czwartek, 19 grudnia 2024

Wybieraj albo umieraj - recenzja. Przeklęta filmowa gra bez realizacji potencjału

Wybieraj albo umieraj - recenzja. Przeklęta filmowa gra bez realizacji potencjału

Wybieraj albo umieraj, recenzja filmu grozy od platformy Neflix. Przeklęta gra, dotknięta klątwą niestety bez realizacji potencjału. Co jeszcze sądzę o filmie?

Netflix niestety nie ma szczęścia do horrorów, których godnych uwagi na tej platformie, nie licząc tych na licencji, a nie oryginalnych, można zliczyć na placach jednej ręki. Nie mniej jednak platforma nie rezygnuje z chęci serwowania swoim subskrybentom kolejnych filmów grozy i sukcesywnie je dla swojego serwisu VOD, produkuje.

Warto przeczytać również:

I tak w 2022 roku na platformie pojawiła się kolejna produkcja grozy, która na papierze zapowiadała się na coś niezwykle intrygującego. Tymczasem Wybieraj albo umieraj z gwiazdą serialu Sex Education okazał się być filmem, który swój potencjał zmarnował, i to już praktycznie na wstępie. 

Wybieraj albo umieraj – fabuła, która zapowiadała wiele, ale….

Wszyscy doskonale wiemy, że jeśli chodzi o scenariuszowe wątki i fabułę horrorów, tak właściwie dozwolone jest wszystko. Podstawą jest, by produkcja trzymała w napięciu, a także straszyła. Ma być przerażająco, ciekawie i intrygująco. To o czym opowiada film, czy też jak absurdalną historię nam przybliża, nie ma w tym wypadku najmniejszego znaczenia, byleby dzieło naprawdę straszyło i miało ku tej wszechobecnej grozie….potencjał. Wybieraj albo umieraj potencjał jak najbardziej miało, problem w tym, że gdzieś, już w sumie na samym początku opowieści balon z grozą pękł, a strzępków zepsutego balonika już nie dało się posklejać.

Fabuła na papierze wyglądała całkiem zgrabnie. Oto pewien mężczyzna, trochę w domu pomijany, ale z psychopatycznymi skłonnościami i manią wyszukiwania internetowych staroci, odnajduje grę z lat 80-tych, o przerażającej, ale bardzo wymownej nazwie – "Curs>r", znaną jako „Klątwa”. Gra została tak, przez swoich twórców, kimkolwiek oni są, napisana, by dręczyć ludzi, którzy ją aktywują, wyznaczać im przeróżne, często krwawe zadania, finalnie doprowadzając do przegrania, no i śmierci. 

Pewnego dnia ową morderczą kasetową grę wideo odnajduje dwójka przyjaciół, mający zakusy na wielkiego programistę i autora gier nerd imieniem Issac, wspomniany już bohater hitu Netfliksa oraz jego przyjaciółka, w której notabene jest zakochany, Kayla. Dziewczyna, która w życiu lekko nie ma, borykając się z tragiczną śmiercią brata, który utonął i z depresją matki, mająca spore finansowe problemy, pewnego dnia odkrywa, że za przejście gry "Curs>r" jest spora finansowa nagroda, do tej pory nie odebrana. Para postanawia zatem spróbować. Gdy Kayla aktywuje gierkę, okazuje się, że wideo zabawa wcale zabawna nie jest, a to co wokół niej zaczyna się dziać, nabiera nie tylko realnych, co przerażających kształtów. Co tu dużo mówić, gra zabija i to dosłownie. 

Wybieraj albo umieraj – co tu nie zagrało?

Sami widzicie, z opisu, że opisywany tytuł potencjał miał. Nie ma nic ciekawszego, szczególnie dla fana gier wideo, takiego jak ja, jak film grozy o zabójczej grze dotkniętej klątwą. Na myśl przychodzą w tym momencie znane tytuły grozy, jak choć właśnie Klątwa, w której przeklęta była kaseta wideo, nie kaseta z grą. Problem w tym, że mimo tego, że sama treść fabularna Wybieraj albo umieraj mogła intrygować, zupełnie jej nie wykorzystano. Napięcie umarło zaraz po filmowym wstępie. Skończyło się jedynie na zapowiedzi dobrego kina, które wróżyło trzymającą w napięciu, nieco psychodeliczną i retro wideo podróż po świecie gier z lat 80-tych.

Mrok rozwiał się, jak noc ze wschodem słońca, które niestety nie rozświetliło tego co zobaczyliśmy na ekranie. Problemem stała się nie tylko nijaka fabuła, która nie tyle traktowana była zdawkowo i niezwykle płytko, co z logiką i spójnością nie mając kompletnie nic wspólnego. Mnóstwo wątków, z których każdy nie traktowany był poważnie, nie mogło przynieść filmowi sukcesu. A ten miał nie tylko straszyć, ale i zasmucać. Twórcy przemycili do niego temat śmierci dziecka, zresztą równie nielogiczny, czy depresji, z która boryka się obecnie mnóstwo ludzi. 

Krótkie momenty grozy, jak choćby sam wstęp do filmu i postać psychopaty Hala, czy ciekawa, acz mroczna scena w barze, ociekająca krwią i szkłem, nie mogła wróżyć niczego dobrego, jeśli cała reszta została potraktowana po przysłowiowych „łebkach”. Nie wykorzystano potencjału retro gry wideo, wplatając do fabuły tylko szczątkowe fragmenty łączące film z wideo rozgrywkę. Gdyby w owej produkcji znalazło się więcej scen z samej gry, jak choćby sławetna ze szczurem, to kto wie. A tak widzowie otrzymali prosty film skręcający bardziej w stronę zwykłego thrillera klasy „B”, w którym nic nie jest naprawdę, nawet uczucia. 

Wybieraj albo umieraj – aktorzy bez potencjału

Co z tego, że na na ekranie śledzimy dwójkę młodych ludzi, którzy niby są przyjaciółmi, niby coś do siebie czują, jak chemii między nimi próżno szukać. Co z tego, że w filmie w jednej z głównych ról Asa Butterfield (Chłopiec w pasiastej piżamie, Hugo i jego wynalazek, Gra Endera), czyli Otis z hitu Netfliksa Sex Education. Znane nazwisko niestety w tym wypadku nie było i właściwie nie mogło być gwarantem sukcesu. Nie mogło, bo postać Issaca jest napisana na kolanie, jest zwyczajnie nijaka, banalna, jak właściwie cały film. Nieco lepiej wypada Isola Evan, którą zapewne wielu z nas kojarzy z serialu Carnival Row od Amazon Prime Video. Młoda aktorka wcielając się w Kayla’ę, może dlatego miała okazję nieco rozwinąć swoją postać i pokazać pewne uczucia, emocje, choćby smutek czy strach, gdyż jej postać miała filmowo więcej do powiedzenia.

Potencjał to w przypadku Wybieraj albo umieraj słowo klucz. Widać to nie tylko w fabule, zmarnowanej zresztą, ale także w aktorach i decyzji reżysera, Toby'ego Meakinsa, dla którego film jest reżyserskim debiutem. Ów tytuł mógłby być dobry, nie rewelacyjny, bo do tego daleka droga, ale dobry, choćby dzięki aktorom. Klimat zbudowano na początku, już na wstępie dzięki Halowi, w którego wcielił się Eddie Marsan (Przynęta, Jeden gniewny człowiek, Wirtuoz. Pojedynek zabójców). I choć wstęp do opowieści grozę bardzo skutecznie budował i zachęcał do dalszego śledzenia fabuły, strach umarł powiedziałabym nie gwałtownie, a śmiercią naturalną i już do życia nie powrócił.

Reżyser starał jak mógł, by znane nazwiska wpłynęły na filmową jakoś, z tym, że nie bardzo rozumiem, dlaczego aktorzy nie pojawili się w filmie naprawdę. Już śpieszę wyjaśniać o co mi chodzi. Otóż w obsadzie filmu, niestety tylko w roli głosowej znalazł się Robert Englund, który gra samego siebie. Aktor, który bardzo dobrze kojarzy się nam z latami 80-tymi i filmami grozy, popularną w tym czasie, czyli serią Koszmar z ulicy wiązów, jest w recenzowanym filmie, a tak właściwie go nie ma. Umieszczenie w obsadzie znanego nazwiska niestety nie sprawią, że film stanie się hitem. W przypadku Wybieraj albo umieraj, bardzo dobrze to widać. 

