piątek, 25 października 2024

Black Sails - The Ghost Ship - recenzja. Krótka, acz klimatyczna historia

Black Sails - The Ghost Ship - recenzja. Krótka, acz klimatyczna historia

Zapraszam serdecznie do lektury kolejnej recenzji mojego autorstwa, tym razem moim zdaniem niedocenionej przygodówki, krótkiej, ale bardzo klimatycznej, gry Black Sails - The Ghost Ship.

Mary Celeste, duża brygantyna, statek widmo dryfujący po oceanie bez załogi, która zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Na pokładzie brakowało jedynie 9 beczek alkoholu, szalupy ratunkowej oraz kilku ręcznych przyrządów pomiarowych. Do dziś zagadka zniknięcia załogi pozostaje niewyjaśniona, budząc zainteresowanie twórców gier, którzy w lepszy lub też w gorszy sposób, próbują nam ową historię przybliżyć. Tak też dzieje się w przypadku recenzowanej przeze mnie gry, noszącej tytuł Black Sails: The Ghost Ship. Losy załogi i statku, opowiedziane są w sposób intrygujący i moim zdaniem doskonały, ale po kolei...

Może zainteresuje Cię także:

Jest rok 1884. Młoda dziennikarka, Ana, odbywa podróż żaglowcem z Nowego Jorku do Europy, a dokładnie, do Portugalii. Niestety rejs przerywa katastrofa statku, który zaczyna tonąć. Oprócz Any, z opresji ratuje się także mężczyzna, imieniem Lex. Dwójka rozbitków, trzymając się drewnianej kłody, dryfuje po oceanie. Po dwóch dniach męczącej podróży, z mgły wyłania się ogromny statek. Młodzi, dopływają do niego i po drabince, przez okno, wchodzą na pokład. Jakież jest ich zdziwienie, gdy odkrywają, że statek jest opuszczony. Nie ma załogi, brakuje ładunku, a z każdego miejsca, dobiegają dziwne odgłosy. Czy statek będzie ich ratunkiem, czy też więzieniem? Wiele pytań i wiele tajemnic kryje się w każdym kącie tej brygantyny.

Za produkcję owego tytułu, odpowiedzialne jest niemieckie studio Deck13, które znane jest z zabawnych, humorystycznych przygodówek, takich jak Jack Keane, czy też Ankh. Opisywane przeze mnie dzieło, to zgoła inny gatunek. Twórcy porwali się na stworzenie interaktywnego thrillera i wyszło im to naprawdę bardzo dobrze. Historia opowiedziana w grze trzyma w napięciu, ekscytuje i powoduje, że ciężko odejść od komputera.

Atmosferę tajemniczości buduje przepiękna i niezwykle dobrana oprawa muzyczna. Już po włączeniu gry, wita nas melodia, której nie sposób nie powtarzać sobie po cichu. Motyw ten dźwięczał mi w uszach wiele, wiele dni. Nie tylko początkowy temat muzyczny, ale też cała oprawa audio buduje atmosferę. Statek skrzypi, piszczy, z oddali słychać dziwne dźwięki i odgłosy. Klimat buduje także grafika. Zielonkawy i szary kolor rozpadającego się statku, poniewierające się po pokładzie przedmioty, listy, notatki, a także słaniająca się po podłogach mgła i fruwające w powietrzu kłębki kurzu, potęgują realizm.

Bardzo wyraziście zarysowane są postacie. Ana to młoda, zaradna, wygadana dziennikarka, zaś Lex, trochę gburowaty, krzykliwy i arogancki młokos. Są różni, a dzięki temu tak ciekawi. Wzbudzają w graczu emocje, czyniąc grę bardziej interesującą. Bardzo dobrze wygląda sprawa animacji postaci, które mimiką, gestami i ruchami ciała, odzwierciedlają emocje, jakich doznają w danej chwili. Zdziwiona Ana, marszczy czoło, mruży oczy, zamroczony bólem Lex, chwieje się na nogach, zaciska zęby. Przerywniki filmowe, których w grze jest bardzo dużo, wykonane są rewelacyjnie i idealnie wplatają się w jej fabułę.

Black Sails: The Ghost Ship, zrealizowany jest w technice point & click, w całości obsługiwany za pomocą myszy. Głównie łączymy przedmioty i wykorzystujemy je w różnych miejscach, ale autorzy przewidzieli także dla gracza kilka zadań logicznych. Dużą zaletą jest brak jakichkolwiek zadań zręcznościowych, czy też czasowych. W dobie wciskania nam tych uciążliwych „udogodnień”, to naprawdę duży plus. Innowacją i kolejną zaletą, jest to, że grę można przejść w różny sposób, w zależności od tego, jakie przedmioty i gdzie zostaną użyte. Dodatkowo, rozgrywka posiada dwa niezależne zakończenia, które uruchamiane są za pomocą innych opcji dialogowych, podczas ostatniej, finałowej rozmowy Any i Lexa.

Niestety projekt, oprócz wielu zalet, posiada również pewne wady. W niemieckiej wersji, występuje bug, który uniemożliwia przejście gry. Otóż, działając jako Ana, możemy podczas zabawy zabrać przedmiot, w tym przypadku żółtą szmatkę, którą powinna wziąć dopiero Fiona. Zabranie tego przedmiotu wcześniej, uniemożliwia zakończenie rozgrywki. Nie wiem czy ten problem występuje w wersji angielskiej, dostępnej na Steam. Pewnym utrudnieniem jest także sposób ustawiania się kamery. Czasami Ana wpada w przedmioty lub też kręci się w kółko. Więcej błędów jednak nie dostrzegłam.

Podsumowując tę pozycję uważam ją za udaną, opowiedzianą doskonale i niezmiernie wciągającą. I tylko żal, że aż tak bardzo krótką. Przejście gry, zajmuje jedynie 4-5 godzin. Jeśli ktoś będzie miał okazję się z nią zapoznać, to bardzo serdecznie polecam, szczególnie jeśli lubicie interaktywne, ale i nie pozbawione zadań i zagadek przygodówki. 

Moja ocena 7,5/10.

Zalety:

  • Fabuła, która potrafi wciągnąć
  • Mocno zarysowana postaci:
  • Klimat gry
  • Animacje;
  • Oprawa audiowizualna;
  • Klimatyczne muzyczne intro

Wady:

  • Zbyt krótka;
  • Niestety posiada błędy;
  • Dziwne ustawianie się kamery

Bye Sweet Carole, malowany horror na nowym zwiastunie

Bye Sweet Carole, malowany horror na nowym zwiastunie

 

Bye Sweet Carole, o której przesunięciu daty premiery ostatnio Wam pisałam, gra inspirowana animacjami  zyskała właśnie zupełnie nowy zwiastun, który prezentuje nie tylko graficzny urok tejże produkcji, ale zdradza nieco z fabuły.

Jak już wiecie, bo wspominałam o tym na blogu, premiera gry Bye Sweet Carole, która jest przygodowym horrorem z elementami rozgrywki platformowej, ale i z łamigłówkami, została przesunięta na przyszły rok, bez dokładnego określenia kiedy ów debiut nastąpi. Ale twórcy Little Sewing Machine i Meangrip Studios oraz wydawca Maximum Entertainment wciąż rozwijają projekt, potwierdzając tej rozwój nową prezentacją wideo.

Warto również przeczytać:


Bye Sweet Carole to urocza graficznie, ale nie pozbawiona mroku i elementów grozy opowieść, której fragment rozrywki, prezentujący je zwiastun został pokazany podczas Indie Horror Showcase z DreadXP. Twórcy nazwali go „Midnight Trailer”, a zaprezentowane wideo pokazuje fragment odnowionej grafiki Bye Sweet Carole, niektóre z gróźb Bunny Hall i Corolli i wiele więcej.

