środa, 10 grudnia 2025

The Last Case of John Morley - recenzja. W sidłach własnego umysłu

The Last Case of John Morley - recenzja. W sidłach własnego umysłu

 

Serdecznie zapraszam do lektury kolejnej mojej recenzji, która właśnie zagościła na blogu. Tym razem przygodowa, narracyjna, psychologiczna i detektywistyczna gra w stylu noir, zatytułowana The Last Case of John Morley. Miłej lektury!

Wszyscy, którzy choć troszkę mnie znają wiedzą, że gry detektywistyczne, szczególnie te nastawione na dogłębniejsze, często powolne poznawanie fabuły, na odkrywanie szczątków tajemnicy, oparte na szukaniu poszlak i łączeniu faktów, są przeze mnie bardzo mile widziane. Cenię sobie niezwykle serię Sherlock Holmes od Frogwares. Mam w swoim growym dorobku sporo gier z serii Agatha Christie. Dlatego też gdy tylko w zapowiedziach pojawił się tytuł, który utrzymano w podobnym klimacie, a klimat owej przygodówki wydawał się stawiać na narrację i rodzinne sekrety, gra pod tytułem The Last Case of John Morley, wydała mi się godna dogłębiejszego, pełnego jej poznania. 

Inne recenzje mojego autorstwa na blogu:

Co powiecie zatem na przygodówkę narracyjną, opowieść w eksploracyjnym, tajemniczym stylu, utrzymaną w klimatach detektywistycznym w stylu noir? Grę do której całościowego miksu gatunkowego dodano nieco atmosfery psychologicznego thrillera, uwięzienia w matni swego własnego umysłu, który kreować może wszystko to co istnieje, ale istnieć wcale nie musi? Jeśli połączymy wszystkie te mniej czy bardziej subtelne składniki to wyjdzie nam przygodówka, która stawi na klimat, na poznawanie, odkrywanie i styl znany już graczom z innych produkcji tegoż studia. The Last Case of John Morley to bowiem gra niewielkiego Indigo Studios - Interactive Stories, które ma na swoim koncie kilka innych gier, w których twórcy postawili głównie na opowieść, nie ma elementy akcji, odrobili też pewne lekcje. Ale po kolei....

Historia, którą twórcy, wraz z wydawcą, a jest nim studio JanduSoft opowiedzieli, przenosi gracza w lata czterdzieste ubiegłego wieku, pozwalając wcielić się w tytułowego detektywa Johna Morleya, mężczyznę którego dręczy przeszłość i koszmary, a kolejne dochodzenie sprowadza na niego cierpienie i konieczność długiego pobytu w szpitalu.

Poznajemy go jak budzi się w sali szpitalnej, w dniu swojego z niego wypisu, z potwornego koszmaru, w którym ucieka lasem przed domniemanym potworem. Szybko dowiadujemy się, że jego sekretarka, do której żywił uczucia odeszła, nie tylko z pracy, ale i z jego życiowych planów, a jego agencja detektywistyczna nie stoi najlepiej. Okazuje się jednak, że jest szansa na podreperowanie finansów i tak zwane wyjście na prostą.

Tą okazją jest przyjęcie zadania, jakie zleca detektywowi angielska hrabina Lady Fordside. Chce by Morley zajął się nierozwiązaną do tej pory sprawą zabójstwa jej córki, Elody. Mordu dokonano w rodzinnej posiadłości, dwadzieścia lat temu. Policja schwytała, jak sądzi hrabina, niesłusznie oskarżonych o tę zbrodnię włamywaczy, sądząc jednocześnie, że zabójca wciąż jest na wolności. Przyjrzenie się starej sprawie sprzed lat staje się dla spłukanego Johna wielką okazją, zważywszy, że matka zamordowanej oferuje za wyjaśnienie zagadki mordu ukochanej córki, wyjątkową wysoką zapłatę. 

Przyjmując zdawałaby kolejną typową sprawę, choć zamkniętą w czasie, Morley staje twarzą w twarz z przeszłością, która jak się wkrótce przekona, dotyczy nie tylko rodziny Fordside. Na wierzch wychodzą bolesne prawdy, które miałaby być na wieczność schowane w przeszłości. 

