Kolejna polska produkcja trafiła właśnie na platformę Player. Jest nim całkiem zgrabnie poprowadzony dramat kryminalny, serial, którego pierwszy sezon zadebiutował kilka lat temu, i został bardzo dobrze oceniony. Jest nim serial Belfer.
Player ponownie oferuje polską produkcję za darmo. Tym razem jest to serial, i tym razem dawkowany jest on widzom w cotygodniowych odcinkach. Na platformę należącą do Warner Bros. Discovery trafił serial Belfer, jego pierwszy sezon, z Maciejem Stuhrem w roli głównej, aktorem, którego oglądać możemy także serialu Szadź, którego finałowy sezon udostępniany jest w kolejnych odcinkach na Max.
Belfer to polski dramat kryminalny oryginalnie stworzony dla platformy Canal+, na której już w listopadzie obejrzymy Kod zła, doceniony thriller z okultyzmem, w którym to serwisie zobaczymy także trzeci sezon serialu horroru Yellowjackets, którego recenzję pierwszego oraz drugiego sezonu znajdziecie na blogu.
SerialBelfer: sezon 1 to historia rozgrywająca się w Dobrowicach, do których pewnego dnia przyjeżdża Paweł Zawadzki, który podejmuje się pracy w miejscowym liceum jako polonista. Mężczyzna na własną rękę zajmuje się śledztwem w sprawie tajemniczej śmierci nastolatki, uczennicy szkoły, w której Paweł rozpoczyna pracę. Śledztwo, którego się podejmuje stopniowo ujawnia wiele sekretów.
Belfer, produkcja, która doczekała się trzech sezonów, jest w pierwszym sezonie najlepiej oceniany. I to właśnie wszystkie epizody pierwszego sezonu zostaną udostępnione na Player, za darmo.
W obsadzie serialu Belfer, w pierwszym sezonie znaleźli się: Maciej Stuhr jako Paweł Zawadzki, Magdalena Cielecka jako Katarzyna Molenda, Aleksandra Popławska jako Ewa Walewska, Robert Gonera jako Bogdan Walewski, Piotr Głowacki jako aspirant Rafał Papiński, Krzysztof Pieczyński jako Lesław Dobrzański, Paweł Królikowski jako komendant Sławomir Słota, Łukasz Simlat jako Daniel Poręba, Katarzyna Dąbrowska jako Marta Mirska.
Serial został stworzony przez Bartłomieja Ignaciuka, a scenariusz powstał przy współpracy Jakuba Żulczyka oraz Moniki Powalisz.
Na Player udostępnione zostanie bez opłat wszystkie 10 odcinków. Pierwszy jest już dostępny do obejrzenia, drugi pojawi się już we wtorek po 22:45. Kolejne pojawiać się będą co tydzień.
Serial Belfer, w trzech sezonach dostępny jest na Canal+ online.
Platformy streamingowe systematycznie powiększają swoją bibliotekę o kolejne kinowe hity. Jeden z nich zobaczymy na Disney+ już za kilka dni. Na platformie swoją premierę będzie miał dramat Rodzaje życzliwości, produkcja w gwiazdorskiej obsadzie.
Dwa dni temu pisałam Wam, że Disney+ wzbogaci się w listopadzie w najnowszą części serii Obcy, czyli w filmy Obcy: Romulus. Listopad będzie również tym miesiącem, kiedy na platformie od Disneya pojawi się nagrodzony Złotą Palmą dramat Rodzaje życzliwości.
Rodzaje życzliwości, dramat, który kinową premierę w Polsce miał we wrześniu tego roku, produkcja, która nagrodzona została Złota Palmą, mająca na swoim koncie trzy nominacje do nagród, zbiera jednak bardzo mieszane oceny, włącznie z tymi mało pozytywnymi. Jaki właściwie jest ten film, można będzie osobiście sprawdzić (jeśli nie byliście jeszcze na nim w kinie), już za cztery dni.
Rodzaje życzliwości to film, który składa się z trzech nowel, połączonych ze sobą postaciami aktorów, w ich nowych rolach, w nowym wizerunku. Śledzimy między innymi losy pozbawionego godności menadżera, który pragnie uwolnić się z korporacyjnej pracy i władczego szefa. Poznajemy losy żony policjanta, która po ocaleniu z katastrofy próbuje naprawić swój związek. Jest i członkini sekty, której zadaniem jest odszukanie osoby, która umie przywracać zmarłych do życia.
W obsadzie filmu bardzo gwiazdorsko: Emma Stone (La La Land, Biedne istoty, Cruella) jako Rita/Liz/Emily, Jesse Plemons (Civil War, Miłość i śmierć, Czas krwawego księżyca) jako Robert/Daniel/Andrew, Willem Dafoe (The Legend of Ochi, Nosferatu, Beetlejuice Beetlejuice, Zaułek koszmarów) jako Raymond/George/Omi, Margaret Qualley (Substancja, Sprzątaczka, Pewnego razu... w Hollywood) jako Vivian/Martha /Rebecca /Ruth, Hong Chau (Asteroid City, Wieloryb, Menu) jako Sarah/Sharon/Aka, Mamoudou Athie (Archiwum 81, Pogrzebani, Black Box) jako Will/Neil/Pielęgniarz w kostnicy. A także: Joe Alwyn, Hunter Schafer, Merah Benoit.
Reżyserem filmu i jego scenarzystą, wraz z Efthymisem Filippou jest Yórgos Lánthimos, mający na swoim koncie filmy: Biedne istoty, Faworyta, Lobster.
Rodzaje życzliwości zobaczymy na Disney+ już 16 listopada 2024 roku.
Broken Age to przygodówka, po której spodziewałam się dużo więcej niż dostałam. Przeciętna, miejscami nudna. A oto jej recenzja!
