfakcję, a które po prostu możemy pamiętać, mamy, my znający już opowieść, możliwość zobaczenia jak piękny i jak barwy jest świat stworzony przez Revolution Software, ile sentymentu ze sobą niesie historia George'a i Nico, i ile radości sprawia usłyszenie po raz kolejny głosu pana Stobbarta. Klasyka nawet przeniesiona na inny poziom, zawsze się obroni, i zawsze, mimo upływu lat, i mimo graficznych i dźwiękowych zmian, klasyką będzie.

Szkoda tylko, że jak zwykle zostaliśmy jako Polacy potraktowani trochę po macoszemu i gra, mimo posiadania naprawdę wielu lokalizacji językowych, po polsku dostępna niestety nie jest. 

Nie mniej jednak wszystkich, którzy w Broken Sword - Shadow of the Templars, może dawno, a może nie, już grali, a także tym, którzy przygodę z tym fabularnym gatunkiem, dopiero zaczynają, serdecznie polecam jej ogranie. Jestem przekonana, że będziecie się naprawdę dobrze bawić. 

Recenzja gry Broken Sword - Shadow of the Templars: Reforged postała na bazie wersji na GOG.

Serdecznie dziękujemy GOG za udostępnienie gry do recenzji. 

Moja ocena 8/10.

Zalety:

  • Klimat serii i pierwszego Broken Sword;
  • Zagadki i zadania;
  • Możliwość wyboru trybu rozgrywki;
  • Klasyka przygodowa;
  • Piękna grafika;
  • Ścieżka dźwiękowa, która budzi wspomnienia;
  • Głos Stobbarta;
  • Długość gry;
  • Możliwość grania kontrolerem;

Wady:

  • Brak polskiej wersji językowej;
  • Pewne problemy interfejsu;
  • Śmierć bohatera (bo nie lubię)



piątek, 27 września 2024

Grimm, recenzja wszystkich sezonów fantasy horroru kryminalnego

Grimm, recenzja wszystkich sezonów fantasy horroru kryminalnego

Na SkyShowtime dostępny jest serial Grimm, łączący dark-fantasy z horrorem i kryminałem. Serial nosi tytuł Grimm. Zapraszam do recenzji wszystkich sześciu sezonów tej barwnej, klimatycznej serialowej opowieści. 

Co może łączyć braci Grimm, słynnych pisarzy i niemieckich uczonych, żyjących na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku, znanych przede wszystkim z książki Baśni braci Grimm, z fantasy kryminalną historią osadzoną we współczesnych czasach? Otóż okazuje się że bardzo wiele, bo aż sześć sezonów amerykańskiego serialu, który swój początek miał już trzynaście lat temu. Mowa oczywiście o większości pewnie znanej produkcji, serialu Grimm, który po latach od jego debiutu, w końcu zdołałam obejrzeć w całości. 

Przeczytaj także:

Wszystko za sprawą platformy SkyShowtime, która to po pewnym czasie udostępniła wszystkie sezony, całe sześć serii. Niestety trzeba było na nie poczekać, gdyż SkyShowtime miało na start do zaoferowania jedynie trzy sezony, i to wcale nie pierwsze, bowiem czwarty, piąty i szósty. Pierwsze trzy, ze względu na prawa licencyjne, trafiły do serwisu dużo później. Obejrzenie przeze mnie całości nie mogło nie zaowocować recenzją, która temu serialowi, według mnie, po prostu się należy. A czemu? Co takiego ma nam do zaoferowania? Czy naprawdę warto poświęcić mu czas? A może jest coś co mąci jego płynne oglądanie? 

Grimm – o czym opowiada serial?