Twórcy jednocześnie uruchomili zupełnie nową stronę gry, na której można się o tym tytule dowiedzieć dużo więcej.

Premiera gry na  PC, Nintendo Switch, PlayStation 4 i 5 oraz Xbox w 2025 roku. Dokładna data nie jest znana.

Karta Steam

Oficjalna strona



czwartek, 24 października 2024

La La Land – recenzja. Musical z przesłaniem

 La La Land – recenzja. Musical z przesłaniem

Serdecznie zapraszam do mojej recenzji oscarowego musicalu, w doborowej osadzie aktorskiej, musicalowej produkcji z przesłaniem. 

Po zakończeniu projekcji La La Land przyszło mi na myśl, że z tym dziełem jest tak jak z Oskarami, chwila radości, a potem rozczarowanie. Czytając wiele pochlebnych recenzji na temat owej produkcji (muszę przestać to robić), liczyłam na coś, co zapadnie mi w pamięć, zachwyci i sprawi, że będę szczęśliwa lub przynajmniej zadowolona. Sądziłam, że da mi chociaż poczucie dobrze wykorzystanego czasu wolnego. Być może jestem zbyt wymagająca, albo oczekuję po musicalach za dużo, ale ten film niczym mnie nie zaskoczył, nie porwał, nie wywołał uśmiechu, ani nie wzruszył, a dlaczego? Postaram się Wam to pokrótce przybliżyć.

Może zainteresuje Cię także:

Zacznijmy jednak od tego o czym jest La La Land. Ot pewien niespełniony muzyk jazzowy o imieniu Sebastian, żyje z dnia na dzień w mieszkaniu pełnym nierozpakowanych pudeł, dorabia przygrywając w restauracjach, w skrytości ducha marząc o swoim jazzowym klubie. Ot pewna młoda kobieta, imieniem Mia, baristka, biegająca na przeróżne castingi, śni o byciu uznaną aktorką, tak jak jej ciotka. Los stawia ich na swojej drodze nie raz i choć zdawałoby się nie są sobie przeznaczeni, wkrótce rodzi się między nimi uczucie. On pcha ją ku realizacji swoich marzeń, ona pokazuje mu, że wszystko jest możliwe. To tyle!

La La Land to głównie historia o miłości, zwyczajna opowiastka o dwójce z pozoru nie pasujących do siebie osób. Historia stereotypowa i zwyczajna, taka jaką widzieliśmy nie raz w wielu produkcjach z gatunku dziesiątej muzy. Najnowszy projekt Damiena Chazelle’a, który notabene jest też autorem scenariusza, w swoim wyrazie i specyficznym łączeniu gatunków, o których zaraz napiszę, bardzo przypomina mi bollywoodzkie produkcje, których największym problemem jest to, że są zbyt proste i przewidywalne, ale jednocześnie przyciągają widzów swoją lekkością w odbiorze, co w wypadku La La Land sprawdza się doskonale.

Wskazałam Bollywood nie przypadkowo. Trudno nie kojarzyć tej produkcji z tytułami indyjskiego przemysłu kinowego. Po pierwsze – miejsce akcji. Historia opowiedziana w La La Land dzieje się w Los Angeles, mieście, w którym słowo „spełnienie” nabiera innego wymiaru. Tu każdy dąży do sukcesu, tu życie toczy się szybciej i jest bardziej kolorowe. Po drugie reżyser w bardzo zgrabny sposób połączył w jednym filmie przeróżne gatunki. Mamy musical, ze sporą ilością piosenek, romans, melodramat i element baśniowy. Wszystkie te aspekty razem się przeplatając, tworzą dość klarowną i dobrze oglądającą się historię. Przez ponad dwie godziny projekcji zostajemy wciągnięci w wir wydarzeń, które tak jak w życiu toczą się raz wolno, raz szybko, raz baśniowo a za chwilę zupełnie prozaicznie. Problem w tym, że to już było. Ot „odgrzewany kotlet”, który nie smakuje już tak dobrze.

Jeśli musical, to oczywiście spora dawka muzyki. W tym miejscu po raz kolejny sprawdza się zasada, do której powinnam się stosować bezwzględnie. Pod żadnym pozorem nie słuchać i nie czytać opinii o czymkolwiek przed sprawdzeniem tego na własne oczy czy też uszy. Nie rozumiem fenomenu miłości i uwielbiania względem utworów muzycznych w tych filmie. Owszem, piosenki są ładne, melodyjne i na swój, niestety prosty sposób angażujące, ale nie ma w nich niczego pięknego. W żadnym razie nie mają prawa umywać się do melodii z musicali lat pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych, a nawet do tych nieco młodszych. Gdyby ktoś teraz poprosił mnie o zanucenie jakiegoś utworu z La La Land, to wierzcie mi, nie potrafiłabym tego zrobić, (choć mam pamięć muzyczną) bo ich zwyczajnie nie pamiętam.

Czytając moją recenzję, przynajmniej do tego momentu, pewnie macie wrażenie (ci z Was, którzy jeszcze nie wyrobili sobie o nim zdania), że film mi się nie podobał, że skreśliłam go grubą kreską raz na zawsze. Nic z tych rzeczy. Produkcja ma dwie wielkie zalety, a może nawet trzy. Pierwsza to lekkość w odbiorze, mimo zakończenia, które nie do końca mi odpowiadało. Druga to świetna praca aktorska. 

Ryan Gosling, który wcielił się w rolę Sebastiana (Seba) i Emma Stone, filmowa Mia, to para aktorska, która spotkała się już w kilku filmach, co widać, bo dwójce pracowało się na planie wyjątkowo dobrze. Przekłada się to na ich pracę, gesty, wypowiadane słowa i zaangażowanie, którego im nie brakuje. Są dowcipni i weseli, by za moment wybuchnąć złością i chwilę później zmienić się w nieśmiało chwytającą się za rękę parę. Nie można im odmówić także talentu wokalnego, co w przypadku takiego rodzaju filmu, musicie przyznać, ma znaczenie i to spore. Trzecia i ta dla mnie najważniejsza, pozytywna cecha tego filmu, to przesłanie, jakie Chazelle chciał widzom przekazać i to udało mu się świetnie. La La Land, choć kolorowe i nieco w bajkowym stylu ma gorzkawy smak. To nie jest słodki film. To projekt, w którym doskonale pokazano że wolno, należy i trzeba walczyć o spełnienie marzeń, ale coś zyskując, zawsze coś tracimy.

La La Land to z pewnością nie jest film, czy raczej musical idealny, ale pokazuje, mimo swego baśniowego charakteru coś, co jest wartością samą w sobie – prawdę. To opowieść o miłości ale ukazana nie w przesłodzony, cukierkowy,  ale czasami w nieco przykry sposób. Reżyserowi i scenarzyście, udało się w naturalny sposób pokazać, że czasami miłość to wyrzeczenie, a życie to jeden wielki kompromis. Mimo kilku wad i przede wszystkim odgrzewania tego co już gdzieś kiedyś było, warto wrzucić ten film na listę do obejrzenia, jeśli takową macie. 

Moja ocena 7/10.

Film można obejrzeć w opcji subskrypcji na Prime Video.

Escape Tales: The Awakening - recenzja. Rytuał, który może zmienić wszystko

Escape Tales: The Awakening - recenzja. Rytuał, który może zmienić wszystko

 

Zapraszam do kolejnej mojej recenzji, przygodowej opowieści w stylu escape room, nastawionej na emocjonalną podróż ojca, który próbuje ratować swoje dziecko. Gra nosi tytuł Escape Tales: The Awakening. Jej recenzja powstała dzięki uprzejmości Bluekey Games, twórcy i dawcy gry, za co serdecznie dziękuję. 

