czwartek, 31 października 2024

Curse of the Witch’s Doll - recenzja. Uboga wersja Laleczki Chucky

Curse of the Witch’s Doll - recenzja. Uboga wersja Laleczki Chucky

Curse of the Witch’s Doll, niskobudżetowa opowieść w klimacie grozy, będąca ubogą wersję cyklu Laleczka Chucky. Zapraszam do recenzji! 

Nawiedzona lalka. Znacie ten motyw w filmie? Oczywiście, że tak, musicie znać! Na stałe do kinematografii i historii horroru wpisała się seria Laleczka Chucky, groza o zabawce, która nawiedzona przez sadystycznego mordercę pozbawiała życia, niejednokrotnie w sposób bardzo okrutny. Lalki straszyły widzów także między innymi w Magic, Dolls, Puppet Master, czy w serii Annabelle

Może zainteresuje Cię także: 

Bardzo zła zabawka powraca po raz kolejny, tym razem w horrorze zatytułowanym Curse of the Witch’s Doll, w reżyserii Lawrence’a Fowlera, który jest również autorem scenariusza. Produkcja jest filmem nisko budżetowym, powstałym z pasji tworzenia, którą ja sama niezwykle sobie cenię. Dlatego też w owym tekście postaram się spojrzeć na „dziecko” Fowlera nieco łagodniej, bo mimo dużego potencjału, produkcja nie ustrzegła się wielu niedociągnięć i braków. 

Anglia rok 1942. Młoda matka, Adeline Gray, wraz z nastoletnią córką imieniem Chloe na skutek działań wojennych traci dom. Szukając nowego, bezpiecznego schronienia dla siebie i córki,  trafia do dworku położonego w lesie, własności niejakiego Arthura, który pozwala jej tu mieszkać,  zupełnie za darmo. Domostwo jest wielkie, chłodne i zdaje się ukrywać jakąś tajemnicę. Sytuacja rodziny Gray dramatycznie się zmienia, gdy podczas zabawy w lesie,  w niewyjaśnionych okolicznościach, prawie na oczach matki,  Chloe znika. Wkrótce potem paranormalne  zjawiska, które zaczynają się dziać wokół naszej bohaterki, każą jej sądzić, że córka została porwana przez wiedźmę ukrywającą się w ohydnej, małej lalce. Zrozpaczona matka gotowa jest zrobić wszystko, by wyrwać pierworodną z rąk mściwej czarownicy.

Zdjęcie: kadr ze zwiastuna

Curse of the Witch’s Doll jest zbudowany bardzo prosto i jakby od linijki, jak poprawnie napisany tekst, który ma początek, rozwinięcie i wymuszony koniec, który jest, bo tak trzeba. Śledząc fabułę można odnieść wrażenie, że reżyser chciał wpleść do filmu element zaskoczenia, próbując nieco zamieszać w głowie i oprócz straszenie (nie ma tego za wiele), wpakował do niego nieco kryminału i thrillera, przy czym ta mniej horrorowa część jest według mnie w filmie bardziej wartościowa. Podzielono fabułę, podzielono również zazębiające się w jednej produkcji gatunki filmowe. Pierwsza część to przewaga horroru, druga zaś, to klasyczny kryminał z domieszką thrillera. Takie mieszanie gatunkowe nie jest oczywiście niczym dziwnym, ale w przypadku Curse of the Witch’s Doll żaden ten element nie jest do końca wiodący i ani jeden  nie zaskakuje, ani nie straszy. Jest po prostu przeciętnie. Szkoda, bo potencjał był.

Najmocniejszą stroną filmu jest chyba jego scenariusz, który nie uniknął oczywiście błędów, ale potrafi zaciekawić i to na nim trzeba się skupić, wyróżniając go jako pozytyw tej „horroro” podobnej produkcji. Twórca postarał się przekazać widzowi niejednorodną historię, sygnalizując tym samym, że jego twór nie jest typowym straszakiem, ale nieść ma ze sobą ukryte przesłanie, koncentrując się nie tyle na samym straszeniu widza, co na psychologicznym aspekcie życia. Problem w tym, że pewne wątki są jedyni muśnięte, tylko lekko zarysowane, a trzeba by było nam tego pokazać dużo więcej. Żałuję, że nie rozwinięto historii wiedźmy, o której wiemy niewiele, żeby nie powiedzieć prawie nic.

Zdjęcie: kadr ze zwiastuna

Jestem osobą, która w swoim życiu obejrzała mnóstwo horrorów i niestety z każdym kolejnym staje się bardziej wymagająca i mniej wrażliwa na wyskakująca zza rogu straszaki, jeśli takowe w ogóle występują. Niestety nie spodziewajcie się tego po Curse of the Witch’s Doll. Co tu dużo mówić, ten film wcale nie jest straszny, no chyba, że jesteście w stanie przerazić się brzydką lalką z wyszczerzonymi zębiskami, która skądinąd nie tylko wygląda sztucznie, ale i sztucznie się porusza. Żeby wystraszyć wymagającego widza, nie wystarczy powolne obracanie się głowy upiornej porcelanowej lalki, czy też też statyczne sceny, w których  wstaje z podłogi. To zwyczajnie za mało. Może gdyby pojawiała się znienacka lub wyskakiwała zza rogu, to byłby to jakiś zastrzyk emocji. Jeszcze gorzej wypadają momenty, w których nasza nawiedzona zabawka wstaje, czy też przemieszcza się po wielkim domostwie. W ten sposób twórca nie wystraszy nikogo, a już na pewno nie osobę, która obejrzała nie jeden film grozy w swoim życiu i bardzo je sobie ceni. Niestety w tym miejscu wyraźnie widać braki budżetowe, które przekładają się na jakoś produkcji grozy.

Finansowe niedociągnięcia  widać także w wielu innych aspektach, między innymi w niskiej jakości udźwiękowienia produkcji, przeciętnych ujęciach i kadrach, w nie najlepszych zdjęciach.

