Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opis. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 września 2026

The Crimson Maid - recenzja. Przygodowa mieszanina zalet i wad

The Crimson Maid - recenzja. Przygodowa mieszanina zalet i wad

 

Serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji kolejnej przygodówki, połączenia romansu, opowieści narracyjnej i kryminału. Oto co myślę o grze The Crimson Maid. Miłej lektury!

The Crimson Maid miała swoją premierę w połowie lipca tego roku, czyli już kilka miesięcy temu. Kolejna gra GrimTalin, Darkania Works, której wydaniem zajęło się Wales Interactive, obiecywała wiele dobrego, spełniając owe obietnice mniej więcej w połowie. Otrzymaliśmy zapowiadany romans z kryminalnym sznytem i dozą tajemnic, w ładnej, acz stworzonej sztucznie oprawie, z bardzo nierówną rozgrywką i pewnym oszustwem. Grę miałam okazję sprawdzić dzięki GOG, za co serdecznie w tym miejscu dziękuję. 

Inne recenzje na moim blogu znajdziesz w dziale: Recenzje i wrażenia z przygodówek

Historia opowiedziana w grze rozgrywa się na przełomie XX wieku, pozwalając graczom wcielić się w Mariusa, młodego mężczyznę, który pobiera nauki w seminarium, w przyszłości planując zostać księdzem. Po latach przebywania z daleka od domu, przerywa na jakiś czas naukę, by powrócić do rodzinnej posiadłości. Powodem zmiany edukacyjnych planów, jest stale pogarszający się stan zdrowia jego ojca, który traci wzrok. 

W domu czeka na niego surowa, apodyktyczna matka, zdegustowany i zazdrosny młodszy brat oraz ojciec, który wymaga stałej opieki. Zarówno brat, jak i rodzicielka mają dość prowadzenia rodzinnego biznesu, czują się nim przytłoczeni, a ich uczucie względem Mariusa trudno nazwać rodzinną miłością. W posiadłości nasz bohater spotyka jeszcze kogoś, piękną i tajemniczą służącą o imieniu Irina. Kobieta szybko oczarowuje Mariusa, choć ten stara się za wszelką cenę stłumić w sobie rodzące się względem niej uczucia i pożądanie, w końcu poddając się władzy jaką ma nad nim ta dziewczyna. 

Gdy pewnego dnia dochodzi do strasznego morderstwa, świat Mariusa wywraca się do góry nogami. Na jaw zaczynają wychodzić liczne rodzinne sekrety i dano skrywane kłamstwa. Atmosfera gęstnieje, wlewając mrok w serce naszego bohatera. 

Pozwolicie, że fabularnie zatrzymam się w tym właśnie miejscu, nie zdradzając więcej szczegółów, gdyż to właśnie ten aspekt gry jest jej najmocniejszą stroną. Fabuła potrafi zaintrygować, pobudzić emocje, zachęcić, zahaczając nawet o zjawiska natury paranormalnej. Gra skutecznie trzyma nas w napięciu, ciekawie łącząc klasyczne gotycki romans, za którym osobiście nie przepadam, z nutą kryminału, a nawet pewnej mroczności. Zaletą tej podzielonej na kilkanaście rozdziałów gry jest jej klimat, stale gęstniejąca atmosfera oraz to, że powolnie rozwijająca się opowieść finalnie serwuje nam zaskakujące zwroty akcji. 

The Crimson Maid to produkcja na wzór wizualnej powieści, stawiająca na dość powolną, przynajmniej na początku, eksplorację. To tytuł narracyjny, ubarwiony mnóstwem gadaniny. Linii dialogowych jest tu naprawdę dużo. Niektóre z nich wnoszą do opowieści ciekawe wątki, inne są typowym trajkotaniem zafascynowanych sobą osób. Wspomniałam, że nie jestem fankom romansów, w żadnej postaci, czy to książkowej, filmowej czy growej, więc dla mnie te linie dialogowe były prawdę powiedziawszy pewną niedogodnością. Na szczęście przesadzone, a nawet melodramatyczne rozmowy, można przyspieszać, skupiając się na tych bardziej intrygujących, tych, przynajmniej dla mnie, ciekawszych. 

