niedziela, 17 listopada 2024

Great God Grove zadebiutowało. Możemy stać się listonoszem bogów

Great God Grove zadebiutowało. Możemy stać się listonoszem bogów

 

Listonoszem bogów, w barwnej, urokliwej przygodówce zatytułowanej Great God Grove, możemy stać się już teraz. Gra zadebiutowała na komputerach, jak i na konsolach. Premiera gry miała miejsce w piątek. 

Great God Grove to zabawna gra przygodowa z łamigłówkami, gra stworzona przez studio LimboLane, wydana przez LimboLane i Fellow Traveller została oddana w ręce graczy 15 listopada. Możemy zatem stać się listonoszem bogów, który sprawnie posługuje się słowami. Premiera gry została potwierdzona także premierowym zwiastunem.

Warto także przeczytać:

Great God Grove to gra, w której nowo wybrany bóg komunikacji wszczął kilka walk, a następnie zniknął, tak jakby po prostu odszedł. Podróżując po Grove, spotykamy się z szeregiem dziwacznych śmiertelników i bóstw, a następnie ponownie ich jednoczymy, dostarczając kluczowe wiadomości. Możemy również z nimi pogrywać i zobaczyć, co zrobią.

Gra, który wciela się w listonosza bogów, używającego Megapona do wysyłania i wypluwania słów, by zaprzeczając prawom fizyki, ratować świat. Wykorzystując komunikacji, będziemy rozwiązywać zagadki, stają twarzą w twarz z bogami, często bardzo dziwnymi. Na swojej drodze spotkamy boga pracy zespołowej czy boga piosenek miłosnych.

Premiera gry miała miejsce 15 listopada na PC - Steam, Xbox Series X|S i Nintendo Switch.


Źródło: Informacja prasowa 

Amerzone: The Explorer's Legacy przesunięte. W grę nie zagramy w tym roku

Amerzone: The Explorer's Legacy przesunięte. W grę nie zagramy w tym roku

 

Amerzone: The Explorer's Legacy, remake kultowego Amerzone Sokala miał mieć swoją premierę w listopadzie. Tymczasem Microids podzieliło się złą informacją dla wszystkich oczekujących rychłej premiery. Ta została przesunięta i to sporo.

W artykule informującym Was o przygodowych premierach listopada wspominałam, że wydaje mi się, iż premiera remake'u Amerzone zostanie przesunięta. Niestety moje przypuszczenia zostały potwierdzone. Microids oficjalnie poinformowało, odpowiednim wpisem w serwisie X, że ich najnowszy projekt Amerzone: The Explorer's Legacy, z którego moje wrażenia znajdziecie na blogu, nie zadebiutuje w listopadzie, jak wcześniej się mówiło. Premiera gry została przeniesiona, i to aż na drugi kwartał 2025 roku. 

Warto przeczytać:

Decyzja o przesunięciu daty o kilka miesięcy na czas między kwietniem, a czerwcem przyszłego roku podyktowana jest oczywiście optymalizacją gry i jej dopracowaniem. To, że gra wciąż nie była tym co byśmy się po niej spodziewali, widać było już w jej demo, które można było sprawdzić podczas ostatniej edycji Steam Next Festiwal, o czym wspominałam we wspomnianych wyżej wrażeniach. 

Amerzone: The Explorer's Legacy to gra będąca remake'em kultowej przygodówki z lat 90-tych nieżyjącego już Benoîta Sokala, twórcy słynnej sagi Syberia, której recenzję pierwszej oraz drugiej, a także trzeciej części i wrażenia z Syberia: The World Before znajdziecie na moim blogu, a jej recenzję i szczegółowym poradnik 100% osiągnięcia  w serwisie lubiegrac.pl, dla którego owe teksty napisałam. 

Opowieść rozpoczyna się od podróżnika i odkrywcy starego już Valemboisa, który pewnego dnia prosi młodego dziennikarza o naprawienie błędów z jego przeszłości. Dziennikarz ma zwrócić jaja Białego Ptaka. Tak zaczyna się jego wielka przygoda, w bogatym w tajemnice świecie Amerzone, w którym nie brakuje niespodzianek.

Amerzone: The Explorer's Legacy zadebiutuje na PC - Steam i GOG, PlayStation 5 oraz Xbox Series X|S w drugim kwartale 2025 roku. Dokładna data nie jest znana. 

Karta Steam

Karta GOG

sobota, 16 listopada 2024

Botoks - recenzja. Kontrowersyjny film Patryka Vegi pod lupą

Botoks - recenzja. Kontrowersyjny film Patryka Vegi pod lupą

Zapraszam do kolejnej recenzji, tym razem polskiego, kontrowersyjnego, karykaturalnego filmu Patryka Vegi, zatytułowanego Botoks. 

Eh…. długo zbierałam się do opisania tego….filmu, czy też tego czymkolwiek toto jest. Produkcja doskonale obrazuje kondycję naszego rodzimego kina, która bazuje na dziwnym humorze, przekleństwach i kpieniu z wszystkiego tego co nie powinno być wyśmiewane. Botoks, w reżyserii Patryka Vegi miał być kontrowersyjny, miał posiadać czarny humor i pokazywać nieudolność polskiej służby zdrowia i tego się oczywiście spodziewałam, ale ….. niestety problem został przerysowany tak bardzo, że stał się karykaturalny i tym samym zupełnie nie śmieszny, a żenujący.

Przeczytaj także inne moje recenzje:

Historia opowiedziana w filmie Botoks skupia się wokół losów czterech kobiet, których życiowe problemy splatają się w szpitalu, w którym dochodzi do licznych przekrętów, niedociągnięć i lekarskiej ignorancji. Mamy więc wywodzącą się z nizin społecznych Danielę (Olga Bołądź), która nie wiedzieć czemu zamierza robić karierą w służbie zdrowia, a potem w koncernie farmaceutycznym, Doktor Beatę Winkler (Agnieszka Dygant), wsiąkniętą w lekarski światek, ale równocześnie borykającą się z problemami zdrowotnymi związanymi z wypadkiem, Magdę (Katarzyna Warnke), ginekolog z wyrzutami sumienia i Doktor Patrycję Banach (Marieta Żukowska), która zbuntowawszy się zmienia swoje życie zawodowe, osiągając wymierny sukces (jej postać jest chyba najbardziej zarysowana). W między czasie poznajemy inne związane z nimi osoby, a tłem wydarzeń jest wspomniany wyżej szpital.