Grimm to serial dość wyjątkowy, bo zarówno baśniowy, jak i bardzo rzeczywisty, współczesny. Historia rozgrywa się w amerykańskim mieście Portland, w którym obok zwykłych ludzi, żyją także istoty zwane Wesenami. Na co dzień wyglądają jak każdy inny. Mogą jednak w każdej niemal chwili przybierać swoją prawdziwą postać, czyli zwierzęcia, albo innej, często bardzo groźnej istoty. Przemiana zwana „wogowaniem” sprawia, że stają się wilkami znanymi jako Bludbady, lisami, czyli Fuchsbaunami, wiedźmami znanymi jako Hexenbieste i wieloma innymi stworzeniami. Przeciętny człowiek, jeśli tego nie chcą (a prawdę powiedziawszy nie mogą się  ludziom ujawniać), nie może ich zobaczyć. Ale są tacy, którzy widzą Wesena nawet wtedy, gdy ten tego nie chce. Ci znani są  jako Grimmowie, czyli łowcy Wesenów, od pokoleń po prostu pozbywający ich głowy. O Grimmach wśród wspomnianych istot krążą legendy. Straszy się nimi wesenskie dzieci, pisze się w książkach. 

Jeden z takich właśnie łowców to bohater serialu Grimm. Nick Burkhardt to młody detektyw pracujący w wydziale zabójstw, właśnie w Portland. Pewnego dnia zaczyna widzieć coś, czego widzieć nie może, a wkrótce dowiaduje się, że jest potomkiem niemieckiej rodziny Grimmów. Po śmierci ciotki, która wychowywała go po starcie rodziców, także Grimmki, przejmuje od niej przyczepę, wypełnioną bronią Grimmów, miksturami, a także bardzo starymi księgami, w którym jego potomkowie i potomkinie spisują swoje spotkanie z istotami ze świata Wesenów. 

To właśnie z owych dzienników Nick uczy się świata istot, z którego pochodzą, a także poznaje tajniki ich unieszkodliwiania. W pracy śledczego, w której co rusz przewija się mord, spowodowany przez złego Wesena, towarzyszy mu partner policyjny, i przyjaciel, Hank Griffin. Nick zaprzyjaźnia się także z Blutbadem, Monroe i Rosalee Calvert, uroczą Fuchsbauką, którzy stają się dla niego nieocenionym źródłem informacji. 

W tle opowieści toczy się także walka dobra ze złem, świata ludzi ze światem Wesenów. Jest i rodzina królewska, która próbuje zdobyć pewne klucze, które od lat przechowują Grimmowie, a których zdobycie wszystkich siedmiu pozwala odczytać mapę i odkryć zakopany bardzo dawno skarb. 

Grimm – czym właściwie jest ta opowieść?

Grimm to serial, jak już wspominałam wyjątkowy, bo tak naprawdę nie sposób opisać jego fabuły w kilku zdaniach. Nie warto także bardzo precyzyjnie i jednoznacznie zamykać go w określone ramy gatunku filmowego. Znajdziemy w nim bowiem mnóstwo z klasycznego dark fantasy, sporo elementów typowego horroru. Nie można zapomnieć, że jest to także historia kryminalna, w której każdy odcinek skupia się na jednym śledztwie, dotyczącym jednego zabójstwa. W nim sprawcami, często bardzo drastycznych i niecodziennych mordów, które zwykłemu człowiekowi, trudno sobie wytłumaczyć, są właśnie Weseny. 

Grimm to także opowieść o przyjaźni, która w tym serialu jest bardzo pięknie pokazana. To również historia nawiązująca w sposób bardzo oczywisty do inności, różności każdego z nas, zaufania i nie dyskryminowania innej istoty z powodu jej inności. Nick w postaci Grimma to klasyczny, pragnący sprawiedliwości policjant, jednocześnie o bardzo dobrym sercu, umiejący kochać nie tylko swoją dziewczynę Juliette Silverton, ale i swoich przyjaciół. A tych w serialu, wraz z kolejnymi sezonami robi się coraz więcej. 

Nie możemy zapomnieć także o baśniach i legendach, które w opowieści stworzonej przez Stephena Carpentera, Davida Greenwalta oraz Jima Koufa, grają pierwsze skrzypce. Z pewnością każdy z nas znajdzie w serialu postać, która znana mu jest czy to z legend, czy to właśnie z baśni. Zgłębianie ich charakteru i stylu życia, często morderczego, staje się jedną z głównych linii fabularnych, jakich w serialu znajdziemy sporo. 