Kolejna gra i kolejne rozczarowanie. Lista przygodówek, które mnie zawiodły, bo w swej naiwności liczyłam na więcej, rośnie przeraźliwie szybko. Takim tytułem (mimo dobrych ocen innych graczy) jest projekt opracowany przez studio Double Fine, zatytułowany Broken Age. Pozycja bardziej przeciętna niźli wybitna, zbyt zagmatwana, pełna nielogicznych zagadek i przegadana. Jej jedyną zaletą jest ciekawie wyglądająca grafika i momentami potrafiąca zainteresować fabuła. Ot zainstalowałam, przeszłam, zapomniałam, to wszystko co można o niej powiedzieć, a szkoda, bo potencjał z pewnością był. Zabrakło jednak tego czegoś, błysku, swobody i magnetyzmu gry adventure.
Przygodówka ta jest pomysłem Tima Schafera. Pierwszy raz usłyszeliśmy o niej w roku 2012, w którym to produkt wylądował na platformie wspierania finansowego, zwanej Kickstarter, przy okazji popularyzując ów serwis. Twórcy udało się uzbierać ogromną kwotą, bowiem z zakładanych 400 tysięcy dolarów, uzbierano ponad 3 miliony. Obiecywano wiele, a wyszło jak zwykle, czyli zupełnie nijako. Twórcy nie udało się spełnić wszystkich oczekiwań. Wkrótce okazało się, że na dzieło Schafera czekać trzeba wiele miesięcy, a na dodatek produkt został podzielony na dwa epizody. Złamany wiek, to gra, w której wyraźnie widać jaki wpływ na rozgrywkę mają darczyńcy. Pretensję graczy względem łatwości pierwszego aktu i czasu oczekiwania na część drugą, doprowadziły do tego, że epizod numer dwa został rozciągnięty, napakowany nieprzemyślanymi zagadkami, a finałowe zadanie stało się nader frustrujące.
Broken Age to historia dwójki zupełnie różnych bohaterów, żyjących w dwóch innych światach. Łączy je jednak jedno pragnienie, chęć zmiany swego życia, które wyraźnie im się nie podoba. Vella to dziewczyna mieszkająca w niewielkim nadmorskim miasteczku, której przeznaczeniem jest ofiarowanie się wyłaniającemu się z morskich głębin potworowi, zwanemu Mag Chothra. Święta ofiara ma uchronić jej rodzinne strony przed gniewem stwora. Dziewczę jednak nie zamierza zgodzić się na dobrowolną śmierć w paszczy potwora. Ratując się, trafia do nieznanego podniebnego miasta, próbując tam znaleźć sposób na pozbycie się Mag Chothry.
Drugą grywalną postacią jest Shay, chłopak mieszkający samotnie na statku kosmicznym. Protagonistą zajmuje się nadopiekuńczy komputer pokładowy zwany Matką i nie mniej troskliwy komputerowy ojczulek. Bezczynność i codzienna nuda ciąży mu jak kamień u szyi, więc gdy pewnego dnia od tajemniczej przypominającej wilka istoty, otrzymuje klucz, postanawia sprawdzić co się za tym kryje. Ich drogi, jak się pewnie domyślacie, krzyżują się.
Historia opowiedziana w tej przygodówce nie jest z pewnością odkrywcza, nie trzyma w napięciu i nie zaskakuje, ale potrafi przykuć uwagę. Problemem rozgrywki są jednak wielokrotnie powtarzające się, zbyt wymagające zagadki.
Gra została podzielona na dwa akty, które wyraźnie różnią się pod względem trudności. Pierwszy łatwy i dość krótki, drugi zdecydowanie dłuższy, w którym poziom trudności niepotrzebnie wywindowano do góry. Często zwyczajnie nie wiadomo co zrobić, co owocuje tym, że ma się chęć rzucić grę w kąt i na wieczność o niej zapomnieć. Grając w Broken Age, mimo zebrania ogromnej kwoty na Kickstarterze, nie sposób pomyśleć, że twórcy zwyczajnie je zmarnowali, próbując zagadać graczy przydługimi dialogami, w których nieudolnie wpleciono delikatną nutkę humoru.
Mocną stroną gry jest zdecydowanie dubbing. Aktorzy podkładający głos pod postacie spisali się na przysłowiową piątkę. Każda osoba jest charyzmatyczna, wyraża odpowiednie emocje i doskonale wpasowuje się w klimat gierki.
Kolejny plusik, to świetna muzyka i całkiem fajne efekty dźwiękowe. Jednak najmocniejszą stroną owego tytułu jest grafika. Ręcznie rysowane, pastelowe, jakby naszkicowane kredkami świecowymi tła i niezwykle kolorowe lokacje są niespotykanie przyjemne dla oka.
Pod względem mechaniki pozycja jest klasyczną przygodówką point and click, którą obsługujemy za pomocą myszy, konkretnie lewego jej przycisku. Zebrane przedmioty trafiają do tradycyjnego ekwipunku znajdującego się na dole ekranu. Ciekawym rozwiązaniem jest zmiana koloru owego inwentarza na żółty, gdy tylko trafi do niego jakaś nowa rzecz. Podczas gry, szczególnie w jej drugim akcie, wielokrotnie będziemy przestawiać się między postaciami Velli i Shay'a. Wystarczy wtedy kliknąć na ikonę przedstawiającą danego bohatera, znajdującą się w prawym, dolnym rogu ekranu. Broken Age jest kolejną przygodówką, w której ilość slotów na zapisy jest zdecydowanie za mała.
Zastanawiałam się co też mam napisać w podsumowaniu? Przez chwilę pomyślałam, że zwyczajnie stałam się marudna i zbyt wymagająca i za wiele oczekuję od gier. Z drugiej strony przygodówka, która zebrała taką niebagatelną sumę, powinna być jednym wielkim cudem. Otrzymałam jednak przeciętniaka w ładnej wizualnej oprawie, grę zwyczajnie bardzo nierówną, bez wielkich uniesień. Taką, o której się szybko zapomina i do której się raczej nie wraca. Ot gierka na raz i tyle.
Druga część "Akademii Pana Kleksa" zbliża się do swojej premiery, która przewidziana jest na styczeń przyszłego roku. Tymczasem Next Film, polski dystrybutor filmu dzieli się informacjami na temat pierwszego singla promującego film „Kleks i wynalazek Filipa Golarza".