Wybieraj albo umieraj – podsumowanie

Hmm…… Wybieraj albo umieraj nie nazwałabym horrorem jako takim. To raczej zlepek prób i błędów, momentów lepszych i gorszych i kombinowania co też z tego można ulepić. Toby Meakins próbował, i owszem, ale nie wyszło tak, jak zapewne planował i  jakbyśmy to my chcieli widzieć. Miłośnicy dreszczyku, ale przede wszystkim prawdziwej grozy z pewnością będą zawiedzeni. Nie tego oczekujemy przecież po klasycznej produkcji z gatunku horroru.

Ale jeśli macie pewien sentyment do gier wideo, starych, tych z lat 80-tych, a nie lubicie się w filmach bać, to kto wie, może to jest dobry tytuł na króciutki sens, gdyż film długi nie jest. Niestety nie wykorzystana szansa, zemściła się na twórcach filmu, wrzucając Wybieraj albo umieraj do kotła przeciętności platformy Netflix, szczególnie w gatunku grozy. 

Moje ocena 5/10 i to tylko z sentymentu do gier i horrorów.

Film można obejrzeć na platformie Netflix. 

Zimowa Wyprzedaż na GOG - kolejna gra za darmo

Zimowa Wyprzedaż na GOG - kolejna gra za darmo

 

Do nowego roku na GOG trwa Zimowa Wyprzedaż - Winter Sale, podczas której na platformie kupić można wiele gier w obniżonej cenie. Są i tytuły rozdawane przez GOG za darmo. Dziś kolejna darmówka. 

GOG nie zwalnia tempa, dodając do swojej listy przecenionych gier nowe tytuły. Na graczy podczas Zimowej Wyprzedaży, która trwa w najlepsze w obniżonych cenach znalazło się pond 6,5 tysiąca gier, ale i wiele okazji i tytułów za darmo. Jednocześnie po pierwszej darmowej grze , GOG ma dla graczy kolejną grę niespodziankę, kolejny prezent. 

Warto przeczytać także:

Chicken Assassin: Reloaded - za darmo na GOG

Chicken Assassin: Reloaded to dynamiczna gra RPG akcji z oburzającą fabułą wypełnioną przesadnym humorem, która może pochwalić się mnóstwem kolorowych wrogów i oszałamiającymi wizualnie poziomami i środowiskami.

Nowe gry dołączają do wyprzedaży

Do Zimowej Wyprzedaży na platformie GOG dołączają nowe tytuły, między innymi od Larian Studios. Wśród tytułów platforma poleca:

  • Baldur's Gate 3 (-20%)
  • S.T.A.L.K.E.R. 2: Heart of Czarnobyl - Ultimate Edition (-10%)
  • Divinity: Original Sin 2 - Definitive Edition (-70%)
  • Stardew Valley (-40%)
  • God of War (-60%)
  • Atlas Fallen: Reign Of Sand (-50%)
  • UNCHARTED™: Legacy of Thieves Collection (-60%)
  • A Plague Tale: Requiem (-60%)
Zimowa wyprzedaż kończy się 3 stycznia o 8 rano UTC.

Death Of A Unicorn, czarna komedia grozy od A24 pokazana na zwiastunie

Death Of A Unicorn, czarna komedia grozy od A24 pokazana na zwiastunie

 

Zdjęcie: kard ze zwiastuna A24

Kilka dni temu A24 podzieliło się zwiastunem dramatu wojennego opartego na prawdziwych wydarzeniach, filmu Warfare, a wczoraj zaprezentowała filmową zapowiedź zgoła innej swojej produkcji, zatytułowanej Death Of A Unicorn.

Death Of A Unicorn to połączenie czarnej komedii i horroru, film w gwiazdorskiej obsadzie, który przedstawia historię pewnego jednorożca. A24, studio mające na swoim koncie dość charakterystyczne produkcje filmowe, w dniu wczorajszym podzieliło się jego zwiastunem. 

Warto przeczytać również:

Death Of A Unicorn to historia ojca i córki, Riley i Elliota, którzy jadąc samochodem zderzają się z jednorożcem. Niedługo potem docierają do niezwykle odludnego miejsca, gdzie swoja posiadłość ma bogaty dyrektor generalny dużej firmy farmaceutycznej. 

W obsadzie filmu znaleźli się: Paul Rudd (Zbrodnie po sąsiedzku, Pogromcy duchów: Imperium lodu, Pogromcy duchów. Dziedzictwo, Ant-Man i Osa: Kwantomania), Jenna Ortega (Beetlejuice Beetlejuice, Wednesday, seria Krzyk), Will Poulter (Strażnicy Galaktyki: Volume 3, Dlaczego nie Evans?, Kolej podziemna), Téa Leoni (Madam Secretary, Zapach sukcesu, Mokra robota) i Richard E. Grant (Argylle - Tajny szpieg, Franczyza, Saltburn).

Reżyserem i autorem scenariusza do filmu jest Alex Scharfman, mający na swoim koncie film SzefowaWskrzeszenie, Trofeum.

Premiera kinowa filmu przewidziana jest wiosną 2025 roku. 

Źródło: A24

The Cecil: The Journey Begins, romantyczne wypad, który zamienia się w koszmar

The Cecil: The Journey Begins, romantyczne wypad, który zamienia się w koszmar

 

Przygodowa gra akcji w klimacie klasycznego horroru, w którym śledzimy losy pary, której romantyczny wypad zamienia się z koszmar, zatytułowany The Cecil: The Journey Begins można sprawdzać w wersji demo na Steam.

The Cecil: The Journey Begins jest horrorem, a dokładnie survival horrorem, pełnym wrogów, potworów, ale i zagadek. Grę, której autorem jest studio Genie Interactive Games, a wydawcą Wandering Wizard, Snail Games USA można obecnie sprawdzić w wersji demo dostępnej na Steam. 

Przeczytaj również:

The Cecil: The Journey Begins to historia, która zmrozi Wam krew w żyłach, w której dołączamy do Johna i Sarah, którzy pewnego dnia postanawiają spędzić wakacje w tajemniczym, ale jednocześnie niesamowitym hotelu Cecil. Chcą tam przeżyć wspólne, niezapomniane, romantyczne chwile. Ale ich wakacje zamieniają się w koszmar kiedy po zaśnięciu John budzi widząc, że jest zamknięty w celi, a jego ukochana Sarah zaginęła. Wie, że musi ją znaleźć zanim będzie za późno. 

The Cecil: The Journey Begins to survival horror widziany z perspektywy pierwszej osoby, w którym wcielamy się właśnie w Johna, któremu przyjdzie uciekać przez ciemne korytarze, mierzyć się ze strasznymi wrogami, z przerażającymi potworami kryjącymi się na korytarzach hotelu, a także walczyć z wrogami. Walki odbywać będziemy za pomocą broni, w strzelankach. Będziemy również badać pokoju, by zbierać przedmioty i uciec przez przeznaczeniem. Nie zabraknie także rozwiązywania szybkich zagadek, które pozwolą poznać szczegóły tego co działo się w hotelu. 

Gra będzie miała swoja premierą na Steam, na PC. Data nie została ogłoszona. 

Karta Steam - pobierz demo

środa, 18 grudnia 2024

Smętarz dla zwierzaków - recenzja. Nowa lepsza jakość

Smętarz dla zwierzaków - recenzja. Nowa lepsza jakość

Zapraszam do przeczytania kolejnej recenzji filmowej. Tym razem horror, ponowna ekranizacja powieści Stephena Kinga. Oto recenzja Smętarza dla zwierzaków. Miłej lektury!