Grimm – serial od którego trudno się oderwać

Opisywany serial oprócz wyżej wymienionych elementów fabularnych, posiada wiele innych zalet, które sprawiają, że jest taki wciągający. Oprócz klimatu grozy, sprytnie poprowadzonego fantasy, i przejmującej opowieści o przyjaźni, posiada także wątek zaczerpnięty z przygodowego thrillera. Nie brak tu bowiem zagadek i pradawnej tajemnicy. Napięcie momentami sięga zenitu, klimat buduje ciekawa i pasująca do całości muzyka oraz styl poprowadzonej opowieści. 

Sposób odkrywania tajemnic, także Wesenów i ich morderczych skłonności, przeglądanie ręcznie rysowanych ksiąg i tłumaczenie tekstów, staje się kanwą przygodowej historii, której poznawanie potrafi nam w serialu sprawić wielką przyjemność. Twórcy umieli również wykorzystać potencjał w odkrywaniu i poznawaniu świata przez przyjaciół Grimma, czyli jego policyjnego partnera i policjanta Wu. Oni stopniowo wtajemniczani są w tajniki pracy Grimma, co często prowadzi do problemów. 

Na drugim, ale wcale nie drugoplanowym polu rozgrywa się opowieść o walce dobra ze złem, rodzinie królewskiej, która pragnie nie tylko władzy, ale także wspomnianych kluczy. Ich przedstawicielem jest Sean Renard, bezpośredni przełożony Nicka i Hanka w policji, w połowie Wesen typu Zauberbiest. On ma plany wobec Nicka, i wątek z tym związany, również staje się w serialu fascynujący.

Grimm – postaci, które nie sposób zapomnieć

Grimm to oprócz historii, która może trzymać w napięciu, i którą pochłania się odcinek za odcinkiem, a jest ich aż 123, to także plejada naprawdę dobrze napisanych postaci, w których aktorzy wcielili się brawurowo. Bardzo szybko nawiązujemy z nimi więź, stając się ich przyjaciółmi, przeżywając z nimi wzloty i upadki. Choć postaci są jasno nakreślone, większa ich część napisana została tak, by wiedzieć kto jest dobry, a kto zły, są wśród nich także postaci niejednoznaczne, które w serialu przechodzą pewną przemianę. 

Wyraźnie dobrymi bohaterami są Nick Burkhardt, czyli tytułowy Grimm, w którego wcielił się David Giuntoli (13 godzin: Tajna misja w Benghazi, A Million Little Things), jego policyjny partner Hank Griffin grany przez Russella Hornsby’ego (Lincoln Rhyme i kolekcjoner kości, Mike) czy Andrew „Drew” Wu, policjant, w którego świetnie wcielił się Reggie Lee (serial Piraci z Karaibów, Mroczny Rycerz powstaje).

Dobrymi, klarownymi, ale jednocześnie mający za sobą pewną niedobrą przeszłość bohaterami są Weseni, Bludbaden Monroe, zagrany przez Silasa Weira Mitchella (Skazany na śmierć, Wyścig szczurów) i Fuchsbauka, Rosalee Calvert, w którą wcieliła się Bree Turner (Szklane domy, Brzydka prawda), w serialu ukochana Monroe’a. 

Postaci, które w serialu przechodzą przemianę, w różne, bardzo skrajne strony to natomiast: Juliette Silverton, dziewczyna Nicka, weterynarz, grana przez Bitsie Tulloch (Superman i Lois, Wstrząs, Artysta), Adalind Schade, Hexenbiesta, w którą wcieliła się Claire Coffee (Siostry, Święta marzeń), prawniczka pracująca dla kapitana Renarda. On również jest postacią niejednoznaczną, zarówno kapitanem policji, jak i na wpół Wesenem, Zauberbiestą. W postać tą wcielił się Sasha Roiz (Pojutrze, W garniturach, Pompeje).

Zarówno oni, jak i postaci ważniejsze i mniej ważne, stanowią w owym serialowym projekcie istną postaciową orkiestrę, która gra na jedną nutę, nie myli taktu i stanowi melodię, która spaja fabułę i czyni ją, mimo swojej baśniowości, bardzo wiarygodną. 