Główny trzon rozgrywki stanowi w recenzowanym przeze mnie tytule eksploracja. Gracz ma pewną swobodę w eksploracji posiadłości i jej okolic, mając jednak po drodze do wykonana przeróżne zadania, a także pewne przygodowe wyzwania, od zagadek po minigry. Trudno nie odnieść wrażenia, że zadania owe, o których napiszę niebawem, mają na celu nieco wydłużyć rozgrywkę, mam wrażenie, że nawet nieco sztucznie. 

Istotą rozgrywki, co mocno wpisuje się w styl visual novel, jest także wybór dialogowy. Ścieżki rozmów, dość rozgałęzione, prowadzą do odkrycia większej ilości faktów, do rozbudowania świata przedstawionego. Są również motorem napędowym wielu zakończeń tejże opowieści. 

Pod względem sterowania grę, która nie jest typowym point-and-clickiem, obsługujemy za pomocą klawiszy WSAD oraz myszą. Do dyspozycji interfejsowo mamy klasyczne ikony, a gracz wzbogacony jest również o typowy dla przygodówek notatnik. Dziennik Mariusa aktywujemy za pomocą klawisza "Tab". Muszę przyznać, że notatnik ów stanowi urokliwy dodatek do growej całości, choć w jego stworzenie wkład ma niestety sztuczna inteligencja. Stworzony został w rysunkowym stylu, łącząc czarno-biały tekst i rysunkowi z kolorowymi wstawkami, niczym kolorowe, acz również malowane zdjecia. Dziennik ów rozbudowywany jest stopniowo, w zależności od tego jak dokładnie eksplorujemy okolicę, co udaje się nam znaleźć, i jakie zadanie wykonać. 

Oprócz czystej eksploracji, w której podziwiać możemy uroki ogromnej posiadłości, ale nie tylko, przyjdzie nam odnajdywać przedmioty, używane później automatycznie, poszukiwać wskazówek, zagubionych dokumentów, które przybliżają nam rodzinną przeszłość, ale przedmiotów kolekcjonerskich. 

W grze natkniemy się również na wszelakie przygodowe zadania, także te opcjonalne. Takimi są puzzlowe układanki, które przedstawiają głównie zwierzęta, z którymi możemy się mierzyć, ale wcale nie musimy. Choć gra niby stawia na proste zagadki, i w większości na takie są tu natkniemy, to rozgrywka pod tym względem jest zdecydowanie nie równa. Większość zadań skupia się bowiem na prostych czynnościach wyznaczanych protagoniście przez najbliższych. Prostota i lekkość nie jest jednak w grze taka oczywista. Jest tu bowiem zagadka z otwarciem drzwi do kaplicy, która jest zwyczajnie przesadzona, zbyt nudna i zdecydowanie za bardzo czasochłonna. Powiem szczerze, że jest to zadanie z puli tych irytujących i jak dla mnie twórcy powinni dorzucić do niej opcję jej pominięcia.  Sztuczne wydłużanie gry i irytowanie graczy, nie jest chyba najlepszym rozwiązaniem. 

Pewną nierówność, przesadę, ale i świadectwo niezależności gry odczuć można również w warstwie muzycznej i dźwiękowej tegoż projektu. O ile dźwięki otoczenia brzmią tu bardzo wiarogodnie, szczególnie klimatycznie na cmentarzu, o tyle muzyka staje się dzięki swojej powtarzalności walców, nużąca. Stale powtarzające się motywy muzyczne, mocno wybijające się w grze, która tak naprawdę głosowo jest prawie zupełnie cicha, nie są przyjemne dla ucha. Prawdę powiedziawszy z czasem przyciszyłam muzykę, woląc delektować się jedynie dźwiękami otoczenia. 