Każdy kto choć troszkę mnie zna, wie, że jestem fankom horrorów, zarówno w formie kinowej, jak i książkowej. Zaszczytne miejsce w szeregu ulubionych pisarzy grozy zajmuje Stephen King. Jedną z ulubionych przeze mnie powieści jest właśnie "Smętarz dla zwierzaków", który z wypiekami na twarzy czytałam jako młoda dziewczyna. Zasłaniałam wtedy twarz poduszką lub rzucałam książkę w kąt, gdy tylko natrafiłam na przerażający fragment, gdyż słowo pisane straszyło i straszy mnie dobitniej niźli ruchome, kinowe obrazy. Porównanie literackiego pierwowzoru z filmowym jego przekładem nadarzyło się jakiś czas później, niosąc niestety pewną dozę rozczarowania. Po latach nadarzyła się okazja ponownego zmierzenia się z przerażającą wizją pisarza, kolejnej wersji książki, w filmie Smętarz dla zwierzaków

Warto przeczytać także:

Napisanie recenzji tego filmu nie było dla mnie prostą decyzją, bowiem po wielu latach cudownej przyjaźni musiałam pożegnać mojego psiego przyjaciela i tytułowy „smętarz”, słowo pisane z błędem, stało się tematem nie tylko bolesnym, ale bardzo aktualnym, nabierając zupełnie innego wyrazu. Wyznaję jednak zasadę, że w życiu należy mierzyć się z naszymi demonami, więc…. Oto jest recenzja najnowszej wersji Smętarza dla zwierzaków. Miłej lektury!

Smętarz dla zwierzaków opowiada historię Creedów. Rodzina przeprowadza się z Bostonu do niewielkiego domu położonego w zalesionej okolicy, do małej miejscowości o nazwie Ludlow. Louis Creed, lekarz spędzający w mieści, głównie z powodu pracy, niewiele czasu ze swoimi najbliższymi, postanawia zmienić swoje życie. Podejmuje pracę w lokalnej klinice, skupiając się przede wszystkim na rodzinie. Niestety przez ich posesję przebiega ruchliwa ulica, którą z ogromną prędkością przemykają ciężarowe auta. Rodzinka składająca się z ojca, wspomnianego Louisa, matki Rachel, dwójki dzieci, dziewięciolatki Ellie, ponad rocznego chłopca o imieniu Gage oraz kota Churcha powolutku aklimatyzuje się w nowym miejscu. 

Pewnego dnia Rachel i Ellie są świadkami dziwnej procesji. Grupka dzieciaków w zwierzęcych maskach wiezie na taczce martwe zwierzę, a następnie chowa je na pobliskim, przyległym do ich domu cmentarzu dla zwierząt, odgrodzonym od reszty lasu wysokim murem zbudowanym z gałęzi i konarów drzew. Wiedziona ciekawością Ellie próbuje przedostać się na druga stronę przedziwnego drzewnego ogrodzenia, raniąc się w nogę. Na ratunek dziewczynce przybywa Jud Crandall, staruszek mieszkający samotnie w Ludlow i były właściciel psa pochowanego właśnie na tym zwierzęcym cmentarzysku. Mężczyzna wkrótce zostaje przyjacielem rodziny. Gdy ukochany kotek Ellie zostaje potrącony przez jedną z ciężarówek, Jud pokazuje Louisowi miejsce za drewnianą barierą, które w magiczny, ale i nieludzki sposób sprawia, że pochowana istota powraca do życia. Tak też staje się z Churchem, który wraca z zaświatów, ale jego zmartwychwstanie wyzwala w nim wielką agresję. Niestety to nie ostatnia tragedia, która dotyka Creedów. Przyjdzie im zmierzyć się z nie tylko z bólem, ale z własnymi przekonaniami natury wiary.

Smętarz dla zwierzaków to jak wspomniałam adaptacja powieści pisarza grozy, choć wersja Kevina Kolscha i Dennisa Widmyer’a oraz scenarzysty Jeffa Buhler’a nieco odbiega od książkowego oryginału, zachowując jednocześnie bardzo specyficzny klimat. Film, podobnie jak powieść nie jest tylko klasycznym horrorem. To bardzo charakterystyczne, wyraziste połączenie kina grozy z egzystencjalnym dramatem. Produkcja stawia przed widzem trudne pytania, porusza sprawę wiary, kładąc na szali zarówno poglądy czysto naukowe, jak i te metafizyczne. Temat śmierci, odejścia w nieznane, nie bycia, nie istnienia i zapomnienia, z pozoru odległy, nagle odżywa i staje się problemem, z którym bohaterowie filmu nie są w stanie sobie poradzić. Poczucie bezradności, przemożna chęć odzyskania utraconego dziecka staje się uczuciem bardzo dojmującym. Pokazanie bezradności, brak umiejętności kontrolowania emocji i ból rozdzierający serce. Uczucia te twórcom filmu udało się zaprezentować w niemal perfekcyjny sposób. Prowadząc i stopniując napięcie oraz rozbudzając dramatyzm, jednocześnie podkręcając typowo horrorowaty klimat z jump scaer’ami, zbudowali kino dużego napięcia.

Zarzuca się produkcji zbytnie skupienia na momentach grozy, przewidywalność i typowe skoncentrowanie się na chwilach, w którym widz ma skakać na kinowym fotelu. Produkcja wydaje się skręcać fabularnie ku typowemu slasherowi. Zgadzam się z opiniami wielu widzów, wyrażam aprobatę i nie neguje czasami bardziej negatywnych, niźli pozytywnych zdań. Nie ma co kryć, że chwil, które mają nas straszyć w filmie znajdziemy sporo. Skupiając się jednak na kinowej produkcji, należy na chwilę wrócić do wersji książkowej, pisanej w okresie życia autora borykającego się z własnymi demonami. Nastrój ten przełożył się zapewne na sposób przedstawiania historii. Trik ten udało się także przemycić do nowszej wersji filmu, która według mnie jest o niebo lepsza od propozycji z 1989.

Połączenie dramatyzmu z typowym horrorem, który czasami może wydawać się bardzo banalny (ale czy nie takie są właśnie filmy grozy), potęgowane jest przez bardzo dobrą pracę aktorską. Na szczególną uwagę zasługuje rzecz jasna młoda aktorka Jeté Laurence wcielająca się w Ellie Creed, która w swojej roli jest tak autentyczna, zarówno słodka i dziecinna, jak w drugiej części filmu, drapieżna, nieprzewidywalna i upiorna, ale przede wszystkim mordercza. Jej postawa w bardzo jednoznaczny i niezwykle dobitny sposób neguje ingerencję człowieka w naturę. Stawia kropkę na tym, co już się skończyło, choć ciężko się z tym pogodzić. Bolesna przemiana narzucona przez ojca odbija się na naturze spokojnej dziewczynki, teraz kogoś na kształt demona bez serca i litości. 

Inną, ale jakże dobrze zbudowaną osobowością jest postać Louisa Creeda, który wcielił się w rolę ojca Ellkie, Jasona Clarke’a. Lekarz człowiek stawiający na naukę, nie wierzący w życie inne niż doczesne, nagle staje się świadkiem przerażającego cudu. Jego boleść, rozpacz i chęć naprawienia błędu pcha go do czynu, który jemu samemu wydaje się nieetyczny, nieludzki i okrutny. Wewnętrzna walka z samym sobą, ojcowska rozpacz i przeszywająca pustka, którą trzeba wypełnić. Te uczucia aż kipią i wylewają się z odgrywanej przez Louisa postaci. Nie można także zapomnieć o roli Amy Seimetz kobiety mierzącej się z widmem śmierci w dzieciństwie, a która jako Rachel Creed, musi zmierzyć się z nią po raz kolejny, dotkliwie i przerażającą, widząc śmierć córki, która zginęła niemal na jej oczach. Niewielki aktorski plusik należy się także dla Johna Lithgowa, który wcielił się w postać Juda Crandalla, wdowca znającego mroki miasteczka Ludlow.

Smętarz dla zwierzaków to horror, który stał się dla mnie, niestety, filmem, który w tym momencie mojego życia odbieram niezwykle emocjonalnie. To także świeże spojrzenie nie tylko na książkę, która w kilku miejscach różni się od produkcji Kevina Kolscha i Dennisa Widmyer’a i która mimo tych różnic zbliża się do pierwowzoru bardziej niż wersja z roku 1989. Pomimo dozy przewidywalności i typowego jump scearowego klimatu Smętarz dla zwierzaków z roku 2019 oglądało mi się wyjątkowo dobrze, a strach towarzyszący filmowi grozy, w równiej mierze mieszał się z ludzkim dramatem, smutkiem i nostalgią. 

Moja ocena 7/10.

Film można obejrzeć w opcji wypożyczenia na platformie Prime Video i Player.pl, a także na Apple TV+. 

Riven: The Sequel to Myst - recenzja

Riven: The Sequel to Myst - recenzja

Serdecznie zaprasza do przeczytanie recenzji drugiej części kultowej serii Myst, do recenzji gry zatytułowanej Riven: The Sequel to Myst. 