Botoks, choć jest filmem, który oparty jest na prawdziwych historiach (taka informacja pojawia się w czołówce filmu) dotyczących tego jak wygląda opieka w placówkach medycznych, jak światem rządzi pieniądz i firmy farmaceutyczne, to nie powinniśmy go brać tak do końca na poważne. Ktoś mógłby oczywiście powiedzieć, że to dobrze, że pewne rzeczy mogą dzięki temu ujrzeć światło dzienne. Pytanie tylko, na ile są one tu wiarygodne, w ile jesteśmy w stanie uwierzyć i co uznamy za prawdę, a co za reżyserski wymysł i sporą przesadę. Oglądając film, który o dziwo (a byłam w kinie grubo po jego premierze) oglądało ze mną duże grono kinowych widzów, miałam wrażenie, że uczestniczę w jakimś kiepskim kabarecie. Niby wypada się śmiać, a nie bardzo jest nam do śmiechu. Tak też na film reagowała sala, wszyscy śmiali się w tych…. „śmiesznych”, większości absurdalnych momentach, ale chichoty były zdecydowanie wymuszone, a wiele scen wywoływało obrzydzenie i niesmak.

Niesmacznymi scenami Botoks stoi, począwszy od obsady karetki, która od rana do wieczora znajduje się w stanie upojenia alkoholowego, po porody i poronienia i obrazy dzieci z aborcji umierających gdzieś na korytarzach i pokoikach godzinami, wyrzucone jak śmieci. Smutne, przerażające i niesmaczne były to momenty, na które niejedna kobieta i pewnie także mężczyzna zareaguje bardzo emocjonalnie.

Dziwnie pokręcony to też film, bowiem takie smutne, obrzydliwe, czy też tragiczne momenty przeplatają się ze scenami absurdalnego humoru. Projekt oscyluje na granicy dramatu i czarnej, ironicznej komedii, a panuje w nim taki chaos, że czasami nie sposób zapanować nad tym co dzieje się na ekranie. Fabuła tak naprawdę tu nie istnieje, żaden wątek nie jest dostatecznie poprowadzony, a jedynie naszkicowany. Nie wiem czy był to zamierzony manewr ze strony Patryka Vegi, czy też reżyser nie miał do końca pomysłu na to jak film miał wyglądać, ale z pozycji widza coś wyraźnie tu nie zagrało.

Jedno jest pewne. Jest to niewątpliwie film o kobietach i dla kobiet, hmm….. rzekłabym bardzo feministyczny, bowiem mężczyźni w nim pokazani się w bardzo złym świetle. Pedancik, zapatrzony w siebie i nie posiadający tak naprawdę swojego zdania Michał (Piotr Stramowski), nieobecny egoista Marek (Sebastian Fabijański), wiecznie pijany i nieodpowiedzialny Darek (Tomasz Oświeciński), czy brutalny, agresywny i cyniczny Ordynator oddziału szpitalnego (Janusz Chabior). Odradzam wszystkim paniom, które wpadną na pomysł zaproszenia swojego faceta, partnera, czy męża na wspólne oglądanie filmy z okazji jakieś rocznicy, czy też innej uroczystości, chyba, że zamierzają swojemu mężczyźnie dokuczyć. Botoks to film o słabych – silnych kobietach, które mają więcej ikry niźli niejeden facet i to może się nam kobietom w nim podobać. Jak na film reagują mężczyźni, tego nie wiem.

Botoks to także dzieło filmowe, które doskonale wpisuje się w obraz polskiego kina, obrażając, wulgaryzując i ironizując. Smutne to przyznam i niestety bardzo prawdziwe, bowiem takich filmów jak ten znalazło by się w rodzimej twórczości filmowej bardzo, bardzo dużo.

Cóż mogę napisać w podsumowaniu? Chyba tylko to: poszłam, zobaczyłam, zapomniałam…. albo przynajmniej staram się zapomnieć. Wprawdzie jestem zdanie, że w życiu wielu rzeczy należy próbować i z niejednymi wyzwaniami się mierzyć, ale wydanie nie małej kwoty na bilet na Botoks uznałam wtedy za pieniądze wyrzucone w błoto. Dawno nie byłam na tak słabym, żenującym, a być może nawet szkodliwym filmie. Nie polecam! 

Moje ocena 4/10, nie więcej.

Film Botoks można obejrzeć na Prime Video. 

Putin, Vega wraca z nowym filmem. Będzie światowa premiera!

Putin, Vega wraca z nowym filmem. Będzie światowa premiera!

 

Patryk Vega, reżyser znany z kontrowersyjnych filmów wraca z kolejnym takim filmowym projektem, która ma być jego protestem przeciwko rosyjskiej tyranii i wojny w Ukrainie. Film Putin ma wejść do kin w styczniu przeszłego roku, i to nie tylko w Polsce, ale w wielu krajach Europy i poza nią.

Reżyser takich mocno charakterystycznych, i wzbudzających kontrowersje filmów jak: Botoks czy Polityka, mający na swoim koncie także serię Pitbull i Kobiety mafii, wraca, i to już z początkiem przeszłego roku z nowych filmowym projektem, artystycznym protestem przeciwko tyranii Putina i wojny, jaka wciąż trwa w Ukrainie. Jego film, zatytułowany Putin, ma mieć kinową premierę nie tylko w naszym kraju, ale także w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Francji, Stanach Zjednoczonych, Brazylii, Argentynie, a nawet w Korei Południowej oraz w Japonii. 

Może zainteresuje Cię także:

Film przedstawia ponurą wizję świata, w której Putin znalazł się na szczycie władzy, osiągnął sukces, i udało mu się odbudować swoje imperium. Wrogowie nie istnieją, ale nie ma także przyjaciół, a Moskwa rządzona jest strachem. Świat boi się Rosji, ale nie jest to kraj ceniony. Putin zaś stał się własną karykaturą. Świat czeka na upadek znienawidzonego dyktatora świata.

Putin przedstawia historię tego jak doszedł do władzy, kogo się pozbył, a kogo opłacił. Patryk Vega skupił się w niej na dogłębnej analizie życia i psychiki rosyjskiego prezydenta. W filmie śledzić będziemy jego losy od wczesnego dzieciństwa i porzucenia przez matkę, aż do współczesności, także wojnie w Ukrainie. Zadaje także pytanie czy ludzkość czeka III wojna światowa.

W obsadzie filmu Putin znaleźli się: Sławomir Sobala jako Putin, Thomas Kretschmann, Maksymilian Zieliński, Justyna Karłowska, Przemysław Bluszcz, Tomasz Dedek, Aron Jończyk, Michał Karmowski, Marek Kasprzyk. Reżyserem i autorem scenariusza do filmu jest Patryk Vega.

Premiera w kinach przewidziana jest na 10 stycznia 2025 roku. 


