sobota, 28 grudnia 2024

Troll, recenzja filmu Netflix. Norweskie fantasy inspirowane baśniami skandynawskimi

Troll, recenzja filmu Netflix. Norweskie fantasy inspirowane baśniami skandynawskimi

Troll, recenzja filmu Netflix. Norweskie fantasy inspirowane baśniami skandynawskimi w efektownej oprawie wizualnej. Oto moja ocena topowego filmu Netflix.

Norweskie fantasy przygodowe akcji Troll, które w zapowiedziach obiecywało ciekawe wizualnie widowisko i klimat norweskich baśni i legend. I pod tym względem nie zawiodło. A jaki jeszcze jest Troll od Neflix?

Warto przeczytać również:

Troll to jak wspomniałam norweska produkcja łącząca fantasy, z przygodą i z akcją. Jak możemy się domyślić z tytułu, jest to dzieło wpisujące się w klimat tego państwa, bazujące na skandynawskich mitach, legendach i baśniach, które czasami wykorzystują twórcy, zarówno filmowi, jak i growi. Klimat mitologii skandynawskiej poczujemy między innymi w serialu Nisser od Netflix, który miałam okazję również recenzować, a także w filmie Wilk Wikingów, ale i w grach Röki i Bramble: The Mountain King

Baśnie i podania ludowe, przekazywane z pokolenia na pokolenie odżywają także w filmie Troll, który porusza tylko jedną z wielu legend. Jest bohaterem jest troll. Istoty te niegdyś żyły podobno w całej Norwegii, tworząc wspólnoty i rodziny i pojawianie się ich na drodze człowieka nie było niczym dziwnym. Tak przynajmniej niosła wieść ludowa. Ale pewnego dnia, w starciu z człowiekiem, a potem ze słońcem istoty te zniknęły. Teraz zamieniły w skały, tworzą malownicze góry. I tylko wyobraźnia może je pobudzić do życia. 

W niewielkim miasteczku, położonym pod górami Dovre, budzi się do życia uśpiony i zatopiony od tysiącleci w skałach górski troll, który znajdując się sam jeden w zupełnie innym świecie, którego kompletnie nie zna, i będąc istotą gigantycznych rozmiarów i równie olbrzymiej siły, sieje zniszczenie, a wkrótce zagraża stolicy kraju. 

W tym samym niemal czasie, w innej części Norwegii prowadzone są wykopaliska archeologiczne, którymi przewodzi profesor Nora Tidemann, którą ojciec, teraz samotnik i dziwak, dalej opowiadający przedziwne bajeczki o trollach, karmił niegdyś pewną legendą właśnie o tych istotach. Czas jednak zatarł u Nory ślady między wyobraźnią, dzieciństwem i baśniami, i zdawał się nie móc powrócić, a nawet być jedynie typową bajeczką. Tymczasem przyszłość niosła zgoła inne plany. Atak dziwnego stworzenia, które z pewnością stanie się zagrożeniem dla wielkiego miasta i jego mieszkańców, jest dla władz państwa powodem do powierzenia właśnie Norze, znanej geolog i paleontolog, rozwikłania tej zagadki. I tak panna Tidemann ma na zlecenie władz, przy pomocy asystenta pani prezydent i wojskowego oraz ojca, który wydaje się mieć problemy natury psychicznej, zająć się śledztwem dotyczącym tajemniczego wybuchu w górach Dovre i równie tajemniczych śmierci, jakie są jego konsekwencją. 

I choć z początku Nora nie wiążę, a nawet nie chce wiązać tego zdarzenia z jedną z legendarnych istot, to prawda, jak się domyślacie, a jest ona uwieczniona również w filmowym zwiastunie tejże produkcji, wkrótce wychodzi na jaw i zmienia jej spojrzenia na nadprzyrodzony świat baśni. Pozostaje jednak zasadnicze pytania, co zrobić z bestią siejącą zniszczenie i panikę. Na to sposób musi znaleźć zarówno ona, jak i jej pomocnicy. 

I to staje się głównym motywem opowieści, którą śledzimy w filmie Troll, który chyba nieco na wyrost określany był jako norweskie "monster movies". Porównywano go do Godzilli, która jakiś czas temu świętowała swój powrót na ekrany kin. Problem w tym, że Roar Uthaug oraz Espen Aukan, czyli twórcy tegoż filmu, spojrzeli na opowieść z punktu samego trolla, nie do końca widząc go jak obiekt zniszczeń i śmierci, a raczej jak zabłąkaną, zagubioną istotę, która jest żywą legendą obudzoną w nieprzyjaznym i nieznanym jej świecie. 

Przy okazji udało się przedstawić ją w tak niesamowity sposób, że aż dech zapiera. Co by nie powiedzieć o tym filmie, a ma on swoje niedoróbki, efekty specjalne wbijają w fotel. Postać trolla jest tak niesamowita i tak szczegółowa, że wydaje się, że jest stworzony w animacji, a nie w filmie fabularnym. Efektu nie psują także zbliżenia na głowę trolla, i w ogóle na jego gigantyczne ciało. Stwór stworzony ze skał, z ludzkimi przenikliwymi oczami, porośnięty mchem i trawą zdaje się być chodzącą skałą, bez uczuć i rozumu, nierealną, baśniową, a jednocześnie tak prawdziwą i zbliżoną do ludzi, i od ludzi zależną… i to niemal dosłownie. 

Otóż przy okazji trolla i jego gigantycznej, niszczycielskiej działalności, przemycono do filmu, i tego nie da się nie zauważyć, wątki ekologii i zgubnej działalności człowieka na naturę, która potrafi odwdzięczyć się pięknym za nadobne. Niszczenie środowiska pokazane jest nie tylko dosłownie, choćby na samym początku filmu, ale także poprzez trolla, który jest wymiarem sprawiedliwości natury, która podniosła rękę przeciwko zgubnej działalności ludzi. Jest trochę jak miotająca się Ziemia, którą bez jej zgody obudzono ze snu, której spokój został naruszony, a życie niemal zniszczono. 

Jasno, klarownie, ale i… przerażająco pięknie pokazane zostało, właśnie przez efekty specjalne i poprzez klimat tejże opowieści, działanie człowieka, który nie stara się zrozumieć natury, sam sobie tym szkodząc. Jednocześnie twórcy nawiązali do tej części ludzkiej natury, jaką tracimy wchodząc w dorosłość, do wyobraźni, do dziecięcego widzenia świata, który wydaje się zwykły i naturalny jak mamy lat kilka, czy naście, a jest jedynie bajeczką, kiedy wchodzimy w dorosłość. Z racji na kraj, w jakim powstała ta produkcja, mamy tu do czynienia także z klimatem Norwegii, jej górskim krajobrazem, spokojem i surową naturą. 

Formuła bajkowości, wsparta świetnymi efektami wizualnymi to coś, co przyciąga do tej produkcji, i to bardzo mocno. To co nieco spłaszcza pozytywny odbiór tego ekstra wizualnego widowiska to postaci, słabo zarysowane i bardzo oczywiście. Przez to, że są one tak sztampowe, również fabuła staje się bardzo przewidywalna i niemal natychmiast możliwa do rozszyfrowania. Film aktorsko stoi postacią Nory Tidemann, jedną z najmocniej zarysowanych i charyzmatycznych postaci w Trollu. Ine Marie Wilmann (Bloodride, Niekochani, Sonja), która wyciąga ze swojej postaci jak najwięcej może, a ma co robić, bo jej bohaterka jest pomysłowa, pewna siebie, stanowcza i przede wszystkim charyzmatyczna. 