Grimm – wszystko świetnie, gdyby nie ostatni sezon

Drobną rysą na serialu niemal bez wad staje się jednak ostatni sezon. Ma on po pierwsze dużo mniejszą ilość odcinków niźli pozostałe sezony. Niemal wszystkie liczą sobie 22, 23 odcinki. Tymczasem finałowy sezon to zaledwie 13 odcinków. Nie byłoby to oczywiście problemem, bo sezon potrafi wciągnąć i w sumie podsumowuje opowieść, gdyby nie pewne rażące nieścisłości, które niemal biją po oczach. Oglądając finał opowieści ma się wrażenie, jakby twórcy zanadto spieszyli się z zakończeniem, nie bardzo wiedząc, jak w mniejszej ilości odcinków, zmieścić wszystko to co się tam dzieje. A dzieje się naprawdę sporo. Na dodatek w pewnych epizodach możemy dopatrzyć się wielu nieścisłości, które mogą wielu z nas dziwić. 

Na szczęście opowieść ratuje zakończenie, które z jednej strony rekompensuje niesmak związany z nieścisłościami, z drugiej rodzi niedosyt i smutek, związany z końcem serialu, który zdążyliśmy polubić, z którym zdążyliśmy się zżyć. Ale o to zapewne w serialach chodzi. 

Grimm – podsumowanie recenzji 

Grimm to serial, który ma okazją przypaść do gustu nie tylko miłośnikom klasycznego fantasy, które skutecznie miesza świat baśni, znany nam doskonale, z klasyką historii kryminalnej. Baśnie i kryminał, walka dobre ze złem, morderstwa, sekrety i cała otoczka tajemnic miasta Portland to podstawa opowieści. Ale to nie wszystko co serial jest w stanie z siebie wykrzesać. To także przejmująca i bardzo elektryzująca opowieść o wielkiej przyjaźni, która nie zna granic, nikogo nie szufladkuje i nie ocenia.

Piękna opowieść, składająca się z sześciu sezonów, serial stworzony dla NBC, emitowany na Canal+, a teraz dostępny na polskim SkyShowtime ma jednak pewną zadrę, przysłowiową „drzazgę”, która zraniła wielu widzów. Jest nią ostatni sezon, który zakończył się dużo szybciej niż poprzednie sezony, pomieszał nieco szyki fabularne, miał sporo nieścisłości i gubił logikę. Na szczęście sytuację uratowało zakończenie, które zapewne wielu widzom sprawiło pewien zawód, przynosząc tak znane widzom uczucie niedosytu. W 2018 pojawiła się informacja o spin-offie serii, mającym skupiać się na postaci kobiecej, ale do tej pory nie doczekaliśmy się serialu w uniwersum Grimma. A szkoda! 

Serial Grimm do obejrzenia w całości na SkyShwtime. 



Exiler, Side-scrollerowy horror 2D o egzorcyście i demonach

Exiler, Side-scrollerowy horror 2D o egzorcyście i demonach

 

Side-scrollerowy horror 2D, ręcznie rysowany, w komiksowym stylu, w którym wcielamy się w egzorcystę, o tytule Exiler swoją premierę będzie mieć w przyszłym roku. Zanim to się jednak stanie grę można dodawać do swojej listy życzeń na Steam.

Klimatyczną rozgrywkę grozy, w komiksowym stylu, horror typu side-scroller Exiler, tworzy studio lonch.me, a wydaje Alawar. W egzorcystę Adama, któremu zlecono ważne zadanie wypędzenia demonów wcielimy się w przyszłym roku. 

Warto także przeczytać:

Exiler, side-scrollerowy horror 2D o egzorcyście i demonach pozwala graczom wkroczyć do świata Exiler, by jako Adam Wayne, egzorcysta i prywatny detektyw wykonać okultystyczne rytuały i wypędzać demony z opętanych ludzi. Zostajemy Exilerem, jednocześnie służąc Bogu.