Zaczynając eksplorację w posiadłości, opowieść wydaje się być bardzo sztampowa, bardzo zwykła i bardzo w klimacie wielu dobrze graczom znanych gier przygodowych. Ot mamy detektywa z pewnymi problemami, który jakieś osiągnięcia w swojej pracy ma, i który zwyczajnie stara się dobrze wykonać swoje zadanie, i otrzymać za nie zapłatę. Ale historia, która może momentami, szczególnie w pierwszej części, tej we wspomnianej rezydencji, w której wszystko jest na miejscu, takie jak w dniu zabójstwa, dwadzieścia lat temu, wydawać się absurdalna, ma drugie dno.

Autorzy zechcieli bowiem postawić w swoim projekcie, trochę w nawiązaniu do ich poprzedniego projektu Portrait of a Torn, z którego wrażenia z demo znajdziecie na blogu, nie tylko na aspekt detektywistyczny, moralny i ludzki, ale i na elementy psychologiczne. Znalazło się tu również miejsce dla ezoteryki, w tym Tarota. Gra porusza tematykę chorób psychicznych i uwięzienia we własnym umyśle, który może zniewalać, ale i kreować. Dla wielu z nas zaskakujący koniec opowieści, powoduje, że historia i wszystkie jej abursy i absurdziki nabierają większego sensu, wydając się bardziej logiczne i bardziej celowe. 

The Last Case of John Morley to jak już wspomniałam czwarty projekt tego niewielkiego studia, które z każdym kolejnym tytułem, a nie wydaje się, by ta gra miała być ostatnią, czuje się w przygodowym gatunku coraz lepiej, i poprawia to co poprawienia wymaga. Choć recenzowana przeze mnie przygodówka nie obyła się bez pewnych niedociągnięć, w tym błędów w polskim tłumaczeniu, zmian w barwie głosu hrabiny i protagonisty, czy nie pojawiającego się tekstu na ekranie, całościowo jest wyraźnie lepiej. 

Rozgrywkowo tytuł ów stawia na eksplorację, którą można, no może poza kilkoma momentami, prowadzić we własnym, dość spokojnym i wyraźnie narracyjnym stylu. Narracja w grze jest mocno widoczna, i ma ona na celu podkreślenie klimatu noir, którym ów tytuł przesiąknął. Kolejne rozdziały przygodowego śledztwa rozpoczynają się od kwiecistych tekstów, opisujących nie tylko kolejny etap śledztwa, ale i stan emocjonalny naszego protagonisty. On sam komentuje swoje położenie i to co widzi, na co trafia, w dość wymowny sposób, wyrzucając z siebie potok słów, tym samym mocno nawiązując do kryminałów lat czterdziestych. 

The Last Case of John Morley to gra obsługiwana za pomocą klawiszów WSAD, z automatycznym zapisem, którego ja w przygodówkach nie pochwalam. Należy zatem pilnować by wyjść z gry po jej wcześniejszym zapisaniu. W pzreciwnym razie czeka nas powtórzenie jej fragmentu. 

W grze wbudowano rodzaj dziennika, który mimo wszystko stanowi jedynie sposób informacji, a nie pomocy. Znajdziemy w nim postaci, na jakie natkniemy się w rozgrywce oraz kwestie dotyczące samej sprawy. Notatnik ów pozwala na przejrzenie kluczowych wskazówek sprawy jaką prowadzimy, ale nie daje możliwości wejrzenia z notatki. W grze, w której musimy odnajdywać kolejne szyfry do kłódek, często nieco oddalonych od miejsc znalezienia podpowiedzi, niemożność taka sprawia, że musimy prowadzić własne, zeszytowe notatki, albo posługiwać się zrzutami z ekranu. Myślę, że w detektywistycznej przygodówce, skoro już jakiś dziennik się tu znajduje, taki element byłby bardzo pożądany, wręcz wskazany. 

The Last Case of John Morley to tytuł postaciowo, dialogowo dość ubogi. Tak właściwie rozgrywkę prowadzimy tylko naszym protagonistą, a jedynymi rozmówcami są hrabina Lady Margaret Fordside i pielęgniarka Beth Kelley. Dialogi z jakimi mamy do czynienia w dalszej części rozgrywki zamknięte są we wspomnieniach i odkryciach śledczych oraz nagraniach. Stanowią one element zadaniowej części gry i choć nie są zbyt skomplikowane, bo koncentrują się jedynie na klikaniu podświetlanych na zielono miejsc, nadają grze klimatu, i zagadkowości, i moim zdaniem prezentują się całkiem klimatycznie.