Problem polega na tym, że reszta osobowości stanowi jej tło, i to takie, które już gdzieś kiedyś widzieliśmy. Asystent pani prezydent Andreas Isaksen, w którego wcielił się Kim Falck (Hotel zła II, Tylko Bea) to ciapowaty pracownik o wielkim sercu, który staje się, oczywiście, przyjacielem Nory. Patetyczny wojskowy, czyli kapitan Kristoffer Holm zagrany przez Madsa Sjøgårda Pettersena (Sanatorium strachu, Dwunasty człowiek), wyrzucający z siebie slogany natury patriotycznej, czy wreszcie szalony, odklejony od rzeczywistości ojciec Nory, Tobias Tidemann zagrany Garda B. Eidsvolda (Obywatel roku, Księga Diany), to bohaterowie, których już mieliśmy okazję spotkać, tylko w zupełnie innej opowieści. Przez ich zwykłość, sztampowość i rozpoznawalność, jesteśmy w stanie przewidzieć w jaką stronę pójdzie opowieść, i tak właściwie już nic fabularnie nie może nas zaskoczyć

Mimo tego Troll nie jest filmem złym. Wręcz przeciwnie! To niesamowicie ciekawie oprawiona wizualnie historia o legendzie, baśniowości, walce dobra ze złem, natury z człowiekiem, wiary, wyobraźni i racjonalności. Niesamowite efekty specjalne, wartka akcja, elementy fantasy i mnóstwo przygody sprawiają, że prawie dwugodzinną produkcję ogląda się w sposób płynny, szybki i niezwykle efektowny. Nie dziwi zatem nic, że niemal chwilę po premierze zawitała ona do topowych produkcji Netfliksa, i jest tam do dziś, mając się na podium całkiem dobrze. Jeśli nie widzieliście, a lubicie fantasy, a w szczególności mity i legendy skandynawskie, to serdecznie polecam. Warto! 

Moje ocena 8/10.

Film do obejrzenia na Netflix. 


Aurora: The Lost Medallion - The Cave – wrażenia z demo klasycznej, rysunkowej przygody sci-fi

Aurora: The Lost Medallion - The Cave – wrażenia z demo klasycznej, rysunkowej przygody sci-fi

 

Aurora: The Lost Medallion - The Cave to ręcznie rysowana przygodówka, w klasycznym stylu point-and-clik, dostępna w wersji demonstracyjnej. Zapraszam do moich wrażeń z przejście demo, które możecie sprawdzić na platformie Steam. Pełna wersja gry nie ma jeszcze daty premiery.

Przyznam się Wam, że Aurora: The Lost Medallion - The Cave to jedna z tych gier, która znalazła się na liście moich życzeń, przygodówek koniecznych, niemal obowiązkowych do zagrania. Nie ma jej jeszcze w tytułach, które zadebiutować mają w tym roku, a przynajmniej nic mi na ten temat nie wiadomo. Na Steam widnieje tylko nic nie mówiące „wkrótce dostępne”, co wcale nie wróży rychłej jej premiery.

Warto przeczytać również:

Mając nadzieję, że to tylko moje czarnowidztwo, postanowiłam w końcu znaleźć czas i sprawdzić grę w wersji demonstracyjnej, jaka, prawdę powiedziawszy już od dłuższego czasu, jest dostępna na platformie od Valve. Oto moje z niej wrażenia! 

Aurora: The lost Medallion - The Cave to przygodówka, której akcja rozgrywa się w układzie słonecznym Trappist-1, w odległości 39 lat świetlnych od Ziemi. Poniżej skutej lodem i zasypanej śniegiem planety Eedor znajduje się technologiczna jaskinia, w której od bardzo dawna mieszkają roboty oraz dzieci, które ukryto przez innymi, a które o swoim życiu i pochodzeniu nie mają pojęcia. O swych przodkach i swoim dziedzictwie mogą jedynie usłyszeć od tajemniczych głosów, zagadkowych bóstw, które przekazały dla każdego z nich pewną wiadomość, która określa jaki cel ma każde zamieszkujące jaskinię dziecko. Po kolei dzieciaki mają odbywać pielgrzymkę na szczyt Pustej Góry, by usłyszeć wiadomość. Jedynym dzieckiem, które tego przesłania nie odebrało, i nie odsłuchało tajemniczego głosu jest Aurora, główna bohaterka opisywanej przeze mnie przygodówki, wolny duch pragnący poznać prawdę i biorący działanie, jakie pomoże jej odkryć jej cel, we własne ręce. 

Wersja demo obejmuje fragment gry, rozdział O, w którym nasza bohaterka, a jest nią właśnie Aurora rozgrywa z innymi dzieciakami rodzaj zabawy w chowanego. Oni się chowają, zaś ona jako „Volture” musi ich znaleźć, wspomagając się pewnymi cechami, jakie mają owe dzieciaki, a o których informuje, już na początku zabawy, jedna z odnalezionych dziewczynek. 

Już fragment gry, zajmujący około pół godziny rozgrywki, no może nieco dłużej, pozwolił mi upewnić się, że jest to klasyczna przygodówka typu „wskaż i kliknij”, której obsługa jest banalnie prosta, i polega na kliknięciu myszą, a rozrywka skupia się na dialogach i rozwiązywaniu zadań przedmiotowych. Nie mam bladego pojęcia, czy w pełnej wersji owej gierki znajdą się także zagadki typowo logiczne, ale demo to postawienie na działalność przedmiotową, polegającą na odnalezienie przedmiotu i użyciu go w odpowiednim miejscu. 

Twórcy dodali do wersji demo jeszcze sporo osiągnięć Steam, spośród których udało mi się znaleźć mniej więcej połowę. Mniemam zatem, że dokładniejsze zbadanie gierki i bliższe się jej przyjrzenie może przynieść nieco więcej atrakcji. Może w przyszłości spróbują je odkryć. 

Częścią zadaniową tejże gry są także dialogi. Miłośników gier z gatunku przygodowego nie powinno dziwić, że rozgrywka w ich grach koncentruje się na rozmowach, i że to właśnie one stanowią ważną część zabawy, także tej zadaniowej. Nie inaczej jest w Aurora: The Lost Medallion - The Cave, w której naczelnym zadaniem jest odnalezienie kilkorga dzieci, które się ukryły. Rozmowa z jedną z odnalezionych staje się podpowiedzią i pomocą, a dialogi i kombinowanie z przedmiotami sposobem na odkrycia miejsca, w którym mogli się ukryć.

Rzeczy, które odnajdujemy podczas wersji demo, a jest ich niewiele, zwykle od razu są przez nas używane. Te, które natychmiast nie użyjemy, trafiają do klasycznie wyglądającego inwentarza, który znajdziemy na dole ekranu, a który aktywowany jest przez nakierowanie kursora myszki. Każdy przedmiot można w naszym inwentarzu obejrzeć, a Aurora go opisze, i to zdaniem złożonym. 

W tym miejscu muszę zmartwić osoby, które nie chcą, czy nie lubią grać w gry w innych, niż ojczystych językach. Aurora: The Lost Medallion - The Cave to bowiem kolejna gra, która ma na liście mnóstwo dostępnych wersji językowych, ale nie polską. Jeśli zatem nie rozumiecie języka, albo nie lubicie grać w obcojęzyczne gry, to ta przygodówka nie jest dla Was. Trzeba tu zaznaczyć, że tekstu w grze, nawet w wersji demo jest sporo, i jest on ważną częścią rozgrywki.

Pozostając przy dialogach trzeba wspomnieć, że ów tytuł został w pełni udźwiękowiony głosowo. Mamy zatem do czynienia z pełną angielską wersją językową. Dubbing, już na poziomie wersji demonstracyjnej, w której mamy do czynienia z kilkoma dzieciakami, wypada naprawdę świetnie. To wróży dobrze na przyszłość, i oznacza, że projekt studia Noema Games, które wydało go wraz z Gamera Games, będzie przyjemną dla ucha, także dźwiękowo, i muzycznie, barwną przygodówką. 