„Riven: The Sequel to Myst”, jak już sama nazwa wskazuje, to kontynuacja cyklu gier, w której istotą są przeróżnej maści i trudności zagadki oraz zadania logiczne. Ponieważ postanowiłam, że wrócę do krainy Myst i przejdę wszystkie jej części, a niedawno skończyłam, z wielkimi problemami technicznymi, pierwszą jej odsłonę, to idąc wytyczonym przeze mnie szlakiem, zainstalowałam kolejną część, czyli „Riven”, którą posiadam w odnowionej i wydanej w 2006 roku Kolekcji Klasyki od Ubisoft. 

Warto przeczytać również:

Wiedziona problemami natury technicznej, z którymi borykałam się podczas rozgrywki w „Myst: Masterpiece Edition”, naszykowałam się psychicznie na kolejne problemy, ale o dziwo gra działała jak należy. Pozostał jednak dalej problem z robieniem zrzutów ekranu. Podobnie jak w części poprzedniej, tak i w tej, żaden posiadany przeze mnie program do screenów, nie działał. Chcąc nie chcąc, musiałam robić fotki ręcznie i tu zrodził się duży problem, a może jedynie utrudnienie. Gdy tylko zrzuciłam grę na pasek, żeby wkleić zrobionego przez mnie śliczniutkiego screena, gra natychmiast się wieszała, po czym szuflada czytnika wysuwała się i to był koniec mojej zabawy. Dlatego też, z bólem serca, po każdym „zaliczonym” kliknięciu klawisza Print Screen musiałam zamykać grę. Na szczęście, autorzy Riven, studio Cyan Inc dało mi i nie tylko, oczywiście, możliwość nieograniczonych zapisów i w przypadku drugiej odsłony, w przeciwieństwie do poprzedniczki, zapisy w „Riven” działały bez zarzutu. 

Przeniosłam się zatem kolejny raz w imaginowany świat, stworzonych przez Atrusa i jego ojca Gehna krain. Wcieliłam się w bliżej mi nie znanego człowieka, który zostaje poproszony przez Atrusa o uwolnienie jego żony, Catheriny, który zastała uwięziona na wyspie Riven. Atrus wręcza mi zieloną księgę, rodzaj więzienia, w którym mam zamknąć Gehna. Wysyła mnie na wyspę, która jak się okazuje sama w sobie jest pułapką i z której ja biedaczek, ratując Catherinę sam muszę się wydostać. Niestety po przybyciu na miejsce, ląduje w klatce, chwilę później tracę zieloną księgę, by za moment obserwować  jak jakiś dziwacznie przebrany tubylec ratuje mnie z opresji i ucieka. Jestem wolny, ale radzić muszę sobie sam.

Tak, radzić będziecie musieli sobie sami, a jest tu co robić. Podobnie jak w części pierwszej, grę obsługujemy za pomocą myszki, lewym jej przyciskiem. Tu wszystko jest niezmierne ważne i każda notatka, każdy zapisek, czy symbol musi być przez nas notowany, bo z pewnością, tu, czy w innym miejscu zostanie on wykorzystany, by rozwiązać jedną z wielu zagadek, jakie czekają nas w Riven. A czekać nas będzie ich cały ogrom. Nie jest do rodzaj gry dla początkujących graczy, nie dla takich, którzy chcą spędzić czas grając w prościutką i lekką grę. Tutaj trzeba niezwykłego skupienia, ruszania szarymi komórkami, stosu notatek, ale każda samodzielna wykonana zagadka daje graczowi niezwykłą satysfakcję, potęgowaną klimatem gry i widokami jakie nas otaczają.

W „Myst” narzekałam na statyczne lokacje, na mdłość grafiki i pustkę, która mnie otaczała. W „Riven” zaś zostało to poprawione i ulepszone i już z ekranu nie zieje nudą i pustką. Spotykamy ludzi, z którymi nie rozmawiamy, ale słuchamy co mają nam do powiedzenia. Na kolejnych wyspach napotykamy przedziwne zwierzaki, a wszystko przeplatane jest naturalnymi i bardzo wiarygodnymi dźwiękami otoczenia i animacjami, których w grze jest bardzo dużo. Niestety z przerywnikami filmowymi miałam problemy i to spore. Większość z nich cięła się niemiłosiernie, toteż nie słyszałam co do mnie mówią osoby, które aktualnie w nich gościły. Również graficznie gra jest o niebo lepsza od poprzedniczki, bardziej szczegółowa, różnobarwna i zdecydowanie milsza dla oka

Mamy też większą swobodę ruchów, choć dalej wędrujemy określonym przez grę schematem. Mocną stroną tej produkcji są zagadki, ale i także muzyka, której jest dużo więcej niźli w pierwszej części, jest różnorodna i podkreśla charakter gry.

W Polsce „Riven” podobnie jak „Myst”, został wydany w języku ojczystym, w pełnej lokalizacji, czyli z dubbingiem. Spolszczenie gry wykonano bardzo profesjonalnie, bez większych uchybień. 

„Riven: The Sequel to Myst”, to doskonała kontynuacja serii, w którą w porównaniu do „Myst” grało mi się bardzo, bardzo przyjemnie. Poprawiono w niej wiele rzeczy, ulepszono, wiele udoskonalono i efekt jest widoczny gołym okiem. Zrezygnowano też z przedziwnych, nielogicznych i zbyt trudnych zagadek, które znaleźć można w pierwszej odsłonie. Cóż mogę więcej napisać? Polecam ją wszystkim mystomaniakom i nie tylko i od razu zaczynam kolejną grę z serii „Myst”.

Moja ocena 8/10.

Zalety:

  • Świetne zagadki; 
  • Ładna, przyjemna dla oka grafika
  • Mnogość animacji;
  • Wiarygodne udźwiękowienie;
  • Dobra polonizacja;
  • Dobra grywalność

Wady:

  • Pewne problemy techniczne

wtorek, 17 grudnia 2024

Warfare, A24 dzieli się zwiastunem dramatu wojennego o wojnie w Iraku

Warfare, A24 dzieli się zwiastunem dramatu wojennego o wojnie w Iraku

 

Zdjęcie: kadr ze zwiastuna A24

A24 podzieliło się zwiastunem zapowiadanego na przyszły rok wstrząsającego dramatu wojennego, którego akcja rozgrywa się w Iraku. Film zatytułowany Warfare, produkcja od twórcy Civil War czy Anihilacji oraz Raya Mendozy zyskał pierwszą wideo zapowiedź.

W przyszłym roku do kin trafi film Warfare, napisany i wyreżyserowany przez weterana wojny w Iraku Raya Mendozę i Alexa Garlanda, mającego na swoim koncie wspomniane wyżej filmy, a także 28 dni później i Ex Machina. Właśnie poznaliśmy jego zwiastun. 

Warto przeczytać również:

Warfare to film, który przedstawia historię plutonu amerykańskich Navy SEALs, zajmujących się obserwacją pewnej rodziny i ich domu w Iraku, i jednocześnie strefy kontrolowanej przez rebeliantów. Film powstał na bazie wspomnień żołnierzy uczestniczących w tych wydarzeniach, podczas amerykańskiej inwazji na Irak w roku 2006. 

W obsadzie: D'Pharaoh Woon-A-Tai, Will Poulter, Cosmo Jarvis, Kit Connor, Finn Bennett, Taylor John Smith, Michael Gandolfini, Adain Bradley, Noah Centineo, Evan Holtzman, Henrique Zaga, Joesph Quinn i Charles Meltone.

Film w kinach w 2025 roku. 

Winchester. Dom duchów - recenzja. Mroczna historia równie mrocznego domu

Winchester. Dom duchów - recenzja. Mroczna historia równie mrocznego domu

 

Zapraszam serdecznie do przeczytania mojej recenzji horroru, który swoją premierę miał w 2018 roku, filmu, którego tytuł brzmi Winchester. Dom duchów.

Winchester kojarzy się nam z marką karabinu, z wielką fortuną odziedziczoną po przodkach i nawiedzonym domem w Kalifornii, który od lat jest atrakcją Ameryki Północnej. Wierzy się, że składającą się z czterech pięter i mnóstwa pokoi rezydencję budowaną i rozbudowywaną nieprzerwanie dzień i noc przez 38 lat zamieszkują dusze osób, które zginęły od kul wystrzelonych z tejże właśnie broni.

