The Last Case of John Morley - recenzja. W sidłach własnego umysłu

 

Serdecznie zapraszam do lektury kolejnej mojej recenzji, która właśnie zagościła na blogu. Tym razem przygodowa, narracyjna, psychologiczna i detektywistyczna gra w stylu noir, zatytułowana The Last Case of John Morley. Miłej lektury!

Wszyscy, którzy choć troszkę mnie znają wiedzą, że gry detektywistyczne, szczególnie te nastawione na dogłębniejsze, często powolne poznawanie fabuły, na odkrywanie szczątków tajemnicy, oparte na szukaniu poszlak i łączeniu faktów, są przeze mnie bardzo mile widziane. Cenię sobie niezwykle serię Sherlock Holmes od Frogwares. Mam w swoim growym dorobku sporo gier z serii Agatha Christie. Dlatego też gdy tylko w zapowiedziach pojawił się tytuł, który utrzymano w podobnym klimacie, a klimat owej przygodówki wydawał się stawiać na narrację i rodzinne sekrety, gra pod tytułem The Last Case of John Morley, wydała mi się godna dogłębiejszego, pełnego jej poznania. 

Inne recenzje mojego autorstwa na blogu:

Co powiecie zatem na przygodówkę narracyjną, opowieść w eksploracyjnym, tajemniczym stylu, utrzymaną w klimatach detektywistycznym w stylu noir? Grę do której całościowego miksu gatunkowego dodano nieco atmosfery psychologicznego thrillera, uwięzienia w matni swego własnego umysłu, który kreować może wszystko to co istnieje, ale istnieć wcale nie musi? Jeśli połączymy wszystkie te mniej czy bardziej subtelne składniki to wyjdzie nam przygodówka, która stawi na klimat, na poznawanie, odkrywanie i styl znany już graczom z innych produkcji tegoż studia. The Last Case of John Morley to bowiem gra niewielkiego Indigo Studios - Interactive Stories, które ma na swoim koncie kilka innych gier, w których twórcy postawili głównie na opowieść, nie ma elementy akcji, odrobili też pewne lekcje. Ale po kolei....

Historia, którą twórcy, wraz z wydawcą, a jest nim studio JanduSoft opowiedzieli, przenosi gracza w lata czterdzieste ubiegłego wieku, pozwalając wcielić się w tytułowego detektywa Johna Morleya, mężczyznę którego dręczy przeszłość i koszmary, a kolejne dochodzenie sprowadza na niego cierpienie i konieczność długiego pobytu w szpitalu.

Poznajemy go jak budzi się w sali szpitalnej, w dniu swojego z niego wypisu, z potwornego koszmaru, w którym ucieka lasem przed domniemanym potworem. Szybko dowiadujemy się, że jego sekretarka, do której żywił uczucia odeszła, nie tylko z pracy, ale i z jego życiowych planów, a jego agencja detektywistyczna nie stoi najlepiej. Okazuje się jednak, że jest szansa na podreperowanie finansów i tak zwane wyjście na prostą.

Tą okazją jest przyjęcie zadania, jakie zleca detektywowi angielska hrabina Lady Fordside. Chce by Morley zajął się nierozwiązaną do tej pory sprawą zabójstwa jej córki, Elody. Mordu dokonano w rodzinnej posiadłości, dwadzieścia lat temu. Policja schwytała, jak sądzi hrabina, niesłusznie oskarżonych o tę zbrodnię włamywaczy, sądząc jednocześnie, że zabójca wciąż jest na wolności. Przyjrzenie się starej sprawie sprzed lat staje się dla spłukanego Johna wielką okazją, zważywszy, że matka zamordowanej oferuje za wyjaśnienie zagadki mordu ukochanej córki, wyjątkową wysoką zapłatę. 