Wracając do aspektu czysto zadaniowego, i jednocześnie interfejsowego, pomocne w odnalezieniu naszego aktualnego celu, który gra nam zleca, jest dziennik. Z racji tego, że opisywany growy projekt to przygodówka w klimatach science-fiction, notatnik Aurory, w taki klimat został wpisany. Jest to bowiem elektroniczne urządzenie, rodzaj tabletu, w którym zapisywane są zadania jakie czekają naszą bohaterkę. Cel osiągnięty zostaje odznaczony, a pojawienie się nowego, sygnalizowane jest dźwiękiem. 

Klasyka gry objawia się w sterowaniu, które, jak już nadmieniłam skupia się na obsłudze tegoż projektu za pomocą myszy, i klasycznych ikon. Nie znalazłem w demo podświetlania aktywnych miejsc w lokacjach. Za to nasza bohaterka może poruszać się szybciej za pomocą podwójnego kliknięcia myszką. Gra posiada także, co bardzo mnie cieszy, ręczy system zapisania gier. Każdemu zapisowi gry możemy dodać własny opis. 

Jak już wspomniałam Aurora: The Lost Medallion - The Cave to przygodowy klasyk, który już w demo pokazuje nam swoje możliwości, zarówno interfejsowe, jak i zadaniowo-logiczne, ale przede wszystkim graficzne. Co tu dużo mówić. Jest to gierka w ręcznie rysowanym stylu 2D, który ja zwyczajnie kocham w przygodówkach. Mówi się, że nie wygląd świadczy o ludziach, i to samo pewnie można odnieść do produkcji growych. Ale przygodówki w rysunkowym stylu to coś co zwyczajnie musi się podobać.

Jestem przekonana, że opisywana przeze mnie gierka z pewnością spodoba się wielu graczom. Choć akcja demo rozgrywa się w jaskini, i w wielu momentach, z racji na miejsce, panuje mrok, to jakość tekstur i kreska, jaką namalowane zostały postaci, stanowi niepowtarzalny urok tej gry, i buduje fajny jej klimacik. Lokacji, w takim urokliwym, malowanym stylu w wersji demonstracyjnej mamy do zwiedzenia kilka, ani dużo, ani mało, a każda z nich stanowi część wspólną tej opowieści, wpisującą się w styl i atmosferę przygodówki sci-fi. Jest zatem technologicznie, nowocześnie, a nawet nieco futurystycznie. 

Rozgrywkę przeplatają wstawki filmowe, będące rodzajem narracji, które rozszerzają opowieść, dodając opisy zdarzeń, jednocześnie podsumowując wykonane przez nas zadanie. Wyglądają one jednak nieco inaczej niż sama gierka, bo są jakby malunkiem na kamieniu, wspomnieniem i opowieścią tajemniczego głosu, znanego jako „Volture”. 

Podsumowując, wersja demonstracyjna, obejmująca rozdział 0, czyli tak naprawdę wstęp do pełnej historii, upewnił mnie, że na grę warto czekać. Fana przygodówek, do grona którego się zaliczam, nie może nie cieszyć klasyczność gierki, fajne, nie pozbawione humoru zagadki przedmiotowe, miłe dla ucha udźwiękowienie i dobry dubbing oraz śliczna dla oka, ręcznie malowana grafika. 

Żałuję tylko, że to kolejny przygodowy projekt, który przetłumaczony zostanie na aż dziewięć języków, ale nie na polski, co stało się już raczej tradycją. Trzeba też zaznaczyć, że zwolennicy grania na kontrolerze, też będą mieli tu taką możliwość. 

Czekam zatem na pełną wersję gry, mając nadzieję, że doczekam się premiery w tym roku, i że nie będą musiała czekać następne lata. Po cichu liczę także na polską wersję. Tymczasem polecam Wam, jeśli jeszcze tego nie robiliście, sprawdzenie gierki osobiście, w dostępnym demo. Wierzcie mi, warto! 

Wersja demonstracyjna Aurora: The Lost Medallion - The Cave dostępna na Steam.

Karta Steam - zagraj w demo


Asfalia: Fear, pozytywna przygodówka z wersją demo oraz datą

Asfalia: Fear, pozytywna przygodówka z wersją demo oraz datą

 

Pierwszy miesiąc nowego roku już niebawem, a tymczasem w zapowiedziach pojawiają się pierwsze gry, które zadebiutują w styczniu roku 2025. Pierwszą z nich jest pozytywna przygodówka wskaż i kliknij zatytułowana Asfalia: Fear.

Ręcznie rysowana, która nauczy nas akceptować strach, gra stworzona i wydana przez studio Funtomata, zatytułowana Asfalia: Fear ma dokładną, styczniową datę premiery. Zanim jednak zanurzymy się w tę malowaną opowieść twórcy udostępniają nam jej grywalne, i oczywiście darmowe demo

Warto przeczytać również:

Asfalia: Fear to wyglądająca na prostą i lekką, klasyczna przygodówka, która porusza ważne dla każdego z nas, nie tylko dziecka tematy, dotyczące naszego strachu. Twórcy chcą nam w niej powiedzieć, że strach nie musi być niczym negatywnym i dla nas bolesnym, ale można sobie z nim poradzić, akceptując go w zdrowy sposób. 


W grze wcielamy się w kilku bohaterów. Laika, Lexie, Bosco i Bandit to postaci zamieszkujące piękna, malowaną krainę, ale każde z nich potrzebuje naszej pomocy, pomocy gracza.


Asfalia: Fear to klasyczna przygodówka point-and-click, zabawna i niezwykle kolorowa. gra posiada pełna angielską wersję językową. Nie zagramy w nią niestety po polsku. 


Premiera gry została ustalona na Steam, na 14 stycznia 2025 roku. Obecnie jest dostępna w wersji demo. 

Karta gry - zagraj w demo










piątek, 27 grudnia 2024

Wilk Wikingów - recenzja. Klątwa wilkołaczej krwi musi być przerwana

Wilk Wikingów - recenzja. Klątwa wilkołaczej krwi musi być przerwana

Wilk Wikingów, recenzja filmu dostępnego na Netfliksie. Klątwa wilkołaczej krwi musi być przerwana! Oto recenzja kolejnej, niegdyś topowej produkcji Netflix. 

Co by o tym gigancie streamingu, serwisie Netflix nie mówić, jest to miejsce poświęcone szeroko pojętej rozrywce, gdzie czasami pojawiają się filmy, które chętniej oglądamy. Jedną z takich produkcji jest Wilk Wikingów, albo Vikingulven, bo tak oryginalnie brzmi tytuł tego norweskiego filmowego dzieła.

Warto przeczytać również:

Jest to pierwsza produkcja grozy o wilkołakach stworzona w tym kraju, i horror, który prawie po dwóch latach od swej premiery, trafił na Netfliksa, szybko wskakując wtedy na pierwsze miejsce TOP 10 polskiego Netfliksa. Czy jest to aż tak dobry, czy niekoniecznie? Postaram się to wyjaśnić w mojej recenzji, do której serdecznie zapraszam. 

Zacznę oczywiście od fabuły, która zapewne jest Wam znana, a przynajmniej już coś takiego gdzieś widzieliście. Otóż jest to kolejne dzieło, które porusza temat wilkołaków, bestii przypominających wilka, ale tak naprawdę ludzi, którzy poprzez ugryzienie stali się wilkołakami. Podczas pełni dokonują swoją przemianę, i wbrew naturze ludzkiej, a zgodnie z instynktem wilkołaka, pragną jednego, zaspokajania swoich potrzeb drapieżnika, czyli chęci zabijania. 