Aby móc pozbyć się złych mocy z opętanych ludzi, będziemy musieli zastawiać pułapki, korzystając przy okazji z szerokiej gamy narzędzi egzorcysty. Będziemy łączyć narzędzia, dokonywać oczyszczających rytuałów, których im więcej dokonamy, tym bardziej zwiększymy szansę na zbawienie. 


Opowieść, która pozwala nam wcielić się nie tylko w egzorcystę, ale i w detektywa, który wraz z rozwojem gry sam się rozwija, kształtowana jest także przez wybory, rozwijając się jak interaktywna powieść graficzna. Wraz z postępami gry poznajemy także przeszłość Adama. 

Exiler to gra stworzona w ręcznie malowanym stylu, pozbawiona dialogów, z napisami w języku angielskim. Nie zagramy w nią po polsku. 


Premiera gry, w wersji na komputery osobiste PC przewidziana jest w 2025 roku. Dokładna data nie jest znana. 

Karta Steam

Lany poniedziałek, Konklawe, Akademia magii, Ballerina. Z uniwersum Johna Wicka

Lany poniedziałek, Konklawe, Akademia magii, Ballerina. Z uniwersum Johna Wicka

Monolit Film ma dla widzów garść zwiastunów, zapowiedzi, plakatów i opisów nadchodzących filmowych produkcji. Wśród nich znalazł się Kobiecy krzyk o wolność, czyli „Lany poniedziałek”, gwiazdorskie "Konklawe", muzyczna i komediowa „Akademia magii” oraz „Ballerina. Z uniwersum Johna Wicka”.

Ostatnio u polskiego filmowego dystrybutora, czyli Monolit Films sporo się działo. Pokazano zapowiadane już produkcje, pojawiły się nowości. Zyskaliśmy zwiastuny, zdjęcia, plakaty i konkretne daty premiery. Postanowiłam umieścić wszystkie te informacje w swoistej "pigułce filmowej", po krótce przybliżając Wam owe filmowe produkcje.

Może zainteresuje Cię także:

Lany poniedziałek

Film jako pierwsi zobaczą widzowie tegorocznego 49. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. To jeden z czterech debiutów reżyserskich, które powalczą o nagrodę główną – Złote Lwy

„Lany poniedziałek” to utrzymana w klimacie realizmu magicznego, osadzona w polskich realiach,  niezwykle uniwersalna opowieść o mierzeniu się z krzywdą, radzeniu sobie z traumą i sile empatii, która ma uzdrowicielską moc. W filmie oprócz Jowity Budnik zobaczymy znakomite kreacje młodych aktorek Julii Polaczek i Nel Kaczmarek.

Bohaterką filmu jest piętnastoletnia Klara, którą świetlaną przyszłość psuje traumatyczne wydarzenie, które rozegrało się w lany poniedziałek, rok wcześniej. Klara została skrzywdzona przez tajemniczego mężczyznę. Dziewczyna szuka pomocy i otuchy w bólu, u najlepszej przyjaciółki. 


Reżyserka i aktorki na temat filmu „Lany poniedziałek”
Największą inspiracją przy powstawaniu „Lanego poniedziałku” był „Labirynt fauna” w reżyserii Guillermo del Toro. Film opowiada o dwunastoletniej dziewczynce, która w czasie wojny ucieka w świat z fantazji, by radzić sobie z emocjami i rzeczywistością. To przykład magicznego realizmu opowiadającego o dramacie wojny. W „Lanym poniedziałku” jest dość podobnie, bo wątek przemocy seksualnej kontrastuje z magicznym realizmem, słowiańskimi zwyczajami i rytuałami przejścia – mówi Justyna Mytnik, reżyserka
„Lany poniedziałek” jest filmem z morałem, nienachalnym, który mówi, żeby uwierzyć własnej pamięci, własnej sile i własnemu głosowi. I że żadnego poważnego problemu nie można zamiatać pod przysłowiowy dywan, bo prędzej, czy później wróci i – nomen omen – zaleje wszystko. Dzięki temu obrazowi rodzice mają szansę przyjrzeć się jak w soczewce światowi młodych ludzi, który, choć czasem beztroski i pełen wygłupów, nie jest wolny od przemocy, traumy i poważnych problemów. Warto, żebyśmy jako dorośli ich nie bagatelizowali - mówi Jowita Budnik, aktorka (rola matki Sylwii).