Zdjęcie: kadr ze zwiastuna

Curse of the Witch’s Doll to przeciętniak, w którym rzecz jasna nie znajdziemy gwiazd światowego kina, co niestety słychać. Brak emocji, to największa bolączka aktorstwa, przy czym najgorzej wypada Adeline Gray grana przez Helen Crevel. Po kobiecie, która w dramatycznych i niewyjaśnionych okolicznościach straciła dziecko, które najprawdopodobniej więzione jest przez przerażającą i zdolną do wszystkiego wiedźmę, należałoby się spodziewać dramaturgii w głosie, nawet paniki, czy choćby rozpaczy, ale jej nie ma. Wiele kwestii wypowiadanych jest przez aktorkę bez najmniejszego drżenia głosu, tak jakby mówiła o obcej osobie, a nie o swojej ukochanej córce. Równie słabe aktorstwo prezentuje Layla Watts, czyli filmowa Chloe. Oprócz nich w filmie zagrali jeszcze  Claire Carreno, Philip Ridout i Neil Hobbs, prezentując podobnie jak poprzednie postaci, raczej przeciętne aktorstwo.

Bardzo bym chciała napisać o Curse of the Witch’s Doll w samych superlatywach, ale zwyczajnie nie mogę, bo produkcja choć nie najgorsza (widziałam dużo gorsze), nie bardzo ma pomysł sama na siebie. Brakło sznytu, zbrakło być może funduszy, brakowało zapewne możliwości. Produkcja miesza wątki, nie straszy, nie zaskakuje. Jest jednak filmem powstałym z pasji tworzenia, z chęci zaistnienia, z marzeń, co niewątpliwie trzeba docenić.

Moja ocena 5/10.

Kod zła w listopadzie na Canal+ online

Kod zła w listopadzie na Canal+ online
Zdjęcie: Kard ze zwiastuna Kino Świat

Kod zła, uznana przez krytyków, doceniona przez widzów, przerażająca opowieść na pograniczu thrillera, horroru i kryminału, film z kolejną rolą Nicolasa Cage'a, w listopadzie będzie można obejrzeć na Canal+online. 

Kod zła, mroczna okultystyczna opowieść z zagadkową fabułą, trafiła do listopadowych premier na Canal+online. Film, który swoją premierę miał w kinach w lipcu tego roku, w listopadzie, dokładnie pod jego koniec będzie dostępny w opcji abonamentu na platformie Canal+ online. 

Warto przeczytać: 

Kod zła to historia młodej agentki FBI, Lee Harker, przydzielonej do pracy nad sprawą seryjnego mordercy, sprawy która nigdy nie została wyjaśniona. Niebawem śledztwo Lee przybiera nieoczekiwany kierunek. Wskazówki prowadzą agentkę do okultyzmu, i jak się wkrótce okazuje dziwnego powiązania jej i seryjnego zabójcy. 

W obsadzie: Maika Monroe (Watcher, The Stranger, Coś za mna chodzi) jako Lee Harker, Nicolas Cage (Renfield, Więźniowie Ghostland) w roli seryjnego mordercy. W pozostałych rolach: Alicia Witt, Blair Underwood, Dakota Daulby, Lisa Chandler, Rryla McIntosh, Erin Boyes, Vanessa Walsh, Charles Jarman, Michelle Cyr, Anita Wittenberg, Lauren Acala i Marlea Cleveland.

Reżyserem i autorem scenariusza do filmu jest Oz Perkins, mający na swoim koncie film I Am the Pretty Thing That Lives in the HouseLegalna blondynka czy Zło we mnie

Premiera filmu Kod zła na Canal+ online 24 listopada 2024 roku. 



ASYLUM z datą premiery. Po wielu latach przygodowy horror w końcu debiutuje!

ASYLUM z datą premiery. Po wielu latach przygodowy horror w końcu debiutuje!

 

Zdjęcie: kadr ze zwiastuna

Halloween to dobry moment na ogłoszenie daty premiery przygodowej gry grozy, na którą czekamy już dekadę. ASYLUM, gra od twórców Scratches już nie tylko zmierza do swojej premiery, ale ma konkretną jej datę, którą potwierdza premierowy zwiastun.

Wszyscy którzy czekali na wydanie ASYLUM, gry tworzonej przez wiele lat, mogą odnotować w swoich kalendarzach, że przygodowy horror rozgrywający się w zakładzie psychiatrycznym z mrocznymi tajemnicami zadebiutuje w marcu przyszłego roku. Senscape, studio odpowiedzialne za przygodową grę w klimacie grozy Scratches - Director's Cut i darmową przygodówkę Serena kilkadziesiąt minut temu ogłosiło datę premiery swego najnowszego projektu. Przy okazji pokazano intrygujący, premierowy zwiastun.

Warto przeczytać:

Przedwczoraj Internet obiegła wiadomość o powrocie Mony i Frodericka w kontynuacji przygodowej komedii o wampirzej śpiewaczce operowej, czyli grze A Vampyre Story: A Bat's Tale, a dziś pojawiła się kolejna dobra wiadomość, szczególnie dla tych graczy, który ASYLUM doczekać się nie mogli. 

O grze ASYLUM, o której jakiś czas temu zrobiło się głośniej niż zwykle, miałam okazję już na blogu wspominać. Przypomnę jedynie zatem, że akcja tej mrocznej przygodówki w klikacie grozy rozgrywa się w zakładzie psychiatrycznym, w Hanwell Mental Institute, którego tajemnice, poprzez interakcje z jego mieszkańcami, będziemy poznawać. Przyjdzie nam także zbierać wskazówki, poznawać sekretu, aż do, jak wspominają twórcy, szokującego zakończenia.

Gra inspirowana twórczością Lovecrafta, Petera Cushinga i Lucio Fulciego, przybliży nam w sposób bardzo realistyczny wspomniany szpital, stawiają będzie na mroczne środowiska, a także na zagadki. 

Twórcy informują w najnowszej aktualizacji, że na ten moment celowo ustawili tylko jedną wersję językową, jedną, angielską lokalizację gry. Nadal planują wydać swój tytuł z jak największą ilością języków. Nie wiedzą jednak, które będą dostępne w dniu premiery. Po cicho liczymy na wersję PL. 

ASYLUM zadebiutuje na Steam i GOG 6 marca 2025 roku.

Karta Steam

Karta GOG

środa, 30 października 2024

Secret Files: Tunguska - recenzja. Początek popularnej przygodowej serii

Secret Files: Tunguska - recenzja. Początek popularnej przygodowej serii

Secret Files: Tunguska, początek niezwykle popularnej, i bardzo znanej przygodowej serii. Kolejny tekst powiększył bibliotekę recenzji na blogu. 