Warto przeczytać również:

Historię rodziny i samej Sary Winchester, wdowy po Williamie Winchesterze, dziedzicu fortuny Olivera Winchestera, kobiety zafascynowanej okultyzmem, nieszczęśliwej, dotkniętej życiową tragedią, medium i łącznika między światem żywych i umarłych, próbuje widzom przybliżyć horror Michaela i Petera Spieriga zatytułowany Winchester. Dom duchów.

Historia zbudowana na prawdziwych wydarzeniach przenosi nas do wspomnianego nawiedzonego domostwa, którego budowane, a następnie rozbierane pokoje mają być kryjówką dla umęczonych i tragicznie zmarłych, których życie przerwane zostało z broni Winchesterów. Sara Winchester kobieta ekscentryczna, mocno wierząca w klątwę, która ciąży nad jej rodziną, opłakującą od lat swoją zmarłą córeczkę jest spadkobierczynią wielkiego majątku i posiadaczką 50% udziałów w firmie Winchester. Jej sposób bycia sugeruje iż jest kobietą niespełna rozumu. O zbadaniu rzeczywistej sytuacji stanu psychicznego dziedziczki fortuny oraz wydanie orzeczenia poproszony zostaje doktor Eric Price (Jason Clarke), który przybywa do posiadłości Sary Winchester (Helen Mirren) na zlecenie udziałowców firmy, skuszony sporą ilością gotówki, jaką mu za swoje usługi zaoferowano. Na miejscu jego trzeźwe, pragmatyczne spojrzenie na rzeczywistość zostanie poddane próbie.

Zmierzy się on bowiem nie tylko z duchami, które opanowały przepastne domostwo, ale i z demonem swojej przeszłości, co sprytnie zostało w fabułę wplecione. Udało się bowiem uchwycić różnice między realistycznym, trzeźwym (mimo nadużywania środków niedozwolonych) umysłem psychiatry- człowieka nauki, a eteryczną i empatyczną, posiadającą paranormalne zdolności spadkobierczynią rodziny Winchester. Zderzenie dwóch odmiennych osobowości jest tu rodzajem wyzwolenia i oczyszczenia, Erica, który godzi się ze stratą żony, dopuszczając jednocześnie do głosu swoje do tej pory skrywane, a wyzwolone przez tragiczne wydarzenie, drugie ja i Sary, dla której rodzina i jej bezpieczeństwo jest czymś najważniejszym w życiu. Godząc się na wejrzenie w jej życie i zbadanie stanu umysłu, wdowa Winchester staje się nie tylko pacjentką, ale i duchowym przewodnikiem Price’a.

Winchester. Dom duchów to zatem nie tylko filmowe straszydło, ale i produkcja z pewnym przesłaniem, której zabrakło kilku elementów, by stać się horrorem godnym przerażających zapowiedzi jakimi nas raczono. Klimat grozy jest tu typowy dla tego gatunku, a opiera się głównie na jump scare’nach, w których co rusz pojawiają się upiorne duchy, czy też mroczne migawki i wstawki filmowe. Nie zabrakło też innych, klasycznych elementów, bez których żadne szanujące się straszydło nie może istnieć, skrzypiących schodów, otwierających się samoistnie drzwi i szaf czy wędrowania samotnie do ciemnej piwnicy, z której dochodzi skądinąd przerażający dźwięk.

Sama klasyka, problem w tym, że ujęcia te są, jak się zapewne domyślacie bardzo przewidywalne. Miłośnik horrorów z pewnością się ich nie wystraszy, bo dobrze je zna, zaś sporadycznie oglądający takowe produkcje widz szybko się ze swoim strachem oswoi. Mam wrażenie, że reżyserom bardziej zależało na przedstawieniu duchowego aspektu winy i kary, niźli na straszeniu.

Nie spodziewajcie się zatem wszechobecnego strachu, a raczej nastawcie się na stale utrzymujący się stan niepokoju, który budowany jest nie tylko przez wspomniane upiorne sceny, ale i poprzez sam wygląd posiadłości, jej styl, ciągłe zmiany, zabite deskami drzwi, pewien stan zawieszenia między światem tu i teraz, a duchowością.

Klimat z filmu próbują także wykrzesać aktorzy, którzy dwoją się i troją, by gęstą atmosferę jeszcze bardziej zagęścić. Na plan pierwszy wysuwa się oczywiście Helen Mirren (1923, Książę, Golda). Zagrana przez nią postać Sary Winchester jest jednocześnie tajemnicza (czarny woal, żałobny strój i duży intelekt), surowa, zdeterminowana i szalenie wrażliwa. Jej wiara, że zdoła uwolnić rodzinę od klątwy jest tak wielka i taka autentyczna, że przyjmujemy ją za fakt niezaprzeczalny.

Jest też dobry w swojej roli Jason Clarke (Oppenheimer, Diabeł wcielony, Smętarz dla zwierzaków), który z niezłym skutkiem próbuje przybliżyć widzom postać okaleczonego przez los doktora psychiatry, Erica Price’a, który topi swe smutki w alkoholu, narkotykach i ramionach prostytutek. Jego powrót zza grobu po klinicznej śmierci jakiej doznał, jest zderzeniem tego co rzeczywiste z tym co na wiarę przyjąć się nie da. Trzeba tu zaznaczyć, że walkę z samym sobą aktor pokazał nam w sposób bardzo wiarygodny, dlatego postać Erica staje się nam bardzo bliska i autentyczna.

Winchester. Dom duchów, to typowy przedstawiciel gatunku horrorów, w którym twórcy pragną przybliżyć postać kobiety zmagającej się z własnym przeznaczeniem, próbującą odpokutować za przeszłość. Film nie wystraszy Was za bardzo, nie zachwyci pięknymi widokami, ani nie powali fabularnie. Da jednak odczuć dreszczyk emocji typowy dla gotyckich horrorów, niosąc jednocześnie klasyczne przesłanie, które mówi: „Zło dobrem zwyciężaj”. 

Moja ocena 6/10.

Film obecnie można obejrzeć na Prime Video w opcji wypożyczenia. 

Loco Motive - recenzja. Przygodowych gier czar wiecznie żywy!

Loco Motive - recenzja. Przygodowych gier czar wiecznie żywy!

 

Serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji przygodowej gry point-and-click, w retro graficznym stylu, kryminalnej komedii rozgrywającej się w szalonych latach 30-tych ubiegłego wieku. Dowiedźcie się co myślę o Loco Motive

Z grami przygodowymi, bądź jak kto woli przygodówkami, których śmierć wróży się od bardzo, bardzo dawna, jest tak, że wciąż starają się utrzymać przy życiu, mniej lub bardziej udolnie. Spora ich część czerpie z klasyki przygodówek garściami, wcale się przed tym nie kryjąc, i robi to w tak uroczy i tak klasycznie przygodowy sposób, że nie ma możliwości tego nie chwalić. Studiem, które wiedziało co zaczerpnąć z klasyki i co dodać, by gra stała się wartościowym projektem jest niezależne Robust Games, które wraz z wydawcą Chusklefish pod koniec listopada oddało w ręce graczy Loco Motive. Miałam przyjemność zrecenzować grę dzięki uprzejmości GOG, za co serdecznie dziękuję. 

Warto również przeczytać:

Fabuła, coś co napędza grę, także przygodową

Przygodówka, szczególnie ta fabularna, czyli nie tylko skupiona na zagadkach i logice, opiera się na fabule, która niesie opowieść i sprawia, że gra jest zwyczajnie ciekawa, no i chce się w nią grać. A oto przecież jej autorom chodzi. Twórcy Loco Motive odrobili lekcję i wykorzystali fabularny potencjał, zanurzając graczy zarówno w kryminalną, jak i komediową opowieść, opowiedzianą z perspektywy trzech, skrajnie różnych bohaterów, w formie opowiadania, swoistej retrospekcji. Przeniesienie historii w jakże barwne i bardzo charakterystyczne lata 30-te ubiegłego wieku, i postawienie na śledztwo prowadzone przez trzy postaci niezależne, to strzał w fabularną dziesiątkę.