Przygodówki to taki gatunek, który fabularnie gotowy jest niemal na wszystko, nawet trudną, i jakże społecznie ważną tematykę, jaką jest samobójstwo i poważna, śmiertelna choroba najbliższej nam osoby, w tym dziecka. Gry adventure, choć w większej mierze skupiają się na baśniowości i temacie ratowania świata, bądź jego odkrywania, nie boją się również dotykać trudniejszych tematów. 

Warto przeczytać także:

Jasną z takich gier jest opisywana w tejże recenzji przygodówka logiczna w stylu escape room, o tytule Escape Tales: The Awakening, która potrafiła o wspomnianej tematyce opowiedzieć tak, by móc zarówno dawać do myślenia, poruszać nasze serca i emocje, ale i dać pracować, i to na wysokich obrotach, naszym umysłom. 

Polska gra od poznańskiego studia

Zanim zacznę przybliżać Wam fabułę tejże gry, o której skądinąd na blogu już wspominałam, winnam Wam jestem wyjaśnienia czym właściwie pod względem gatunkowym jest opisywana przeze mnie przygoda, i kto stoi za jej stworzeniem.

Escape Tales: The Awakening jest dziełem Bluekey Games, rodzimego dewelopera z Poznania, studia mającego na swoim koncie grę w wirtualnej rzeczywistości. Twórcy porzucili pomysł tworzenia projektów VR, koncentrując się na tworzeniu i wydawaniu przygodówek na PC-ty.

Ich przygodowy projekt trudno zamknąć w jasno określone gatunkowe ramy. Z całą pewnością jest to przygodówka obsługiwana za pomocą myszy, jak klasyk tegoż gatunku. Niewątpliwie jest to rozgrywka wpisująca się w klimat escape room, w którym autorzy czują się nad wyraz dobrze, w której przechodzimy poprzez kolejne pomieszczenia dzięki wskazówkom i zadaniom, które dla nas w nich przygotowano. 

Ale znajdziemy w niej również klimat grozy, w którym swoje miejsce znalazła tajemnicza księga rytuałów, istota z piekła rodem, łudząco przypominająca diabła, czaszki, demony, a nawet tablica Qujia. 

Przygodówkę ową można również potraktować jak psychologiczny dramat w narracyjnym stylu wizualnej powieści. Nie tylko z powodu tematyki, która jest trudna, bolesna i emocjonalna, ale także z powodu prowadzenia rozgrywki, która skupia się na tekście pisanym i licznych wyborach, decydujących o możliwym gry zakończeniu, jednym z wielu, które pozwoli nam mocniej zgłębić, dobitniej poznać fabułę, i jej bohatera. 

Opowieść, która poruszy serca każdego

Escape Tales: The Awakening poznajemy mężczyznę o imieniu Sam, który boryka się ze śmiercią żony, która kilka lat temu popełniła samobójstwo. Nigdy nie pogodzony ze śmiercią małżonki Sam, wkrótce zostaje dotknięty inną tragedią. Jego córka z niewiadomych, nawet dla lekarzy powodów, zapada w śpiączkę, a jej stan ciągle się pogarsza. 

Szukając ratunku, próbując ocalić ukochane dziecko, Sam odnajduje tajemniczego Marka, którego syn był w podobnym stanie, a który dzięki pewnej księdze i rytuałowi w niej zawartym, został przywrócony świata, został przebudzony.

Zdesperowany Sam nie waha się i bierze sprawy w swoje ręce, i postępując zgodnie ze wskazówkami w "Księdze Rytuałów", aktywuje coś, czego przebudzić się nie spodziewał. Wędrując po portalach będących odbiciem jego dawnego, czy dotychczasowego życia, mężczyzna mierzy się z nieznanym, z własną niemocą, lękiem o jutro, z własnymi demonami. 

Wybory, decyzje i rozgrywka, która przynosi wiele zakończeń

Escape Tales: The Awakening to przygodówka nastawiona na rozgrywkę typową dla gier z gatunku escape room, o czym świadczy nawet jej tytuł. Zabawa skupia się na przemieszczaniu się po kolejnych pomieszczeniach, często w bardzo surrealistycznym stylu, odnajdywaniu przedmiotów i wskazówek, i rozwiązywaniu zagadek. Te przechodzą od zadań matematycznych, po łamigłówki, rebusy i wiele innych. Wszystkie z nich finalnie sprowadzają się do wpisania hasła i popchnięcia opowieści do przodu. 

Część z nich, moim skromnym zdaniem jest mocno przekombinowana, i zbyt silnie nastawiona na matematykę, w której, co tu kryć, nigdy mocna nie byłam. Na szczęście twórcy wbudowali w rozgrywkę system pomijania zagadek i zadań, a samą zabawę dość dobrze opisują w samouczku. 

Recenzowana przeze mnie gra nie jest typową przygodówką. I choć naszymi poczynaniami kierujemy za pomocą nieodzownego narzędzia gracza, czyli myszy, to typowych rozwiązań point-and-clicków, tu nie znajdziemy. Nie mamy typowego ekwipunku, twórcy nie wyposażyli nas w notatnik, nie przeprowadzimy klasycznych dialogów.

Wspomnianego notatnika w grze nie znajdziemy, ale za to posiadamy w zabawie możliwość prowadzenia własnego notatnika, w którym ważne rzeczy możemy notować, a także i chyba przede wszystkim, robić notatki dotyczące łamigłówek. 

Przygoda wcale nie oferuje dialogów mówionych, skupiając się jedynie na tekście pisanym, co jakiś czas stawiając nas graczy przed wyborem odpowiedniej decyzji. Te kształtują naszą rozrywkę, którą można poznać na kilka sposób, doprowadzając do kilku możliwych, podobno pięciu zakończeń. Póki co jeszcze wszystkich nie sprawdziłam.

Możliwość wielokrotnego przejścia gry, na różny sposób nie tylko wydłuża dość krótką grę, ale także niweluje poczucie powtarzalności, które czasami zabawie potrafi towarzyszyć. 

Na szczęście uczycie znużenia, które mogłoby się w grę wkraść tłumione jest grową innością tegoż projektu, którą można jej przypisać jako największą jej zaletę. Poziom emocji, trudna tematyka i stan psychiczny bohatera, który z czasem się pogarsza, tworzy otoczkę psychologicznego dramatu, ubarwianego scenami dotyczącymi poziomu jego wytrzymałości. Gdy poziom jej spada, a gracz musi poddać się kolejnej medytacji, na ekranie pojawiają się intrygujące, tajemnicze, z czasem coraz bardziej paranormalne obrazki, nadając grze tonacji opowieści grozy.

Przygodówka graficznie inna niż wszystkie

Inaczej zobrazowana jest także grafika Escape Tales: The Awakening. Przez rysunek i jego jakość możemy ją pojmować i przyjmować jako przygodowy styl narracyjnej opowieści, z klimatyczną, szczególnie mocno wyróżniającą się na początku i w finale opowieści linią melodyczną. 

Choć gra została narysowana w ręcznie malowym wyrazie, który wpisuje się w atmosferę i klimat przygodówek, to ekran został podzielony na elementy, wyraźnie zaznaczone. Z lewej strony pojawia się dostępny tekst, opowieść prowadzona w formie interaktywnej książki, w której co jakiś czas podejmujemy decyzje.

W środku zaś umieszczono następujące po sobie lokacje, w rzucie izometrycznym, widziane z góry, które również w charakterystyczny sposób podzielono, oznaczono, na kolorowe sekcje. Części pokoju, które są jednocześnie surrealistycznym odniesieniem życia naszego bohatera, te, którymi jeszcze się nie zajęliśmy, oznaczone są kolorem niebieskim, te, w którym jest do zrobienia zagadka, kolorem żółtym. 