Tunguska, niezamieszkałe obszary w syberyjskiej tajdze, w której w roku 1908 doszło do ogromnej eksplozji. Powaliła ona na ziemię mnóstwo drzew, na przestrzeni 40 kilometrów. Obraz owej straszliwej eksplozji widziany był w promieniu 650 kilometrów, zaś słyszany w promieniu 1000 kilometrów. Do tej pory, to co wydarzyło się w tym miejscu jest nierozwiązaną zagadką, która nurtuje i zaciekawia niejednego naukowca, ale także pobudza wyobraźnię pisarzy i twórców gier przygodowych. Tak też zdarzyło się w roku 2006, w którym to niemieckie studia Animation Arts, mające na swoim koncie Lost Horizon, Lost Horizon 2 oraz Secret Files 2: Puritas Cordis, Secret Files 3 oraz Secret Files: Sam Peters  i Deep Silver, wypuściły na rynek grę zatytułowaną „Secret Files: Tunguska”. 

Warto przeczytać również:

W Polsce gra pojawiła się z małym opóźnieniem, dzięki firmie Cenega, która nadała jej polski tytuł „Tajne Akta: Tunguska”. Mniej więcej w tym czasie skusiłam się na zakup gry i pełna entuzjazmu zasiadłam przy niej przed monitorem mojego komputera. Wtedy wydawała mi się ona pozycją idealną, prawie doskonałą i pozbawioną wad. Po wielu latach zechciałam sobie gierkę przypomnieć i spisać moje wrażenie po jej przejściu. Po skończeniu, uświadomiłam sobie jak te kilka lat temu byłam bezkrytyczna wobec przygodówek i jak niewiele od nich oczekiwałam. Kiedyś gra otrzymałaby ode mnie najwyższą z możliwych ocen, a teraz zastanawiając się nad oceną, mogę dać jej tylko 6, góra 6,5/10 i tylko z powodu całkiem fajnych zagadek, przyjemnej dla oka, jak na te czasy grafiki i prostego interfejsu. Niestety cała reszta to kompletna porażka

W growym dziele wcielamy się w dwójkę bohaterów. Pierwszą z nich jest młoda Rosjanka mieszkająca wraz z ojcem na stałe w Berlinie – Nina Kalenkova. Gdy pewnego dnia dziewczyna przybywa do muzeum, w którym pracuje jej tata, już go tam nie znajduje. Dozorca i dziewczynka siedząca na ulicy zgodnie twierdzą, że w muzeum kręciły się dziwne zakapturzone postacie, które unosiły się nad ziemią. Nina od razu orientuje się, że jej ojciec został porwany, stara się zgłosić jego zniknięcie miejscowej policji, ale bezskutecznie. W budynku muzeum poznaje współpracownika pana Klenkova, Maxa Grubera, czyli drugą, grywalną postać. Młoda para badając wnikliwie sprawę tajemniczego zniknięcia, trafia na wzmianki o Tungusce, w której to lat temu wiele wraz z kilkoma osobami przebywał jej tata. Prowadził on w tej części świata badania naukowe i wszystko wskazuje na to, że jego porwanie ma wiele wspólnego z tą syberyjską katastrofą. Oboje postanawiają zatem rozwikłać zagadkę i odnaleźć zaginionego. 

Tak pokrótce przedstawia się fabuła gry. „Tajne Akta: Tunguska” jest klasyczną przygodówką point&click, z prostym, tradycyjnym interfejsem, który jest oczywiście jej zaletą, tak jak wcześniej napisałam, jedną z niewielu, które w tej pozycji znalazłam. Grę obsługujemy jedynie za pomocą myszy. Jej prawym przyciskiem oglądamy przedmioty, zaś lewym zabieramy i używamy. Dodatkowo twórcy przewidzieli opcję podświetlania hot spostów. Po kliknięciu klawisza spacji na ekranie pojawią się ikonki "lupy", które wskazują graczowi wszystkie dostępne do użycia, zabrania, czy obejrzenia przedmioty.

Również tradycyjnie wygląda ekwipunek, czyli zbiór przedmiotów, które Nina czy Max zbierają podczas rozgrywki. Wszystkie takowe przedmioty trafiają do inwentarza na dole ekranu, który otwiera się, gdy tylko najedziemy na niego kursorem myszki. W owym przepastnym zbiorze rzeczy, zabieramy i nosimy ogromną ich ilość, znajdziemy także dziennik Niny, w którym oprócz streszczenie tego co przyniosła nam fabuła, znajdziemy także podpowiedź do rozwiązania zagadek, które gra nam oferuje. Wybór owej podpowiedzi leży w geście gracza, który może z takowej szansy skorzystać lub też nie. 

Graficznie gra wypada całkiem przyjemnie. Jest niezwykle miła dla oka, lokacje są starannie wykonane, dokładne i bardzo szczegółowe. Nie można także przyczepić się w żadnej mierze do udźwiękowienia tej pozycji. Muzyka idealnie wtapia się w to co dzieje się na ekranie monitora, a dźwięki otoczenia brzmią wiarygodnie.

Najmocniejszą stroną dzieła niemieckiego studia są zagadki, których w grze nie zabrakło. Oprócz całego ogromu zadań przedmiotowych, o których muszę wspomnieć w wadach gry, ale o tym później, znajdziemy także zadania typowo logiczne, wszelakiej maści i poziomu trudności. Mamy więc układanie monet w gablocie – rodzaj sudoku, otwieranie sejfu, przyrządzanie mikstury leczącej, odpowiednie ustawianie kompasu i kilka innych. Zadanie są różnorodne i dość ciekawe i większość z nich można logicznie wytłumaczyć. 

Niestety logika nie istnieje prawie wcale jeśli chodzi o zagadki przedmiotowe, a szczególnie w łączeniu przedmiotów i wykonywaniu nimi pewnych czynności. Rozbawiło mnie, gdy nasza bohaterka rozpaliła ogień za pomocą słonecznych okularów, czy też rozpuściła gips przystawiając miseczkę z tym składnikiem do letniego (tak wcześniej usłyszeliśmy) grzejnika. Takich dziwnych połączeń jest wiele. Być może autorzy chcieli grę utrudnić, bardziej pogmatwać, ale efekt był raczej opłakany.