Choć wymienione przeze mnie dochodzenia, nie można nazwać zagadkami, bo nie wymagają one wytężania szarych komórek, a jedynie obserwacji i eksploracji, czyli growej uwagi, zadań typowo przydowych znajdziemy tu trochę. Nie brakuje zagadek przedmiotowych, czyli odnajdywania, podnoszenia i używania zebranych rzeczy, które nie trafiają do ekwipunku, bo takowego tu nie ma, a używane są automatycznie. Są i pewne mini-gry, w których odpowiednio ustawiamy popiersia, czy obrazy. Naszym zadaniem jest również odnajdywanie szyfrów do kłódek, a następnie otwieranie sobie przejść do nowych obszarów.

Spora część rozgrywki to eksploracja, odnajdywanie listów, dzienników, książek i nagrań, i to przede wszystkim w nocy. Do dyspozycji jest, ale jedynie w posiadłości, lampa, którą uruchamiamy za pomocą klawisza "F", bądź kółka myszy. Wspomniane źródło światła dostępne jest tylko w posiadłości, na kolejnym etapie w zakładzie psychiatrycznym już niestety nie, co dla mnie nie jest do końca zrozumiałe. Wiele pomieszczeń, właśnie w szpitalu jest na tyle ciemnych, że kompletnie nic w nich nie widać. 

Wizualnie recenzowany przeze mnie projekt przedstawia się całkiem porządnie. Posiadłość z wielkim, oświetlonym drzewem, pokojami w którym wiszą moczne obrazy Elody. Pomieszczenia ubarwiane dochodzeniami, czyli wizualiami w błyszczącym zielonym kolorze, są bardzo przyjemne dla oka. Na nieco inny obraz, bardziej mroczny i bardziej dołujący natkniemy się w szpitalu psychiatrycznym, w szczególności w piwnicach z celami. Mroczne miejsca, z momentami lekkiego przestrachu, związanymi z tajemniczą, brodatą postacią z nożem, nadają rozgrywce atmosfery tajemnicy, ale nie typowej dla grozy.

The Last Case of John Morley nie jest bowiem horrorem, nie jest grą w której, poza jednym momentem, w którym musimy się schować, należy czegoś się obawiać, co mnie osobiście bardzo zadawala, i niezmiernie cieszy. Jedynym co może wprawiać gracza w lekki niepokój, i wprawiało mnie osobiście w momenty przestrachu, są dźwięki otoczenia. Do naszych uszu dochodzić będą bardzo niepokojące brzmienia stukotu, działającej gdzieś w pustym przecież szpitalu windy, dziwnych pisków i tym podobnych. 

Tym co może się w opisywanym przeze mnie tytule podobać, poza narracją, która potrafi zaciekawić i miłą dla oka, klimatyczną grafiką, jest ścieżka muzyczna. Ta przywodzi na myśl stare kryminały i styl opowieści detektywistycznym w ich najczystszej, klimatycznej postaci. Muzyka potrafi dodać grze klimatu, potrafi także zatrzymać na nieco dłuższy moment, kazać przystanąć w grze i wsłuchać się w przyjemną dla ucha, melancholijną nutę. 

Cieszy również polska wersja językowa w postaci napisów. Indigo Studios - Interactive Stories to niewielkie studio, które stara się trafiać swoimi grami do większej ilości graczy wydając je w wielu wersjach językowych. Wśród nich jest także polska lokalizacja. 

Wspominałam, że twórcy odrobili lekcję i w swoich projektach postarali się coś naprawić. W The Last Case of John Morley zdecydowanie, względem wspomnianego już Portrait of a Torn, w którą to grę po polsku zwyczajnie nie dało się grać, z powodu niedopasowania tekstu do faktycznych dialogów, poprawiono polskie tłumaczenia. Choć gra nie uniknęła błędów w postaci literówek, niewłaściwej formy budowania zdań, błędów stylistycznych i małych braków w tłumaczeniu, to ojczysta lokalizacja, gry w pełnej, i muszę tu zaznaczyć całkiem dobrej angielskiej wersji głosowej, jest na tyle poprawna, by swobodnie poruszać się po opowieści, rozumiejąc jej sens. 