Rozgrywka podzielona na wyraźne strefy - pokoje, których jest kilka, aktywowana jest przez pojawiający się, migoczący czerwonym światłem portal, ale tylko wtedy, gdy wykonamy odpowiednie, przeznaczone do tego zadania. Co ciekawe przez portal możemy przenieść się również wtedy, gdy właściwie coś jeszcze nam w danej lokacji zostało do zbadania. Wcześniejsze przejście dalej, wiążę się jednak z pewnymi konsekwencjami, wpływając na zakończenie gry.

Kolorystycznie przygodówka przechodzi od stonowanych, przydymionych brązów i szarości po bardzo intensywną, dojmującą czerwień, co wydaje się być zabiegiem celowym, mającym za zadanie potęgowanie narastającego poczucia bezsilności, i wpływu istot niekoniecznie nam sprzyjających. Z czasem robi się bowiem graficznie mroczniej, ciężko i intensywnej. 

Escape Tales: The Awakening - przygoda intrygująca, ale czy przystępna dla każdego?

Escape Tales: The Awakening to dość wyjątkowy przygodowy projekt, który może zarówno intrygować, jak i napawać pewnymi obawami. Spoglądając na screeny na Steam możemy zastanawiać się czy aby jest to gra właśnie dla mnie. Czytając opis możemy sądzić, że jest to niszowa, niezależna i bardzo zwykła przygodówka jakich wiele.

Recenzowana przeze mnie gra udowadnia jednak, że bycie niszą przygodową, i jednocześnie projektem, w którym znajdziemy wiele podgatunków przygodowych, wcale nie oznacza zwykłości i nijakości. Z całym przekonaniem mogą stwierdzić, że Escape Tales: The Awakening nie jest nijaka. 

To bardzo wyrazista gra, o wyrazistym kierunku fabularnym, trudnych, ale już poruszanych w tym gatunku tematach społecznych, w  swoim własnym, bardzo indywidualnym graficznym stylu. Twórcy postawili na fabułę, na opowieść, na klimat, nie stawiając na zachwyty graficzne, których w tym projekcie nie uświadczymy.

Ukierunkowali historię tak, by niosła nie tylko przesłanie, ale potrafiła zaciekawiać i dawać do myślenia, jednocześnie postawili przez graczami umysłowe wyzwania, nadając rozrywce zupełnie innego, logicznego wymiaru. Ten nie wszystkim może przypaść do gustu, ale system pomijania zagadek i mini-gier, mówiąc kolokwialnie "załatwia sprawę".

Najmocniejszą stronę tegoż tytułu jest trzymająca w niepewności atmosfera, tajemnica i ciekawość, jaką twórcom udało się zbudować. A możliwość dokonywania różnych wyborów, owocujących różnym jej zakończeniem, czyni z niej przygodówkę nie na jeden, a na kilka wieczorów. Warto bowiem poznać wszystkie jest możliwe zakończenia. 

Można zarzucić grze za mało przygody w przygodówce, a za dużo logiki, często zbyt pokrętnej, by samemu się z nią zmierzyć. Można napisać, tudzież powiedzieć, że jest to gra zbyt krótka i zbyt niezależna, zbyt niezwykła, by móc zaintrygować większe grono graczy.

Wydaje się jednak, że twórcy mieli świadomość niezależności swego dzieła, i właśnie w tej indywidualnej, swojej opowieści, we własnym stylu, na własnych zasadach postanowili ją poprowadzić, umiejętnie grając na emocjach. I tak powstała ciekawa mieszanka klasycznego escape roomu z psychologicznym horrorem w klimacie narracyjnego visual novel, dostępnego, trzeba tu zaznaczyć, w polskiej wersji językowej.

Moja ocena 7/10.

Serdecznie dziękuję Bluekey Games za udostępnienie gry do recenzji.

Kup grę na Steam


Zalety:

  • Fabuła, która potrafi zaciekawić;
  • Decyzje i wybory kształtujące opowieść;
  • Możliwość przejścia gry na kilka sposobów;
  • Graficzny pomysł na siebie;
  • Niezależność projektu;
  • Polska wersja językowa;
  • Klimatyczna ścieżka dźwiękowa

Wady:

  • Przekombinowane zagadki (na szczęście można pominąć);
  • Gra nie dla wszystkich;
  • Pewna powtarzalność;
  • Mimo wszystko zbyt krótka

Croc Legend of the Gobbos, remaster trafi na GOG

Croc Legend of the Gobbos, remaster trafi na GOG

 

GOG wraz z Argonaut Games, legendarnym studiem założonym przez wizjonera gier Jez San OBE i słynącym z wprowadzenia pionierskiej technologii 3D ogłasza remaster hitu z 1997 roku, Croc Legend of the Gobbos, który zadebiutuje na komputery systemem Windows jako ekskluzywny produkt na GOG.

Świetne wieści dla miłośników gier platformowych, ale przede wszystkim klasyków ma dla nas GOG i wspomniane już Argonaut Games, ogłaszając remaster pełnej akcji i ratowania gobbo platformowej gry Croc Legend of the Gobbos, która sprzedała się w milionach egzemplarzy, ekskluzywnie zagości na PC-ty na GOG-u, ale zadebiutuje także na konsolach. GOG prezentuje zapowiadający remaster zwiastun.

Warto przeczytać również:

Croc Legend of the Gobbos to gra o wzruszającej podróży uroczego, skromnego krokodyla wyposażonego jedynie w kultowy plecak i kręcący się tyłek, który wyrusza na misję ratowania Gobbosów z rąk nikczemnego Barona Dantego i jego hord Dantini. Croc musi przemierzać szereg unikalnych światów, biegając, skacząc, wspinając się, pływając i kręcąc ogonem, aby uratować Gobbosów przed niewolą.


Dzięki swojemu urokowi i kreatywności gra szybko stała się klasyką platformówek. „Remaster Croc ma na celu ponowne rozbudzenie wyobraźni graczy dzięki ulepszonej grafice HD, zaktualizowanym nowoczesnym elementom sterowania i autentycznemu doświadczeniu rozgrywki, które przeniesie graczy z powrotem do złotej ery gier” — powiedział Jez San, założyciel Argonaut Games.

Jedną z najbardziej ekscytujących cech remastera jest dołączenie Crocipedii, pieczołowicie opracowanego cyfrowego muzeum, które oferuje fanom dogłębne zanurzenie się w rozwój gry. Obejmuje ona dokumenty projektowe, koncepcje artystyczne, testy animacji, przedpremierowe utwory muzyczne i ekskluzywne wywiady z kluczowymi członkami utalentowanego zespołu stojącego za stworzeniem gry.


„Croc Legend of the Gobbos to zarówno nostalgiczny powrót dla graczy retro, jak i ekscytująca nowa przygoda dla nowicjuszy. Poświęciliśmy się udostępnieniu tego remastera jak najszerszej publiczności, aby fani PlayStation, Nintendo Switch, Xbox i PC na GOG mogli doświadczyć magii i przyjemności z gry Croc” — dodał Jez San.

Dla graczy na komputerach PC z systemem Windows GOG oferuje wyjątkowe funkcje, a gracze, którzy kupią Croc na GOG, otrzymają również klasyczną wersję Croc.


„Croc reprezentuje sedno naszej misji: zachowanie i celebrowanie dziedzictwa gier. Oferując zarówno klasyczne, jak i zremasterowane wersje w jednym pakiecie i utrzymując wszystkie nasze gry bez DRM, zapewniamy, że gracze nie tylko przeżyją magię na nowo, ale również poczują prawdziwe poczucie własności. Jesteśmy ostatecznym celem dla graczy, którzy chcą doświadczyć ponadczasowych klasyków tak, jak były przeznaczone do grania, i nie moglibyśmy być szczęśliwsi, że Croc stał się częścią tej przygody”, powiedział Bartosz Kwietniewski, szef ds. rozwoju biznesu w GOG. 