NAIRI: Rising Tide zadebiutowała na Steam i Nintendo Switch

NAIRI: Rising Tide zadebiutowała na Steam i Nintendo Switch

 


Dwa dni temu, na komputerach oraz na konsolach Nintendo Switch swoją premierę miała NAIRI: Tower of Shirin, przygodowa gra, będąca kontynuacją uwielbianego klasyka.

HomeBearStudio we współpracy z Hound Picked Games ogłosiło wydanie NAIRI: Rising Tide, wyczekiwanej kontynuacji uwielbianej przygodowej gry narracyjnej NAIRI: Tower of Shirin. Gra jest już dostępna w sklepie Nintendo eShop i na platformie PC Steam. Wraz z jej premierą, pokazano także jej premierowy zwiastun.

Warto przeczytać:

NAIRI: Rising Tide kontynuuje podróż Nairi, młodej dziewczyny, która pewnego dnia wyrusza na niebezpieczną wyprawę, by uratować swoją rodzinę. Akcja rozgrywa się w tętniącym życiem mieście oazie Shirin. Gracz poruszają się po skomplikowanych lochach-łamigłówkach, odkrywają starożytną tajemnicę i wchodzą w interakcje z obsadą czarujących postaci. 



Gra wprowadza nową funkcję „Toolbelt”, która pozwala graczom łączyć przedmioty w pomysłowy sposób, aby rozwiązywać zagadki. Gracze mogą również dostosować swoje doświadczenie za pomocą pomocnych wskazówek i systemów map.
Zarówno HomeBearStudio, jak i Hound Picked Games są tak szczęśliwe, że w końcu wypuszczają wyczekiwany sequel NAIRI: Tower of Shirin ! Słyszeliśmy krzyki fanów (którzy byli pełni zapału, ale wyjątkowo cierpliwi) chcących kolejnej odsłony tej dziwacznej serii i możemy szczerze powiedzieć, że NAIRI: Rising Tide jest większe, lepsze i wprowadza mnóstwo nowych funkcji i niezapomnianych postaci. Dzięki wciągającej narracji, ręcznie rysowanej grafice i angażującym łamigłówkom nasza gra oferuje naprawdę wyjątkową i rozgrzewającą serce przygodę, która spodoba się graczom w każdym wieku. 
NAIRI: Rising Tide jest już dostępny na PC i Nintendo Switch od 14 listopada 2024 roku. 



Koszmar Dolores Roach, recenzja. Serialowa makabreska Prime Video

Koszmar Dolores Roach, recenzja. Serialowa makabreska Prime Video

Koszmar Dolores Roach, recenzja oryginalnej produkcji Amazon Prime Video, serialowej makabreski, czyli czarnej komedii grozy dostępnej na platformie.

Amazon Prime Video ma w swojej ofercie seriale oryginalne, które mocno dzielą recenzentów, sprawiając, że jedni je chwalą, zaś inni uznają za nie warte obejrzenie byle co. Przykładem jest choćby Konsultant, który podzielił zarówno zwykłych widzów, jak i krytyków. Wśród produkcji tejże platformy są również seriale o których mało się mówi. W gąszczu tytułów od Amazon Prime trudno je wyłowić, a są perełkami wartymi zobaczenie, jak choćby niemiecka produkcja fantasy o tytule Gryf

Warto także przeczytać:

Do tych dwóch kategorii można, jak się okazuje, zaliczyć jedną z serialowych produkcji od Prime Video, o polskim tytule Koszmar Dolores Roach, która zbiera zarówno świetne, jak i fatalne oceny, a która pojawiła się w ofercie od Amazona bez większego rozgłosu, i szumnej zapowiedzi. Ponieważ ma ona w sobie coś zarówno z grozy, jak i czarnego humoru, postanowiłam się jej bliżej przyjrzeć, przy okazji pisząc dla Was tę recenzję. Miłej lektury! 

Koszmar Dolores Roach – słowem wstępu…., czyli coś o twórcach tejże produkcji

The Horror of Dolores Roach, czyli Koszmar Dolores Roach to serial którego producentami jest znane z filmów grozy studio Blumehouse odpowiedzialne za takie filmy grozy jak: Czarny telefon, M3GAN, serię Naznaczony, Halloween czy The Manor. Jest to zatem firma, która doskonale wie jak tworzyć horrory, które mają nie tylko straszyć, ale opowiadać ciekawą, często przewidzianą na całą serię opowieść. Czy opisywany przeze mnie serial będzie miał swoją kontynuację? Tego nie mogę Wam na razie powiedzieć, bo zwyczajnie nie wiem. Ma on jednak to coś, co w dziełach wspomnianego studia zwyczajnie przykuwa uwagę. 

Serial ma kilku reżyserów, którzy mieli pieczę nad poszczególnymi odcinkami tejże, podzielonej na osiem około półgodzinnych odcinków produkcji. Ale pomysł na ten niecodzienny serialowy spektakl pojawił się w głowie scenarzysty Aarona Marka. Zanim stał się tym czym możemy go oglądać w serwisie Prime Video, twórca miał go w głowie kilka, bo aż dziesięć lat. Najpierw powstała sztuka teatralna, czego świadectwo widzimy w pierwszym odcinku, potem był podcast, a następnie doczekaliśmy się serialu, który podejmuje temat jaki ostatnio stał się niezwykle popularny w opowieściach grozy. Ale o tym za chwilę….

Koszmar Dolores Roach – o czym opowiada serial?

Pora bowiem na przyjrzenie się temu o czym tak właściwie opowiada ta czarna komedia grozy, bo tak można ów serial zakwalifikować. Otóż bohaterką serialu Koszmar Dolores Roach jest tytułowa Dolores Roach, która przesiedziała szesnaście lat w więzieniu, wrobione przez swojego chłopaka, handlarza narkotyków. Niesłusznie wtrącona do więzienia, po latach odsiadki opuszcza miejsce odosobnienia i wraca do Washington Heights, czyli na stare śmieci. 

Rzeczywistość jednak mocno się zmieniła. Jej ukochany, za którego cierpiała, wcale nie nią nie czeka, a znajome miejsca nie są już wcale znajome, a jej dawne mieszkanie, zajęte przez nową rodzinę. Dolores nie bardzo wie co ma z sobą zrobić. Przypadkiem trafia na dawnego przyjaciela Luisa, który prowadzi mały sklepik z pierożkami, który przed laty cieszył się wielką popularnością, a teraz wyraźnie podupadł. Mężczyzna pozwala jej zamieszkać w jego piwnicy, a nawet rozkręcić tam, po cichu, salon masażu. W masowaniu bowiem Dolores jest mistrzynią. 