Przyjmując zdawałaby kolejną typową sprawę, choć zamkniętą w czasie, Morley staje twarzą w twarz z przeszłością, która jak się wkrótce przekona, dotyczy nie tylko rodziny Fordside. Na wierzch wychodzą bolesne prawdy, które miałaby być na wieczność schowane w przeszłości. 

Zaczynając eksplorację w posiadłości, opowieść wydaje się być bardzo sztampowa, bardzo zwykła i bardzo w klimacie wielu dobrze graczom znanych gier przygodowych. Ot mamy detektywa z pewnymi problemami, który jakieś osiągnięcia w swojej pracy ma, i który zwyczajnie stara się dobrze wykonać swoje zadanie, i otrzymać za nie zapłatę. Ale historia, która może momentami, szczególnie w pierwszej części, tej we wspomnianej rezydencji, w której wszystko jest na miejscu, takie jak w dniu zabójstwa, dwadzieścia lat temu, wydawać się absurdalna, ma drugie dno.

Autorzy zechcieli bowiem postawić w swoim projekcie, trochę w nawiązaniu do ich poprzedniego projektu Portrait of a Torn, z którego wrażenia z demo znajdziecie na blogu, nie tylko na aspekt detektywistyczny, moralny i ludzki, ale i na elementy psychologiczne. Znalazło się tu również miejsce dla ezoteryki, w tym Tarota. Gra porusza tematykę chorób psychicznych i uwięzienia we własnym umyśle, który może zniewalać, ale i kreować. Dla wielu z nas zaskakujący koniec opowieści, powoduje, że historia i wszystkie jej abursy i absurdziki nabierają większego sensu, wydając się bardziej logiczne i bardziej celowe. 

The Last Case of John Morley to jak już wspomniałam czwarty projekt tego niewielkiego studia, które z każdym kolejnym tytułem, a nie wydaje się, by ta gra miała być ostatnią, czuje się w przygodowym gatunku coraz lepiej, i poprawia to co poprawienia wymaga. Choć recenzowana przeze mnie przygodówka nie obyła się bez pewnych niedociągnięć, w tym błędów w polskim tłumaczeniu, zmian w barwie głosu hrabiny i protagonisty, czy nie pojawiającego się tekstu na ekranie, całościowo jest wyraźnie lepiej. 

Rozgrywkowo tytuł ów stawia na eksplorację, którą można, no może poza kilkoma momentami, prowadzić we własnym, dość spokojnym i wyraźnie narracyjnym stylu. Narracja w grze jest mocno widoczna, i ma ona na celu podkreślenie klimatu noir, którym ów tytuł przesiąknął. Kolejne rozdziały przygodowego śledztwa rozpoczynają się od kwiecistych tekstów, opisujących nie tylko kolejny etap śledztwa, ale i stan emocjonalny naszego protagonisty. On sam komentuje swoje położenie i to co widzi, na co trafia, w dość wymowny sposób, wyrzucając z siebie potok słów, tym samym mocno nawiązując do kryminałów lat czterdziestych. 

The Last Case of John Morley to gra obsługiwana za pomocą klawiszów WSAD, z automatycznym zapisem, którego ja w przygodówkach nie pochwalam. Należy zatem pilnować by wyjść z gry po jej wcześniejszym zapisaniu. W pzreciwnym razie czeka nas powtórzenie jej fragmentu. 

W grze wbudowano rodzaj dziennika, który mimo wszystko stanowi jedynie sposób informacji, a nie pomocy. Znajdziemy w nim postaci, na jakie natkniemy się w rozgrywce oraz kwestie dotyczące samej sprawy. Notatnik ów pozwala na przejrzenie kluczowych wskazówek sprawy jaką prowadzimy, ale nie daje możliwości wejrzenia z notatki. W grze, w której musimy odnajdywać kolejne szyfry do kłódek, często nieco oddalonych od miejsc znalezienia podpowiedzi, niemożność taka sprawia, że musimy prowadzić własne, zeszytowe notatki, albo posługiwać się zrzutami z ekranu. Myślę, że w detektywistycznej przygodówce, skoro już jakiś dziennik się tu znajduje, taki element byłby bardzo pożądany, wręcz wskazany. 