 Mocno wierzę, że „Lany poniedziałek” będzie uwrażliwiać i uczyć ludzi. Moja bohaterka Klara mierzy się z traumą i wpada w wir poszukiwania lekarstwa dla siebie. Remedium szuka w różnych miejscach: w rytuałach, religii, wśród znajomych, a nawet w naturze. Jej działania dla otocznia mogą wydawać się niezrozumiałe, momentami nawet destrukcyjne, dziwaczne. Ostatecznie Klara pomoc dostaje od wąskiego grona współodczuwających kobiet, a kluczami są upływający czas i szczerość w przeżywaniu własnych uczuć. Może jeszcze wiara w siłę swojej historii – dodaje Julia Polaczek, aktorka (główna rola Klary)

„Lany poniedziałek” to przede wszystkim kobiecy krzyk o wolność. A jaka jest moja bohaterka? Marta na pierwszym miejscu stawia zdanie innych ludzi. Swoją narrację buduje na przekonaniu, że nie można się wyróżniać, a jej myśli krążą wokół tego ,,co ludzie powiedzą”. Jednocześnie próbuje matkować młodszej siostrze Klarze. Wchodzi w rolę, która zwyczajnie ją przerasta. Choć wydaje się jej, że ma wszystko pod kontrolą, jest zagubiona. Co jest kluczem do tej postaci? Marta przechodzi wewnętrzną metamorfozę i właśnie to jest w niej najciekawsze. Uwrażliwia się, zbliża do swojej bezradności i złości – komentuje Nel Kaczmarek, aktorka  (rola siostry Klary, Marta)

Reżyseria: Justyna Mytnik. Obsada: Julia Polaczek („Strefa interesów”, „Lady Love” - serial); Nel Kaczmarek („25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy”, „Freestyle”,  „Informacja zwrotna” - serial, „Rojst” - serial, „1800 gramów”); Jowita Budnik („Papusza”, „Plac Zbawiciela”, „Jeziorak”, „Wszystkie nasze strachy”, „Cicha noc”, „Zabawa zabawa”, „1983” - serial); Maja Kleszcz – wokalistka, laureatka nagrody Fryderyka.

Kinowa premiera filmu przewidziana jest na 6 grudnia 2024 roku. 

Konklawe

Konklawe to film utrzymany w konwencji thrillera, którego akcja rozgrywa się po śmierci znienawidzonego w Watykanie papieża. Wtedy to kardynałowie z całego świata zjeżdżają się na konklawe, by wybrać nowego przywódcę Kościoła. Obradom przewodzi kardynał Lawrence. Ma za zadanie czuwać nad ich sprawnym przebiegiem konklawe. Jednak, dwie wrogie frakcje, które zaczynają ze sobą walczyć sprawiają, że na jaw zaczynają wychodzić kompromitujące tajemnice ich kandydatów, Lawrence staje przed dylematem. Zachować bezstronność, czy wybrać zupełnie inna drogę. 

Reżyseria: Edward Berger („Na Zachodzie bez zmian” - OSCAR, „Wszyscy, których kocham”).


Obsada:  Ralph Fiennes („Lista Schindlera”, „Wierny ogrodnik”, „Angielski pacjent”, „Menu”, „Nie czas umierać”, „Grand Budapest Hotel”, „Czerwony smok”,  „Harry Potter i Insygnia Śmierci”); Stanley Tucci („Spotlight”, „Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie”, „Nostalgia anioła”, „Igrzyska Śmierci”, „Transformers: Wiek zagłady”, „Chciwość” ); Isabella Rossellini („Blue Velvet”, „Ze Śmierci± jej do twarzy”, „Bez lęku”, „Wróg”,  „Dzikość serca”, „Sjesta”) ; Jacek Koman („Ludzkie dzieci”, „Moulin Rouge!”, „Opór”, „Niebezpieczni dżentelmeni”, „Belfer” – serial, „Chyłka” – serial, „Ziarno prawdy”); John Lithgow („Pojutrze”, „Był sobie pies”, „8 części prawdy”, „Traffic”, „Częstotliwość”,  „Męska gra”, „Interkosmos”).