"Akademia Pana Kleksa" powraca w wielu wydaniach. Na Netflix oglądać możemy niestety niezbyt udaną, uwspółcześnioną opowieść, znaną z kart książki Brzechwy. Zapowiedziano także grę przygodową, Kleks Academy, która inspirowana jest znanym uniwersum. Nadchodzi również Kleks i wynalazek Filipa Golarza, czyli druga część nowej wersji przygód Kleksa, którą promują Sobel i sanah w tytułowej piosence drugiej części filmu „Akademia Pana Kleksa”.
„Wynalazek Filipa Golarza” jak już wspomniałam druga część filmu, pełna emocji ballada, która opowiada o nieporadnej miłości dziewczynki do mechanicznego chłopca. Dziewczynka ma wielkie, gorące marzenie, aby tchnąć w niego prawdziwe życie.
Film przedstawiany jest jako oniryczna ballada, i jednocześnie głośny manifest młodego pokolenia, że prawdziwe emocje tkwią w przestrzeni poza podziałami, a miłość ma w niej specjalne miejsce.
Sanah wystąpiła jako gość specjalny na koncercie Sobla na trasie koncertowej promującej jego najnowszy album „W ZWIĄZKU Z MUZYKĄ”. Artyści wspólnie wykonali przedpremierowo utwór „Wynalazek Filipa Golarza”. Nagrania z koncertu szybko pojawiły się w Internecie. Wraz z Soblem i sanah wystąpili także główni bohaterowie filmu, Ada (Antonina Litwiniak) i Albert (Konrad Repiński).
„Kleks i wynalazek Filipa Golarza” we wszystkich kinach w całej Polsce od 10 stycznia.
Polskie studio RedDeer.Games, wkrótce otwiera paryską restaurację, zapraszając nie tylko do świata kuchni, ale i do świata dwóch poprzednich gier. Cook For Love będzie mieć swoją premierę na Steam oraz na Nintendo Switch, i to już w listopadzie.
Cook For Love, gra, która swoją premierę ma mieć niedługo to kolejna relaksująca przygodówka rodzimego studia, która może spodobać się graczom, którzy grali w ich poprzednie tytuły, jak Tell Me Your Story, którego recenzję napisałam dla lubiegrac.pl oraz Amelia’s Garden. RedDeer.Games jest już także po premierze Magic Cats Pots, którego recenzję przeczytacie na blogu już niebawem. Tymczasem Cook For Love można już dodawać do swojej listy życzeń. Gra ma również zwiastun.
Cook For Love zaprasza do Paryża, a także do wspomnianego już świata gry Tell Me Your Story, gdzie zapoznamy się z domowymi przepisami kulinarnymi. Ale to nie wszystko. Zadaniem gracza będzie przywrócenie dawnej chwały restauracji razem z Clementem, który jest młodym szefem kuchni.
Gra oferuje 40+ przepisów, które można wykorzystać w życiu codziennym. Oprócz tego przygodówka ma lekką i podnoszącą na duchu fabułę. W restauracji poznamy bowiem grono nowych bywalców w ich restauracji.
Gra nie posiada dialogów mówionych. Jest wykonana w ręcznie rysowanym stylu. Tytuł ma za zadanie relaksować i jednocześnie czegoś uczyć.
Cook For Love może być dodane do listy życzeń na Steam jak i na Nintendo Switch. Gra będzie dostępna dla wszystkich już 21 listopada.
Zgodnie z zapowiedziami swoją premierę, już dwa dni temu miała kolejna gra autorstwa niezależnego twórcy, który swoje przygodówki opiera na znanych obrazach, na znanych dziełach sztuki. Na platformie Steam udostępniona została Death of the Reprobate, którą kupicie z w nieco obniżonej cenie.
Death of the Reprobate to jedna z gier, która przewidziana była w listopadowych premierach przygodówek. To także kolejne, wykonane w takim samym stylu dzieło niezależnego twórcy. Joe Richardson, bo o nim mowa ma na swoim koncie The Procession to Calvary, która kupicie teraz o połowę taniej czy Four Last Things, w cenie obniżonej o 75%. Kolejna gra tegoż dewelopera zadebiutowała jest już dostępna w sprzedaży.
O grze Death of the Reprobate miałam okazję wspominać już na blogu. Jest to, jak zaznacza twórca trzecia i ostatnia część Immortal John Triptych, duchowego następcy Four Last Things i The Procession to Calvary.
Wcielamy się w niej w osobę, która ma spełnić ostatnią wolę Nieśmiertelnego Johna, który jednak nie cieszy się nieśmiertelnością. Jako jedyny jego spadkobierca, który wciąż żyje, musimy wypełnić jego wolą, nawet jeśli nie wiemy jaką.
Gra, podobnie jak wcześniejsze dzieła tegoż niecodziennego graficznie tryptyku, stworzone są z obrazów, rozgrywce towarzyszy muzyka z epoki. Gra nie posiada dialogów, a jedynie angielskie napisy. Nie jest dostępna po polsku.
Death of the Reprobate zadebiutowała na Steam 7 listopada 2024 roku.
Zapraszam serdecznie do recenzji filmu animowanego Co w duszy gra, uroczej animacji Pixar i Disney, filmu z przesłaniem. Miłej lektury!
Film, a właściwie animacja Co w duszy gra pojawiła się w kinach, w czasie ich otarcia po pandemii, trafiając do kin ze sporym opóźnieniem, jak większa część filmów w tym właśnie, trudnym dla kina czasie. Obecnie animację można obejrzeć na streamingu. Ja pierwszy raz oglądałam ją właśnie w kinie. Z chęcią wybrałam się z córką na dzieło stworzone przez Pixar i Disney, mające na swoim koncie najwyższe wyróżnienie filmowe.