Tak też jest w przypadku Wilka Wikingów, którego akcja rozgrywa się w niewielkim norweskim miasteczku, do którego pewnego dnia przeprowadza się Thale, siedemnastolatka, której mama w owym miasteczku otrzymuje pracę w policji. Relacja matka – córka nie jest najlepsza, bowiem dziewczyna nie radzi sobie z nowym życiem u boku matki i jej miejscowego mężczyzny. Thale, choć nie ma nic do ojczyma, i bardzo kocha swoją przyrodnią siostrę, która jest niemową, nie może zrozumieć rodzicielki i tego, że tak szybko zapomniała o ojcu.

Nie pomaga także środowisko, w jakim dziewczyna się obecnie znajduje. Poza małymi wyjątkami koledzy ze szkoły nie darzą jej sympatią, a wręcz okazują jej jawną niechęć. Na jednej ze szkolnych imprez, czując izolację, Thule oddala się od grupy i staje się świadkiem, a po części uczestniczką dramatycznych wydarzeń. Ktoś, lub coś atakuje jej koleżankę, która znika w lesie. Ranna w ramię Thule staje się ważnym świadkiem w sprawie, jak się później okazuje, brutalnego morderstwa.

Z biegiem czasu na jaw wychodzą zaskakujące fakty. Okazuje się, że winny, nie jednego mordu, jest wilk, ale nie taki zwyczajny, tylko prastary, pradawny wilk wikingów, wilkołak, którego od wieku już lat, a niemal przez całe życie tropi pewien ekscentryczny mężczyzna. Sytuacja mocno wymyka się spod kontroli, przeraża matkę Thale, a i nią samą. Okazuje się, bowiem, że ranna podczas napaści wilka, wkrótce sama zmienia się w krwiożerczą bestię. Matka przy pomocy pewnego weterynarza, będzie starała się jakoś przerwać linię krwi. 

Z grubsza opowiedziałam wam fabułę filmu, w którym jak zapewne zdążyliście się zorientować znalazło się szereg przeróżnych gatunków, i miks wszystkiego, co już gdzieś kiedyś widzieliśmy, o czym słyszeliśmy, czy czytaliśmy. Mitologia i legendy skandynawskie zdają się być w tej produkcji przerobione na własną modłę, według własnego uznania, a z pradawnego, ogromnego wilka, który jest symbolem nordyckim, twórcy filmu płynnie przeszli do klasycznej, dość brutalnej grozy. A w niej krew leje się strumieniami, ludzie rozrywani są na strzępy, a jedynym ratunkiem i możliwością pokonania bestii, której nie da się zabić, są srebrne kule.

Pojawia się także ktoś na wzór łowcy potworów, ekscentryczny starszy mężczyzna, dotknięty nie tylko zębem czasu, ale i jakimś dramatem, który doprowadził go do utraty ręki. Możemy się jedynie domyślać, że przyczyna leży w jego fachu. On jest kimś na wzór baśniowego łowcy fantasy, który pewnego dnia wkracza na teren sceptycznej i racjonalnej szefowej policji. Matka Thale starając się udowodnić przyczyny i rozwiązać zagadkę kryminalną, jest jednocześnie odpowiednikiem innego gatunku, w tym filmie, klasyki kryminalnego noir, w skandynawskim stylu. 

Nie brakuje także w opowieści, w której fabuła nie jest niestety jej najmocniejszą stroną, klasycznego młodzieżowego dramatu, ze sztampowymi elementami, jak śmierć członka rodziny, nowe miejsce, szkoła i koledzy, którzy traktują z góry, a nawet skutecznie życie obrzydzają. Tenn drama w wersji dla nastolatków nagle przeradza się w mordownię, z dość wiarygodnie zobrazowanymi ranami, ale efektami specjalnymi, niestety, nie najwyższych lotów. 

Nie można jednak powiedzieć, że film jest zły od początku do końca. Mimo kiepskiej fabuły, mającej sporo luk, i zbyt napakowanej skrajnościami, dzieło reżysera Stiga Svendsena (Kings Bay, Loose Ends) i Espena Aukana, pracującego także przy filmie Troll, dostępnym na Netfliksie, ma jakieś zalety. Film może przypaść do gustu miłośnikom grozy, spokojnie mogą obejrzeć także ci widzowie, którzy boją się horrorów. Jest to więc tytuł tak naprawdę dla każdego, co jeśli chodzi o horrory, nie jest takie oczywiste.

Poza tym to produkcja, która zachwyca bardzo dobrymi zdjęciami i podobnie jak w przypadku wymienionego tu już Trolla, urokliwymi zakątkami Norwegii, które idealnie pasują do „wilkołaczego” czy raczej likantropicznego klimatu prastarej klątwy. Ponurość lokacji, ich ciężkość i atmosfera podbijają styl i grozę, jednocześnie dobrze wpisując się w zaserwowany nam miszmasz gatunkowy. 

Nie można także narzekać na grę aktorską, która stoi na bardzo przyzwoitym poziomie, nawet jeśli momentami zbyt mocno koloryzuje swoją postać, albo za bardzo ją ułagadza. Szczególnie pochwalić należy Liv Mjönes, która wcieliła się w matkę Thale, a także Elli Rhiannon Müller Osbourne, której przyszło zagrać nastolatkę, bohaterkę filmu, tym właśnie imieniu. 

Doskonale wszyscy wiecie, że to co znajduje się w topowych tytułach platformy niekoniecznie musi być zaskakujące, powalające czy najcudowniejsze na świecie. Tak też… niestety jest z Wilkiem Wikingów, przeciętniakiem, łączącym teen dramę, czyli produkcją dla nastolatków, i fantasy z baśniowością oraz legendami, nieco przerobionymi na własny użytek. Płaską, i nic nie wnoszącą do całości odbioru fabułę, z dziwnym zakończeniem, ratują tylko ładne zdjęcia, piękne okolice i dobra gra aktorska. Dla lubiących kino grozy, może być. Ale nie jest to film z gatunku tych obowiązkowych. 

Moja ocena 6/10. 

Film Wilk Wikingów trafił na platformę Netflix 3 lutego 2023 roku.

The Dark Eye: Chains of Satinav kolejna darmową grą na GOG-u

The Dark Eye: Chains of Satinav kolejna darmową grą na GOG-u

 


Na GOG-u wciąż trwa Zimowa Wyprzedaż, na której co jakiś czas dostajemy prezenty w postaci darmowych gier. Dziś tytuł od studia Daedalic Entertainment, przygodowa gra typu "wskaż i kliknij" zatytułowana The Dark Eye: Chains of Satinav.

Zmowa Wyprzedaż, czyli Winter Sale na GOG trwa. Wraz z nią wiele świetnych okazji do zdobycia gier w mocno obniżonych cenach, ale także co jakiś czas growe gratisy. Za nami jest już rozdanie The Whispered World: Special Edition, a dziś czas na kolejną przygodówkę od Daedalic. Tym razem jest to The Dark Eye: Chains of Satinav. Na odebranie gry jest jednak ograniczony czas, nieco ponad 70 godzin.

Warto przeczytać również:

The Dark Eye: Chains of Satinav, w naszym kraju znane jako Klątwa Wron, której recenzję oraz szczegółowy poradnik/solucję znajdziecie na blogu dostępna jest za darmo przez ponad 70 godzin.Jest to pierwsza odsłona dwuczęściowej serii, która swoją kontynuację miała w grze zatytułowanej The Dark Eye: Memoria.

Opowieść przenosi nas do świata fantasy i magii, rozgrywając się w krainie znanej jako Andergast, która dotyka klątwa wron, która sprowadzają dziwne koszmary. W grze, dla której inspiracją stała się jedna z najbardziej rozpoznawalnych gier RPG, wcielamy się w ptaszołapa Gerona, obdarzonego wyjątkowym darem, którego przygoda, wraz z Nimfą Nuri zaczyna się od pewnego królewskiego zlecenia. 