Naszej bohaterce wydaje się, że los się w końcu odmienił i będzie mogła wieść spokojne, normalne i zwykłe życie, z dala od problemów z prawem. Jednak wkrótce jej bezpieczna przystań, jakim jest dom i sklepik Louisa staje się zagrożona. Dolores będzie zmuszona dokonać przerażających rzeczy, by utrzymać to co właśnie zdobyła. Ciąg wydarzeń, jakie pojawiają się w jej życiu sprawia, że bezpieczeństwo zdesperowanej kobiety odchodzi w niepamięć. 

Koszmar Dolores Roach – czarny humor, groza i….. kanibalizm. Czy to już taki trend?

Wspomniałam, że opisywana przeze mnie produkcja podejmuje temat, który stał się w horrorach ostatnio dość popularny. Coraz więcej twórców podejmuje się bowiem tematu kanibalizmu, jak choćby w niedawno recenzowanym przeze mnie serialu Yellowjackets: sezon 1 i sezon 2. Na Amazon Prime Video możemy oglądać także inną produkcję, tym razem filmową, której tytuł brzmi Do ostatniej kości

Wspomniane produkcje skupiają się jednak na owym zagadnieniu w poważny, mroczny sposób, przede wszystkim stawiając na wystraszenie widza, nieco na obrzydzenie, które nieuchronnie się z tym wiąże. Koszmar Dolores Roach traktuje temat w zupełnie inny sposób, opowiadając o mordach, ciągu dziwnych zdarzeń i konsekwencji przerażających czynów, w tym o kanibalistycznych uczynkach, i kuchni stawiającej na jedzenie ludzkiego mięsa, w komediowy sposób, w formie czarnej komedii grozy. 

I choć temat z pewnością nie powinien być śmieszny, z racji na czyny naszych bohaterów, choć kanibalizm to zbrodnia najcięższych lotów, to dziwnym trafem, przez pokręconą, zwariowaną fabułę historia, choć bywa obrzydliwa i porażająca, ani przez chwilę nie przytłacza, nie sieje ponurych wizji, nie jest dołująca. Choć Dolores dokonuje niewyobrażalnie okrutnych czynów, choć co tu dużo gadać, jest morderczynią, to poprzez umiejętnie napisany scenariusz, choć wiemy, że nie powinniśmy jej rozumieć, jesteśmy w stanie pojąć czemu robi tak, a nie inaczej. Ona sama nie staje się psychopatyczną celebrytką i zwyrodnialcem. Wie, że to co się wokół niej dzieje jest złe, ale wraz z coraz większą ilością zgonów, groza i klimat kryminalny ustępuje warstwie humorystycznej, na której ta opowieść została zbudowana. 

Koszmar Dolores Roach – czułam się wciągnięta w opowieść

To, że jest to serial sam w sobie nietypowy, traktujący o przerażających mordach w lekki, zabawny sposób sprawia, że jego mroczna strona coraz mocniej potrafi nas wciągnąć. Doskonale rozumiem, że nie jest to opowieść dla każdego, że mogą być osoby, którym zwyczajnie nie spodoba się wykorzystanie kanibalistycznych zapędów w biznesie z pierożkami. Ale należy pamiętać, że jest to serial mający przesłanie rozrywkowe, będący komediowym horrorem, a nawet pewną satyrą na dziwność życia, na los, który zwykle miesza nam szyki i nie pozwala na spokojne i poukładane życie. 

Muszę przyznać, że sposób poprowadzenie opowieści, tematycznie trudnej - to fakt, kontrowersyjnej - niewątpliwie, morderczej i przerażającej – z pewnością, nadanie opowieści w formie narracji, i szybko po sobie postępujących, dobrze ze sobą powiązanych, przemyślanych zdarzeń, sprawił, że w opowieść szybko zostałam wciągnięta. Te kilka krótkich odcinków zleciało jak z bicza strzelił, a ja denerwowałam się wraz z bohaterką, przerażałam postępkami jej i Luisa, i w jakiś sposób kibicowałam jej by mogła w końcu skończyć z makabrą w jakiej się znalazła, i jakiej się dopuściła. 

Koszmar Dolores Roach – a co z aktorstwem? 

Nie byłoby dobrego serialu bez dobrze napisanej fabuły, i aktorów, którzy mogliby rozwinąć w niej skrzydła. Koszmar Dolores Roach ma właśnie to wszystko, by móc wraz z bohaterami z wypiekami na twarzy, często pewnym zażenowaniem i niedowierzaniem śledzić makabryczne wydarzenia jakich udziałem jest Doloroes i jej przyjaciel, a później kochanej Louis. Świetną robotę robią postaci pierwszoplanowe, ale i także te poboczne, bardziej lub mniej ważne. 

Niczego aktorstwu w tym serialu zarzucić nie można. Pierwsze skrzypce gra oczywiście Justina Machado jako tytułowa Dolores Roach, która pragnie tylko normalnie żyć, a której los płata niemiłą niespodziankę, sprawiając, że wpada w morderczy wir. Aktorkę możemy kojarzyć choćby z serialu Sześć stóp pod ziemią. Towarzyszy jej, w roli przyjaciela, kochanka i kucharza Alejandro Hernandez jako Luis Batista. Tego aktora zapewne skojarzycie z filmem Netfliksa Potwór czy serialem Szpital New Amsterdam

Koszmar Dolores Roach – podsumowanie recenzji

Zdaje sobie sprawę z tego, że serial Koszmar Dolores Roach nie jest produkcją dla każdego. Z pewnością nie odnajdą się w niej miłośnicy klasycznej grozy. Niesmak może budzić podjęcie się tematu, który śmieszny w żadnym razie nie jest, i ubranie go w zabawne szaty szyderstwa, cynizmu i makabreski. Ale serial Amazon Prime Video to nie jest klasyczna groza, to opowieść w klimacie komediowym, o grozie w taki sposób opowiadająca. 

Ciąg wydarzeń, trudnych, bolesnych i przerażających piętrzy się w kolejnych odcinkach tej opowieści, by w finale osiągnąć kulminacje makabry. A mimo tego w jakiś sposób rozumiemy motywy Dolores i Louisa, choć nie jesteśmy w stanie ich czynom przyklasnąć. Nie robią to także i twórcy. Jesteśmy w jakiś sposób zżyci z Dolores i z innymi postaciami tego serialu, nie tylko z powodu dobrze napisanego i przemyślanego scenariusza, ale także przez dobre aktorstwo. 