W czasie rozgrywki nasi bohaterowie wędrują po różnych częściach świata, bardzo to chwalebne, bo uatrakcyjnia grę i wydłuża, tylko problem w tym, że nie pomyślano, zapomniano, nie chciano, czy już sama nie wiem co, ubrać naszych bohaterów odpowiednio do warunków pogodowych panujących w danym zakątku świata. Ninka biega po Berlinie w zgrabnej kurteczce i w obcisłych dżinsach i to rozumiem, ale czemu takie samo ubranie twórcy każą jej nosić w rozpalonej słońcem Kubie, a później w zaśnieżonych Himalajach? Na szczęście w ostatnim rozdziale zlitowano się nad biedną dziewczyną i pozwolono jej ubrać kożuszek, bo obawiałam się, że w ostrym syberyjskim klimacie, dziewczyna będzie brnęła w śniegach w tej samej kurtce. O ile zlitowano się nad naszą bohaterką, to już nad Maxem nie. On przez calutką grę biegał w tych samych ciuchach. 

„Tajne Akta: Tunguska” została w Polsce wydana w naszym ojczystym języku, w pełnej, polskiej lokalizacji i bardzo tego żałuję. Polski dubbing to istna tragedia. Aktorka podkładająca głos panny Kalenkov nie przyłożyła się do swej roli wcale, ani trochę. Kobieta bez względu jaka tragiczna sytuacja ją spotkała, wyrzucała z siebie słowa niezwykle radośnie, śmiejąc się z rzeczy, z których nie powinna się śmiać, a jej komentarze sprawiały, że miałam chęć rzucić grę w kąt i nie wracać do niej już nigdy więcej. Miałam wrażenie, że słucham kawałów o przysłowiowej blondynce, choć nasza bohaterka to przecież rudzielec. Nieco bardziej, do swej pracy raczyły przyłożyć się inne postacie gry, między innymi Max. 

Podsumowując, gra jest według mnie średniakiem, który, czytając opinie na jej temat mimo wszystko przyciąga wielu graczy, oceniających ją bardzo wysoko. O fenomenie tej pozycji mogą świadczyć kolejne części serii, które przyciągają przed monitor rzesze przygodomianiaków. Mnie jednak, ta akurat część nie zachwyciła, czasami nawet irytowała, choć przyznam się podobały mi się zagadki i przyzwoita długość gry.

Moja ocena 5/10.

Zalety:

  • Zagadki, całkiem pomysłowe
  • Długość gry;
  • Grafika;
  • Klimat gry;
  • Prosty interfejs

Wady:

  • Absurdalne łączenie przedmiotów;
  • Kompletny brak logiki;
  • Okropna polska wersja - dubbing
  • Zbyt przegadana

The Electric State, widowiskowe przygodowe sci-fi od Netflix

The Electric State, widowiskowe przygodowe sci-fi od Netflix

 

Millie Bobby Brown wraca na Netfliksa, tym razem w widowiskowym przygodowym filmie science-fiction od twórców Avengers: Koniec gry. The Electric State ma zwiastun, ma także datę premiery. 

The Electric State to jedna z filmowych nowości platformy Netflix, jeśli chodzi o zapowiedzi na przyszły rok. W filmie ponownie znana z serwisu Netflix aktorka młodego pokolenia, Millie Bobby Brown, znana z roli Jedenastki z serialu Stranger Things, przygodowego fantasy Dama czy serii Enola Holmes, spróbuje odszukać zaginionego brata. 

Warto także przeczytać:


The Electric State to retro-futurystyczne widowisko science-fiction, rozgrywające się w alternatywnej wersji lat 90. XX wieku, film w przygodowym stylu, którego bohaterką jest osierocona nastolatka, która w świecie po buncie robotów, stara się odnaleźć swojego zaginionego brata. 

W obsadzie: Millie Bobby Brown, Chris Pratt, Ke Huy Quan, Jason Alexander, Woody Norman oraz Giancarlo Esposito i Stanley Tucci

W angielskiej wersji językowej postaciom głosów użyczyli Woody Harrelson, Anthony Mackie, Brian Cox, Jenny Slate, Hank Azaria, Colman Domingo i Alan Tudyk.

Reżyserami filmu są Anthony i Joe Russo, mający na swoim koncie Avengers: Wojna bez granic i Avengers: Koniec gry, film Gray Man i serial Citadel. Autorami scenariusza są Stephen McFeely i Christopher Markus.

Premiera na platformie Netflix przewidziana jest na 14 marca 2025 roku. 

I Am the Pretty Thing That Lives in the House – recenzja filmu

I Am the Pretty Thing That Lives in the House – recenzja filmu

I Am the Pretty Thing That Lives in the House, poetycki horror dostępny na platformie Netflix. Zapraszam do kolejnej mojej recenzji! 

Strach, każdy z nas odczuwa go inaczej i każdy boi się czego innego. Lękamy się kogoś czy też czegoś, choć czasami nasz lęk ma przysłowiowe „wielkie oczy„. I choć nie lubimy się bać, to mimo tego chętnie (przynajmniej niektórzy z nas) sięgamy po horrory, licząc, że te nie oszczędzą nam porcji adrenaliny, strasząc nie tylko przerażającymi scenami, ale i mrocznym klimatem. Nadzieję na nocny dreszczyk filmowy miałam i ja zasiadając przed monitorem mojego komputera, by obejrzeć oryginalny film Netffixa o przeraźliwie długim, ale jakże poetyckim tytule: I Am the Pretty Thing That Lives in the House. Szybko okazało się, że nadzieje okazały się płonne, a serwowana mi projekcja, to coś między dreszczowcem, a poetycką opowieścią, dziwnie na siłę wydłużoną. Film można skwitować w kilku słowach: nie straszny…..za długi…..nudny.

Warto przeczytać:

Opowieść przenosi nas do pewnej posiadłości, w której samotnie mieszka schorowana i dotknięta demencją starczą pisarka thrillerów Iris Blum, do której wysłana zostaje, by z nią zamieszkała i opiekowała, młoda pielęgniarka hospicyjna o imieniu Lily. Kobieta, która niedawno skończyła 28 rok życia, to samotna, pozostawiona przez narzeczonego, cicha i niezmiernie bojaźliwa osóbka. Co najgorsze ma odtąd zamieszkać w domu, który jak się okazuje, skrywa przerażającą historię, którą pani Blum niegdyś spisała na kartach swojej książki. Pacjentka zdaje się nie wiedzieć o bożym świecie, wzywając co jakiś czas tajemniczą dziewczynę imieniem Polly, dom jest ponury, pusty i popada w ruinę, a odwiedzający Lily i panią Blum nadzorca, nieco dziwny. Życie młodej pielęgniarki ma być odtąd monotonne i raczej ponure, choć jak dowiadujemy się na samym wstępie filmu… krótkie.