Odbierz grę za darmo na GOG

Near-Mage, wrażenia z wersji demo. Magicznej przygodówki od twórców Gibbous – A Cthulhu Adventure

Near-Mage, wrażenia z wersji demo. Magicznej przygodówki od twórców Gibbous – A Cthulhu Adventure

 

Near-Mage, wrażenia z wersji demonstracyjnej magicznej przygodówki od Stuck In Attic, dostępnej do sprawdzenia na trwającym Steam Next Festiwal.  

Kontynuuje przenoszenie swoich prac na bloga, tych, w których opisuje wersje demo nadchodzących gie. Dziś przygodówka, obok której nie mogłam przejść obojętnie. A to z tej przyczyny, że jest to projekt od studia Stuck In Attic, które ma na swoim koncie świetną, kreskówkową przygodówkę zatytułowaną Gibbous – A Cthulhu Adventure, którego recenzję, i poradnik/solucję napisałam dla serwisu lubiegrac.pl.

Warto przeczytać również:

Nowa gra od tegoż dewelopera nosi tytuł Near-Mage i nie jest kontynuacją poprzedniej, choć wielu graczy, w tym ja, na to liczyło. Owa przygoda również została stworzona w podobnym, rysunkowym stylu, choć według mnie, do poprzedniczki trochę jej brakuje. Jest także klasycznym point-and-clickiem, w którym nie poskąpiono humoru, tajemnicy i …..magii. Jest to bowiem tytuł, w którym poznajemy pewną czarownicę, na początku jej kariery.

Bohaterką Near-Mage jest Illy Vraja, nastolatka, która nie bardzo wie, co ma dalej w życiu robić. W wersji demonstracyjnej poznajemy ją w momencie zastanawiania się nad dalszym życiem, znajdując naszą bohaterkę na życiowym zakręcie, z którego usilnie próbują ją wyrwać jej rodzice. Gdy wydaje się, że nic fajnego Illy nie czeka, do jej pokoju wpada list, od niejakiej ciotki Domnici, która zaprasza swoją krewną do Transylwanii. Okazuje się bowiem, że dziewczę pochodzi z długiej i znanej rodziny czarownic i jej przeznaczeniem jest studiowanie w Szkole Magii, właśnie w Transylwanii. Mała czarownica nie namyśla się wiele i udaje w podróż, której kawałek śledzić będziemy w wersji demonstracyjnej, którą mogliśmy jakiś czas temu sprawdzić na Steam. Obecnie demo nie jest dostępne. 

Demo wrzuca nas we fragment gry, w którym nie tylko poznajemy sposób sterowania postacią, ale bliżej przyglądamy się grafice, poznajemy pierwsze zagadki i tym podobne elementy tworzące całość rozgrywki. Na początek wspomnę, że Near-Mage ma mieć pełen angielki dubbing, który jak na razie w demo nie jest słyszalny. Gra posiada jedynie dźwięki otoczenia, otoczkę muzyczną, zresztą całkiem przyjemną i angielskie napisy. W pełnej wersji będzie dubbingowana po angielsku. Niestety dalej nie wiadomo czy gra będzie dostępna w większej ilości języków, w tym po polsku, jak jej poprzedniczka. Na razie wydaje się, że nie. 

Do rozgrywki w wersji demo zostajemy niemal wrzuceni, mogąc przyjrzeć się dość ładnej graficznie otoczce, z pewnością bardzo kolorowej i niezwykle szczegółowej. Sama gierka prezentuje się ładniutko, ale jak już wyżej nadmieniłam nieco jej brakuje do Gibbous. Nie jest już to styl animacji filmowej, ale klasyczne 2D, w nieco komicznym, satyrycznym, pełnym humoru stylu, o którym zaraz wspomnę.

Zapewne w wykonaniu i w fabule owej przygodówki znajdziecie wiele nawiązań, jak choćby do serii o Harrym Potterze czy gier o Szymku Czarodzieju, który jak wiemy powraca w kolejnej odsłonie zatytułowanej Simon the Sorcerer Origins. Trudno też nie nawiązywać do świetnej debiutanckiej gry studia Stuck In Attic, która tak jak właśnie tworzona, także rozgrywa się w Transylwanii, skąd pochodzą deweloperzy. 

Gra już w wersji wstępnej, przybliża nam sporo z formy jej rozgrywki, która jest klasycznym „wskaż i kliknij”, czyli tytułem obsługiwanym za pomocą myszy. Sterowanie przebiega płynnie, choć bohaterka strasznie dziwnie biega, zadzierając nogi wysoko do góry. Klasyczność rozgrywki widać w typowych dla tego gatunku elementach, jak eksploracji, sporej ilości lokacji, już w demo, rozmowach, które nie tylko niosą informacje, ale są istotne do rozwinięcia fabuły. Dialogi stanowią także składową zadaniowej części rozgrywki. Podczas ogrywanej przeze mnie wersji demonstracyjnej, rozmawiając z postaciami otrzymywałam kolejne zadanie do wykonania. 

To co mamy do wykonania, jest podobnie jak w poprzednim tytule od tegoż dewelopera, odpowiednio oznaczone. Na ekranie pojawia się wtedy nasz kolejny cel, kolejne zadanie. Te dostępne jest także w notatniku, jakiego nie brakuje. Wiele funkcji możemy zmienić w opcjach gry, która jest inna w zależności czy gramy myszą, czy padem. W wersji na komputer ogrywanej myszą, jest to „Q”. Twórcy pomyśleli także o mapie, aktywowanej przez klawisz „M”. Cieszy mnie osobiście możliwość szybkiego przemieszczania między lokacjami, która też już jest dostępna w wersji demo. Tradycyjnie aktywujemy ją poprzez dwukrotne kliknięcie lewym przyciskiem myszy. Niestety nie znalazłam opcji podświetlania miejsc interaktywnych. Być może pojawi się w przyszłości. 

Gra oferuje nieco własnych dodatków, które nie widzieliśmy w poprzedniej grze studia. Oprócz znajomej rysunkowej wersji, w malowanym stylu 4K i animacji poklatkowej, stawia na tworzenie postaci. Otóż naszą bohaterkę możemy przebierać, zmieniając jej włosy, strój, buty a nawet dodatki. Taka czynność pojawia się w pokoju naszej postaci, gdy klikniemy na jej szafę. Ostatnio z taką opcję mieliśmy do czynienia także w grze przygodowej, zatytułowanej Crowns and Pawns: Kingdom of Deceit 

Już demo wskazuje graczom, że choć jest to gra w bardzo kolorowej formie graficznej, aż bijącej niemal po oczach, mroku i klimatu jej nie braknie. Tytuł, o czym już nadmieniałam sięga po nawiązania, nie tylko do popkultury, ale także do mitów, legend i baśni. Dlatego też czarownice, wiedźmy, skrzaty i przede wszystkim magia. Mamy okazję jej zasmakować już w demku, gdzie przeniesiemy się, za pomocą portalu do mitycznego miasta, nie widocznego dla innych. Odwiedzamy też szkołę magii. Przy okazji poznajemy wiele postaci, w tym mnóstwo właśnie z ową magią związanych i niecodziennych. 

Jeśli chodzi o zagadki, które jak wiemy są meritum przygodówek, to póki co w Near-Mage natknęłam się na te inwentarzowe, czyli coś zebrałam, po czym użyłam na miejscu czy postaci. Czy w pełnej wersji rozgrywki będzie tych zadań więcej i czy będą wymagały od gracza większej ilości kombinowania? Być może tak, tym bardziej że twórcy zapowiadają wielką różnorodność, dużą swobodę w poprowadzeniu bohaterki, no i przede wszystkim zaklęcia. Te stanowić będą ważny w grze element, a ich próbkę mieliśmy już w wersji demo, której przejście zajmuje około godziny. Więc nie jest takie krótkie.