Jeśli lubicie makabreskę, klimat grozy chcecie potraktować nieco bardziej lekko, humorystycznie, a nawet satyrycznie, a dziwnie wciągające seriale nie są Wam obce, to w Koszmar Dolores Roach może się Wam spodobać. Ja bawiłam się całkiem przyzwoicie, i już się zastanawiam czy doczekamy się sezonu drugiego. Kto wie!

Moja ocena 8/10. 

Serial Koszmar Dolores Roach można obejrzeć na platformie Amazon Prime Video.

Journey of a Roach - recenzja. Sympatyczne karaluchy i poważne tarapaty

Journey of a Roach - recenzja. Sympatyczne karaluchy i poważne tarapaty

Serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji przygodowej gry "wskaż i kliknij", w której gramy sympatycznymi karaluchami. Oto Journey of a Roach i jej recenzja!

Przyznacie sami, że temat dotyczący wszelkiego rodzaju robactwa, a tym bardziej karaluchów nie należy do zbyt miłych i lubianych przez nas dwunożnych. A co byście powiedzieli na to, że pewne dwa studia, wespół w zespół postanowiły wyprodukować i wypuścić na rynek gier przygodowych pozycję, która właśnie taką tematykę porusza. Pewnie część z Was powiedziałaby „fuj”, a cóż to za ohydny pomysł, część podjęłaby ryzyko i wypróbowała co z tego wyszło, a część pomyślałaby, że karaluszki, to powiew czegoś nowego w zalewie ludzkich bohaterów ratujących świat. 

Przeczytaj również:

Taką właśnie robaczą grę we współpracy wyprodukowały szwajcarskie studio Koboltgames i niemieckie Deadalic Entertainment. Dzieło nosi tytuł Journey of a Roach i jest rysunkową, barwną pozycją, w której wspomniane, nielubiane karaluchy zaprezentowane są bardzo przyjemnie, a nawet zabawnie. 

Wcielamy się w niej w dwójkę karaluchów, które razem z niewielką grypą innych owadów przetrwały wojnę nuklearną, ukrywając się głęboko w kanałach, pod ziemią. Nasi bohaterowie to Jim i Bud. Jim bardziej rozważny i rozsądny, zaś Bud nieco postrzelony i pragnący swobody i piękna natury, której mu bardzo brakuje. Gdy pewnego dnia, będąc już na powierzchni, Bud dostrzega w oddali kwiatek, rusza w jego kierunku, nie zważając na przeszkody i niebezpieczeństwa, jakie na niego czyhają. Niestety podczas swej eskapady wpada ponownie pod ziemię, przy okazji zrzucając na siebie beczkę po odpadach radioaktywnych, która przygniata go swym ciężarem. Tim, bądź, co bądź jego przyjaciel, rusza mu na pomoc i ponownie wkracza do mrocznego świata podziemi. Gdy już prawie udaje im się wyjść na zewnątrz, gdyż Bud odnajduje wyjście, na ich drodze staje ptak i dwójka ponownie ląduje na dole. Z biegiem czasu naszemu nieszczęśnikowi Budowi przytrafiają się inne katastrofy życiowe, doprowadzające do porwania go przez sektę mrówek, odprawiających przedziwny rytuał. 

Czy dwójce udaje się w końcu wrócić na powierzchnię ? Musicie się o tym przekonać grając w grę „Journey of a Roach” i pomagając małemu Timowi uratować swego przyjaciela. 

Tak jak już wcześniej wspomniałam gra oferuje rysunkową grafikę, przeplataną bardzo zabawnymi, ręcznie rysowanymi animacjami, których w rozgrywce jest dość dużo. Każda animacja, zaczyna nowy rozdział gry, który przy okazji jest zapisem, swoistym savem.

„Journey of a Roach” nie jest do końca klasyczną przygodówką, choć tak jest traktowana. To według mnie zmiksowanie gry adventure z platformówką, bowiem naszych bohaterów prowadzimy od lokacji, do lokacji, w każdej wykonując określony rodzaj i ilość zadań. 

Postaciami kierujemy za pomocą klawiszy WSAD lub klawiszy strzałek. Rozgrywkę rozpoczyna samouczek, w którym poznajemy interfejs zabawy, w której istotną rolę odgrywają nie dialogi, jak jest to w większości gier tego gatunku bywa, a komiksowe dymki, jakie pokazują się nam po kliknięciu na jakowąś postać lub też przedmiot. W grze bowiem nie uświadczymy żadnych dialogów, nasze postacie nie mówią, a wyrzucają z siebie jedynie nieartykułowane dźwięki. Za rodzaj komunikacji muszą posłużyć nam te właśnie dymki, w których znajdziemy czarno-białe rysunki i dowiemy się, czego lub co dana postać oczekuje, albo co i gdzie mamy wykonać. 

Pozycja nie należy do trudnych, gdyż poprzez ten komiksowy rodzaj podpowiedzi prowadzenie jesteśmy za rękę. Nie ma myślę możliwości zatrzymania się i błądzenia w kółko. W grze nie istnieje opcja podświetlania aktywnych miejsc poprzez klikniecie odpowiedniego klawisza na klawiaturze, ale twórcy umożliwili przybliżenia gry, poprzez użycie "spacji". Dodatkowo, podczas przejścia naszego bohatera do nowej części podziemia, pojawi się automatycznie zbliżenie gry i pokazanie miejsc ważnych, do którym na pewno musimy się udać. 

Choć nie ma w grze tradycyjnego, całkowitego poruszania się za pomocą myszki, nie znaczy to, że jej wcale nie będziemy używać. Mysz przyda nam się do zabierania przedmiotów, klikania na nie, by je obejrzeć oraz rozwiązywania zagadek, których w grze nie jest wiele. Głównie skupiamy się raczej na zadaniach typowo przedmiotowych. Z zagadek czysto logicznych, czeka nas otwieranie sejfu i odpowiednie naciskanie pewnych gumowych kaczek, by zagrać na nich kołysankę. Nie mniej jednak zadania te są bardzo proste i znajdziemy w grze do nich podpowiedź. 

Podczas rozgrywki zbierać będziemy różnorodne, potrzebne do posunięcia fabuły do przodu przedmioty. Trafiają one do klasycznego ekwipunku znajdującego się na górze ekranu, z tą różnicą, że wszystkie rzeczy po znalezieniu się już w kieszeniach naszego bohatera, stają się czarne. Również czarnego koloru jest ikona ręki, dzięki której ów przedmiot trafia do inwentarza. Niczego nie zrobimy, nie dotkniemy, ani nie użyjemy, zanim nie podejdziemy do przedmiotu, lub postaci dostatecznie blisko, tak by ikona ręki była w czarnym kolorze. Oprócz ekwipunku na górze, w tym samym miejscu, ale po prawej stronie znajdziemy symbol gwoździa, który otwiera nam mapę. Tu zapisywane są miejsca, do których dotarliśmy i te, które już razem z Timem i Budem mamy za sobą. Po otwarciu swoistej mapy, zobaczymy też ikonki (ja nazwałam je otwartych bramek), które wczytują nam określony obszar gry zapisany w save. 