Podsumowując, The Last Case of John Morley, kolejne przygodowe dzieło niewielkiego studia, które jak widać nie zamierza się poddawać, i wciąż tworzy swoje projekty, stale je ulepszając i wyciągając lekcje z niedociągnięć, to całkiem ciekawa przygodówka, która może być doskonałą odskocznią od dużych i wyczekiwanych tytułów.

Krótki czas rozgrywki, który przewidziano na około 3-4 godziny, proste zagadki, klimat i eksploracyjno-narracyjna rozgrywka w liniowej formie mogą być dobrym powodem do sprawdzenia owego tytułu także przez graczy, którzy z przygodówkami, szczególnie o tematyce detektywistycznej, nie są "za pan brat". Recenzowany przeze mnie tytuł nie wymaga od grającego zbytniego wysilania umysłu, a i potrafi również w jakiś sposób poprowadzić za rączkę, no i nie jest grą drogą. 

Na plus również miła dla oka, i podkręcająca klimat grafika, świetna ścieżka muzyczna, którą przyjemnie się słucha, często zatrzymując na dłuższą chwilę, by się nię podelektować, a także całkiem udany angielski dubbing.

Cieszy również polska wersja językowa, która choć nie uniknęła błędów i niedoróbek, jest o niebo lepsza niż w poprzedniej grze tegoż studia, w której coś wyraźnie poszło nie tak. 

Trochę smuci brak ręcznego sposobu zapisywania rozgrywki, który ułatwiłaby wracanie do pewnych momentów zabawy. W grę powinien być również wbudowany klasyczny notatnik, bądź dziennik. Jak zwał, tak zwał, ale notatki ułatwiłyby wgląd w szyfry, które należy w grze zbierać. Mógłby również nadać temu dziełu jeszcze więcej klimatu kryminałów z starym stylu. 

Moja ocena 7/10. 

Grałam w wersję na komputery osobiste PC - Steam.

Zalety:

  • Angażująca fabuła;
  • Zaskakujące zakończenie;
  • Brak typowych straszaków;
  • Klimat kryminałów noir;
  • Dobry angielski dubbing;
  • Możliwość zagrania po polsku;
  • Przyjemna dla oka grafika;
  • Świetna ścieżka muzyczna;

Wady:

  • Mimo wszystko za krótka;
  • Wciąż problemy w polskiej wersji;
  • Momentami zbyt łatwo;
  • Brak typowego notatnika;
  • Brak ręcznych zapisów

wtorek, 9 grudnia 2025

Mask of Jurelya, z cyklu "ciekawe za darmo"

Mask of Jurelya, z cyklu "ciekawe za darmo"

 

W moim cyklu "ciekawa za darmo" dziś kolejna gra przygodowa, a właściwie przygodowo-logiczna, w którą można zagrać z poziomu naszej przeglądarki. Gra nosi tytuł Mask of Jurelya.

W mojej blogowej serii "ciekawe za darmo", którą przyznam się, nieco porzuciłam, i do której wracam, po prezentacji Wam dwóch gier od braci Rudowskich (do których również wrócę), czyli A Grain of Truth oraz Trader of Stories I, gier do ogrania z poziomu przeglądarki, dziś kolejny projekt w takiej właśnie formie, gra w którą można zagrać bez konieczności jej instalowania, no i oczywiście za darmo. Przygodówka nosi tytuł Mask of Jurelya.

Przeczytaj również:

Mask of Jurelya to przygodówka w rozgrywce "wskaż i kliknij", z ręcznie rysowaną, kreskówkową grafiką i mnóstwem łamigłówek. W grze wcielamy się w postać, która próbuje odnaleźć zaginioną w głębokiej Amazonii profesor Isabelle Crane. Odnajdując rozporoszone po okolicy, pozostawione przez nią wskazówki, mierząc się z różnymi zagadkami, odkrywamy starożytne tajemnice. Poruszając się po mapie dżungli, i eksplorując zapomniane świątynie, stopniowo odkrywać będziemy prawdę, którą skrywa mityczna złota Maska Jurelii.

Przygodówka wykonana jest w ręcznie rysowanym stylu, jest przygodową grą logiczną, z momentami nieco bardziej przerażającymi, więc odpowiednią dla graczy powyżej 13 wieku. Rozgrywka przewidziana jest na około 2 godziny. 

Mask of Jurelya jest grą w pełni darmową. Na stronie można zagrać również w inne gry od tego samego twórcy. 