To właśnie początek jest w tym filmie nadzieją na ponad godzinę mrocznej, strasznej historii. Rychła śmierć naszej bohaterki Lily, w którą wcieliła się Ruth Wilson, pozwala mniemać, że czeka nas wartka, pełna zwrotów akcji historia z dreszczykiem, a i trochę z przekorą wypowiedziane, zupełnie różne w odbiorze zdania „Ta piękna istota, którą widzisz, to ja”  i „I tak właśnie zgnijesz”, pozwalają domniemywać, że oprócz dreszczyku emocji, będzie jeszcze nieco psychodelicznego surrealizmu, który ja osobiście uwielbiam w horrorach. Niestety, jeśli tego się właśnie spodziewaliście, to muszę Was rozczarować. Nic z tych rzeczy! Wprawdzie mamy skrzętnie upchaną historię martwej dziewczyny i ducha tej „pięknej istoty”, szwendającego się po domu, zdarzają się momenty, które spowodują, że drgniemy na fotelu lub kanapie, jak choćby wypadająca z rąk Lily słuchawka telefonu, to całość płynie niespiesznie, bardziej poetycko i narracyjnie, nie starając się widza niczym wystraszyć.

Reżyser i jednocześnie scenarzysta filmu Oz Perkins (The Monkey, Kod zła, Zło we mnie) nie wiem czy świadomie, czy też nie, zbudował coś na wzór metafory życia, przemijania i śmierci, tylko chwilami tworząc  pewną bardzo cienką otoczkę strachu. Ci z Was, którzy oczekują po tym sensie ochów i achów, skwitowanych zdaniem „ale ten film był straszny” z pewnością będą zawiedzeni. I Am the Pretty Thing That Lives in the House, to rozciągnięta opowieść o nieuchronności losu, o przeznaczeniu i pogodzeniu się z opatrznością, opakowana w doskonale wykona zdjęcie i świetne, klimatyczne ujęcia domu i dobrą pracę aktorską. 

Choć cały film zrealizowany jest jedynie w kilku pomieszczeniach domu, nie wykraczając ani na chwilę poza cztery ściany, to mimo wszystko dzięki świetnym ujęciom i doskonałym zdjęciom, udało się zbudować niesamowity klimat niepewności i poczucia zagrożenie. Gdyby były one spotęgowane przez mroczniejsze sceny rodem z horroru, więcej akcji i mocniej angażującą historię, to śmiem sądzić, że pozytywnie wpłynęłyby na jakość i charakter tego filmu. A tak z czasem, z wolna jak akcja filmu, tracimy chęć do oglądania, zastanawiając się co też tak naprawdę chciał nam nim przekazać jego twórca i czy jest to raczej błąd w sztuce, czy manewr zdecydowanie zamierzony.

Trochę kolorytu, bądź, co bądź nudnemu filmowi dodaje świetnie zagrana rola tytułowej Lily. Aktorka, Ruth Wilson jest tak przekonująca, że nie sposób razem z nią nie odczuwać strachu, niepokoju, czy zażenowania i wściekłości. Jest jednocześnie naiwna i spokojna, przekorna i zarazem strachliwa. Postać Lily idealnie wkomponowuje się w strukturę tego poetyckiego przekazu. Alienacja i pewna dziecinność bohaterki podkręca atmosferę, przekonując nas, byśmy w projekcji jednak dotrwali do końca. Są jeszcze pomniejsze role: Pani Blum, w którą w poprawny sposób wciela się Paula Prentiss, młodej dziewczyny i zarazem ducha imieniem Polly, którą w sposób zadowalający acz nie pozwalający się jej rozwinąć odgrywa Lucy Boynton i nadzorcy, Pana Waxcapa, w tej roli Bob Balaban.

Kończąc recenzję i chcąc ją podsumować, muszę sama sobie zadać pytania. Dla kogo, dla jakiego widza przeznaczony jest ten dziwny miks horroru i poetycko-artystycznego, psychologicznego dramatu? Odpowiedź nie może być jednoznaczna, ani prosta. I Am the Pretty Thing That Lives in the House już samym tytułem może nam sugerować pewną artystyczność wyrazu, wizję, którą Oz Perkins postanowił wcielić w życie i oferować ludziom. Niewątpliwie nie jest to film dla wszystkich, a już na pewno nie dla tych, którzy oczekują dużej dawki strachu. Nie jest to także projekcja luźna, łatwa i przyjemna. Ale jeśli chcecie sprawdzić jak wygląda inne podejście do filmów grozy i lubicie zastanowić się nad sobą i życiem, to ten film jest ku temu idealny. 

Moja ocena to 5/10.

I Am the Pretty Thing That Lives in the House do obejrzenia na Netflix.

Nightmare House: The Original Mod, horror Free to play

Nightmare House: The Original Mod, horror Free to play

 

Seria Nightmare House, pierwotnie wydana w 2010 roku jako mod Source do Half-Life 2, ostateczna wersja wysoko ocenianego horroru „Nightmare House 2”, gra o tytule Nightmare House: The Original Mod zadebiutuje w opcji Free to play, choć daty premiery wciąż nie znamy, a premiera została nieco przesunięta.

W świata grozy, do świata nawiedzonego wejdziemy wraz z oryginalnym modem, horrorem, przygodową grą akcji Nightmare House: The Original Mod. Tytuł dostępny będzie za darmo, czyli w opcji Free to play na platformie Steam. Twórcami, ale i wydawcami produkcji grozy jest studio We Create Stuff.

Może zainteresujesz się także:

Gra Nightmare House: The Original Mod, jak już wspomniałam jest modem do Half-Life 2, i nową wersją horroru, który zachwycił graczy, w którym poznajemy postać, która po przedostaniu się przez opuszczony dom budzi się w szpitalu znanym jako „Never Lose Hope”. Przemierzając to miejsce napotka wrogów, stworzy niespotykane, nieziemskie sojusze, próbując przetrwać niekończący się koszmar. Jeśli przetrwa, ucieknie. 


Gra zawiera połączenie oryginalnego „Nightmare House 1”, jego kontynuacji „Nightmare House 2” i „The Lost Files”, w pełni za darmo. Gracz będzie walczył z przerażającymi jump-scare'ami, czuł na plecach podążającego za nim ducha, który chce go dopaść. Horror posiada system automatycznego straszenia, skupionego na dynamicznym straszeniu, i poczuciu wiecznego niebezpieczeństwa. 