Ogrywane demo wskazuje na całkiem intrygujący tytuł, który spodobać się może zarówno fanom przygodówek, jak i z tym gatunkiem obeznanym. Demko, choć wcale nie takie krótkie, jest mimo wszystko wstępem do opowieści, która jedno może już zagwarantować… magię, humor, wiele nawiązań i nieco mroczny, transylwański klimacik. Czekam zatem na pełną wersję Near-Mage, klimatycznej, czarodziejskiej gry od  Stuck In Attic, która jak na razie nie ma daty premiery. Nie wydaje się, by gra miała również polską wersję. 

Gra zadebiutuje na komputerach osobistych PC, na Steam. Nie znamy jej daty premiery. 

Karta Steam



The Adventures Of Zomboy, nowa wersja starej przygodówki trafiła na Steam

The Adventures Of Zomboy, nowa wersja starej przygodówki trafiła na Steam

 

Na Steam, przed świętami swoją premierę miała przygodowa gra tylu point-nad-click, przerobiona, zupełnie nowa wersja starej przygodówki, której akcja rozgrywa się w postapokaliptycznym świecie, a bohaterem jest zombie chłopiec.

Gra nosi tytuł The Adventures Of Zomboy i swoja premierę na platformie Steam miała 19 grudnia. Jest to gra stworzona i wydana przez studio Arctic Arcade i jest to klasyczna przygodówką "wskaż i kliknij", w ręcznie rysowanym stylu, gra, która w odnowionej wersji wraca na Steam. 

Warto przeczytać również:

The Adventures Of Zomboy to krótka gra tylu point-and-click, w której wcielamy się w chłopca zombie, który stara się dowiedzieć co tak naprawdę dzieje się w postapokaliptycznym świecie. Tam tez przyjdzie nam pomagać różnym postaciom, które spotkamy na swojej drodze. 


Gracz wciela się w bardzo spokojne zombie, którego przygoda rozwija się wraz z tym jak rozwija się historia. Przyjdzie nam dowiedzieć się kim tak naprawdę jesteśmy i co się wydarzyło. Akcja przenosi nas na pustynię, gdzie został zaparkowany nasz kamper, i gdzie znajduje się nasza baza.


The Adventures Of Zomboy jest nową wersją starej przygodówki, która została zaktualizowana na potrzeby wydania na platformę Steam. Posiada nowe grafiki, nowe sceny, wiele klikalnych przedmiotów inne zmiany i aktualizacje. 

Kup grę na Steam

wtorek, 24 grudnia 2024

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!

Dziś Wigilia, a jutro najpiękniejsze i najbardziej rodzinne święta. Z okazji Bożego Narodzenia pragnę Wam wszystkim mnie odwiedzającym złożyć życzenia, życząc wszystkiego co najlepsze, najsłodsze i najmilsze. Cudownej Wigilii, pięknych Świąt i miłej atmosfery! 

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam, ciepła, miłości i radości i pozytywnego myślenia. Życzę tego, by każdy dzień był nową, ekscytującą przygodą, także tą grową. Niech życie stale Was zaskakuje. Marzenia niech spełniają się zaskakująco szybko i oczywiście tylko pozytywnie. Życzę Wam zdrowia i siły, która pozwoli z łatwością pokonywać wszelkie trudności. Życzę tylko inspirujących ludzie, którymi dobrze się będzie otaczać oraz równie inspirujących i niezapomnianych gier przygodowych. Niech będę wciągające fabularnie, zachwycające graficznie i niezrównane pod względem zagadek. Życzę tez filmów i seriali, od których trudno będzie się oderwać. Niech ten świąteczny czas będzie dla Was wyjątkowy i bardzo rodzinny. Wesołych Świąt życzy Przygodozona! 

Źródło zdjęcia: Larisa-K z Pixabay

poniedziałek, 23 grudnia 2024

Lockwood i spółka - recenzja. Fantasy-horroru w alternatywnym Londynie

Lockwood i spółka - recenzja. Fantasy-horroru w alternatywnym Londynie

Zdjęcie: Netflix

Lockwood i spółka, recenzja zadziwiająco dobrego fantasy-horroru dla nastolatków dostępnego na Netfliksie. Oto co sądzimy o kolejnej produkcji Netflix. 

Przyznam się, że do kolejnego fantasy horroru na Netfliksie podchodziłam z pewną rezerwą. Powodem była, tak mi się przynajmniej zdawało, dość sztampowa opowieść o poskramiaczach duchów, a także kolejna taśmowa produkcja z przeznaczeniem dla młodzieży, w jakiej amerykańska platforma streamingowa się lubuje.

Warto także przeczytać:

Na szczęście moje obawy, że zostanę po raz kolejny wpuszczona w butelkę przez giganta streamingu, i znudzona opowieścią o duchach, w wersji dla nastolatków, rozwiały się dość szybko, a przynajmniej po jednym, no góra dwóch odcinkach serialu o tytule Lockwood i spółka

Netflix i jego ekranizacje książek 

Wszyscy dobrze wiemy, że platforma Netflix, która wciąż jest gigantem streamingu lubuje się i namiętnie ekranizuje książki, powieści, opowiadania czy komiksy. Wśród premier miesiąca, a zwykle nieco ich jest, większa część to produkcje bazujące na literaturze. Są ekranizacje przeciętne, są doskonałe, i są banalne, a nawet beznadziejne, o czym z bólem przekonali się miłośnicy prozy Andrzeja Sapkowskiego, oglądając netflikowskiego Wiedźmina

Na szczęście Lockwood i spółka nie należy do tej trzeciej kategorii, bowiem serwuje nam jedną z najlepszych adaptacji książek. A jest to proza autorstwa Jonathana Strouda, który w pierwszym tomie wydanym w roku 2021, czyli całkiem niedawno, o tytule "Krzyczące schody" zechciał opowiedzieć historię trójki młodych bohaterów, żyjących w alternatywnym świecie, w którym władze w nocy przejęły duchy, z którymi kontakt to niestety śmierć, albo stan ową śmierć przypominający. 

Lockwood i spółka – fabuła

Fabuła opisywanego przeze mnie serialu oddaje treść książki w sposobie poprowadzenia tej trzymającej w napięciu fantasy-grozy, którą spokojnie możemy nazwać teen dramą, świetnie kreującą zgrabnie skonstruowaną historię, sekretami, tajemnicami i nutą zagadkowości. Brzmi dobrze! Nie sądzicie?

A ta rozgrywa się w Londynie. Pięćdziesiąt lat temu na świecie wydarzyły się trudne do wytłumaczenia zdarzenia, które doprowadziły, że ludzka rzeczywistość nie była już taka sama. Władzę nad nocą przejęły bowiem duchy, demony i siły nadprzyrodzone, pozbawiając życia wielu ludzi, a u innych powodujące stan odrętwienia, coś na kształt letargu. Niedługo potem władze zorientowały się, że jedynymi osobami, jakie mogą zapanować nad istotami z tamtego świata, są dzieci i młodzież o zdolnościach paranormalnych. I tak wielkie korporacje zaczęły zatrudniać w tym kierunku uzdolnioną młodzież, szkolić ich, dawać broń do ręki i nakazywać walczyć z siłami nadprzyrodzonymi, czy chcą tego, czy nie. 

Po wspomnianych pięćdziesięciu latach w Londynie działają dwie duże korporacje zwalczające istoty astralne, i jedna niewielka i niezależna, zwana Lockwood i spółka. Tworzą ją Anthony Lockwood, młodzieniec z bogatego domu, posiadający rodzinną tajemnicę oraz jego pomocny, zbuntowany i niegdyś wyrzucony ze szkoły, nieco ekscentryczny George. Do tego zacnego grona dołącza niebawem dziewczyna o bardzo wyjątkowych i złożonych umiejętnościach paranormalnych, takich, jakie ma bardzo niewielu.