Strona gry - zagraj za darmo


Inkblood, śledcza przygodówka w której stajemy się inkwizytorem

Inkblood, śledcza przygodówka w której stajemy się inkwizytorem

 


W inkwizytora poruszającego się więziennym wozem, mierząc się z wieloma sprawami, wcielamy się w przygodowej grz śledczej, z tajemnicą i łamigłówkami, zatytułowanej Inkblood, która ma swoje miejsce na Steam i została pokazana na zwiastunie.

Detektywistyczna przygodówka z tajemnicą, łamigłówkami i ciekawą formą rozgrywki, dzieło studia Hey Bird!, wydane dzięki CRITICAL REFLEX, ręcznie rysowana przygodówka zatytułowana Inkblood ma swoją kartę na platformie Steam. Gra, której wstępną datę premiery przewidziano na przyszły rok, została pokazana na zwiastunie.

Warto przeczytać również:

Inkblood wcielamy się w podróżującego karetę inkwizytora, mężczyznę obdarzonego inteligencją, świetną intuicją i odpowiednimi narzędziami, które pozwalają mu, prawie nie wychodząc z pojazdu, który jest zarazem domem i więzieniem, rozwiązywać wiele tajemniczych spraw, na które trafia podczas podróży. 

Badając poszlaki, fotografując i tworząc dochodzeniową teczkę, finalnie kontaktuje się ze zwierzchnikiem, by ustalić racjonalną teorię przykrego, często morderczego zdarzenia. Aby udało się znaleźć sprawcę, trzeba będzie posługując się mapą, podróżować, a i często wracać w znajome już miejsca. Tam i nie tylko tam za pomocą szkła powiększającego, badać będziemy ślady, odkrywając przeszłość, która często wprowadza zamęt również w teraźniejszości. Aby poznać co wydarzyło się w przeszłych czasach, trzeba będzie zaglądać ludziom w okna. 



Gra została wykonana w ręcznie malowanym, nieco surrealistycznym, nieco mrocznym stylu, w którym przeszłość przeplata się z teraźniejszością. Pojawiają się ten elementy okultystyczne. 

Inkblood swoją premierę na platformie Steam, w wersji na PC ma mieć w 2026 roku. Dokładna data premiery nie jest jeszcze znana. 

Karta Steam








Olga - Episode 1, przygodówka o wspomnieniach z dzieciństwa

Olga - Episode 1, przygodówka o wspomnieniach z dzieciństwa

 

Krótka gra przygodowa w liniowej rozgrywce, z bogatą fabułą, w której przeżyjemy wspomienia z dzieciństwa tytułowej Olgi. Gra zatytułowana Olga - Episode 1 jest dostępna w wersji demonstracyjnej na Steam.

Na Steam i itch.io można sprawdzać wersję deminstracyjną krótkiej przygodowej gry stworzonej i wydanej przez studio Workbench Entertainment, w której przyjdzie graczom powrócić do czasów dzieciństwa, wspomnianami przenosząc się do dziadków i ich domu w wiosce położonej w górach. Gra pod tytułem Olga - Episede 1, autorstwa macedońskiego studia nie ma jeszcze swojej daty premiery, ale ma miejsce na Steam, gdzie można ją dodawać do swojej listy życzeń.

Przeczytaj także:

Olga, zgodnie z tytułem to epizodyczna gra przygodowa, krótka opowieść o prostej fabule i liniowej rozgrywce, w stylu symulatora chodzenia, w przytulnej, wspomnianiowej rozgrywce. 

Wcielamy się w niej w tytułową Olgę, której rodzice, łapiąc największą okazję w swoim życiu, postanawiają wyjechać z kraju na długie kilka miesiący. Olga trafia do swoich dziadków w górzystej, odizolowanej od cywilizacji wioski  Belovodicy, gdzie nie ma telefonów, a jedyne co może Oldze zaoferować to miejsce to spokój, natura i starsi dziadkowie. Szybko okaże się, że miejsce to ma do zaoferowania nieco więcej niż sądziła, a to co dziewczyna odkryte zostanie w jej pamięci na zawsze. 




Przygodówka ta to opowieść w narracyjnym, eksploracyjnym, powolnym stylu, bez pośpiechu, przemocy i walki. Fabuła jest tu rozbudowana, a inspiracją dla niej stała się słowiańska tradycja, ale i architektura. Tutuł posiada pełną angielską wersję językową i polskie napisy.