Gra zadebiutuje na PC - GOG, a także na PlayStation 4, 5, Xbox One, Xbox Series X|S i Nintendo Switch. Data nie została ogłoszona. 

Karta GOG

PRIM już po debiucie. Wciel się w nastolatkę, córkę Ponurego Żniwiarza już teraz!

PRIM już po debiucie. Wciel się w nastolatkę, córkę Ponurego Żniwiarza już teraz!

 

24 października jest dniem premiery kilku przygodówek, każdej w zupełnie innym stylu, każdej o zupełnie czym innym traktującej. Jedną z nich jest PRIM, czarno-biała, ale jednocześnie barwna opowieść w klasycznym stylu. 

PRIM, o której miałam okazję wiele razy już wspominać na moim blogu, jak choćby przy okazji premierowego zwiastuna, dzieło niezależnego twórcy, studia Common Colors, któremu pomagało w stworzeniu gry Application Systems Heidelberg, które jest jednocześnie wydawcą przygodówki, dziś zadebiutowała. Gra jest już możliwa do kupienia na platformach Steam oraz GOG. Ja jestem w trakcie jej ogrywania już jakiś czas, więc spodziewajcie się jej rychłej recenzji. 😏

Warto także poznać:

PRIM to klasyczna przygodówka, obsługiwana za pomocą myszy, z klasycznymi rozwiązaniami przygodowymi, eksploracją, rozmowami, zagadkami przedmiotowymi i mini-grami. To także przygodówka, w której znajdziemy wiele nawiązań, a także postaci znanych z mitologii.


Ponieważ o grze miałam okazję wspominać już wiele razy, a więcej szczegółów dowiecie się z mojej recenzji, przypomnę, że poznajemy w niej, i przejmujemy kontrolę nad nastolatką, której mama umiera. Wkrótce traci także swojego najlepszego przyjaciela Tristana, gdyż zostaje zabrana ze świata ludzi do krainy jej ojca. Okazuje się bowiem, że jej tatą jest nie kto inny, a pan śmierci, czyli ponury Żniwiarz. Zabrana do Krainy Umarłych Prim zmienia się, jej moce dają o sobie znać, a ojczulek z domu wypuścić jej nie chce. Zbuntowana ojcu, którego nie znała, wściekła, że musiała wyrwana z dawnego życia, Prim postanawia zwiać. Po drodze jednak przyjdzie jej zmierzyć się z wieloma wyzwaniami.

PRIM zadebiutowała na platformie Steam, ale także na rodzimym GOG. Grę można kupić w cenie 91,99, w obydwu serwisach. Wciąż dostępna jest do sprawdzenia w demo.

Kup na Steam

Kup na GOG

środa, 23 października 2024

Piękna i Bestia - recenzja. Baśniowy świat i mnóstwo muzyki

Piękna i Bestia  - recenzja. Baśniowy świat i mnóstwo muzyki

Baśniowy świat i mnóstwo muzyki, czyli recenzja filmu Piękna i Bestia. zapraszam do kolejnej recenzji mojego autorstwa. Miłej lektury! 

Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam animacje i wszelakie bajki i baśnie, bo pokazują mi zwykle uroczą, mądrą, czasami wesołą lub nieco smutną, ale zawsze dobrze kończącą się historię. Na mojej liście ulubionych bajek znalazł się film z 1991 roku, zrealizowany na podstawie francuskiej baśni ludowej, zatytułowany: Piękna i Bestia. Urocza opowieść, którą do tej pory przypominam sobie, szczególnie w okresie około bożonarodzeniowym, powróciła w odświeżonej wersji. Tym razem nie jako jedna z najpiękniejszych rysunkowych historii Disneya, a jako pełnometrażowy, ponad dwugodzinny film, o tym samym tytule,  i tego samego studia.

Przeczytaj również:

Jak zapewne się domyślacie (jeśli oczywiście nie oglądaliście wspomnianej wyżej animacji) pierwszą postacią opowieści jest Bestia, czyli młody książę, który nie udzieliwszy pomocy i gościny pewnej starszej kobiecie i nie przejąwszy od niej prezentu w postaci jednej róży, zostaje srodze ukarany. Nieznajoma okazuje się być czarodziejką, która przepełnionego pychą i brakiem szacunku do ludzi księcia, zamienia w owłosionego i budzącego grozę zwierzaka. Razem z nim zamianie ulegają wszystkie osoby mieszkające i pracujące w zamczysku, jak i sam pałac oraz jego otoczenie. Jedynym ratunkiem, by odczynić klątwę jest miłość. Ktoś, kto szczerze pokocha stwora, zdoła przerwać zaklęcie, którego moc odmierzają spadające płatki czerwonej róży, pozostawionej przez czarodziejkę. Drugą osobą jest oczywiście Piękna, czyli Bella, dziewczyna mieszkająca w małej, francuskiej wiosce, uważana skądinąd za dziwaczkę. Jej tata, wynalazca i kupiec, podczas jednej ze swoich wypraw, trafia przypadkiem na wyżej wspomniany zamek. Tam wpada w ręce Bestii. Do domu wraca jedynie jego koń. Zrozpaczona Bella natychmiast rusza do zamku, by zamiast ojca, zostać zakładniczką pana tej ośnieżonej posiadłości. Wkrótce między Bestią a Bellą rodzi się uczucie.

Filmowa Piękna i Bestia to dzieło w reżyserii Billa Condona i jednocześnie odświeżony i nieco wydłużony odpowiednik animacji z początku lat dziewięćdziesiątych. Miłośnicy wersji rysunkowej z pewnością się nie zawiodą, mogąc powtórzyć sobie znajome już sceny, przy okazji poznając nieco więcej szczegółów, choćby na temat rodziców księcia czy ojca Belli, który w bajce potraktowany został nieco po macoszemu. Twórca zdecydował się także na przybliżenie nam wydarzeń związanych ze śmiercią matki Pięknej. Dołożono kilka scen i piosenek, których w filmie jest sporo. Pięknie odwzorowano wygląd przepastnego zamczyska i jego owładniętych klątwą mieszkańców. Całość jest dość spójna, przez co film przyjemnie się ogląda.

Mocną stronę tego dzieła jest zdecydowanie aktorska obsada. Emma Watson w roli Belli, dziewczęcie miłe, dobre, rozsądne i nad wyraz słodkie, to strzał w dziesiątkę, nie tylko ze względu na urodę młodej aktorki ale i na pewną jej delikatność. Świetnie wypada także Ewan McGregor jako Płomyk i Ian McKellen w roli Trybika, czy świetna (jak zwykle) Emma Thompson jako Pani Imbryk. Nieźle, choć nie bez zgrzytów swoją rolę odgrywa odtwórca roli Bestii, czyli Dan Stevens. Bardzo podobał mi się również Kevin Kline, jako Maurycy, tata Belli. Aktor nadał swojej postaci osobowości, tchnął nieco życia i prawdy w postać niedocenianego wynalazcy. Wszystkich jednak przyćmiewa doskonały w swej roli zapatrzonego w siebie, egoistycznego, bezwzględnego i pięknego Gastona, Luke Evans. Postać zagrana genialnie, charyzmatycznie, iście brawurowo. Uroku Gastonowi dodaje jego (tu chylę czoła) urokliwy a zarazem pocieszny kompan i przyjaciel Le Fou, w tej roli Josh Gad.