Premiera na Steam, na PC miała mieć miejsce, co widzimy na zwiastunie 28 października, ale gra wciąż nie została wydana. Premiera ma opóźnić się kilka dni. Data póki co nie widnieje na platformie Steam. W horror zagramy w pełnej angielskiej wersji językowej. 


Gra zadebiutuje na Steam, na PC. Data nie podana.

Karta Steam

wtorek, 29 października 2024

Paranormalne doświadczenia (Hounted) - recenzja. Historie o duchach inspirowane prawdziwymi wydarzeniami

Paranormalne doświadczenia (Hounted) - recenzja. Historie o duchach inspirowane prawdziwymi wydarzeniami

Paranormalne doświadczenia (Hounted), historie o duchach inspirowane prawdziwymi wydarzeniami – recenzja oryginalnego serialu Netflixa. Zapraszam do lektury! 

Kontynuuję październikowy, przed halloweenowy filmowy cykl,  pozostając w klimacie horrorów, które co corocznie wkraczają na Netflixa. Oferta owej platformy streamingowej w kwestii filmów i seriali grozy wciąż się powiększa, wiele filmów niestety niczym dobrym pochwalić się nie może, choć kilka z nich zdecydowanie można polecić. Są wśród nich dwie ekranizacje prozy Kinga  – 1922 i Gra Geralda, klimatyczne i poetyckie  I Am the Pretty Thing That Lives in the House, a serialową ucztę oferuje niedawna premiera Nawiedzonego Domu na Wzgórzu.

Przeczytaj również: 

Dziś jednak pragnę Wam przedstawić nieco inną produkcję Netflixa, utrzymaną w atmosferze grozy, która z różnym skutkiem stara się połączyć dokument z fabularnym obrazem. Paranormalne doświadczenia (Hounted) zabierają widzów w serialową, sześcioodcinkową podróż po rzekomo prawdziwych wspomnieniach związanych z nawiedzeniami, nadprzyrodzonymi istotami świata duchowego i nie tylko.

Każdy odcinek zaczyna się tak samo. Do olbrzymiego, oświetlonego nikłym światłem lamp i świeć pokoju, wchodzi narrator, który zasiadając w przepastnym, skórzanym fotelu opowiada zebranej tu rodzinie, przyjaciołom lub osobom z historią związanym, przerażającą opowieść z dzieciństwa, w której jawią się prześladowania przez demony, okrucieństwo rodziców a nawet porwanie przez UFO. Skrywane przez lata, dramatyczne wydarzenia okraszane są łzami, zarówno naszych bohaterów, jak i zebranych świadków. Narracyjną opowieść przeplatają fragmenty filmu, w którym aktorzy, w mniej lub bardziej wiarygodny sposób próbują przybliżyć wstrząsające wspomnienia. My jako widzowi tego przedziwnego serialowego spektaklu jesteśmy nieco zmuszani w to, by wierzyć iż historie są tu autentyczne, co jest tu w przypadku każdego odcinka bardzo podkreślane.

Problem w tym, że choć wielu z nas wierzy w życie pozagrobowe czy choćby przyjmuje do wiadomości istnienie bytów z nie z tego świata, to w wiarygodność serialowych opowieści uwierzyć jest niezwykle trudno. A to dlatego, że większość z nich jest tak przesadzona, ubarwiona taką ilością absurdu, brutalności i fantasy, że nie wydaje się być prawdziwa.

Dramatyczne życie dzieci żyjących w domu, w którym psychopatyczny ojciec morderca to nawiedzony przez demona oprawca czy ducha z nagrobka pałającego uczuciem do młodej dziewczyny lub historia kobiety, która jako dziecko została porwana i okrutny sposób badana przez UFO,  wydają się być wyssane z palca.

Oryginalna serialowa produkcja Netflixa próbuje straszyć, powielając wszystkie już widziane w horrorach elementy, od demona kobiety pełzającej po podłodze niczym Samara z The Ring, po klasyczne jump scary, także z dziećmi, bowiem te chyba najbardziej wpływają na mniej odpornego emocjonalnie widza.

Prosta horrorowata konstrukcja, wyolbrzymiona i przesadzona, budowana jest bardzo charakterystycznym dla tego gatunku oświetleniem. Większość scen rozgrywa się w półmroku, w świetle świec wydłużających ludzkie cienie do niewiarygodnych, karykaturalnych obrazów. Klimat buduje także udźwiękowienie i przyzwoita linia melodyczna, która jakby na to nie patrzeć jest istotą produkcji grozy, gdyż umiejętnie ów nastrój podkręca.

Serial Paranormalne doświadczenia (Hounted) usiłuje straszyć nie tylko duchami, zjawami, demonami i tym podobnymi istotami, ale wpływać na nasze emocje poprzez smutne, ba…dramatyczne historie z dzieciństwa, obrazując w dość jednoznaczny i dobitny sposób piekło, jakie przechodzili bohaterowie opowieści. Problem w tym, że mimo ciągłego powtarzania nam, iż wydarzenia są prawdziwe, nie jesteśmy w stanie przyjąć tego do wiadomości. Trudno się utożsamić z choćby z jednym z protagonistów opowieści. Niewidzialna ściana blokuje nasze emocje, a średnie aktorstwo nie pozwala je w odpowiednim momencie wyzwolić.

W tych okolicznościach Paranormalne doświadczenia (Hounted) jawi się jako paradokumentalny cykl wpisujący się w nurt produkcji, które serwuje nam telewizja i zdecydowanie nie jest do dobry kierunek, którym Netflix powinien podążać. Ot typowe historie o duchach, które krążą gdzieś wśród nas rozsiewane pocztą pantoflową, opowiadane zwykle wieczorami dla podkręcenia atmosfery. Zdecydowanie nic, co miałoby Was zachwycić. Jednak jeśli lubicie taki rodzaj filmowej rozrywki to czemu nie.

 Moja ocena 5/10.

Serial Paranormalne doświadczenia dostępny jest na Netflix w trzech sezonach.

Legends of Castio, kampania Kickstarter rozpoczęta

Legends of Castio, kampania Kickstarter rozpoczęta


Ludowa gra przygodowa typu point-and-click Legends of Castile właśnie wystartowała na Kickstarterze. Zbiórka gry hiszpańskiego studia właśnie się rozpoczęła.