Data premiery Olga - Episode 1 nie została ogłoszona. Przygodówka swój debiut będzie mieć na platformie Steam i itch.io, w wersji na PC. Demo dostępne do sprawdzenia.

Karta Steam - pobierz demo

Karta ich.io - pobierz demo














poniedziałek, 8 grudnia 2025

Springs, Eternal, eksplolaracyjna przygodówka od twórców Gone Home i Tacomy

Springs, Eternal, eksplolaracyjna przygodówka od twórców Gone Home i Tacomy

 

Studio odpowiedzialne za narracyjne gry przygodowe mające graczom do przekazania pewną, często złożoną historię pracuje nad swoim kolejnym projektem. Gra nosi tytuł Springs, Eternal i swojej daty na Steam jeszcze nie posiada. 

Studio Fullbright, które zasłynęło z wydanej w 2013 roku, eksploracyjnej przygodówki w stylu symulatora chodzenia Gone Home, i mające na swoim koncie grę w podobnym stylu, ale przenoszącą nas w świat kosmosu pod tytułem Tacoma, pracuje nad swoim kolejnym projektem. Ponownie będzie to eksploracyjna i narracyjna opowieść, nieliniowa historie w retro klimacie. Gra nosi tytuł Springs, Eternal, ma swoje miejsce na Steam oraz oficjalny zwiastun. 

Warto przeczytać też:

Springs, Eternal rozgrywa się w Stillwater Springs, pewnym uzdrowisku. Gra stworzona została przez glównego scenarzystę gier Gone Home, Tacomy i BioShock 2: Minerva’s Den. Jest to krótka historia z elementami nadprzyrodzonymi, wykonana w retro graficznym styl lo-fi, nawiązująca do tytułów z lat 90-tych ubiegłego wieku. Ukończenie jej przewidziana na 2-3 godzin.

Gracz doświadczać będzie tego wszystkiego co ma do zaoferowania  tajemnicze, odosobnione uzdrowisko z gorącymi źródłami. Zanurzymy się w niej w upiornych i zapomnianych światach, odwiedzając liczne niepokojące ścieżki i spotykając na swojej drodze wiele postaci, z którymi będziemy rozmawić, poznając fabułę dzięki rozgałęzionym dialogom. Trzeba tu zaznaczyć, że gra nie posiada polskiej wersji językowej, za to pełny angielski dubbing. 



Wraz z protagonistą trafimy na filozoficzną debarę, która może trwać całe życie. Natkniemy się na tatuażystę, który na skórze może wyryć naszą przyszłość. Spotkamy starców, wody, młodych kochanków i zanurzymy się we wspomnianiach, na nowo przeżywając romantyczny związek, który był przyczyną tego, że znaleźliśmy się właśnie w tym miejscu. Portret dwojga ludzi poznamy dzięki retrospekcji ich własnego życia. Dzięki dialogom odblokujemy także kolejne ścieżki i wiele więcej.

Springs, Eternal swoją premierę będzie mieć na platformie Steam, na PC. Data premiery nie została ogłoszona. 

Karta Steam 




Until Dawn - recenzja filmu. To nie jest ekranizacja gry, ale reżyserska jej wizja

Until Dawn - recenzja filmu. To nie jest ekranizacja gry, ale reżyserska jej wizja

 


Serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji horroru bazującego na niezwykle popularnej grze wideo. Oto co myślę o produkcji grozy pod tytułem Until Dawn. Czy warto poświęcić czas na ten tytuł? Czy ma wiele wspólnego z grą, a może jednak nic. Odpowiedź w poniższym tekście. Miłej lektury!

W horrory grać nie bardzo lubię, ja growe horrory oglądam, pozwalam bać się osobie które je ogrywa, wraz z nią przeżywając pojawiającą się na ekranie grozę, kibicując graczowi i postaciom, w które się wciela. Jednym z horrorów świata gier wideo, który prawdę powiedziawszy obejrzałam u kilka youtuberów, próbując znaleźć takiego gracza, który wyciągnie z ogrywanego tytułu wszystko w nim ukryte, był Until Dawn, gra o której bardzo szybko zrobiło się głośno, która, co tu kryć, stała się hitem. Nic dziwnego zatem, że znalazł się reżyser, który pragnął pokazać świat owej gierki także na wielkiem ekranie. I tak do kin w tym roku trafił horror Until Dawn, który kilka dni temu zasilił również bibliotekę HBO Max. Ponieważ w kinie na owej produkcji nie byłam, a grozę filmową lubię, no i uwielbiam grę na której tytuł bazuje, nie mogłabym sobie darować senasu, o którym trochę Wam napiszę, przybliżając co można się po tej produkcji spodziewać. 