Piękna i Bestia, to film, wbrew pozorom przeznaczony nie tylko dla młodszych widzów, bowiem znajdziemy w nim dość odważne teksty i pewne skojarzenia sytuacyjne i dialogowe. Ale jest to także produkcja, łącząca w sobie film fabularny z animacją, bowiem aktorom towarzyszą animowane postacie, jak choćby: zegar, kandelabr, imbryk, filiżanka, a przede wszystkim Bestia. Muszę przyznać, że przyjemnie mi było patrzeć na ożywione przedmioty, których animację wykonano doskonale. Każdy najmniejszy ruch, gest, czy czynność nie odbiegała niczym od ruchów aktorów, wypadając bardzo naturalnie i tworząc niebywałą radość, szczególnie jak oglądało się pierwowzór. Szkoda tylko, że Bestia nie jest wcale taka straszna i nie budzi odpowiedniego pasującego do filmu przerażenia. Rzecz jasna w bajce straszyć nie powinna, bo oglądają ją maluchy, ale do kina chodzą już mniemam nieco starsze pokolenia (chyba że się mylę). Osobiście na seansie byłam dość późno i sporo po premierze, to też sala kinowa była raczej pusta.

Opisywana przeze mnie produkcja, to także musical, więc nie mogło zabraknąć w nim piosenek. W tym miejscu muszę nieco ponarzekać. Wprawdzie nie mogę się przyczepić do umiejętności wokalnych aktorów, ale do jakości utworów muzycznych, które zwyczajnie mnie nie zachwyciły, już tak. Nie są ani wpadające w ucho ani zapadające w pamięć i jest ich za dużo. Ot wysłuchałam, zapomniałam.

Piękna i Bestia to także akcja, nie taka rodem z filmów tego gatunku, choć chwilami brawurowa. To także emocjonalna a czasami zabawna opowieść z odpowiednim, baśniowym przesłaniem. Znajdziemy w niej sporą pewną dawka wzruszenia (mnie udało się uronić łezkę), humor i oczywiście pięknie opowiedzianą historię.

Swoją najnowszą produkcją, Condon udowodnił, że można w ciekawy i wartościowy sposób po raz kolejny zobrazować widzom piękną, wzruszającą, baśniową historię, robiąc tym samym ukłon w stronę cudownej bajki z przed lat. Ja bawiłam się świetnie z sentymentem wspominając animację Disneya. Jeśli lubicie baśniowe klimaty i rysunkowe opowieści, nie będziecie zawiedzeni. 

Moja ocena filmu, to 8/10.

Film Piękna i Bestia można obejrzeć na Disney+.

Heartworm, z nową wersją demo dostępną na Steam

Heartworm, z nową wersją demo dostępną na Steam

 

List miłosny do lat 90-tych jakim jest psychologiczny horror Heartworm, który zadebiutował w wersji demo podczas październikowego Steam Next Festiwal  pozostaje na platformie, na dodatek w nowej zaktualizowanej formie. 

Heartworm przygodowa gra survivalowa, podczas której ogrywania natniemy się także na łamigłówki, horror w rozgrywce lo-fi, którego autorem jest Vincent Adinolfi, a wydawcą DreadXP, mający w swoim dorobku wydawniczym także dobrze ocenianą The Mortuary Assistant, dostępny jest w nowej, zaktualizowanej formie na platformie Steam. Demo tejże gry uznano za jedno z najlepszych wersji demonstracyjnych zeszłotygodniowego wydarzenia na Steamie.

Przeczytaj również:

Heartworm opowiada historię Sam, mlodej kobiety zmagającej się ze śmiercią najbliższych. Szukając pomocy i wsparcia wpada w internetową króliczą norę. Otrzymuje tam obietnicę ponownego spotkania z tymi, których straciła. Zamiast tego znajduje się w rzekomo nadprzyrodzonym domu w górach, gdzie ma nadzieję na znalezienie sposobu na nawiązanie z nimi kontaktu.


Nowe demo zawiera zaktualizowaną grafikę otoczenia, nową mechanikę gry i pierwszą grywalną walkę z bossem. 

Heartworm to klasyczny survival horror z nowoczesnymi ulepszeniami, emocjonalną opowieścią przewidzianą na 6-8 godzin, wieloma zakończeniami, surrealizmem, wrogami, przełączaniem się między grafiką i przejmującą ścieżką dźwiękową. 


Heartworm ma zostać wydany na PC w 2025 roku. Grywalna wersja demo jest dostępna na Steamie i będzie dostępna w przewidywalnej przyszłości.

Karta Steam - pobierz demo


Źródło: Informacja prasowa

Gabinet osobliwości Guillermo del Toro - recenzja. Mieszanina horroru w różnej stylistyce

Gabinet osobliwości Guillermo del Toro - recenzja. Mieszanina horroru w różnej stylistyce

Gabinet osobliwości Guillermo del Toro, recenzja antologii grozy Netfliksa. Mieszanina horroru w różnej stylistyce, i o różnym poziomie, także absurdu.

W Top 10 Netfliksa długo utrzymywał się serial, nad którym pieczę ma twórca znany i uznany, Guillermo del Toro, mający na swoim koncie nagrodzony Oscarem Kształt wody, ale także Zaułek koszmarów, serię Hobbit czy kilka produkcji stworzonych właśnie dla tej platformy, takich jak Czarodzieje: Opowieści z Arkadii czy nowa wersja filmu Pinokio. Tym razem twórca sprawuje pieczę nad produkcją Gabinet osobliwości Guillermo del Toro, antologią filmów grozy, których każda odsłona oparta jest na innej historii, także na opowiadaniach, i w każdej za kamerą stanął zupełnie inny reżyser. 

Warto przeczytać również:

By w pełni ocenić to serialowe dzieło, które tak naprawdę jest antologią krótkich filmów grozy, trzeba by było oddzielnie skupić się na każdej opowieści, ale na to nie mam czasu, a i tekst byłby, przyznacie, zbyt długi. Dziś zatem nieco inna forma recenzji, a właściwie podsumowanie i przyjrzenie się z bliska serialowi i próba, trzeba to tu wspomnieć, całkiem subiektywnej oceny, które z dzieł, który z epizodów jest w serialu Gabinet osobliwości Guillermo del Toro, tym najlepszym i tym najgorszym. 

Gabinet osobliwości Guillermo del Toro – opis serialu 

Serial, który tworzy i prowadzi, w formie narratora sam Guillermo del Toro, to jak nadmieniłam już powyżej zbiór antologii horrorów i opowieści grozy, których wspólnym mianownikiem jest pewien przedmiot, rodzaj kolekcji, tytułowy gabinet osobliwości, czyli skrzynka pełna szuflad i skrytek. Olbrzymia drewniana budowla zawiera książki, obrazy, okazy przyrodnicze, ale i nadprzyrodzone. Wszystkie kryją jakąś tajemniczą historię. Każdy odcinek odsłania jedną z nich, zaczynając się od otwarcia owej skrytki i odnalezienia pierwszego elementu, będącego tłem danego odcinka. 

W serialu, którego każdy kolejny epizod zaczyna się wprowadzeniem narratora i otwarciem jednej ze skrytek czy szuflad, udział biorą znane postaci ze świata kina. Forma serialowej antologii przypomina styl jaki już mogliśmy widzieć w innej antologii, tym razem kanału AMC zatytułowanej Creepshowktóre recenzowałam dla lubiegracpl. Przynajmniej mnie się tak to kojarzy, nie tylko poprzez styl, strukturę serialu, ale poprzez jej fabularną dziwność i pewną abstrakcję. 

Każdy epizod zaczyna się w bardzo podobny sposób, ale zawiera zupełnie inną opowieść z klimatem dreszczyku. Długość odcinków jest w tym wypadku bardzo różna, od nieco ponad czterdzieści minut, do ponad godziny. Czas na po krótkie przyjrzenie się wszystkim epizodom. nie tylko ze względu na fabułę, ale także klimat, aktorstwo i tym podobne. 