The Last Case of John Morley to tytuł postaciowo, dialogowo dość ubogi. Tak właściwie rozgrywkę prowadzimy tylko naszym protagonistą, a jedynymi rozmówcami są hrabina Lady Margaret Fordside i pielęgniarka Beth Kelley. Dialogi z jakimi mamy do czynienia w dalszej części rozgrywki zamknięte są we wspomnieniach i odkryciach śledczych oraz nagraniach. Stanowią one element zadaniowej części gry i choć nie są zbyt skomplikowane, bo koncentrują się jedynie na klikaniu podświetlanych na zielono miejsc, nadają grze klimatu, i zagadkowości, i moim zdaniem prezentują się całkiem klimatycznie.

Choć wymienione przeze mnie dochodzenia, nie można nazwać zagadkami, bo nie wymagają one wytężania szarych komórek, a jedynie obserwacji i eksploracji, czyli growej uwagi, zadań typowo przydowych znajdziemy tu trochę. Nie brakuje zagadek przedmiotowych, czyli odnajdywania, podnoszenia i używania zebranych rzeczy, które nie trafiają do ekwipunku, bo takowego tu nie ma, a używane są automatycznie. Są i pewne mini-gry, w których odpowiednio ustawiamy popiersia, czy obrazy. Naszym zadaniem jest również odnajdywanie szyfrów do kłódek, a następnie otwieranie sobie przejść do nowych obszarów.

Spora część rozgrywki to eksploracja, odnajdywanie listów, dzienników, książek i nagrań, i to przede wszystkim w nocy. Do dyspozycji jest, ale jedynie w posiadłości, lampa, którą uruchamiamy za pomocą klawisza "F", bądź kółka myszy. Wspomniane źródło światła dostępne jest tylko w posiadłości, na kolejnym etapie w zakładzie psychiatrycznym już niestety nie, co dla mnie nie jest do końca zrozumiałe. Wiele pomieszczeń, właśnie w szpitalu jest na tyle ciemnych, że kompletnie nic w nich nie widać. 

Wizualnie recenzowany przeze mnie projekt przedstawia się całkiem porządnie. Posiadłość z wielkim, oświetlonym drzewem, pokojami w którym wiszą moczne obrazy Elody. Pomieszczenia ubarwiane dochodzeniami, czyli wizualiami w błyszczącym zielonym kolorze, są bardzo przyjemne dla oka. Na nieco inny obraz, bardziej mroczny i bardziej dołujący natkniemy się w szpitalu psychiatrycznym, w szczególności w piwnicach z celami. Mroczne miejsca, z momentami lekkiego przestrachu, związanymi z tajemniczą, brodatą postacią z nożem, nadają rozgrywce atmosfery tajemnicy, ale nie typowej dla grozy.

The Last Case of John Morley nie jest bowiem horrorem, nie jest grą w której, poza jednym momentem, w którym musimy się schować, należy czegoś się obawiać, co mnie osobiście bardzo zadawala, i niezmiernie cieszy. Jedynym co może wprawiać gracza w lekki niepokój, i wprawiało mnie osobiście w momenty przestrachu, są dźwięki otoczenia. Do naszych uszu dochodzić będą bardzo niepokojące brzmienia stukotu, działającej gdzieś w pustym przecież szpitalu windy, dziwnych pisków i tym podobnych. 

Tym co może się w opisywanym przeze mnie tytule podobać, poza narracją, która potrafi zaciekawić i miłą dla oka, klimatyczną grafiką, jest ścieżka muzyczna. Ta przywodzi na myśl stare kryminały i styl opowieści detektywistycznym w ich najczystszej, klimatycznej postaci. Muzyka potrafi dodać grze klimatu, potrafi także zatrzymać na nieco dłuższy moment, kazać przystanąć w grze i wsłuchać się w przyjemną dla ucha, melancholijną nutę. 