Przeczytaj inne filmowe recenzje na blogu:

Until Dawn gra to produkcja, która swój początek miała jedynie na konsolach, ale jej popularność, która przerodziła się w szybkim czasie w hit, sprawiła, że odświeżona i ulepszona jej wersja trafiła także na komputery, ale i na PlayStation 5. Niedługo potem w kinach zadebiutował horror, którego reżyserią zajął się David F. Sandberg, znany z dwóch produkcji grozy - Annabelle: Narodziny zła oraz Kiedy gasną światła, i z kilku nie stawiających na grozę produkcji. Twórca postanowił przenieść widza w świat growego Until Dawn, zaznaczając jednak w jednym z wywiadów, że jego film nie jest bezpośrednią ekranizacją, a sequelem historii. Wszyscy, którzy zatem spodziewali się filmowej wersji przygód ośmiorga przyjaciół, zamkniętych w górskiej chacie w rocznicę zaginięcia dwóch dziewczyn z paczki, mogą poczuć zawód, a nawet rozczarowanie. Film nie zamierza nawet udawać growego Until Dawn, jest zwyczajnie reżyserką jego wizją.

Opowieść zaczyna się od krótkiego wstępu, od dramatycznego położenie jeszcze nie znanej nam młodej kobiety, by po chwili przenieść widza do kilkorga znajomych, którzy na prośbę Clover, w rocznicę zaginięcia jej siostry, udają się na jej poszukiwania. Wspomniana już Clover, Max, Megan, Nina i jej nowy chłopak Abe trafiają na pewną rozpadającą się stację benzynową, gdzie Clover dowiaduje się od znajdującego się tam sprzedawcy o pewnym domu, który może być miejscem pomocnym w odnalezieniu zaginionej siostry. Jadąc przeznaczeniu na spotkanie, chowają się przed dziwną burzą i równie dziwną ścianą deszczu w posiadłości na odludziu, i po wpisaniu się do księgi gości, zaczynają przerażającą grę o przetrwanie.

Wisząca na ścianie klepsydra z czaszką, obraca się, a przesypujący się w niej piasek symbolizuje czas jaki został piątce bohaterów, by przetrwać do świtu, zanim staną się częścią koszmaru. Okazuje się bowiem, że w domu grasuje psychopatyczny, zamaskowany morderca, który brutalnie zabija każdego z nich. Przywróceni do życia, zamknięci w przerażającej pętli czasowej, ze śmierciami stale zmieniającymi swoje oblicze, i sposób uśmiercania, muszą myśleć i przede wszystkim zacząć działać, by dotrzymać bez zgonu do rana, zanim piasek "czasomierzu" się przesypie, a oni zostaną tu uwięzieni na zawsze. 

Until Dawn to można by było sądzić typowy slaher, w którym zginąć musi wielu, jak nie wszyscy, a śmierć z ręki oprawcy powinna być makabryczna i krwawa. Problem w tym, że film nie idzie utartą ścieżką seryjnego mordercy, przynosząc śmierć zadawaną nie tylko przez człowieka, ale również przez zupełnie różne, czasem wręcz zaskajujące, a nawet nieco groteskowe czynniki. Zgon, z którym bohaterowie w jakiś sposób się godzą, do którego po wielu śmierciach zaczynają się przyzwyczajać, czasami staje się mało straszny, a nawet lekko zabawny, co rozmywa poczucie grozy. I choć typowych starszaków jest w filmie kilka, a momentów grozy (nawet oczekiwanych), nie brakuje, poczucie niepokoju i dreszczyk emocji nie jest jakoś szczególnie mocno odczuwalny. Opisywany horror nie straszy zbyt dobitnie, a raczej podsyca uwagę, narzucając pytanie co dalej. 