Epizod 1 - Skrytka 36

Skrytka 36 to opowieść w reżyserii Guillermo Navarro, mającego na swoim koncie film stworzony dla Netfliksa, o tytule Niewybaczalne. Historia koncentruje się na mężczyźnie, weteranie wojny w Wietnamie, który żyje z kupowania skrytek, i sprzedawanie ich zawartości. Pewnego dnia kupuje jeden ze schowków od tajemniczej kobiety. Okazuje się, że miejsce to, zawiera cenne kolekcjonerskie skarby. Choć właścicielka skrytki bardzo chce odzyskać przedmioty, ich nabywca nie ma zamiaru się ich pozbywać. Wśród rzeczy znajduje tajemnicze księgi, które wchodzą w skład całej okultystycznej kolekcji, zresztą bardzo cennej. A trzeba wiedzieć, że mężczyzna boryka się z poważnymi długami i ma na karku osoby, które gotowe są pozbawić go życia. Nie waha się zatem i szuka księgi, wkrótce wpadając w bardzo poważne tarapaty.

Skrytka 36 to jeden z epizodów tegoż serialu, który opowieść serwuje nam bardzo powoli, klimat grozy nie przychodzi szybko, a gdy się już pojawia, seans się kończy. Atmosfera i styl jego poprowadzenia przypomina nieco dramat z zakończeniem w stylu horrorów z lat 90-tych. I choć klimacik kuleje, akcja nie płynie sprawnie i wartko, a finał przychodzi zbyt szybko, w tej opowieści śledzimy dobre aktorstwa i finalnie opowieść ogląda się w miarę przyzwoicie, ale bez rewelacji. 

Epizod 2 - Szczury cmentarne

Kolejny epizod, czyli druga historyjka grozy to Szczury cmentarne, w reżyserii Vincenzo Nataliego. Tym razem jest to historia, której motywem przewodnim jest cmentarz i łupy jakie można na nim zdobyć. Bohaterami historyjki są tak zwane hieny cmentarne, a właściwie jeden mężczyzna zajmujący się okradaniem zmarłych. Problem w tym, że nie udaje się mu obrabować denatów na tyle, by jego pracodawcy byli zadowoleni. Przeszkodą w tym wypadku są szczury, które zabierają zmarłego wcześniej, niż on zdoła do niego dotrzeć. Pewnego dnia, będąc świadkiem pochówku jednego z bogaczy, postanawia przechytrzyć gryzonie. Jak się okazuje, nie jest to najlepszy pomysł.

Tym razem klimacik filmu jest znacznie bardziej skupiony na grozie, fabuła rozkręca się w miarę szybko, i choć jest równie absurdalna, a może nawet bardziej, niż pierwszy epizod,  śledzimy ją z pewną dozą emocji, strachu, ale i domieszką komizmu. Ponownie mamy do czynienia z dobrym aktorstwem i efektami specjalnymi rodem z filmów lat 80, 90-tych. W roli bohatera tejże opowieści, czyli hieny cmentarnej David Hewlett, którego mogliśmy oglądać w Kształcie wody, filmie Istota czy Istnienie. Ten epizod jest nieco krótszy od pierwszego, miejcie to na uwadze. 

Epizod 3 - Autopsja 

Trzeci epizod to opowieść o tytule Autopsja, który porusza temat tego czy jesteśmy sami w kosmosie. Reżyserem tej opowieści jest David Prior, którego filmami są Pusty człowiek, AM1200 czy serial Voir: Potęga kina. Tym razem motywem opowieści grozy jest nie tylko inny świat, gdzieś tam w kosmosie, ale i zagadka kryminalna. 

Pewien szeryf, w pewnym miasteczku mierzy się z tajemniczą serią zaginięć, a potem z niezwykłym, i równie tajemniczym mordem, a do tego wypadkiem w kopalni. Ponieważ sam nie może się uporać z dylematami i zagadkami jakie postawiło mu życie i jego praca, prosi o pomoc swego dawnego przyjaciela i koronera, by dokonał serii autopsji i spróbował poznać prawdę. To z czym przyjdzie się mierzyć lekarzowi, będzie mrozić krew w żyłach.

Autopsja to chyba jedna z lepiej poprowadzonych, najbardziej mrocznych i najbardziej wciągających historii całego sezonu. Przejmujące role, świetnie poprowadzony wątek fabularny i przerażające sceny, istnej makabry jaka rozgrywa się na naszych oczach. Do tego dochodzi doskonałe aktorstwa. Rewelacyjny w swej roli lekarza i koronera F. Murray Abraham sprawia, że opowieść śledzić będziemy z zainteresowaniem i wypiekami na twarzy. 

Epizod 4 - Qutsiderka

Zgoła inną historyjkę, na pograniczu horroru psychologicznego i dramatu opowiedziano w epizodzie Qutsiderka, w reżyserii Any Lily Amirpour, mającej w swoim dorobku film Mona Lisa i krwawy księżyc czy jeden odcinek serialu Castle Rock. Ta opowieść skręca ku problemom współczesności, czyli kanonom piękna i tego jak widzimy siebie, a jak postrzegani jesteśmy przez innych, opowiadając o losach pewnej młodej kobiety, która uparcie twierdzi, że jest zwyczajnie brzydka. Pracownica banku i żona policjanta nie czuje się doceniana, zarówno w pracy, jak i w domu. Gdy pewna reklama telewizyjna zachęca ją do kupienia kremu, jaki ma odmienić jej życie, i wygląd oczywiście, dzieją się przykre, wręcz przerażające rzeczy.

Ten epizod balansuje na skraju psychologicznego dramatu i groteski, niemal narzucając widzowi zastanowienie się nad logiką, albo brakiem logiki w rozumowaniu naszej bohaterki, którą genialnie, skądinąd odegrała Kate Micucci, którą mogliśmy oglądać w filmie Pewnego razu w Rzymie, Bez kompasu czy Easy

Epizod 5 - Dzieło Pickmana

Piąta historyjka przenosi nas do początków XX wieku, do roku 1905. Tę opowieść grozy, o tytule Dzieło Pickmana wyreżyserował Kit Thomas, amerykański twórca filmowy i zarazem producent muzyczny. Opowieść koncentruje się na studencie uczelni artystycznej, malarzu, mężczyźnie imieniem Will, który miał już kiedyś swoje pięć minut, bo jego zdolności zostały docenione. Pewnego dnia do grona studentów na jego roku dołącza tajemniczy Richard, którego prace są zarówno niezwykle, co i bardzo przerażające. Oglądając je Will traci kontakt z rzeczywistością, zatracając cienką granicę między faktem, a wymysłem, a może bramą do innej rzeczywistości.

Ten epizod broni się nie tylko wprawnie opowiedzianą fabułą, wciągającą i tajemniczą, która nie do końca jest dopowiedziana, zostawia furkę wyobraźni, ale jest zarazem klasyką grozy, jaką dobrze znamy, ale także popisem aktorstwa i słabymi afektami specjalnymi. Tu w roli Willa wystąpił Ben Barnes, którego zapewne kojarzycie z roli księcia w filmie Opowieści z Narnii: Książę Kaspian, ale także z serialu Netflix Cień i kość i produkcji serialowej od HBO Max Westworld. Na pochwały zasługuje, jak zwykle zagadkowy w swych rolach Crispin Glover, który wcielił się w Richarda. Aktora można oglądać w takich produkcjach jak: Tajemnica przeklętego zamku, Amerykańscy bogowie czy Co gryzie Gilberta Grape'a.