Historia rozpoczyna się, jak już wspomniałam w szalonych latach trzydziestych, na pokładzie parowego pociągu Reuss Express, którego właścicielką jest należąca do bardzo bogatej, i bardzo wpływowej rodziny Lady Unterwald. Pociąg jest pojazdem bardzo ekskluzywnym, z wszelkimi wygodami i atrakcjami, a podróżują nim bliscy i znajomi starszej pani, która na jego pokładzie ma odczytać swoją ostatnią wolę, swój testament.

Problem w tym, że podczas przemowy i oczekiwanego przez pasażerów odczytu, w momencie wjazdu pociągu do ciemnego tunelu, bogata dziedziczka została zasztyletowana. Najgorsze jest to, że ostatnia wola denatki znika w niewyjaśnionych okolicznościach, co budzi niepokój zebranych w pociągu, potencjalnych spadkobierców.

Podejrzenia padają od razu na jej prywatnego prawnika Arthura Arkhemana, który zostaje zatrzymany i poddany przesłuchaniu. My zaś wspomnianymi wracamy do rozgrywających się w pociągu wydarzeń, śledząc je, jak już wspomniałam z perspektywy trzech bohaterów, cofając się w czasie, poznając opowieść od przysłowiowego końca.

Śledztwo jakie gracz prowadzi przejmując kontrolę nad różnymi bohaterami wiedzie nas drogą wymienionego już Arthura Arkhemana, młodego prawnika, z zamiłowaniem do papierkowej roboty. Prowadzimy dochodzenie wcielając się także w pisarza kryminalnego Hermana, który stara się wmówić wszystkim, i samemu sobie, że jest świetnym detektywem. Poznajemy bieg wydarzeń oczami agentki specjalnej, szpiega w spódnicy, niejakiej Diany Osterhagen. 

Opowieść zgłębiamy trojako, jednocześnie prowadzeni narratorem w postaci denatki, Lady Unterwald, która pragnie dowiedzieć się kto ją zabił. A podejrzanych dokonania mordu jest wielu, gdyż każda naszkicowana w mniej lub bardziej dosadny sposób postać gry, ma powód, by załapać się na miliony Unterwaldów. Poznawania fabuły i jej składowych elementów staje się wielką przyjemnością i zarazem przywilejem, na który musimy zapracować sami, poprzez mierzenie się z zagadkami, poprzez dochodzenie, przed dociekliwość i nasze przygodowe zaangażowanie w grę, o bardzo klasyczny stylu "wskaż i kliknij". 

Klasyka, która wie jak czarować graczy

Loco Motive to gra w klasycznym stylu, jaki kochają miłośnicy przygodówek. Obsługujemy ją myszą, choć twórcy przewidzieli także możliwość sterowania postaciami za pomocą kontrolera. Obsługa gry odbywa się w sposób prosty i intuicyjny, bez dodatkowych utrudnień i interfejsowych komplikacji. Jest zwyczajnie prosto i klasycznie.

Tradycyjnie gracz wyposażony jest w ekwipunek, do którego trafia naprawdę sporo przedmiotów, na tyle dużo, że listę zebranych rzeczy musimy w pewnym momencie rozgrywki przesuwać za pomocą wbudowanego wskaźnika. Zebrane klamoty można ze sobą łączyć, i będziemy robić to dość często, ale można także rozbierać. Każdy przedmiot zostanie przez postać, w którą się wcielamy obejrzany i odpowiednio skomentowany.

Muszę przy okazji wspomnieć, że w zależności od postaci, w jaką się wcielamy, ikona inwentarza, znajdująca się w lewym, dolnym rogu wygląda nieco inaczej. Inne także są przedmioty, które dany protagonista wykorzysta.

Trzeba także nadmienić, że gra podzielona na siedem, w miarę długich rozdziałów przewiduje także współpracę między bohaterami, która sprawia, że zebrane do tej pory rzeczy wędrują między postaciami, i oczywiście ich kieszeniami, czyli przygodowymi inwentarzami. 

Tytuł oferuje podświetlanie interaktywnych przedmiotów, aktywowane, tym razem nie za pomocą "spacji" do czego przyzwyczaiła nas większość gier, a przycisku "Tab", oczywiście, gdy gramy myszą, bo na niej skupiam się w recenzji. Używanie takiej formy pomocy jest w omawianej przeze mnie przygodówce dość ważne, gdyż przedmiotów do zebrania znajdziemy tu sporo, a barwność, szczegółowość i przedmiotowa obfitość gry, znalezienie danej rzeczy mogłaby utrudnić. 

Kierowanie postaciami jest bardzo proste, bezproblemowe, a brak mapy i dwukliku, który powoduje szybkie przemieszczanie się, rekompensuje bieg. Każda z postaci, którą w owej przygodzie przyjdzie nam kierować potrafi biegać, i robi to bardzo szybko. 

Retro piksele i zabawa formą

Recenzowany przeze mnie projekt to rodzaj grafiki za którą, nie będę kryć, nie przepadam, czyli pikseloza, w najczystszej postaci. Na szczęście nie aż taka, by nie móc znaleźć przedmiotu, czy nie dostrzec rozmywającej się z tłem postaci. Retro grafika w przypadku Loco Motive jest przyjemna dla oka, bardzo barwna i bardzo retro, pasująca do lat w jakich owa gra się toczy.

Rozmyte i niewyraźne tła, pikselowe postaci są tu bardzo wyraźne, czytelne i niemal namacalne, także w animacjach, których w grze nie brakuje. Feeria kolorów i blichtr luksusowego pociągu daje się odczuć i zauważyć, sprawiając, że komediowy wymiar gry w stylu klasycznego kryminału, jest mocno wyczuwalny.

Pikseloza przełamana jest nieco bardziej klasycznie rysunkowym ekwipunkiem, w którym każda z zebranych rzeczy jest mniej retro, a bardziej kreskówkowa, co bardzo mi się w tej grze podoba. Choć całość, niemal, rozgrywa się na pokładzie pociągu, sama gra, poprzez to, że wiele się tu dzieje, także graficznie, nie jest klaustrofobiczna i i teksturowo nudna, o czym już wspominałam przy okazji moich wrażeń z jej wersji demo

Zagadki, nad którymi przyjdzie pomyśleć

O nudzie, w przypadku Loco Motive zdecydowanie nie można mówić. Twórcy postarali się, by gra była spójna fabularnie, by historia mogła się przenikać i łączyć poprzez sprawnie nakreślone wydarzenia, śledzone w różnym czasie, różnymi bohaterami.

Wspomniałam, że przyjdzie nam w niej współpracować między aż trzema postaciami, co w jednym z siedmiu rozdziałów staje się kluczowym zadaniem. Większość jednak rozgrywki sterujemy jednym z trzech protagonistów, radząc sobie z zagadkami przedmiotowymi, z lekko logicznymi, a także z dialogowymi.

Trzy czwarte zadaniowości w grze koncentruje się na typowych zagadkach przedmiotowych, w którym daną rzecz należy zebrać, po czym umieścić ją w odpowiednim miejscu, a czasami nawet z czymś połączyć. Nie są to jednak zadania banalnie proste. Skoro gra, jak już nadmieniłam na początku czerpie garściami z klasyki przygodowej, i skupia się na rozgrywce bardziej komediowej, niż kryminalnej, sposób poradzenia sobie z "przedmiotowym problemem" może czasami być zaskakujący, i nie oczywisty, przynajmniej zanim go nie rozwiążemy. Często musimy myśleć niesztampowo, stawiając na szalone rozwiązania, i przedziwne kombinowanie z przedmiotami. 

Na szczęście twórcy mieli świadomość pracując nad grą, że pragną się z nią podzielić nie tylko z zagorzałymi fanami przygodówek, ale i początkującymi w tym gatunku graczami, którzy stawiają bardziej na płynną fabułę, a nie żmudne kombinowanie nad zagadkami, na klikanie wszystkim na wszystko. Dlatego też w grę wbudowany został ciekawy system podpowiedzi. 

Otóż w pociągu znajdziemy telefon, który łączy nas z informacją, rodzajem bazy, w której po próbnym nagraniu właścicielki pociągu, połączyć możemy się z mężczyzną, którego poprosimy o podpowiedź w danej zagadce. Gdy utniemy skorzystanie z takiej, wieloetapowej podpowiedzi stanie się dla nas ratunkiem przed utknięciem w grze na dłużej niżbyśmy chcieli.