Legends of Castile, przygodowa gra "wskaż i kliknij", o której miałam okazję pisać już na moim blogu, zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami rozpoczęła zbiórkę finansową na platformie Kickstarter, która jak zwykle potrwa trzydzieści dni. Demo gry do sprawdzenia na Steam i itch.io. 

Przeczytaj także:

Legends of Castile to nowa przygodówka point-and-click w konwencji komiksu fantasy z ręcznie rysowaną grafiką w jakości Full HD. Gra stworzona przez studio Torrezno Entertainment to przygoda Marii, której ukazuje się Matka Boska. Jej największym marzeniem jest zostanie zakonnicą, więc aby je spełnić, musi zbadać ludowe legendy regionu Kastylii.

Gra swoją premierę ma mieć na PC, Mac i Linux, na Steam. Data nie jest znana.

Wesprzyj grę na Kickstarterze

Karta Steam - pobierz demo

Teściowie 3, zdjęcia do kontynuacji popularnej polskiej komedii zakończone

Teściowie 3, zdjęcia do kontynuacji popularnej polskiej komedii zakończone

 

Fotografia: Adrian Chmielewski

Next Film ogłasza zakończenie zdjęć do trzeciej już części polskiej, niezwykle popularnej, uwielbianej przez widzów komedii „Teściowie”. Tym razem rodziny spotykają się nie z powodu ślubu, a innej rodzinnej uroczystości.

Na wrzesień przyszłego roku planowana jest premiera filmu Teściowe 3, czyli trzeciej części polskiej komedii, do której zdjęcia właśnie się zakończyły. Na planie ponownie spotkali się Maja Ostaszewska, Izabela Kuna, Adam Woronowicz oraz Marcin Dorociński. Pierwsze zdjęcia z planu pozwalają poczuć klimat komedii pełnej ironii, rywalizacji i nieprzewidzianych zwrotów akcji. 

Może zainteresuje Cię także:

W trzeciej części komediowego hitu „Teściowie” znów spotykamy się ze znaną nam rodziną. Tym razem zjeżdża się do spokojnego ośrodka na prowincji na chrzciny. Wanda i Tadeusz organizują uroczystość. Zapraszają na nią Małgorzatę wraz z przyjaciółką, psychoterapeutką Grażyną. Na spotkaniu pojawia się również były mąż Małgorzaty, Andrzej, który przylatuje specjalnie z Australii. Okazuje się, że nie jest sam. Atmosfera spotkania szybko wymyka się spod kontroli, a dawne konflikty i nowe romanse prowadzą do nieoczekiwanych konsekwencji. Bierze w nich udział tym razem, lokalna policja.

Fotografia: Adrian Chmielewski

Fotografia: Adrian Chmielewski

To film, który znów pokaże, że w rodzinnych relacjach nic nie jest oczywiste, a każda uroczystość może w ułamku sekundy przerodzić się w bezwzględną i często absurdalną wojnę. W tej części zdejmuję z bohaterów kolejne maski, dzięki czemu widzowie poznają ich od nowej strony. Ponownie staramy się nie oceniać a zrozumieć. Wbijane wzajemnie szpilki są ostrzejsze, bo nasi bohaterowie mają teraz jeszcze więcej do stracenia – i więcej do zyskania! A to wszystko mam nadzieję, przyniesie widzom jeszcze więcej wzruszeń i śmiechu – mówi reżyser Kuba Michalczuk.

 

Fotografia: Adrian Chmielewski

Fotografia: Adrian Chmielewski

W obsadzie: Izabela Kuna jako Wanda, Adam Woronowicz jako Tadeusz, Maja Ostaszewska jako Małgorzata. Powraca Marcin Dorociński jako Andrzej. Do głównej czwórki dołączają Magdalena Popławska jako Grażyna – przyjaciółka i psychoterapeutka Małgorzaty, Wojciech Mecwaldowski jako Marek – lokalny przedsiębiorca z własnymi ambicjami oraz Joachim Lamża jako ojciec Wandy.

Fotografia: Adrian Chmielewski

Fotografia: Adrian Chmielewski

Reżyserem filmu, podobnie jak części pierwszej jest Kuba Michalczuk. Autorem scenariusza ponownie Marek Modzelewski, odpowiedzialny również za dwie pierwsze części. Producentem filmu jest Akson Studio („1670”, „Filip”, „Atak paniki”), koproducentem TVN Warner Bros. Discovery. 

Premiera filmu w kinach przewidziana jest na wrzesień 2025 roku. 

Źródło: Informacja prasowa Next Film

Wyprzedaż z okazji Halloween na GOG

Wyprzedaż z okazji Halloween na GOG

 

Halloween zbliża się wielkimi krokami, a z tej okazji rodzima platforma GOG ruszyła z nową Wyprzedażą na Halloween. Jednocześnie GOG ogłasza premiery, ma także dla graczy pewną niespodziankę.

Halloweenowa wyprzedaż na GOG-u właśnie ruszyła, a z nią wiele gier w bardzo niskich, mocno obniżonych cenach. Magię szaleństwa Halloween platforma świętuje obniżką cen, ale i nowościami, które zawitały na platformę. Jest i niespodzianka. 

Warto również przeczytać:

GOG Wyprzedaż Halloween

Cukierek albo psikus – wybierasz podczas wyprzedaży GOG Halloween! Wybierasz dzięki wyprzedaży z okazji Halloween, na której wiele większych, bądź niezależnych tytułów dostępne jest w przecenie, gdy ze wszystkich gatunków, także przygodówki. Wśród przecenionych gier, także tytuły w klimacie grozy, i wszelakie inne produkcje, w tym:

  • Manor Lords (-30%)
  • Heroes of Might and Magic® 3: Complete (-75%)
  • The Sinking City - Deluxe Edition (-80%)
  • RoboCop: Rogue City (-60%)
  • Stardew Valley (-30%)
  • Disco Elysium - The Final Cut (75%)
  • Days Gone (-75%)
GOG - premiery

Oprócz obniżek GOG ogłasza nowości -  Bendy and the Dark Revival i Bendy and the Ink Machine, pierwszoosobowe horrory, osadzone w najbardziej przerażającym studiu kreskówek, jakie kiedykolwiek istniało. Premiera z 75% zniżką premierową do końca wydarzenia.