Epizod 6 - Koszmary w domu wiedźmy 

Koszmary w domu wiedźmy, czyli szósty epizod serialu Gabinet osobliwości Guillermo del Toro, oparto na opowiadaniu H.P. Lovecrafta, pod takim samym tytułem. Warto zauważyć, że powstała również gra, która bazuje na spisanej przez pisarza grozy opowieści, przygodówka o tytule Dreams in the Witch House.

Natomiast opowieść grozy, o jakiej tu mówimy, to dzieło w reżyserii Catherine Hardwicke, która znana jest z serii Zmierzch, filmu Dziewczyna w czerwonej pelerynie czy filmu Netfliksa Już za tobą tęsknię. Reżyserka bazując na znanym opowiadaniu przenosi widza w opowieść o mężczyźnie, który jako dziecko traci siostrę bliźniaczkę, która umiera. Ponieważ widzi jej ducha, po latach, próbuje udowodnić istnienie życia po życiu pracując w organizacji zajmującej się badaniem zjawisk paranormalnych Niestety z marnym skutkiem, ale do czasu póki nie trafia do pewnego nawiedzonego domu, siedliska wiedźmy i jej dziwnego pomocnika, gadającego szczura.

Ten odcinek skupia się na opowieści o duchach, umieraniu, jednocześnie zahaczając o wiarę, godzenie się ze śmiercią i nieco o wierzenia ludowe, jak choćby wiedźmy. Nie znajdziemy w nim, podobnie jak w większości dzieł tegoż serialu, zbyt imponujących efektów specjalnych, a tu są one wręcz komiczne. Tym razem w opowieści w głównej roli zobaczymy Ruperta Grinta, znanego z roli Rona w serii Harry Potter. Aktor stanął na wysokości zadania wyciągając z tej ponurej, i prostej opowieści jak najwięcej może. 

Epizod 7 - Prezentacja

Przedostatni epizod nosi tytuł Prezentacja i skupia się na historii kolekcjonera, który sam zostaje kolekcją. Opowieść została wyreżyserowana przez Panosa Cosmatosa, który ma na swoim koncie horror Mandy czy Za czarną tęczą. Opowieść rozgrywa się, albo stylizowana jest na lata 70-te, a jej bohaterami są ludzie obdarzeni jakimiś zdolnościami, umiejętnościami i talentami, którzy zostają zaproszeni do domu bogatego kolekcjonera na pewien prywatny pokaz. To co miało być atrakcją, staje się dla niektórych z nich ostatnimi momentami życia.

Niestety ta opowieść wydaje się odcinkiem pozbawionym animuszu, bez polotu, zbyt wydłużonym i zdecydowanie najnudniejszym. Akcja jest to rozciągnięta zbyt nadto, fabuła opiera się na niespójności a efekty specjalne stanowią odzwierciedlenie klasycznych filmów klasy B. Nawet aktorstwo schodzi na plan dalszy, bo jest zwyczajnie nijakie. 

Epizod 8 - Szmery

Ostatni epizod to Szmery, choć w serialu, we wprowadzeniu usłyszymy tytuł Murmuracje, w reżyserii Jennifer Kent. Reżyserka ma na swoim koncie horror Babadook, The Nightingale czy serial Zagadkowe opowieści. Wątek fabularny skupia się na małżeństwie, które straciło dziecko. Para zajmuje się badaniem zachowania ptaków, ich murmuracjom. Aby badać ich zachowanie wyjeżdżają do udostępnionego im domu położonego na wyspie. Ten okazuje się mieć bardzo mroczną historię, która będzie miała istotny wpływ na małżonków i ich relację. 

Finałowa opowieść to klasyka produkcji grozy, czyli nawiedzony dom, mroczna historia, odludzie i tajemnicze wydarzenia rozgrywające się zwykle w nocy. Ale oprócz grozy, ważnym elementem tegoż seansu jest nieprzerobiona trauma, ból po stracie i rozpacz, na którą nie dano sobie przyzwolenia. Nie jest to może historia, która będzie jakoś bardzo nas straszyć, ale doskonałe aktorstwo i smutna opowieść pozwoli na chwilę wzruszenia. Mnie naprawdę poruszyła. W roli wspomnianej pary, zagranej naprawdę dobrze zobaczyliśmy Essie Davis, znaną z minserialu Owieczki boże, czy Biała księżniczka oraz Andrew Lincoln, którego kojarzymy przede wszystkim z serii The Walking Dead, ale także z filmu Netfliksa o tytule Penguin Bloom: Niesamowita historia Sam Bloom.

Gabinet osobliwości Guillermo del Toro – najlepszy/najgorszy odcinek czyli podsumowanie

Gabinet osobliwości Guillermo del Toro to osiem zupełnie różnych historii grozy, które horror pokazują różnorako, strasząc formą, treścią czy klimatem. Fabuła porusza klasyczne klimaty paranormalne, temat życia pozaziemskiego, żałoby po straci bliskiej osoby, duchów, ale i współczesnych kanonów piękna. Poziom jakości tych opowieści jest bardzo różny, od tych naprawdę perełek, jak Autopsja, wzruszające Szepty czy dobrze poprowadzone Dzieło Pickmana, po przeciętniaki i najsłabsze odcinki, jak Prezentacja, która potrafi wynudzić czy Skrytka 36, która za wolno się rozkręca, a gdy już staje się ciekawa, nagle się urywa. 

Całość to jednak klasyka grozy w antologii, w dość nierównym, niestabilnym stylu. Ale ogląda się ją bardzo przyjemnie. Pochwalić można świetne aktorstwo i doskonałą muzykę. Z przymrużeniem oka należy traktować efekty specjalne, docenić z pewnością wprowadzenia, w których narratorem jest Guillermo del Toro. Jeśli lubicie klimacik grozy, ale za zbyt mocnym straszeniem nie przepadacie, to rozważcie obejrzenie właśnie tej opowieści grozy. 

Moja ocena całości 7/10. 

Ash, horror science-fiction na zwiastunie

Ash, horror science-fiction na zwiastunie

 

Zdjęcie: Kadr ze zwiastuna RLJE Films

RLJE Films pokazało zwiastun intrygującego, a zarazem i przerażającego horroru science-fiction o tytule Ash, ktory swoją premierę ma mieć w nadchodzącym roku. 

Ash to horror science-fiction, kolejne filmowe dzieło w portfolio RLJE Films, które wprawdzie dokładnej daty premiery jeszcze nie ma, gdyż wiemy, że zadebiutuje w jednym z miesięcy zbliżającego się roku, ale ma dokładny opis fabularny, ma także zwiastun, który zapowiada trzymające w napięciu kino. 

Może zainteresuje Cię także:

Akcja filmu Ash rozgrywa się na tajemniczej planecie. Bohaterką tejże psychologicznej historii z gatunku horroru, w klimacie grozy, jest tytułowa Ash Riya, który przebudziwszy się odkrywa, że cała towarzysząca jej załoga została wymordowana. Na ratunek kobiecie przybywa mężczyzna o imieniu Brion. Wkrótce zaczyna się koszmar, który łączy zarówno psychologiczny, jak i fizyczny terror. Ash i Brion będą musieli zdecydować, czy mogą sobie wzajemnie ufać. Inaczej nie zdołają przetrwać. 

W obsadzie: W rolach głównych: Eiza González (Problem trzech ciał, Ministerstwo Niebezpiecznych Drani, Ambulans) jako Ash Riya, Aaron Paul (Czarne lustro, Westworld) jako Brion. A także: Iko Uwais, Kate Elliott, Beulah Koale, Flying Lotus.

Reżyserem filmu jest Flying Lotus, zaś autorem scenariusza Jonni Remmler.

Premiera filmu przewidziana jest w 2025 roku. Dokładna data nie jest znana.