Nie jest to również, jak już wspomniałam ekranizacja gry, a jedynie wariacja na jej temat. Oglądając Until Dawn na platformie HBO Max, która za jakiś czas stanie się części Netflix, można odnieść wrażenia, że reżyser tworzył swoje filmowe dzieło jedynie dla fanów growego pierwowzoru. Za mało jest w nim bowiem wyjaśnień dziwnej pętli czasowej i umierania. Widz, który w grę nie grał czy let's playa z niej nie wiedział, może czuć, że projekt Davida F. Sandberga to zlepek chaotycznych fragmentów nieokreślonej całości, w którym trudno się połapać. Takiej osobie zapewne nasunęłoby się pytanie....., ale o co tu właściwie chodzi? 

I należałoby takiego widza zrozumieć, bo strzępki filmowych wyjaśnień są tak właściwie nawiązaniam do gry. Pojawia się w nich szpital psychiatryczny, katastrofa w kopalni, eksperymenty, przemiana w wendigo, ale i pewien psychiatra, drugoplanowa postać gry, tu będąca jednocześnie pracownikiem stacji benzynowej, jak i bezwzględnym w swych czynach psychiatrą. Na dodatek w filmie, jak i w grze towarzyszy nam postać tego samego aktora. W rolę zdecydowanie creepy bohatera, który chyba, pomijając straszaki i potwory, jest najstraszniejszą postacią, wcielił się Peter Stormare. Aktor użyczył głosu oraz swojego wyglądy postaci w grze Until Dawn, a filmie również się pojawia.

Aktorsko recenzowany przeze mnie tytuł stoi na raczej przeciętnym poziomie. Nie jest źle, ale postaci nie są już takie angażujące i charakterne jak w grze. Młodzi ludzie, których losy i wielokrotne śmierci śledzimy w filmowej wersji wideo hitu, są zupełnie inni, ale każdemu z nich spróbowano nadać osobowość i charakterystyczne cechy.

Clover, w którą wcieliła się Ella Rubin (Ulica Strachu: Królowa balu, Anora) to kobieta cierpiąca po sracie siostry, nie mogąca poradzić sobie z poczuciem winy, z dwoma próbami samobójczymi. Max zagrany przez Michaela Cimino (Jeszcze nigdy..., Powrót do liceum) to zakochany w Clover, nieco wycofany i nieśmiały przyjaciel. Jest i obdarzona nadprzyrodzoną intuicją czy paranormalną mocą Megan, w którą wcieliła się Ji-young Yoo (Freaky Tales, Moxie), która odkrywa drzemiące w niej moce. Śledzimy także losy Niny zagranej przez Odessę A'zion (Wielki Marty, Ona jedzie z przodu), pewnej siebie kobiety oraz jej nowego chłopaka o imieniu Abe, zagranego przez Belmonta Chameli (Bezsenność we dwoje, Kłopoty z facetami), stawiającego przede wszystkim na siebie prawnika. 


Until Dawn to filmowe dzieło, na które należy patrzeć nie jako klon growego pierwowzoru, ale jak jego odpowiednik, rodzaj wzoru na którym został zrobiony. Widzowie, którzy znają grę, z pewnością w produkcji się odnajdą, dostrzegając w niej kilka bardzo charakterystycznych podobieństw, o których wspominałam powyżej.

Gorzej natomiast jeśli film obejrzy osoba, która tematyką grową zupełnie się nie interesuje, produkcji na której horror Until Dawn bazuje zwyczajnie nie zna. Wtedy może poczuć się nieswojo zagubiona i uznać film jako niepełny, chaotyczny, mało precyzyjny, a nawet mało logiczny.

Nie należy się po tej produkcji spodziewać również wielu chwil grozy. Nawet jeśli w kilku momentach robi się bardzo poważnie i groźnie, nawet jeśli doświadczamy grozy związanej z elementami slahera czy z pojawiającymi się potworami, to groza owa jest albo rozmywana przez nieco groteskowe śmierci, albo zbyt płytka i bardzo przewidywalna.

Until Dawn nie jest tytułem beznadziejnym, jest typowym przeciętniakiem, z nawiązaniemi do gry i swoim pomysłem na siebie. To tytuł który spokojnie może obejrzeć osoba, która za wymowną, jeżącą włosy na głowie grozą nie przepada. Nie jest może wcale nie strasznie, ale groza jest na raczej niskim poziomie. Myślę, że jeśli nie stara się tej produkcji mocno porównywać do gry, nie stawia się tych dwóch tytułów na jednej szali, to warto go obejrzeć, przynajmniej by znaleźć ich growy i filmowy wspólny mianownik.

Moja ocena 6/10. 

Film Until Dawn dostępny jest na platformie HBO Max.