Co w duszy gra to jak wspomniałam film animowany, którego twórcą/reżyserem jest Pete Docter, mający na swoim filmowym koncie inne nagradzane animacje, jak choćby rewelacyjne W głowie się nie mieści, niezwykle wzruszający Odlot czy wciągającą animację Potwory i spółka. Wszystkie jego produkcje mają jedną wspólną cechę, jest nią chęć niesienia widzom nie tylko radości, ale przede wszystkim przesłania, swojego rodzaju morału. Wszystkie one, albo przynajmniej większość naprawdę potrafią wzruszać.
Nie inaczej jest z Co w duszy gra, filmem animowanym, w którego finale nie powstrzymałam łez, a fabuła skłoniła mnie do zastanowienia się nad sensem mojego życia, a nawet nad znaczeniem życia każdego z nas. Nie jest to prosta, banalna bajka dla najmłodszych, choć i Ci znajdą w niej coś dla siebie, ale mądra opowieść, która dotyczy każdego z nas, i każdy człowiek znajdzie w niej coś dla siebie. Jest tylko mały problem….., w porównaniu z rewelacyjnym filmem W głowie się nie mieści, opisywana tu filmowa animowana produkcja jest jakby mniej angażująca. Przyczyna tego leży w braku spójności w podążaniu w jednym fabularnym kierunku, i skręcaniu w raz w jedną, a raz w drugą stronę. Nie owijając w bawełną, choć niewątpliwie Co w duszy gra jest animacją świetną, mnie nie porwała aż tak, jak to od niej oczekiwałam, szczególnie po fabularnych zwiastunowych zapowiedziach.
Historia koncentruje się na nauczycielu muzyki w miejscowym gimnazjum. Joe Gardner wiedzie spokojne, acz nudne życie, ucząc dzieci gry na instrumentach. Próbuje założyć w szkole orkiestrę, problem w tym, że uczniowie ani nie mają do tego drygu, ani nawet się im nie chce. Muzyczna grupa to jednak nie jest szczyt marzeń Gardnera. Muzyk, od lat zakochany w jazzie, pragnie poświęcić się właśnie temu muzycznemu gatunkowi i kiedyś zrobić karierę jako pianista jazzowy.
Taka okazja spada na niego jak grom z jasnego nieba, gdy znana i ceniona Dorothea Williams, legenda jazzu, próbuje skompletować nowy zespół i potrzebuje pianisty. Ku zaskoczeniu Joego, dostaje tę pracę. Ma być członkiem grupy pani Williams i grać jazz. Problem w tym, że rozradowany wiadomością, wpada do kanału i umiera. Cudem udaje mu się uciec z miejsca gdzie dusza wędrują na wieczny odpoczynek i trafia do krainy zwanej Przedświatem. Zostaje tam nauczycielem – mentorem, który ma pokazać nowej duszy, dlaczego warto żyć, tknąć w nią iskierkę życia, by mogła…., by chciała się urodzić. Problem w tym, ze zdeterminowanego na powrót na ziemię, do swego ciała Joe’mu, trafia się najbardziej przekorna, najmniej chętna do urodzenia się, Dusza 22. Muzyk Gardner będzie musiał pokazać jej, co znaczy być człowiekiem.
I tu na plan pierwszy wychodzi istota animacji Co w duszy gra. Jest nią człowieczeństwo i przesłania twórcy tejże animacji. Otóż film niesie ze sobą bardzo jasny przekaz. Niemal krzyczy pytając „co w duszy gra?”, czego najbardziej chcemy od życia i czym tak naprawdę to życie dla nas jest. Co jest tą naszą iskierką dla której chcemy żyć, chcemy być człowiekiem i co tak właściwie znaczy być człowiekiem. Pytania zdają się na pozór nie pasować do animacji, więc tak właściwie produkcji przeznaczonej dla najmłodszego widza. Ale Co w duszy gra nie jest do końca filmem jedynie dla dzieci.
Otóż filozoficzne, a nawet egzystencjalne pytanie, jakie stawia animacja, każe sądzić, że jest to tytuł dla widzów nieco starszych niż najmłodsze pokolenie. Zapewne każdy z nas zastanawiał się czy robi w życiu to co chce i czy potrafi znaleźć w sobie radość z życia.
Wzruszenie i mądrość, przemyślenia i znaki zapytania, wszystko to łączy się w tej uroczej animacji. Problem w tym, że ta lawiruje między powagą, nie do końca pasującą do filmu dla dzieci, a komediową formą. Ta momentami pojawia się by nieco uratować sytuację i by film nie stał się klasycznym dramatem, a jednak komediową, familijną opowieścią. Dlatego też znajdziemy w filmie nie tylko wzruszenie i nawoływanie do zastanawiania się nad sensem życia, ale wiele zabawnych sytuacji. Te związane są głównie z postacią Duszy 22, który broni się przed życiem na wszelkie sposoby, ale zaznając człowieczeństwa, zaczyna rozumieć co jej w duszy gra.
Co w duszy gra to nie tylko fabuła i mądre przesłanie, ale także urokliwa grafika, do której Pixar zdążyło już nas przyzwyczaić. Skąpane w barwach jesieni miasto Nowy Jork, kontrastuje z surrealistycznym, ulotnym i tajemniczym Przedświatem. Połączenie tych dwóch odmiennych rzeczywistości, które sprytnie i płynnie się przeplatają, daje poczucie ładu i spójności i niezwykle cieszy oczy, bo grafika jest po prostu przepiękna.
Całość spina w wielką szczelną klamrę świetna muzyka jazzowa, która jest motorem napędowym tejże opowieści. Film jest bowiem laureatem gali Złotych Globów w dwóch kategoriach: Najlepszy film animowany i Najlepsza muzyka. Zainspirowany twórczością angielskiego artysty i satyryka Ronalda Searle, wypełniony jest muzyką, która powstawała w wielogodzinnych nagraniach, na fortepianie, saksofonie, kontrabasie i perkusji. Za oprawę muzyczną w filmie Co w duszy gra odpowiadają Trent Reznor i Atticus Ross z Nine Inch Nails. Mamy także polski akcent w postaci piosenki „Miłość", którą śpiewa Igor Herbut. Za to na napisach końcowych możemy usłyszeć piosenkę „Liczy się tylko to", Kuby Badacha i Aleksandry Kwaśniewskiej.