Lucy Carlyle to dziewczyna, która nie ma w życiu łatwo. Niekochana przez surową i apodyktyczną matkę zostaje wysłana, wbrew swojej woli do szkoły i szkolona na pogromcę duchów. Po stracie przyjaciółki, dziewczyna postanawia opuścić placówkę, w której mimo wszystko osiąga dobre wyniki, i zgodnie z tym, co planowała, wyjeżdża do Londynu. Tam wkrótce zostanie zatrudniona u Lockwooda. Tam też znajduje dom. 

Wkrótce cała trójka staje do walki z demonami, pozbywając się ich z mieszkań, domów i posiadłości. Ale pewnego dnia natrafiają na sekret, z którym wiąże się bardzo wielka tajemnica, a w nią wplątani zdają się wpływowi mieszkańcy Londynu. Odkrycie, jakie dokonują nasi bohaterowie może prowadzić do poważnych zmian i równie poważnych konsekwencji. 

Ciekawie zbudowany świat i trzymająca w napięciu historia

Zaletą tejże opowieści, którą zamknięto w ośmiu odcinkach po około 50 minut jest nie tylko fabuła, która szybko potrafi nas pochłonąć, bo to podobno jedna z najlepszych, i najwierniejszych ekranizacji książek (niestety nie czytałam), ale przede wszystkim świetnie wykreowanym światem.

Jak wiecie, przenosimy się w niej do Londynu, który z pozoru wygląda jak każde inne współczesne i znane nam miasto. Ale noc skrywa tajemnice, mrok i przerażenie. Niczym epidemia, zaraza czy też paranormalna choroba, duchy niszczą, zabijają i zmieniają świat i ludzi. Nic nie jest takie samo jak kiedyś, a młodzi nawet nie wiedzą, jak to było kiedyś, przed panoszeniem się duchów na Ziemi. Nie są to istoty łagodne, a przynajmniej nie wszystkie, a kontakt z nimi nie mają jedynie wybrani, a wszyscy. Z tym wyjątkiem, że ci „normalni” nie potrafią z nimi walczyć, umierają, albo zapadają w dziwny letarg, z którego już się raczej nie wybudzą.

Londyn na wzór lat 80-tych, ale w alternatywnym stylu, z przerażającymi nocami, godziną policyjną, nie wzbudza strachu jako takiego, nie jest przepełniony grozą. Nie będziemy skakać czy zakrywać twarz poduszką, bo twórca, a jest nim Joe Cornish nie zarzuca widza  jumpscare’ami, a napięcie i klimacik buduje poprzez atmosferę, muzykę, lokacje i styl serialu. Nie jest to płaska opowieść o niczym, nie przeraża w dosłowny sposób, a zaciekawia, pokazuje miejsca i sytuacje, w które jesteśmy w stanie uwierzyć. 

Przeżywamy to, co bohaterowie tej opowieści, żyjemy z nimi, walczymy, stawiając czoła nieznanemu, trudnemu i brutalnemu wrogowi. Nasi bohaterowie mają w sobie wrogów nie tylko ze świata pozagrobowego, ale i w doczesnej rzeczywistości. Mają także tajemnice, które przed innymi i samym sobą ukrywają. To, że jest sekrecik, że nie wiemy wszystkiego od razu, jest motorem popychającym nas w stronę poznania tej opowieści, przez co chętnie i dobrze się serial ogląda. 

Charakterne postacie i dobre aktorstwo

A ogląda się go przyzwoicie ze względu na dość szybkie poprowadzenie akcji, która gwałtownie może się zmienić, ale także ze względu na charakterne postaci. I tu na plan pierwszy wysuwa się postać Lucy, w którą brawurowo wcieliła się Ruby Stokes, którą mogliśmy oglądać już w jednej produkcji grozy, w filmie Naznaczona. Podczas kolejnych odcinków śledzimy jej rozwój, nie tylko psychiczny, ale także paranormalny. Widzimy, jak staje się silniejsza i jak swoją osobą spaja i wynosi do góry spółkę, w której pracuje. 

Nie umniejszają jej wcale jej ekranowi koledzy, czyli Cameron Chapman, który wcielił się w postać Anthonyego Lockwooda oraz Ali Hadji-Heshmati jako George Karim. Jeden jest wyniosłym, inteligentnym i dystyngowanym młodzieńcem, który ma tajemnice, schowane w pokoju na górze, zamkniętym na klucz, drugi naukowcem i ekscentrykiem, który wychodząc przed szereg, został wydalony ze szkoły.

Każde z nich jest zupełnie inne, ma odmienne charaktery, sposób bycia, ma marzenia i cele. Ale czego by o nich nie mówić, między trójką bohaterów jest chemia, której trudno nie zauważyć. To ona sprawia, że serial Lockwood i spółka ogląda się z nieskrywaną przyjemnością. 

Kolejna teen drama w dobrym wydaniu – podsumowanie serialu Lockwood i spółka

I oto za sobą mam kolejną serialową opowieść, z przeznaczeniem dla nastolatków, która, mimo tego, że wiek nastoletni dawno mam już za sobą, bardzo mi się spodobała. Złożyło się na to wiele czynników, które sprawiły, że zagrała we mnie, na pozytywną nutę, sympatia do zjawisk paranormalnych, historii z dreszczykiem, a także opowieść o przyjaźni i zaufaniu. Alternatywny świat, w którym panują duchy, mimo nierealności stał się bardzo realny. Wartko tocząca się opowieść minęła szybko i ani na chwilę nie nudziła, ba…..zostawiła niedosyt, gdyż skończyła się w takim momencie, w którym musi powinna być kontynuowana w kolejnym sezonie, ale wiemy, że nie będzie. Nie mniej jednak Lockwood i spółka to miniserial, która naprawdę warto zobaczyć. 

Moja ocena 8/10.

Serial miał premierę na Netflix 27 stycznia 2023 roku. 

Tavern Talk: Tempest Tantrum, dodatkowa zawartość do Tavern Talk

Tavern Talk: Tempest Tantrum, dodatkowa zawartość do Tavern Talk

 

Tavern Talk: Tempest Tantrum to dodatkowa zawartość do przygodowej gry w klimacie wizualnej powieści Tavern Talk, która swoją premierę miała w czerwcu tego roku. DLC nie jest dodatkiem darmowym.

Ponad miesiąc temu na Steam swoja premierę miało DLC, dodatkowa zawartość do fantasy przygodowej gry visual novel, w urokliwym, ręcznie rysowanym stylu. Dodatek nosi tytuł Tavern Talk: Tempest Tantrum, jest grą stworzoną i wydaną przez Gentle Troll Entertainment, i można go kupić w cenie niespełna 23 złotych.

Warto przeczytać również:

Akcja Tavern Talk: Tempest Tantrum rozgrywa się półtora roku po wydarzeniach z Tavern Talk. Historia skupia się wokół młodej detektyw Meliny. Pewnego dnia znajduje tajemniczy mechanizm, który  psuje, przypadkowo uwalniając uwięzionego w nim chaotycznego ducha. Melina i jej przyjaciele muszą  naprawić starożytny aparat, odzyskać ducha i powstrzymać pierwotną burzę przed wyrządzeniem niszczycielskich szkód.


W dodatku twórcy przedstawiają nam cierpiącego brata Fable, chronicznie przepracowanego strażnika Ashen Grove. Autorzy zaoferowali nową historię, a także wiele zakończeń. Dodano około trzech godzin rozgrywki, i cztery niezależne zakończenia i indywidualne zadania. Aby zagrać w grę wymagana jest jednak podstawowa zawartość. 


Gra trafiła do sprzedaży na Steam 12 listopada 2024 roku. 