Loco Motive oferuje także kilka prawie logicznych zagadek, dotyczących na przykład otwarcia sejfu, ale także zadania dialogowe, w których musimy wybrać odpowiednie opcje naszej pogawędki. Gadaniny jest tu sporo, ale większość ścieżki rozmów staje się niezbędna dla popchnięcia fabuły do przodu.

Jednocześnie rozmowy mają nie tylko wielkie znaczenie dla wątku fabularnego, ale są przepełnione humorem, w który opisywana przeze mnie gra aż tryska. Znajdziemy w niej żart nie tylko dialogowy, ale także sytuacyjny, związany z niezwykle barwnymi i charakternymi postaciami. I mam na myśli nie tylko growych protagonistów, ale i postaci poboczne. 

Rozgrywka miła dla ucha, choć mocno niezależna 

Loco Motive jest grą niezależną, ale dostępną z pełnym angielskim dubbingiem. Wersji głosowej nie powstydziłyby się tu znacznie bardziej budżetowe gry. Każda postać, a muszę tu zaznaczyć, kilka z nich obsługuje jeden głosowy aktor, którego z pewnością słyszeliśmy już w innych przygodowym projekcie, jest zagrania doskonale. Odpowiednia modulacja głosu i jego tembr dobrany do danej postaci sprawiają, że osoby, które w grze poznajmy stają się autentyczne, bardzo ludzkie i bardzo na miejscu.

Jeśli troszkę miałabym się do czegoś dubbingowo przyczepić, to do postaci Hermana, detektywa pisarza, bądź pisarza/detektywa, który dla mnie za dużo wrzeszczał i był zbyt hałaśliwy. Jest to tylko moje subiektywne odczucie, gdyż osobiście nie lubię wrzeszczącej gadaniny i takiej formy dialogu. Rozumiem jednak, że aktor wcielający się w postać pana Mermana chciał zarysować jego nieco buńczuczną i samochwalczą osobowość. 

W Loco Motive, co niestety nie jest już niczym dziwnym, nie zagramy po polsku. Gra posiada jedynie wspomnianą już przeze mnie pełną angielską wersję oraz niemieckie dialogi. Brak wersji PL spowodowany jest zapewne niskim budżetem gierki niezależnej, której cenę sprzedażową na szczęście nie wywindowano zbyt mocno w górę. Mam nadzieję, że za jakiś czas doczekamy się choćby jej nieoficjalnego spolszczenia, co zachęciło by do gry Rodaków, którzy w przygodę po angielsku grać nie chcą, albo nie mogą. 

Loco Motive, gra warta świeczki, czyli podsumowanie recenzji

Nadszedł czas podsumowania mojego przydługiego tekstu, który, muszę przyznać, pisało mi się z wielką przyjemnością, gdyż sama gierka jest zwyczajnie przyjemna i bardzo wciągająca. Loco Motive ma nie tylko przemyślany, i nawet zabawny tytuł, który zgrabnie nawiązuje do fabuły, ale to także gra z przemyślaną, wartką i sprawnie poprowadzoną akcję.

Opowieść jaką podzielili się jej autorzy, czyli niezależne Robust Games, jest zabawna, klarowana i przede wszystkim ma sens, i całkiem zgrabne zakończenie. Komediowy kryminał śledzony oczami różnych, ale jakże sympatycznych bohaterów, przyjemnie jest odkrywać, stając się śledczym w przeróżny, bardzo indywidualny i perspektywiczny sposób.

Pomysłowe, i wcale nie łatwe przedmiotowe zagadki, trochę zadań logicznych, mnóstwo humoru dialogowego i sytuacyjnego, świetna angielska wersja językowa, dobra ścieżka dźwiękowa i miła dla oka, pikselowa, ale wyraźna i bardzo barwna grafika. Tym może się gra pochwalić. 

Loco Motive broni się pomysłem na siebie, który twórcom udało się wykorzystać i spożytkować na tyle dobrze, że kilka ładnych godzin spędzonych na grze zdecydowanie nie można zaliczyć do straconych. Wręcz przeciwnie, to godna polecenia przygodówka, w którą zdecydowanie warto zagrać.

Moja ocena 9/10.

Zalety:

  • Niezwykle wciągająca fabuła;
  • Ciekawe, charakterne postaci, nie tylko pierwszoplanowe;
  • Humor dialogowy i sytuacyjny;
  • Wcale nie łatwe zagadki przedmiotowe;
  • Możliwość grania trzema postaciami;
  • Współpraca między postaciami;
  • Miła dla oka grafika (choć nie przepadam za pikselozą);
  • Mocno zarysowany klimat lat 30-tych ubiegłego wieku;
  • Dobry angielski dubbing;
  • Miła dla oka ścieżka dźwiękowa;
  • Grywalność

Wady:

  • Brak polskiej wersji językowej

Serdecznie dziękuję GOG za udostępnienie gry do recenzji.

Grałam w w wersję na platformę GOG

poniedziałek, 16 grudnia 2024

Old - recenzja. Horror na niby, absurdalna wariacja na temat starości i czasu

Old - recenzja. Horror na niby, absurdalna wariacja na temat starości i czasu

Old, recenzja niby horroru dramatycznego, absurdalnej wariacji na temat starości i czasu. Oto co myślę o filmie M. Night Shyamalana? Czy warto obejrzeć?

Każda istota zestarzeje się prędzej niż później. Od tego nie ma odwołania, bo czas nie stoi w miejscu i systematycznie, dzień po dniu biegnie do przodu. Jeśli jesteśmy młodzi to do starości nam bardzo daleko, nawet o niej nie myślimy. Ale co jeśli starość przychodzi zbyt szybko? Co, jeśli na przeżycie większości swego życia mamy zaledwie dobę? Dobrze wiemy, że jest to niemożliwe. Ale nie w filmach, nie w świecie kina, które zabiera nas w takie podróże fabularne, jakie się twórcom zamarzą, a nam nie śniło.

Warto przeczytać:

W takie science-fiction, ale w klimacie grozy, zabrał nas w 2021 roku M. Night Shyamalan, reżyser i scenarzysta, który ma na swoim koncie niezwykle pochlebnie przyjęty Szósty zmysł, dobre ocenia serial Servant od Apple TV+ czy horror Pukając do drzwi, który można obecnie obejrzeć na Prime Video. W Old, bo mowa o tym filmie, kolejnej opowieści grozy, od tegoż tego lubiącego nas straszyć filmowca, przenosimy się w ciepłe, letnie klimaty, do pewnego gwiazdkowego kurortu. Tym razem  Shyamalan zechciał nam opowiedzieć dość surrealistyczną, czasami wręcz absurdalną historię, która pomimo widocznych braków, ogląda się w miarę przyjemnie, ale… Jakie ale mam do owego filmowego dzieła, które obecnie obejrzeć można na Apple TV+? O tym w mojej recenzji, do której serdecznie zapraszam.

Historia, jak wspominałam przenosi nas w okres wakacyjny, do pewnego ekskluzywnego ośrodka, w którym na powitanie goście dostają dedykowane im drinki, a obsługa dwoi się i troi, by zapewnić swoim wczasowiczom jak najlepsze warunki. Wybranym turystom szef kurortu proponuje pewnego dnia wyjazd na zamkniętą plażę położoną w malowniczym wąwozie. Plaża, o której wie niewielu, jest miejscem jedynie dla wybranych, więc zaproszeni na nią goście czują się mocno wyróżnieni.

Wśród tych osób jest małżeństwo z problemami, Gay i Prisca, u której zdiagnozowano guza, z dwójką swoich dzieci, lekarz Charles z żoną Chrystal, córką oraz matką, a także para Patricia, borykająca się z padaczką i jej mąż Jarin. Miejsce wydaje się idylliczne, ale jedynie do czasu, kiedy to jeden z nich, w tym wypadku sześcioletni chłopiec odnajduje w wodzie ciało. Wtedy już wydarzenia toczą się w zaskakującym kierunku. Okazuje się bowiem, że z plaży nie da się wrócić. Miejsce nie tylko staje się dla nich pułapką, ale wywołuje u niektórych z nich zmiany w psychice. Ale to nie wszystko. Sytuacja staje się przerażająca, gdy okazuje się, że ustronna plaża w jakiś sposób oddziałuje na ich ciała, tak że starzeją się w zastraszającym tempie. Wkrótce dzieci są już dorosłe, starsi ludzie zaczynają chorować i umierają. Czas na plaży biegnie przedziwnie szybko. Pół godziny to okres odpowiadający pięciu latom. Bohaterowie wiedzą zatem, że pozostał im czas jedynie do zachodu słońca. Podejmowanie prób wydostania się ze śmiertelnej pułapki, kończy się, dla większości z nich w jeden jedyny sposób… śmiercią. 