Dodatkowo twórcy przewidzieli tradycyjne zapisywanie gry, ale slotów na zapisy jest niewiele, co mnie akurat martwi, bowiem pozycja nie uniknęła tego, co ja w przygodówkach bardzo nie lubię, czyli zadań zręcznościowych. Otóż uświadczymy ich w grze aż, a może na szczęście tylko dwie. Jedna to przeprowadzanie wiązki prądu do pewnego urządzenia, a druga, to przechodzenie przez rozgrzane do czerwoności wiatraki. Zadanie może nie są bardzo trudne, ale osobie takiej jak ja, sprawiły pewne kłopoty. 

Pewna innowacją w grze jest nie tylko to, że gramy karaluchami, ale także to, że zachowujemy się jak te właśnie robaki. Otóż jak one wędrujemy po ścianach i sufitach, żadna przeszkoda nie jest dla nas niczym trudnym. Na początku miałam problem z tym, żeby przestawić się na takie łażenie po wszystkim, pamiętając, że dużo przedmiotów zdobędę tylko wtedy jak wlezę na sufit lub na ścianę, ale z czasem doszłam pod tym względem do perfekcji. Niestety czułość kamery jest tak duża, że czasami robiąc nieroztropny krok do przodu lądowałam zupełnie nie tam gdzie chciałam

Wszelakie braki i wady gry i pewną złość na nią, niwelował jednak wszędobylski humor. Gra jest zabawna, nawet bardzo. Twórcy udowodnili, że nawet bez słowa mówionego można gracza bawić. Niepotrzebne są zabawne teksty, humor słowny. Wystarczą tylko zabawne rysunki i śmieszne animacje.

Całkiem średnio wypada za to muzyka w grze, której jest niewiele i jakoś nie bardzo ją pamiętam. Największą wadą tej pozycji jest jej długość. Niestety gra jest bardzo krótka i wystarcza jedynie na trzy do czterech godzin grania. 

Podsumowując ten dziwny miks przygotówki z platformówką jest według mnie pozycją udaną, inną, dość ciekawą i przepełnioną humorem, a karaluszki, którymi gramy, to bardzo sympatyczne i śmieszne istoty, których absolutnie nie mamy powodu się brzydzić.

Moja ocena 7/10.

Zalety:

  • Grafika, rysunkowa i zabawna;
  • Równie rysunkowe animacje;
  • Ciekawy pomysł na bohaterów
  • Wszechobecny humor;
  • Komiksowy klimat gry
Wady:

  • Zadania zręcznościowe;
  • Zbyt krótka

piątek, 15 listopada 2024

Old Skies zadebiutuje wiosną przyszłego roku

Old Skies zadebiutuje wiosną przyszłego roku

 


Old Skies, kolejna przygodówka Wadjet Eye Games, tym razem o podróżowaniu w czasie ma wstępną datę premiery. Historię opowiedzianą w grze będziemy mieli okazję poznać wiosną przyszłego roku. Twórcy potwierdzili tę datę stosownym zwiastunem.

Wstępną datę premiery ma także przygodowa gra od Wadjet Eye Games, zatytułowana Old Skies, gra, której wersję demonstracyjną miałam okazję sprawdzić, opisując z niej wrażenia. Gra swoją premierę będzie mieć wiosną przyszłego roku. Twórcy podzielili się także jej nowym zwiastunem.

Przeczytaj również:


Old Skies to klasyczna przygodówka "wskaż i kliknij", o podróżach w czasie, wykona w nieco innym stylu graficznym, niż poprzednie tytuły studia. Tym razem nie jest to retro pikselowa gra, a tytuł stworzony w kreskówkowym, bardziej animowanym stylu. 

W grze wcielamy się w Fii Quinn, agentkę czasu z agencji ChronoZen, która podejmie się zbadania aż siedmiu przypadków podróży w czasie, w Nowym Jorku na przestrzeni dwóch stuleci. Gracz przemierzać będzie tajne bary z czasów prohibicji, poznając także działanie brutalnych gangów Złotego wieku, aż po dzień poprzedzający zamach na World Trade Center.

Razem z agentką ruszymy wehikułem czasu, w grze w rozdzielczości 1920x1080, z mnóstwem zagadek, w której możemy umrzeć, ale możemy swoje zadanie wykonać jeszcze raz. Rozgrywce towarzyszy muzyka Thomasa Regina, kompozytora Unavowed i serii Blackwell i pełna angielska wersją językowa. W grę nie zagramy po polsku. 

Premiera gry przewidziana jest na PC - Steam i GOG wiosną 2025 roku. Dokładna data nie jest znana. Wciąż dostępne jest jej demo.




Dimhaven Enigmas, Blue Brain Games łączy siły z Zadbox Entertainment

Dimhaven Enigmas, Blue Brain Games łączy siły z Zadbox Entertainment

 

Blue Brain Games łączy siły z Zadbox Entertainment czego efektem będzie nadchodząca na przyszły rok przygodowa gra logiczna zatytułowana Dimhaven Enigmas, której szczegóły właśnie zostały ujawnione. 

Blue Brain Games rozszerza portfolio wydawnicze dzięki strategicznemu partnerstwu z Zadbox Entertainment. Sojusz łączy dwóch wiodących europejskich twórców przygodówek stawiających na wyzwania logiczne, dając możliwość istotniejszego zaistnienia na ciężkim growym rynku. Blue Brain Games, europejski wydawca i deweloper znany z serii gier logicznych The House of Da Vinci, którego trzecia odsłona trafiła na konsole, połączył siły z twórcami docenionego Quern: Undying Thoughts. Partnerstwo obejmuje prawa wydawnicze do nadchodzącego tytułu Zadbox, Dimhaven Enigmas, którego premiera planowana jest na 2025 rok. Jej wersję demonstracyjną można sprawdzić na platformie Steam. 

Warto przeczytać:


Dimhaven Enigmas to gra, w której wcielamy się w Emily Ravenstone i udajemy się na odległą wyspę położoną na środku niczego, z górami i słaniającą się mgłą, w której jest zupełnie pusto. Kiedyś było  turystycznym rajem, ale teraz jest opuszczone i odizolowane od świata. Wszystko przez tajemnicze wydarzenia jakie rozegrały się w ostatnich latach. Na wyspę tę przybywamy, aby zbadać zaginięcie naszego wuja. Tajemnicze zniknięcie członka rodziny, to okazuje się dopiero początek.