Podsumowując, Co w duszy gra to wzruszająca, mądra i dająca do myślenia animacja, w której doszukają się czegoś dla siebie nie tylko najmłodsi widzowie, ale i ci już sporo starsi. Mam wrażenie, że dorośli odnajdą w niej także samego siebie. Wychodząc z kina zapewne zastanawialiście się co tak właściwie było ta „iskierką” dla Duszy 22? Co dla nas jest tym czymś dlaczego chciała żyć? Co pozwoliło jej poczuć, że warto żyć?
Wiele pytań, i wiele na nie odpowiedzi, na które sami musimy sobie odpowiedzieć. Co w duszy gra to ciekawe połączenie animacji nieco filozoficznej i egzystencjalnej, z klasyczną komedią, w której sens życia dla każdego z nas przyjmuje zupełnie inną postać. Czy zatem warto film obejrzeć? Tak, zdecydowanie warto!
Zapraszam do recenzji oscarowej animacji Pixara, która zachwyciła świata, i do której jakże chętnie, i jakże często wracam. Miłej lektury!
Coco niesamowita animacja ze studia Pixar uświadomiła mi dwa istotne fakty. Do tej pory opisałam w recenzjach tylko dwa tytuły, które zostały przez nich stworzone, wspomniane już cudowne Coco, i równie urocze i wartościowe Co w duszy gra, a obejrzałam tego naprawdę sporo. Tym mocniej zachęcam Was do lektury tego tekstu, w którym spróbuje zmierzyć się wysokobudżetową animacją wynoszącą świat animowany na wyższy poziom, któremu trudno dorównać. Czy Oskar dla Coco jest zasłużony? Odpowiem Wam od razu. Tak! Zdecydowanie TAK!
Coco to opowieść o meksykańskiej rodzinie, ale przede wszystkim o dwunastoletnim utalentowanym muzycznie chłopcu imieniem Miguel, który miał pecha urodzić się w familii nienawidzącej wszystkiego tego, co związane jest z muzyką. Ta dziwna przypadłość miała swój początek w przeszłości, gdy to jego pra pra babcia została porzucona przez męża grajka, który zamiast jej i rodziny, wybrał estradową karierę. Przedsiębiorcza kobieta zakasała więc rękawy i…..nauczyła się szyć buty, wymazując raz na zawsze z pamięci to, co choćby w niewielkim stopniu przypominało jej o zdradzieckim małżonku. Profesję, którą opanowała do perfekcji przekazała swojej córce, potem zięciowi, a oni swoim dzieciom i tak dalej… Z czasem cholewki, fleki, kopyta i inne tego typu elementy obuwia, stały się podstawą bytowania rodziny Rivera, w której każdy robił to samo, szył buty.
Jedynie Miguel marzył o zupełnie innym życiu. Chciał jak jego idol, Ernesto de la Cruz spełniać się w roli muzyka, problem w tym, że musiał się z tymi marzeniami kryć. Swój plan bycia kimś zamierzał zrealizować w święto zmarłych. Pozbawiony gitary, którą jego babcia zniszczyła, Miguel wpada na szalony pomysł. Z miejscowego muzeum poświęconego tragicznie zmarłemu artyście, kradnie jego gitarę przenosząc się tym samym do krainy zmarłych. Żeby nie pozostać tam już na wieki musi odnaleźć swojego przodka i przez niego pobłogosławiony, wrócić do domu, co jak się domyślacie, nie będzie wcale takie proste.
Nie bez powodu napisałam o wyżynach, na jakie wzniósł się świat animacji, w którym Pixar niewątpliwie wiedzie prym, pozwalając widzom przenieść się na chwilę w cudowną, magiczną krainę, czy to osadzoną w głowie pewnego dzieciaka, w filmie „W głowie się nie mieści”, który ma swoją kontynuację, i będzie miał również serial, czy też rozgrywającą się w rzeczywistości zabawek, znanej z serii „Toy Story” lub w pewnym akwarium i ocenie w produkcji „Gdzie jest Nemo” i w wielu, wielu innym tytułach owego studia.
I choć wszystkie te filmy niewątpliwie wpisały się, zapewne już na zawsze, w kanony kina familijnego, to recenzowane przeze mnie animacja tego studia podniosła poprzeczkę tak wysoko, że przeskoczyć będzie ją niezwykle trudno. W Coco, w reżyserii Lee Unkricha i Adriana Moliny wszystko, dosłownie wszystko jest ważne, przemyślane, właściwie opowiedziane i przede wszystkim dopowiedziane, począwszy od niesamowitej animacji, po fabułę, świetne napisane dialogi, niesamowicie charyzmatyczne postacie, cudowną muzykę, po przepiękne zakończenie i wzruszenie z nim związane. Tyle dobra na raz, że zwyczajnie nie sposób wszystkiego opisać w tak krótkim tekście, jakim jest recenzja.
Pozwólcie, że zacznę zatem nietypowo, bo od końca, skupiając się najpierw na wyglądzie tej niesamowitej animacji i jej otoczki wizualnej, bo co tu kryć, ta jest urocza, przepiękna, wielobarwna, zwyczajnie zapierająca dech w piersiach i co najciekawsze ma na celu nie tylko dawać widzom przyjemność z oglądania produkcji, ale i obrazować klimat i przesłanieCoco.
Film ten oprócz cieszenia oka, nie tylko wyglądem samych postaci, których mimika twarzy niczym się nie różni od grymasów niejednego, ludzkiego bohatera filmu fabularnego, zachwyca także zaprojektowaniem miasteczka, w którym mieszka nastoletni Miguel, by nagle eksplodować kolorami w Krainie Zmarłych. Ma tu swój sens, w tym wypadku kulturowy, związany z przywiązaniem Meksykanów do tradycji, w której święto zmarłych nie jest dniem smutku i zadumy, jak w naszym kraju, ale czasem oczekiwanym, który czci się równie mocno jak inne, ważne święta. Dlatego też świat umarłych nie jest w Coco miejscem ponurym, ale niezwykle barwnym, że użyję kolokwializmu” bijącym po oczach” gamą barw, od pomarańczowego mostu prowadzącego ze świata nieżyjących, do żywych, po wielką posiadłość króla estrady, kończąc na tęczowych zwierzęcych przewodnikach. Aż nie chce się wierzyć, że ludzkie oko może wychwycić aż tyle kolorów, a chciałoby się rzecz zwykła bajka, może być tak w nie bogata.