Kinowa premiera przewidziana na 8 listopada 2024 roku.

Akademia magii

O filmie animowanym Akademia magii też już miałam okazję wspominać, więc przypomnę, że jest to historia nastolatki, która wychowywana w magicznej rodzinie, szuka swojego miejsca, swojego talentu, odnajdując go w graniu na skrzypcach. 

Monolit Films, oprócz prezentacji filmowej zapowiedzi tejże animacji, zachęca także do zobaczenia teledysku i posłuchania piosenki pt. „Pozwól mi dorosnąć”. Zaśpiewała ją specjalnie dla „Akademii magii” Magda Bereda. Co wokalistka powiedziała na temat filmu i piosenki?

„Piosenka mówi o tym, żebyśmy zawsze byli sobą i żyli w zgodzie z własnymi pragnieniami i marzeniami. A także o tym, żeby wkraczanie w dorosłość odbyło się na naszych zasadach. Tak jak tego chcemy. Aby nikt nam nic nie narzucał i nie próbował nami sterować”.

Kinowa premiera animacji dziś, 27 września 2024 roku.

Ballerina. Z uniwersum Johna Wicka

Poznaliśmy szczegóły dotyczycące długo oczekiwanego filmu z uniwersum Johna Wicka. Monolit Films dzieli się pierwszym zwiastunem oraz oficjalnym tytułem­ „Ballerina. Z uniwersum Johna Wicka”. 

Akcja spin-offu osadzona jest między wydarzeniami trzeciej i czwartej części losów Johna Wicka. Tym razem w roli głównej producenci obsadzili Anę de Armas. W filmie powraca postać Johna Wicka, który ma wspomóc godną siebie następczynię! Eve jest biegła w walce wręcz i perfekcyjnie włada każdym typem broni. Zabójczyni zrobi wszystko, by dopaść mordercę ojca. W jej wykonaniu … zemsta ma nowe oblicze!

Fabuła filmu Ballerina. Z uniwersum Johna Wicka skupia się na osieroconej przez porywacza bohaterce, który zabił jej ojca i uprowadził młodszą siostrę. 7-letnia Eve trafia do rodziny zastępczej. Zostaje zauważona przez tajemniczą organizację Ruska Roma, która doskonali ją w sztuce tańca i zabijania. Jako dorosła kobieta, profesjonalna zabójczyni o nieprzeciętnych umiejętnościach i uroku, Eve łamie zasady swojej organizacji, by ruszyć na poszukiwania zabójcy ojca. Z Nowego Jorku udaje się do małego alpejskiego miasteczka, gdzie dowiaduje się prawdy. 

Reżyseria: Len Wiseman („Szklana pułapka 4.0”, „Underworld”, „Pamięć absolutna”). Obsada: Ana de Armas („Nie czas umierać”, „Blondynka”, „Blade Runner 2049”, „Na noże”), Keanu Reeves („John Wick”, „Matrix”, „Speed – niebezpieczna szybkość”, „Na fali”, „Johnny Mnemonic”, „Dom nad jeziorem”, „Adwokat diabła”), Ian McShane („John Wick”, „Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach”, „Hellboy”, „Królewna Śnieżka i Łowca”, „Gra o tron” - serial, „Sexy Beast”), Lance Reddick („John Wick”, „Świat w płomieniach”, „Godzilla vs. Kong”, „Gość”, „Oldboy: Zemsta jest cierpliwa”, „Prawo ulicy” - serial), Anjelica Huston („Rodzina Addamsów”, „John Wick”, „John Wick 3”, „Genialny klan”, „Obsesja”).

Film w kinach od 6 czerwca 2025 roku.

Źródło: Informacja prasowa monolit Films.