Przygodówka to mieszanina rozwiązywania zagadek, wciągającej fabularnej historii, która bazuje na eksploracji, jakiej w grach jeszcze nigdy wcześniej nie widziano. Gracz wyposażony w aparat fotograficzny  będzie mierzył się z wyzwaniami i z naszą misją odnalezienia zaginionego wujka.



Dimhaven Enigmas dostępna będzie w pełnej angielskiej wersji językowej. Na razie nic nie wskazuje by gra, jak w przypadku serii The House of da Vici otrzymała polską wersję językową. 

Premiera gry na komputery PC przewidziana jest w 2025 roku. Dokładna data nie jest znana. Obecnie można ją dodawać do swojej listy życzeń i testować demo.



Źródło: Informacja prasowa

Mythwrecked: Ambrosia Island, nieliniowa przygodówka zadebiutuje w grudniu

Mythwrecked: Ambrosia Island, nieliniowa przygodówka zadebiutuje w grudniu

 

Mythwrecked: Ambrosia Island, nieliniowa gra przygodowa od twórców Röki otrzymała datę premiery na komputery oraz na konsole. Na słoneczną Ambrosję udamy się już za niecały miesiąc, w ostatnim miesiącu tego roku.

Mythwrecked: Ambrosia Island to nowe dzieło studia Polygon Treehouse, mającego na swoim koncie świetnie przyjętą przygodówkę Röki, której moje wrażenia z demo znajdziecie na blogu. W przeciwieństwie do poprzedniego projektu, który rozgrywa się w zimowych klimatach Skandynawii, w nowej grze, która wydana zostanie przez Whitethorn Games, twórcy zabiorą nas na słoneczną Ambrosję i wiadomo kiedy to nastąpi. Wciąż możemy testować jej wersję demo, dostępną na Steam. 

Warto przeczytać również:

Mythwrecked: Ambrosia Island to jak już wspomniałam nieliniowa przygodówka, o bogatej fabule, skupiona na eksploracji, rozgrywająca się w wyjątkowym świecie postaci znanych z mitologii greckiej, czyli greckich bogów, których postaci wykorzystano także w niedawno wydanej grze PRIM, której recenzję oraz szczegółowy poradnik/solucje również u mnie znajdziecie. 


W grze wcielamy się w podróżniczkę o imieniu Alex, która w czasie swojej wędrówki trafia na wyspy Ambrosia, by na nim na jakiś czas utknąć. Miejsce wydaje się być pozbawione mieszkańców. Szybko jednak okazuje się, że tak nie jest. Zamieszkują je bogowie z greckich mitów i legend. Co gorsza nie mogą sobie przypomnieć kim tak naprawdę są. 


Rozgrywka w Mythwrecked: Ambrosia Island skupia się na przemierzaniu lokacji, na eksploracji, a sama gra inspirowana jest serią  Ace Attorney i A Short Hike. Zadaniem gracza będzie poznawania mieszkańców tych wysp i nawiązywania z nimi przyjaźni. Pomoże w tym wyjątkowa mechanika relacji. Im bliżej będziemy danej postaci, im bardziej ją poznamy, tym dana postać będzie nam chciała o sobie więcej opowiedzieć. Będą także pomagać Alex swymi boskimi mocami. Przy okazji zwiedzając to miejsce poznamy jego sekrety, próbując uratować bogów, by ci pomogli nam dostać się do domu.


Ważnym urządzeniem, którym Alex będzie się posługiwać jest w grze Ambrosidex, dzięki któremu po odnalezieniu kolejnego boga dodamy jego osobisty sygnał do urządzenia, a także odkryjemy nowe wyspy, zaginione skarby bogów, która pozwolą im przypomnieć sobie kim są, i by móc zdjąć ciążącą nad nimi i nad wyspami klątwę. 


Mythwrecked: Ambrosia Island będzie miała swoją premierą na PC - Steam, Xbox One, Xbox Series X|S i Nintendo Switch 5 grudnia 2024 roku. Gra nie będzie dostępna w języku polskim. 

Karta Steam - pobierz demo




Röki - wrażenia z demo uroczej skandynawskiej baśni

Röki - wrażenia z demo uroczej skandynawskiej baśni

Zapraszam do przeczytania moich wrażeń z przygodówki "wskaż i kliknij" będącej skandynawską baśnią z zagadkami, która swoją premierę w pełnej wersji miała w lipcu 2020 tego. 

Festiwal gier - The Games Awards 2019 był dla wielu graczy okazją do sprawdzenia oczekiwanych przez nich tytułów. Tak też było w moim przypadku. Zapowiedziana na rok 2020 gra Röki, była tak naprawdę dla mnie zagadką, która choć bardzo mnie ciekawiła, żeby nie powiedzieć intrygowała, budziła także niepokój, gdyż wydawała mi się być gatunkową mieszaniną, którą ja, zwolenniczka przygodowej klasyczności, nie za bardzo lubię. Ale nadarzyła się okazja sprawdzenia, jak to z nią właściwie jest, więc swojego czasu nie omieszkałam skorzystać z okazji  i wykorzystując dwudniowy czas dostępności wersji demonstracyjnej na platformie Steam, sprawdzić ów tytuł. I już tu....w tym miejscu....mogę Was zapewnić, że przynajmniej demo to klasyczny point and click, bez elementów zręcznościowych z łamigłówkami przedmiotowymi i prześliczną grafiką. Ale po kolei.

 Inne moje wrażenia z przygodówek to:

Röki, demo, którego przejście, (ja oczywiście skupiałam się na wszystkich interaktywnych punktach), zajęło mi około 40 minut rozgrywki to historia dziewczynki o imieniu Tove. W wersji demonstracyjnej zostałam wrzucona wprost do przepięknej zimowej lokacji, zaczynając swoją podróż w drzewie, magicznym i nieco strasznym. Celem Tove, czyli także moim, było przemierzanie tejże inspirowanej folklorem skandynawskim krainy, by pomóc, a nawet uratować rodzinę. 

Wędrowałam zatem po przecudnych, lśniących w słońcu i skrzących się śniegiem miejscówkach, po drodze spotykając i pomagając bardzo dziwnym istotom. Udzieliłam pomocy trollowi, w którego ramieniu tkwił sztylet, próbowałam uratować trochę straszne zwierzątko zamknięte w klatce. Przede wszystkim jednak skupiałam się na eksploracji, która jest podstawą tej gry, przynajmniej tak wynika z wersji demo. 