To jak wygląda otoczenie, pietyzm jego wykonania, dopieszczony jest skrajnie prezentującymi się postaciami animacji, gdyż po jednej stronie mamy żyjących, ludzi z krwi i kości z ich wadami, zaletami i charakterystycznym wyglądem, a z drugiej bohaterów, którzy zakończyli swe żywota na tym padole łez. Ci swojego ciała już nie posiadają. Po ulicach, rynku, urzędach i tym podobnych spacerują szkielety, którym nie raz odpadnie, ta, czy inna część kościstego ciałka, co niejednokrotnie nadaje produkcji komicznego wyrazu. Nie są one jednak odrażające, ale niemal natychmiast, poprzez pomysłową ich animację i nadanie im cech bardziej ludzkich, czy też odzianie takowych istot w doczesne ubrania, sprawia, że bardzo szybko zyskują naszą przychylność i nim się zorientujemy już je lubimy. A przekrój charakterologiczny mamy w Coco niesamowity, co udowadnia, że obecne animację są już filmami nie tylko dla dzieci, ale każdego, bez względu na wiek, czy to starego, czy też młodego.
Głową rodziny Rivera jest babunia Abuelita, która trzyma dom i jego domowników twardą ręką, jednocześnie otaczając ich miłością, nie dopuszczając, by przez muzykę zeszli na manowce. I to ona, prócz naszego głównego bohatera jest nadrzędną postacią wśród żywych, ale są przecież Ci umarli i tu przekrój osobowości jest bardziej złożony i oprócz przemyślanie napisanych i nakreślonych ról, osoby te niosą ze sobą główne przesłanie tej mądrej animacji, jakim jest rodzinna więź, miłość, wspólne wspieranie się i zrozumienie. Bo jak mówi w pewnym momencie Miguel: „Rodzina jest najważniejsza”.
Taką istotną postacią jest to Hector, młody człowiek, czy raczej szkielet, który bezskutecznie próbuje dostać się na pomarańczowy most, by móc w dzień wszystkich świętych odwiedzić swoja żyjącą rodzinę, a który staje się w tym nieznanym Miguelowi miejscu, przewodnikiem i pomocnikiem. Problem w tym, że nikt nie wystawia na czas, na stosownym ołtarzyku, pozwalającym zmarłym na chwilę wrócić do świata żywych, jego zdjęcia. Hector jest stopniowo zapominany, a tylko pamięć może zachować go w jego świecie. Gdy jej nie będzie, na zawsze zniknie.
Jak widzicie film Coco porusza nie tylko problem śmierci i szacunku dla zmarłych i wiary, że są, czuwają nad nami, wspierają nas, ale i przypomina jak ważna jest pamięć o naszych bliskich, którzy odeszli. Żyją dopóki o nich pamiętamy, póki mamy ich zdjęcia, dopóty zachowujemy pamięć o nich w naszych sercach, dopóki jakaś ich cząstka z nami jest. Animacja odwołuje się do naszych emocji, wzruszając i pozwalając przystanąć myślami na chwilę i zastanowić co tak naprawdę warte jest życie. Pokazując dążenie Miguela do realizacji marzeń, jednocześnie daje wyraźny sygnał, że nie należy spełniać naszych zachcianek kosztem innych, że owszem marzenia są ważne, ale rodzina najważniejsza.
Coco to także wielowątkową, bardzo złożona fabuła, która choć z początku może wydawać się nieco niespójna, szybko pięknie się zazębią, jednocześnie nie mieszając widzowi w głowie. Całość wcale nie tak krótkiego filmu, bo prawie dwugodzinnego ogląda się niemal na jednym wdechu, ani przez chwilę nie myśląc, kiedy się to już skończy, a finał wyciska łzę z największego twardziela.
No i są jeszcze oczywiście piosenki, których nie mogło zabraknąć w kinie familijnym, tym bardziej takim, które odwołuje się do muzyki, do chęci bycia artystą, do uczestniczenia i tworzenia świata dźwięków. Oprawa muzyczna, podobnie jak całość produkcji skupia się na szeroko pojętym folklorze meksykańskim, który oprócz oczywistego dbania o tradycję, (mowa o wspomnianym dniu zmarłym), duży nacisk kładzie na ludowe pieśni i piosenki związane z tym krajem. Dlatego też tylko takie utwory w Coco usłyszymy, z zapadającą w pamięć, niezwykle emocjonalną, nagrodzoną: piosenką „Remember Me”.
Na koniec pragnę wspomnieć oczywiście o polskim dubbingu Coco, który jak zwykle jest rewelacyjny. Nie wiem dlaczego tak jest i czy też to zauważyliście, ale dubbing w animacjach mamy doskonały, czego nie można absolutnie powiedzieć o filmach fabularnych, które w pełnej polskiej wersji brzmią komicznie, nawet jak komedią nie są.
Coco to oczywiście świetna polska wersja, w której usłyszeliśmy między innymi Michała Rosińskigo jak Migueala, Macieja Stuhra w roli Hectora, Ewę Szykulską jako babunię Abuelite, Agatę Kuleszę w roli Mamy Imeldy, Bartosza Opanie jako Ernesto de la Cruz, czy też Mariana Dziędziela, który wcielił się w niewielką, ale jakże istotną rolę Chicarrona. Każda z tych postaci odegrana jest rewelacyjnie, z odpowiednią tonacją i modulacją głosu, z właściwym pokładem emocji przypisanych danej chwili, a wierzcie mi, jest ich dużo.