Karta Steam

niedziela, 22 grudnia 2024

Kobiety na wojnie, recenzja dramatu wojennego dostępnego na platformie Netflix

Kobiety na wojnie, recenzja dramatu wojennego dostępnego na platformie Netflix

Kobiety na wojnie, recenzja dramatu wojennego dostępnego na platformie Netflix. Piekło I wojny światowej pokazane w sposób realistyczny oczami kobiet.

Wojna to niestety bardzo aktualny temat, który wprawdzie nie dotyczy nas osobiście, ale działania wojenne trwają blisko nas, a cierpienie ludzi widzimy codziennie, choćby w telewizji, prasie, czy na Internecie. Wiek XX doświadczony aż dwie wojny, podczas których zginęło mnóstwo ludzi, a pozbawione mężczyzn kobiety musiały radzić sobie same. Pierwsza wojna światowa, która była przerażającym testem i świadectwem możliwości nowej broni, w tym chemicznej, stała się motywem zarówno filmu Netfliksa Na zachodzie bez zmian, ale dodanego jakiś czas temu do biblioteki platformy francuskiego serialu Kobiety na wojnie. I to właśnie jemu przyjrzę się w dzisiejszej recenzji. 

Przeczytaj również: 

Kobiety na wojnie to serialowy dramat wojenny produkcji francuskiej, który swoją premierę nie miał bezpośrednio na Netfliksie, a był emitowany zarówno w Szwajcarii, Belgii i Francji, by finalnie trafić także na Netfliksa. Jest to produkcja w klasycznej miniserialowej ilości odcinków, czyli w ośmiu, które trwają po około 50 minut.

Opowieść rozgrywa się na początku I wojny światowej, w roku 1914, w niewielkim francuskim miasteczku, kiedy to wkroczenie wojsk niemieckich wymusza na francuskich mężczyznach wstąpienie do armii i ruszenie na front. W domu zaś, pozostawione z obowiązkami, które niegdyś wykonywali panowie, zostają kobiety, którym przyjdzie mierzyć się z przerażającymi konsekwencjami, jakie niesie ze sobą wojna.

Opowieść, która została stworzona przez Cécile Lorne i wyreżyserowana przez Alexandre'a Laurenta (Modliszka, Tajemnice Elise, Falco) koncentruje się na czterech kobietach, o zupełnie różnym statusie społecznym, życiowym przeznaczeniu i celu. Ich losy jednak będą się przeplatać i łączyć, nadając serialowej historii klimatu i niezwykle wartkiej akcji. 

Podczas ośmiu odcinków śledzimy Caroline Dewitt , w którą wcieliła się Sofia Essaïdi (Nostalgia, Overdose), żony i matki, która weszła do domu przedsiębiorców zajmujących się produkcją ciężarówek, a której bezpieczeństwo zaburzyła wojna i wcielanie jej męża inżyniera do armii. Caroline ma za sobą wstydliwą przeszłość, którą ukrywa przed rodziną męża, czyli teściową i jego bratem. Życie i wojna zmusza kobietę do postawienia na swoim i zmian w fabryce, które nie wszystkim z jej rodziny będą się podobać. 

Marguerite de Lancastel, zagrana przez Audrey Fleurot (O północy w Paryżu, Bazar de la Charité) to natomiast prostytutka, która jako młoda dziewczyna, z przyczyn osobistych porzuciła swego syna, a po latach go odszukawszy przyjeżdża do miasteczka, gdzie jej dziecko stacjonuje razem z wojskiem. Los oczywiście zmienia plany na życie i pracę, i Marguerite staje się jedną z kobiet stających na linii frontu, nie z bronią, a w służbie medycznej.

Na takiej też posłudze, w zakonie, który jest szpitalem wojskowym poznajemy matkę przełożoną Agnes, w którą wcieliła się Julie De Bona (Bazar de la Charité, Miłość w Laponii), która nie radzi sobie z ogromem cierpienia, jakie widzi i przeżywa codziennie, borykając się również ze swoimi własnymi słabościami i grzechami kościoła, w tym molestowaniem zakonnych nowicjuszek przez księdza. 

Jest i Suzanne Faure zagrana przez Camille Lou (W rytmie świąt, Rozpieszczone bachory), posiadająca zdolności medyczne pielęgniarka, która ścigana przez detektywa za śmierć jego żony, wskutek szeregu dramatycznych wydarzeń przyjmuje tożsamość innej kobiety i trafia do wspomnianego szpitala wojskowego, i klasztoru zarazem, znajdując tam cel swojego życia, jakim jest leczenie i pomaganie innym, miłość i przyjaźń.

Wszystkie cztery kobiety łączy los, jednoczy wojna i piekło, jakie niesie. I choć jesteśmy świadkami naprawdę szybko płynącej narracji, w której znalazł się dramat, elementy obyczajowe, romans i wiele innych, to nie tracimy ani na chwilę chęci poświęcenia serialowi uwagi. Wszystko przez to, że każda z kobiecych postaci charakteryzuje się silną osobowością, ma jasno wyznaczony cel, ale jego realizacja nie należy do najłatwiejszych, bo życie i inni rzucają naszym bohaterką kłody pod nogi.

Caroline boi się o przyszłość swoją i swojej córki, mając za plecami knowania jej szwagra i nieprzychylną teściową. Marguerite boryka się z wyrzutami sumienia po porzucenia syna, jednocześnie będąc kobietą zdeterminowaną, by zarówno go zobaczyć, ale i ocalić od dramatu wojny, wiedząc, że jest to niemożliwe. Susane boi się o siebie, wiedząc, że ktoś może ją rozpoznać, boi się także o pacjentów, gotowa na wszystko, nawet na śmierć. Matka Agnes, zaślubiona kościołowi i Jezusowi mierzy się z cielesnością i miłością do mężczyzny, jednocześnie walcząc o swoje nowicjuszki, nękane przez księdza, który je molestuje. 

Dramat wylewa się z każdej niemal sceny, kobiecość i delikatność schodzi na plan dalszy, stawiając na samozaparcie, celowość i wolę walki. A czas jest temu nie sprzyjający, bo trwa wojna. A jest ona w serialu Kobiety na wojnie pokazana w sposób okrutnie realistyczny, bez słodzenia, przekłamywania faktów i przesadnej bohaterskości czy patosu. Widzimy rannych żołnierzy, których piekło wojny doprowadziło albo do załamania nerwowego, albo na skraj szaleństwa. Wojna i jej dramat i bezsensowność pokazana jest dobitnie, emanując lękiem, stanami depresyjnymi, agresją i postępkami, z jakimi trudno się pogodzić. Wyzwala ona w ludziach chęć sięgania po narkotyki, przemoc seksualną, budzi demony, przeraża. 

Kobiety na wojnie to serial realizowany prawdziwie do tego stopnia, że niezmiernie pochłaniający naszą uwagę. Na dodatek jego realizacja, posługiwanie się kamerą, ujęcia i zabawa ze światłem sprawiają również ucztę wizualną, nawet jeśli śmierć i wojna zajmuje większość część tejże opowieści.

Podsumowując serial Kobiety na wojnie to kolejna wojenna historia, która zdecydowanie warta jest uwagi. Mieszanina dramatu wojennego, obyczajowego, dreszczyk emocji, szybka akcja i romans to miks, który nie pozwala się nudzić. Zaletą serialu jest także to, że nie jest to produkcja przesłodzona. Twórcy pokazali to, co brutalne w brutalny i szczery sposób, jednocześnie zaznaczając, że w obliczu wojny, cierpienia i zła jako takiego, jest również miejsce prawdę, dobro i pomaganie. Polecam serial, bo warto go obejrzeć. 

Moja ocena 8/10.

Serial można zobaczyć na platformie Netflix.