Wędrówka wiązała się z klasycznymi rozwiązaniami przygodowymi, gdyż twórcy, niezależne studio Polygon Treehouse stworzyło tradycyjną grę adventure, w której eksplorujemy, zbieramy przedmioty, rozwiązujemy związane z nią zagadki, ratujemy i sami staramy się być ratowani. Wszystko jednak przebiega w swoim, powolnym, nie nachalnym baśniowym rytmie, któremu nie brakuje pewnej nutki mroczności. 

Röki to bowiem współczesna, podszyta dozą tajemnicy i nutką straszności, skandynawska baśń, w której rzeczywistość przeplata się z mitami, legendami i opowieściami o magicznych stworach, które grając mamy okazję poznać osobiście. Klimat tejże opowieści w wersji demonstracyjnej był niezwykle dobrze wyczuwalny. Wynikał nie tylko z zachowania Tove, z tego o czym rozmawiała z magicznymi istotami, które miała okazję spotkać, ale i z tego jakie miejsca napotykała. Wiele z nich snuło smutną, melancholijną i intrygującą opowieść, utkaną z wspomnień, umieszczoną w przeuroczej, malowanej lokacji.

Trzeba przyznać, że opisywany przeze mnie krótki fragment zaprezentował mi grę niezwykle piękną graficznie, urokliwą pod wieloma względami, nie tylko dzięki rysowanym tłom, ale i całej malowanej, śnieżnej otoczce. Grając w tę cudną przygodówkę, w krótkiej wersji demo, tak bardzo brakowało mi śniegu, śnieżnego klimatu, o którym, przynajmniej ja, mogę na chwilę zapomnieć. Dlatego też, często przystawałam, by razem z Tove podziwiać przysypany czapami śniegu dach kościoła, oświetlony skandynawskim słońcem. Stawałam i zachwycona patrzyłam na ośnieżone góry, gdzieś tam w oddali. Patrzyłam jak zaczarowana na migoczący biały puch, przypominający mi dzieciństwo i mój nim zachwyt, gdyż ten w mroźny zimowy dzień lśnił jak miliony malusieńkich diamentów. Muszę przyznać, gra umiała doskonale te poczucie oddać. 

Podobnie więc zachowywałam się w ogrywanej przeze mnie wersji demonstracyjnej, ale podziwianie i zwiedzanie to przecież nie wszystko. Röki to też cała growa otoczka, w tym sterowanie, które tu nie skupia się na komputerowej myszce, a klawiszach WSAD i wielu innych przyciskach na klawiaturze. Za pomocą "I" aktywujemy na przykład ekwipunek, który stanowi jego klasyczną formę. Zlokalizowany na górze ekranu gromadził wszystkie zebrane do tej pory przeze mnie przedmioty, które twórcy słownie oznaczyli. 

Miałam jednak pewien problem z używaniem zebranych przeze mnie przedmiotów. Niezależne studio Polygon Treehouse zdecydowało się na dość niekonwencjonalny sposób wykorzystywania zebranych przez gracza rzeczy. Otóż, przyznam się trochę przypadkiem (być może później do pełnej wersji zostanie wbudowana forma podpowiedzi), wpadłam na rozwiązanie w jaki sposób ową rzecz wyciąga się z inwentarza i używa na danym miejscu, postaci i tym podobnych, interaktywnych lokacjach. Otóż trzymając klawisz "enter", który w grze stanowi odpowiednik działania, przedmiot w ekwipunku jakby się rozdwajał. Wtedy to, dalej trzymając "enter", za pomocą przycisków "A" lub "D" przesuwamy go i odpowiednio wykorzystujemy. Hmm.....oczywiście można się do takiego manewrowania rzeczami z czasem się przyzwyczaić, ale ten rodzaj udziwniania, myślę nie jest potrzebny. Lepsza byłaby jednak intuicyjna praca myszką. 

Poza tą dziwną obsługą przedmiotową, cała reszta interfejsu to już tak zwana klasyczność, choć dalej nie przy pomocy komputerowego gryzonia. W grze, w wersji demo, miałam przyjemność zapoznać się z pierwszymi wpisami w notatniku, którego aktywowałam za pomocą klawisza "J". Twórcy wbudowali także system podpowiedzi, w postaci podświetlania interaktywnych miejsc w lokacjach, które oprócz tego, że błyszczą, wydają także charakterystyczny dźwięk. Hot-spoty aktywowałam za pomocą "H".

Pozostając przy dźwiękach, muszą zaznaczyć, że Tove to osóbka, która nie mówi, a jedynie, okazjonalnie wydaje z siebie jakieś nieartykułowane szepty, coś mruczy pod nosem i po swojemu dopowiada. Czasami jednak z tych nieokreślonych dźwięków mogłam wyłuszczyć znane, angielskie słowo. Mimo tego, że Tove i reszta postaci pozbawiona jest aktorstwa głosowego, co nie jest niczym dziwnym w grach niezależnych, to doskonale potrafiłam wyczuć jej nastrój, w którym jak na szalkach wagi huśtała się wesołość i smutek.

Nastrój bajkowości świetnie budowała w wersji demonstracyjnej także niezwykle klimatyczna ścieżka dźwiękowa, która idealnie podkreślała to co podkreślić i wypunktować, czy też zaznaczyć w grze powinna. Ta jej mroczna "uroczość" sprawiała, że miewałam ciarki na ciele, ale przede wszystkim czułam się tak, jakbym na chwilę znalazła się tam, gdzie właśnie jest Tove. Jakbym na moment wkroczyła w jej ciało, za co twórcom dziękuję, bo to nie często zdarza mi się odczuć w ogrywanych przeze mnie demach. 

Podsumowując wersję demonstracyjną Röki, muszę przyznać, że jej największą zaletą jest przede wszystkim jej nastrój, klimat i fabularna, choć dalej zagadkowa otoczka. Atmosfera przesiąknięta nostalgią, wieloma znakami zapytania i tą właśnie cudną nutką baśniowości, której w życiu codziennym wielu z nam brakuje, to coś co mnie w demie zaintrygowało. Dodatkowo ogrywany fragment pozbawił mnie wątpliwości i już wiem, że będę miała okazję zagrać w klasyczną przygodówkę, a nie gatunkowy mikser, co bardzo mnie cieszy. Klasyczne łamigłówki przedmiotowe, mam nadzieję ubarwione zostaną tymi bardziej złożonymi, a intrygująca fabuła rozwinie się i nada grze jeszcze większej podniosłości, tchnąc baśń w serca niejednego gracza. Ojej! Już nie mogę się doczekać! 

Gra dostępna jest na na PC - Steam, GOG, na PlayStation 4, Xbox Series X|S i Nintendo Switch. 

Karta Steam

Karta GOG