Tak z grubsza przedstawia się fabuła Old, którego wielkim problemem jest bardzo nierówno tocząca się akcja, która z czasem spada poziomem zainteresowania prawie do zera. Klimat tajemnicy i zagadkowości, tak istotny w produkcjach grozy, w połowie filmu nagle pryska jak bańka mydlana. Póki jesteśmy trzymani w zagadkowości, a tajemnica tego miejsca i dziwnych wpływów plaży na turystów, nie jest nad prezentowana, możemy czuć niepokój, a nawet lekki strach. Ale czy możemy naprawdę się bać? Nie, bo Old w żadnym razie nie można nazwać horrorem, a raczej dramatem w klimacie thrillera, który momentami zahacza także o elementy czarnej komedii, a w wielu przypadkach o filmowy absurd.

Reżyser i zarazem scenarzysta Old postanowił bowiem zabawić się formą, bawiąc się także z widzami wariacją na temat starości, związków międzyludzkich, uczuć, albo ich braku. Chcemy czy nie w filmie mamy do czynienia z problemami natury psychologicznej, co poziom strachu wyraźnie spłaszcza. Jednocześnie sytuacja z czasem staje się tak absurdalna, ale i karykaturalna, że można się zastanawiać, czy aby nie oglądamy czarnej komedii, alko komediowego horroru. 

Na dokładkę, trochę z racji na szybko upływający czas, i zmianę kilkuletnich dzieciaków, w dorosłe osoby, w czasie zaledwie kilku godzin, jesteśmy świadkami, a wręcz musimy znosić banalne, proste do bólu dialogi. Mogę przedziwne rozmowy zrozumieć, jeśli chodzi o dzieciaki, które nagle dorosły. Są to przecież dojrzałe osoby o mentalności dziecka, a przynajmniej takie były jeszcze rano. Ale czemu głupio gadają także ci dorośli? Tego pojąć nie zdołałam. 

W filmie Old mamy naprawdę dobrą, międzynarodową obsadę aktorską, która niestety nie mogła się w swoich kreacjach postaciowych rozwinąć. A to z tego względu, że fabuła jest banalnie absurdalna, a każdy bohater równie banalnie surrealistycznie śmieszny. Przepraszam, że to powiem, im nie można współczuć. Można tylko kibicować czekając na ich rychły koniec. W pewnym momencie liczymy, że to nastąpi szybko. Czemu postaci są takie nijakie? I czemu każdy z turystów na tej dziwnej plaży zachowuje się równie dziecinnie, jak dzieciaki, które były nimi tego dnia jedynie przez kilka godzin? Nie wiemy? I nie wiem czy większość z was w ogóle chce to wiedzieć. Można tylko sądzić, że dzieje się tak z braku pomysłu na poprowadzenie opowieści po tym, jak już wszystkie karty zostały w niej odkryte. 

Żeby widza jeszcze mocniej dobić, M. Night Shyamalan zaproponował jedno z najgorszych zakończeń, jakie mogło w tym filmie nastąpić. Zagadka wyspy, i skał, które tak dziwnie wpływają na ludzi, nagle wydaje się jedynie prozaicznym dodatkiem. Wraz ze śmiercią prawie wszystkich uczestników eskapady na zamkniętą, tajemniczą plażę, powinniśmy doświadczyć zakończenia niby-horroru. A tymczasem twórca przewidział zakończenie w zakończeniu, które, hmm… jest równie mocno oderwane od rzeczywistości, jak absurdalna jest fabuła. 

Podsumowując nie jest to najlepsze dzieło  Shyamalan, na które chciałam pójść do kina, a które w końcu obejrzałam w streamingu. Cieszę się, że nie wydałam pieniędzy na kino, bo poczułambym nie tylko niesmak po seansie, jak i finansowe braki. Old to nie jest horror, a raczej thriller do końca zły. To raczej przeciętniak, który chciał być czymś odkrywczym, czymś świeżym fabularnie. Tymczasem był ciekawy do mniej więcej połowy, by po tym czasie stać się dziwaczną mieszanką absurdu, tandetności i nijakości, z zakończeniem, o którym nie warto wspominać.  

Moja ocena 5/10.

Film Old miał swoją polską premierę w kinach 30 lipca 2021 roku.  Obecnie jest możliwy do obejrzenia na Apple TV+ oraz na Prima Video w opcji wypożyczenia. 

Max nowości 16-31 grudnia. Na liście między innymi dwie części Cichego miejsca

Max nowości 16-31 grudnia. Na liście między innymi dwie części Cichego miejsca

 

Zdjęcie: Warner Bros. Discovery

Platforma Max podzieliła się dziś zestawem tytułów jakie zadebiutują w serwisie jeszcze w grudniu, w drugiej połowie miesiąca. Na liście polska produkcja oryginalna, gorące hity, tytuły familijne, ale i znana seria horrorów. 

Na blogu dzieliłam się z Wami już zestawem premier platformy Max jakie zaoferował serwis w pierwszej połowie ostatniego miesiąca roku, w dniach 1-15 grudnia. Przyszedł czas na zestaw nowości jakie udostępnione zostaną na platformie w ciągu najbliższych dni, w drugiej połowie grudnia. Oto pełna lista tytułów, filmów i seriali!

Może zainteresuje Cię także:

Druga połowa grudnia na platformie Max to premierę nowości, w tym polskiej produkcji Max Original, Lady Love. Serial z Anną Szymańczyk w roli głównej. W serialu wkroczymy do świata branży dla dorosłych, w szalone lata 80-te. Na platformie nie zabraknie także filmowych hitów. W serwisie będzie można zobaczyć dwie części znanego akcyjniaka - Top Gun i Top Gun: Maverick. Swoją premierę będzie mieć produkcje familijne, polski film Za duży na bajki, Psi Patrol: Film, świąteczna komedia Wigilia w Miller's Point, kolejna odsłona specjalnego programu komediowego Rose Matafeo, a także dwie części znanego cyklu grozy - Ciche miejsce i Ciche miejsce 2.

Lista tytułów 16-31 grudnia na Max

16 grudnia 

  • Ant Anstead: Born Mechanic, odc. 1 

17 grudnia  

  • Cabin In The Woods, odc. 1 

18 grudnia

  • Late Night Lockup II, odc 1-12 
  • Lomu: The Lost Tapes 

19 grudnia 

  • Starzy przyjaciele, odc. 1 
  • Pokojówka na Manhattanie 
  • Rocketman 
  • Rose Matafeo: I tak w kółko 

20 grudnia  

  • Lady Love, odc. 1-2 
  • Waleria wychodzi za mąż  
  • Taksówkarz  
  • Pierwszy człowiek      
  • Juror #2 
  • Obóz teatralny 
  • Joika  
  • Top Gun: Maverick 
  • Top Gun 

21 grudnia 

  • Psi patrol: Film 
  • Za duży na bajki 2 

22 grudnia  

  • Before They Kill Again, odc. 1-6  

24 grudnia 

  • Wigilia w Miller's Point 

25 grudnia  

  • Autentyczni, odc. 5 

26 grudnia  

  • Chappie 
  • Magnolia  

27 grudnia 

  • Kix  
  • Skandalista Larry Flynt 
  • Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata 
  • Za rok o tej porze 
  • Przywiązanie 
  • Good bye, Lenin 
  • Ciche miejsce 
  • Ciche miejsce 2 
  • Latanie dla początkujących 
  • Przyznaj się, Fletch 

29 grudnia 

  • Building Off The Grid XII, odc, 1-10  

31 grudnia  

  • Dieselmania I, odc. 1-8  
  • Dieselmania II, odc. 1-11  
  • Dieselmania III, odc 1-12 
  • Dieselmania IV, odc 1-9  
  • Dieselmania V, odc. 1-8  
  • Dieselmania VI, odc. 1-7 
  • Dieselmania VII, odc 1-11  
  • Dieselmania VIII, odc. 1-10  
Źródło: Warner Bros. Discovery