Coco to niewątpliwie animowana produkcja na miano Oskara, zasłużonego zresztą. Dawno nie oglądałam tak wciągającej, mądrej, barwnej, cudownej animacji i dawno tak się na żadnej nie wzruszyłam. Pixar po raz kolejny udowodniło, że potrafi zachwycić nie tylko poprowadzeniem złożonej historii z przesłaniem, ale i niezwykłym wyglądem filmu, który zostanie w mej pamięci już chyba na zawsze. Serdecznie Wam go polecam!
Obcy: Romulus, kolejny, i zarazem najnowszy film ze znanej serii zadebiutuje na Disney+ jeszcze w listopadzie. Poznaliśmy dokładną datę premiery horroru science-fiction na streamingu.
Najnowsza odsłona znanej serii grozy Obcy, w klimatach sci-fi, film Obcy: Romulus swoją premierę w kinach miał w sierpniu tego roku. Niebawem, i to już bardzo niedługo będzie go można zobaczyć w cenie abonamentu na streamingu. Film 20th Century Studios trafi oczywiście na Disney+. Wiadomo już którego dnia.
Disney+ już niedługo powiększy swoja bibliotekę serii Obcy o najnowszy film z tego cyklu, który zebrał dość przychylne oceny. Produkcja zasili bibliotekę platformy od Disneya już niecałe dwa tygodnie, opowiadając historię, która przeniesie widza do korzeni serii.
Fabuła skupia się na grupie młodych ludzi, na załodze, która trafia na opuszczoną staję kosmiczną. Kolonizatorzy nie wiedzą jednak, że miejsce to wcale nie jest puste. Wkrótce przyjdzie im stanąć oko w oko z przerażającym wrogiem, z formą życia, która nie tylko chce ich zabić, ale i nimi zawładnąć.
W obsadzie Obcy: Isabela Merced, Cailee Spaeny, David Jonsson, Archie Renaux, Spike Fearn oraz Aileen Wu. Reżyserem i scenarzystą filmu jest Fede Alvarez. Innymi scenarzystami filmu są Rodo Sayagues, Dan O'Bannon oraz Ronald Shusett.
Premiera na Disney+ przewidziana jest 21 listopada 2024 roku.
O powrocie zwariowanej przygodówki Randal's Monday, z dość niesympatycznym bohaterem mówiło się już o zeszłego roku. Teraz mamy potwierdzenie, że przygody Rufusa wracają, tym razem w prequelu pierwowzoru, w grze zatytułowanej Randal's Tuesday.
Jak widzicie pozostaje w klimatach czarnego humoru i przygód niesympatycznego growego protagonisty, czyli Randala, który swoich charakterem może się nam przygodomaniakom kojarzyć z innymi bohaterem przygodówek, równie niesympatycznym Rufusem, z Deponii. Randal's Monday, którejrecenzję oraz poradnik/solucję znajdziecie na stronie, wraca w nowej grze, Randal's Tuesday, która ma już swoje miejsce na Steam, choć wciąż brak jej daty premiery. Nie mniej jednak gra stworzona przez Nuclear Tales, Nexus Game Studios, wydana dzięki Nuclear Tales, nadchodzi!
Randal's Tuesday swój początek miała w kampanii finansowej na Kickstarterze, która zakończyła się sukcesem. Gra swoją premierę ma mieć na komputerach, ale i na konsolach, choć datę premiery twórcy wciąż graczom nie zdradzili. Na stronie kampanii gry do pobranie jest jej demo.
Randal's Tuesday to tym razem historia rozgrywająca się przed wydarzeniami z wspomnianej Randal's Monday. Poznajemy w niej losy Randala, Matta i Charlie'ego, którym przyjdzie zmierzyć się z makabryczną zagadką na uniwersytecie.
Ta trójka zostaje bowiem oskarżona o popełnienie zbrodni, której nie są sprawcami. Historia zaczyna się od zeznań całej trójki, każdego z osobna, przed radą studencką. Każdy z nich podzieli się własną wersją wydarzeń, a fabułę śledzić będziemy poprzez retrospekcje, wracając również do teraźniejszości. Nie zabraknie nawiązań do poprzedniej gry, ale twórcy wspominają, że nie trzeba znać pierwowzoru, by zrozumieć prequel.
W nowej przygodzie kontrolować będzie różne, w tym wypadku trzy postaci, czyli wspomnianego Randala, Matta i Charlie'ego, a każdy z nich odwiedzi swoje lokalizacje, będzie miał swoje przedmioty i umiejętności. Gra zaoferować ma humor, liczne zwroty akcji i kolekcjonerskie przedmioty. Po znalezieniu wszystkich, na graczy czekać ma niespodzianka.
Wspomniana przygodówka stworzona jest w takim samym stylu jak jej poprzedniczka, czyli w grafice ręcznie malowanej 2D, rozgrywce "wskaż i kliknij", z czarnym humorem i pełną angielską wersją językową. Ponownie nie zagramy w nią po polsku.
Randal's Tuesday ma mieć swoją premierą na PC - Steam, PlayStation, Xbox i Nintendo Switch. Data nie została ogłoszona.
Randal's Monday, to przygodowa klasyka z niesympatycznym bohaterem, w ładnej ręcznie rysowanej oprawie graficznej. Zapraszam do recenzji!
Poniedziałek, to pierwszy dzień tygodnia, dzień, w którym po weekendzie musimy wracać do pracy, by gonić za pieniądzem. Większość z nas wymazałaby go z kalendarza i przeskoczyła od razu do soboty. Co byście zatem powiedzieli, gdyby każdy z Waszych dni był poniedziałkiem? Wciąż i wciąż tylko pierwszy dzień tygodnia i żadnych widoków na piątkowy wieczór i zasłużony odpoczynek. To byłby koszmar! Na szczęście tak się stanie, ale jeśli jesteście ciekawi jak to jest zapętlić się czasie, to zachęcam do zagrania w grę Nexus Game Studios, przygodówki bazującej na kultowym filmie „Dzień Świstaka” i noszącej tytuł „Randal’s Monday”. Na blogu znajdziecie również do niej poradnik/solucję.