Do biblioteki GOG-a dołączają także 4 klasyki od SNEG. Do zdobycia  Medieval Lords: Soldier Kings of Europe, Rings of Zilfin, Legions i No Greater Glory: The American Civil War, które można kupić także w jednym pakiecie SNEG na Halloween z 10% zniżką. 


GOG Wyprzedaż Halloween i niespodzianka 

Niespodzianka GOG-a dotyczy Empire of the Ants, niesamowitego strategicznego symulatora kolonii prosto od Microids. Grę Empire Of The Ants (2000) możemy otrzymać jako PREZENT, zamawiając w przedsprzedaży grę w wersji Standard lub Deluxe Edition. Ci, którzy już ją zamówili, otrzymają również wersję klasyczną.

Po raz pierwszy można kupić Resident Evil Bundle, zawierający wszystkie 3 oryginalne części serii, ze zniżką -10%.


Wyprzedaż halloweenowa kończy się 4 listopada o 8 rano.

Źródło: Informacja prasowa GOG

A Vampyre Story: A Bat's Tale, wracamy do Mony i Frodericka

A Vampyre Story: A Bat's Tale, wracamy do Mony i Frodericka

 

Długo wyczekiwana, wydawałoby się stracona kontynuacja A Vampyre Story powraca. Autumn Moon Entertainment i Tag of Joy zapowiedziało A Vampyre Story: A Bat's Tale, grę o której wspominało się już jakiś czas temu, ale wciąż w jej powrót nie wierzyliśmy. 

Mona, wampirzyca i była śpiewaczka operowa oraz jej sympatyczny pomocnik i przyjaciel, nietoperz o  imieniu Froderick wracają w nowej odsłonie, a właściwie w kontynuacji A Vampyre Story, w wyczekiwane A Vampyre Story: A Bat's Tale, przygodówk, której szansa na stworzenia wciąż była, gdyż twórca zapowiadał powrót do przygód wampirzycy i nietoperza już w zeszłym roku. Dziś dostaliśmy tego potwierdzenie, i nie tylko stronę gry na Steam, gdzie tytuł można dodawać do listy życzeń, ale także zrzuty z ekranu, i przede wszystkim zwiastun.

Warto także przeczytać:

A Vampyre Story: A Bat's Tale to gra przy której pracują Bill Tiller, Dave Harris i inni byli weterani LucasArts, pracujący także przy grze The Curse of Monkey Island i innych klasykach, połączyli siły ze studiem Tag of Joy, zespołem stojącym za niedawno nagradzaną grą point-and-click Crowns and Pawns: Kingdom of Deceit, dla której recenzję oraz poradnik/solucję pisałam dla lubiegrac.pl.


W grze, o której powrocie, jak wspominałam, pisało się w kwietniu zeszłego roku, ponownie wcielamy się w w paryską śpiewaczkę operową, o imieniu Mona, która pewnego dnia zostaje porwana i przewieziona do zamku w Draxsylvanii i przemieniona w wampira. Przy pomocy sympatycznego nietoperza Frodericka, udaje się jej uciec i dotrzeć do miasteczka. Tam przyjdzie im zmierzyć się z zagadkami, poznać szalone postaci i zwiedzić ciekawe miejsca, w tym: Dr. Legume’s Home w Sanity Challenged, Executioner’s Practice Grounds, Mortus Labs i wiele innych. Nasza bohaterka będzie musiała uciec ze szponów szalonego naukowca, powstrzymać złowrogi plan i kontynuować poszukiwanie drogi do domu.


Nowa współpraca między Autumn Moon Entertainment i Tag of Joy zaowocuje możliwością granie nie jedną, a dwoma postaciami, podziwianiem ręcznie malowanej grafiki, ze stylizowanym 3D, z nowoczesnymi efektami wizualnymi, z mnóstwem animacji i filmowych przerywników. Gra dostępna będzie w pełnej angielskiej wersji językowej, z aktorami, którzy pracowali przy takich projektach jak: Return to Monkey Island, Sam and Max, The Walking Dead, Layers of Fear, Assassin's Creed i innych. W przygodówkę A Vampyre Story: A Bat's Tale grać będzie można zarówno myszą, jak i padem. Ponownie będzie to klasyczny "wskaż i kliknij", nastawiony na komediową rozgrywkę.


Premiera na Steam, na PC. Data nie została ogłoszona. 

Karta Steam

poniedziałek, 28 października 2024

Peryferia strachu (Hometown Horror), dokumentalna seria o zjawiskach paranormalnych trafiła na Max

 Peryferia strachu (Hometown Horror), dokumentalna seria o zjawiskach paranormalnych trafiła na Max

 

Platforma Max wzbogaciła się o kilka nowości filmowych i serialowych. Wśród takich premier jak najnowszy Garfield czy thriller Pułapka, do serwisu trafił także serial dokumentalny, w fabularyzowanym stylu, opowiadający kilka historii o zjawiskach paranormalnych,  produkcja o tytule Peryferia strachu (Hometown Horror). 

Pozostając w klimacie grozy, który świetnie wpisuje się w zbliżający się Halloween, po zaprezentowaniu Wam opowieści o opętaniach w paradokumencie Moje spotkanie ze złem czy serialowym eksperymencie 28 dni od Netfliksa, przenoszę się na Max, na którym swój debiut miała dokumentalna seria, składająca się w kilku odcinków, opowiadająca straszne historię bazująca na faktach, na niewyjaśnionych, nadprzyrodzonych zjawiskach. 

Warto również przeczytać:


Dokument w fabularyzowany Peryferia strachu (Hometown Horror), przedstawia relacje osób, które doświadczyły zjawisk niewyjaśnionych, paranormalnych. Poznajemy w nim opowieści dotyczące upiornych postaci, armii nieumarłych, duchów przebywających na pewnym nawiedzonym cmentarzu, zaginionych dzieci, przeklętej lalki czy diabelskiego lasu.

Serial przedstawia ukrytą grozę małych miasteczek w Stanach Zjednoczonych, skupiając się na relacjach świadków i zapiskom historycznych. Opowieść podzielona została na sześć odcinków, o tytułach: Człowiek -świania, Armia umarłych, Duchy ze starego cmentarza, Zaginione dzieci z Hannibal, Przeklęte lalki ze Starego miasta oraz Diabelskie bagno.

Serial Peryferia strachu (Hometown Horror), który swoją premierę miała w 2019 roku, dostępny jest do obejrzenia na platformie Max.