Cieszy również polska wersja językowa w postaci napisów. Indigo Studios - Interactive Stories to niewielkie studio, które stara się trafiać swoimi grami do większej ilości graczy wydając je w wielu wersjach językowych. Wśród nich jest także polska lokalizacja. 

Wspominałam, że twórcy odrobili lekcję i w swoich projektach postarali się coś naprawić. W The Last Case of John Morley zdecydowanie, względem wspomnianego już Portrait of a Torn, w którą to grę po polsku zwyczajnie nie dało się grać, z powodu niedopasowania tekstu do faktycznych dialogów, poprawiono polskie tłumaczenia. Choć gra nie uniknęła błędów w postaci literówek, niewłaściwej formy budowania zdań, błędów stylistycznych i małych braków w tłumaczeniu, to ojczysta lokalizacja, gry w pełnej, i muszę tu zaznaczyć całkiem dobrej angielskiej wersji głosowej, jest na tyle poprawna, by swobodnie poruszać się po opowieści, rozumiejąc jej sens. 

Podsumowując, The Last Case of John Morley, kolejne przygodowe dzieło niewielkiego studia, które jak widać nie zamierza się poddawać, i wciąż tworzy swoje projekty, stale je ulepszając i wyciągając lekcje z niedociągnięć, to całkiem ciekawa przygodówka, która może być doskonałą odskocznią od dużych i wyczekiwanych tytułów.

Krótki czas rozgrywki, który przewidziano na około 3-4 godziny, proste zagadki, klimat i eksploracyjno-narracyjna rozgrywka w liniowej formie mogą być dobrym powodem do sprawdzenia owego tytułu także przez graczy, którzy z przygodówkami, szczególnie o tematyce detektywistycznej, nie są "za pan brat". Recenzowany przeze mnie tytuł nie wymaga od grającego zbytniego wysilania umysłu, a i potrafi również w jakiś sposób poprowadzić za rączkę, no i nie jest grą drogą. 

Na plus również miła dla oka, i podkręcająca klimat grafika, świetna ścieżka muzyczna, którą przyjemnie się słucha, często zatrzymując na dłuższą chwilę, by się nię podelektować, a także całkiem udany angielski dubbing.

Cieszy również polska wersja językowa, która choć nie uniknęła błędów i niedoróbek, jest o niebo lepsza niż w poprzedniej grze tegoż studia, w której coś wyraźnie poszło nie tak. 

Trochę smuci brak ręcznego sposobu zapisywania rozgrywki, który ułatwiłaby wracanie do pewnych momentów zabawy. W grę powinien być również wbudowany klasyczny notatnik, bądź dziennik. Jak zwał, tak zwał, ale notatki ułatwiłyby wgląd w szyfry, które należy w grze zbierać. Mógłby również nadać temu dziełu jeszcze więcej klimatu kryminałów z starym stylu. 

Moja ocena 7/10. 

Grałam w wersję na komputery osobiste PC - Steam.

Zalety:

  • Angażująca fabuła;
  • Zaskakujące zakończenie;
  • Brak typowych straszaków;
  • Klimat kryminałów noir;
  • Dobry angielski dubbing;
  • Możliwość zagrania po polsku;
  • Przyjemna dla oka grafika;
  • Świetna ścieżka muzyczna;

Wady:

  • Mimo wszystko za krótka;
  • Wciąż problemy w polskiej wersji;
  • Momentami zbyt łatwo;
  • Brak typowego notatnika;
  • Brak ręcznych zapisów

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Moja twórczość, recenzje, poradniki, wrażenia - przygodówki, filmy i seriale!

Lista recenzji i wrażeń z przygodówek, napisanych na blogu

Lista poradników napisanych na blogu. Pełne wersje gier i dema