Wcielamy się w niej w socjopatę i kleptomana Randala Hiksa, który ma więcej wad, niż zalet. Poznajmy go w czasie, gdy wraz ze swoim przyjacielem i jego narzeczoną świętują w pubie zaręczyny Matta, wspomnianego wcześniej kompana. Popijawa trwa w najlepsze i Matt zaczyna odczuwać niepożądane następstwa alkoholu. Wychodzi zatem na zewnątrz, by zwymiotować. Za nim drepcze też nasz bohater. Randal zauważa, że z kieszeni przyjaciela wypada portfel. Zabiera go, ale nie oddaje. Znajduje w nim wcześniej pokazaną mu obrączkę, a ponieważ zalega z czynszem za mieszkanie już od trzech miesięcy, sprzedaje pierścień w lombardzie. Ten uczynek niesie ze sobą straszne konsekwencję. Matta dosięga klątwa i popełnia samobójstwo, zaś Randal wpada w pętlę czasową przeżywając w kółko ten sam dzień, nieszczęsny poniedziałek, w którym to jego kumpel ciąga targa się na swoje życie. Z czasem jego sytuacja pogarsza się jeszcze bardziej i to my, gracze musimy mu pomóc wyplątać się z kłopotów, w które sam się wpędził.
„Randal’s Monday”, to klasyczna przygodówka, którą obsługujemy za pomocą myszy. Do dyspozycji mamy dwa sposoby jej sterowania, tradycyjne oraz takie, które oferuje bardziej nowatorskie rozwiązanie. Jedno z nich wymaga większej ilości kliknięć i jest według mnie trudniejsze.
Gra oferuje bardzo kolorową, rysunkową grafikę i sporo różnorodnych lokacji. Jej dużym plusem jest wszędobylski humor, który przewija się podczas dialogów. Niestety, niektórych z nas mogą przerazić wulgaryzmy, które według mnie pojawiają się zbyt często, a większość z nich jest w grze zbyteczna, podobnie jak ilość i długość dialogów. Czasami ciągną się one w nieskończoność, a większość z nich nie wnosi nic nowego do gry.
Kolejnym fajnym akcentem owej produkcji są nawiązania do filmów, gier czy też komiksów. Na ścianach w wielu lokacjach wiszą obrazy i plakaty ze wszystkim znanych gier, takich jak „Day of Tentacle”, „Monkey Island”, stoją figurki z przygodówek, takich jak „Grim Fantango”, a w jednej z zagadek dostępnych w grze, Randal odpowiada na pytania dotyczące filmu „Gwiezdne Wojny”. Takich nawiązań jest zdecydowanie więcej i odnajdywanie ich muszę przyznać sprawiło mi wielką frajdę.
Zdawałoby się, że przygodówka ta jest niezwykle łatwa, bowiem ilość typowych zagadek logicznych jest niewielka. Większość z nich bazuje na odpowiednim odpowiadaniu na pytania. Są też proste mini gry. Nie jest jednak wcale tak prosto. Ilość zadań przedmiotowych i rzeczy, które w przedziwny sposób musimy ze sobą łączyć, jest tak duża, że czasami zdarzało mi się utknąć na dłuższą chwilę. Poza tym przedmioty porozrzucane są po wielu lokacjach, do których przenosimy się za pomocą mapy.
Posłuży nam do tego terminal w metrze, na którym klikamy w razie potrzeby odpowiednią lokację. Z czasem miejsc na mapie przybywa, więc potencjalnych przedmiotów, które będziemy mogli wykorzystać również. Na szczęście twórcy udostępnili opcję podświetlania aktywnych miejsc, poprzez kliknięcie klawisza spacji albo przez naciśnięcie kółka myszy. Na ekranie pojawią się wtedy niebieskie klocki. Każda zabrana przez gracza rzecz trafia do ekwipunku. Inwentarz to książka, której zapełnione przedmiotami kartki możemy w dowolnym czasie otwierać i przerzucać. Tutaj też, z prawej strony znajdziemy "lupę". Jej naciśnięcie i potwierdzenie wyboru spowoduje dodanie podpowiedzi, czyli formy pomocy, w postaci poleceń, zadań które mamy wykonać. Zadanie, które już zostało zrobione, zostanie zaznaczone zielonym „ptaszkiem”. Opcję tą możemy włączyć w każdej chwili.
„Randal’s Monday” sprzedawany jest jedynie w wersji cyfrowej i nie jest dostępny w języku polskim. Podczas zabawy oprócz poznawania kolejnych fragmentów fabuły, będziemy odblokowali kolejne osiągnięcia Steam. Część z nich przyznawana jest po zakończeniu kolejnego rozdziału, a jest ich sześć, ale są też takie, które dostaniemy jeśli uda się nam wykonać dane zadanie za pierwszym razem oraz wtedy, gdy uaktywnimy podpowiedzi.
Po względem muzycznym gra niczym się nie wyróżnia. Jest raczej przeciętnie. Kawałki muzyczne są powtarzalne i z czasem nużące.
„Randal’s Monday”, to zabawna, tradycyjna przygodówka, przepełniona humorem, wypełniona zadaniami przygodowymi, które bywają przedziwne. Na nudę w grze zdecydowanie narzekać nie będziemy. Ręcznie rysowana, kreskówkowa grafika i całkiem udana angielska wersja językowa, również umilają rozgrywkę.
Przeszkadza niepotrzebna według mnie ordynarność gry, jej pewne wulgaryzowanie, niesympatyczny bohater i brak polskiej wersji językowej, która przy takich ilości dialogów, przy zagadkach dialogowych, bardzo by się przydała. Wspomniane aspekty opisywanej przygodówki nieco obniżają moją jej ocenę, nie sugerując jednak, że nie warto w nią zagrać i ocenić tytuł osobiście.
Moja ocena 6,5/10.
Zalety:
Fabuła, która bawi się czasem, i w nim zapętleniem;
Humor, głównie sytuacyjny (dialogowy niekoniecznie)