Wielkim minusem, a nawet formą growego oszustwa jest umieszczenie w wersjach językowych - pełnej angielskiej wersji, której tak naprawdę nie ma. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po włączeniu The Crimson Maid, okazało się, że jedynym głosem jaki usłyszałam jest ten należący do narratorki opowieści, towarzyszący nam między rozdziałami, tu zwanymi aktami. Poza przyjemną głosem owej kobiety, żadna z postaci nie jest dubbingowana. Bardzo stateczne i osadzone praktycznie w jednym miejscu postaci, które ożywają jedynie w dodanych do gry animacjach, są całkowicie nieme. Ta forma oszustwa, pewnego zakłamania faktów nie jest według mnie dopuszczalna. 

Gra posiada kilka wersji językowych w formie napisów, ale w językowym zestawie brakuje polskiego tłumaczenia. Brak angielskiego dubbingu, który moim skromnym zdaniem znacznie poprawiłby grywalność tego projektu, i brak wersji PL, w morzu tekstu, potrafi skutecznie odstraszyć, a nawet zniechęcić do poznania tegoż projektu. 

Również pod względem graficznym mamy pewną formę oszustwa. Gra oczywiście prezentuje się niezwykle urokliwie, bardzo szczegółowo, romantycznie, gotycko, często nawet mrocznie. Problem w tym, że przy tworzeniu tego co widzimy na ekranie, niektórych grafik, interfejsu, dziennika oraz tekstur wykorzystano sztuczną inteligencję. To, że tytułów ów został wygenerowany dzięki AI, jest w wielu jej momentach bardzo mocno widoczne i należy wziąć to pod uwagę, zachwycając się oprawą graficzną, teksturą i tłami. 

The Crimson Maid to gra, która niestety mnie zawiodła, i to pod wieloma względami. Prawdę powiedziawszy nie tego się po niej spodziewałam. Po pierwszym szoku spowodowanym brakiem obiecanej pełnej wersji głosowej w języku angielskim, przyszło kolejne rozczarowanie. Miałam nadzieję na lekką, pełną tajemnic i nieco mroczności opowieść z lekkimi zagadkami. A co otrzymałam? Bardzo nierówną rozgrywkę, z irytującym, wkurzającym i zniechęcającym zadaniem z układanką na drzwiach kaplicy. Zadanie dla cierpliwych, sztucznie wydłużyło moją rozgrywkę, i zbudowało frustrację, której w grze wpisującej się bardziej w styl wizualnej powieści, się nie spodziewałam.

Gdyby nie całkiem ciekawa fabuła, która choć wolno, zdecydowanie podkręciła klimat, zahaczając nie tylko o gotycki mrok, kryminał, ale i zjawiska nadprzyrodzone, gra miałaby u mnie bardzo niską ocenę, głównie za marketingowe kłamstwa i pójście twórców na łatwiznę. 

Tę niestety widać w oprawie graficznej, która i owszem, może się bardzo podobać, ale tak naprawdę stworzona została za pomocą sztucznej inteligencji, co zdecydowanie nie można przypisać grze jako jej plus. Dodatkowo moja wersja na GOG-a nie dała możliwości robienie zrzutów z ekranu bezpośrednio na platformie. 

Zastanawiałam się jaką ocenę finalnie mam dać tej ciekawej fabularnie, ale i irytującej grze przygodowej? Nie może być za nisko, bo finalnie potrafiła mnie zaciekawić. Nie może zbyt wysoko, bo jedno z zadań mówiąc kolokwialnie wyprowadziło mnie z nerwów. 

Moja ocena zatem to 6/10. 

Bardzo dziękuję GOG za udostępnienie gry do recenzji. 

Grałam w wersję na komputery PC na GOG. 

Zalety:

  • Ciekawa fabuła;
  • Klimatyczna historia;
  • Połączenie romansu, kryminału i zjawisk nadprzyrodzonych;
  • Stale gęstniejąca atmosfera;
  • Zwroty akcji;

Wady: 

  • Brak pełnej angielskiej wersji;
  • Ładna, acz stworzona sztucznie grafika;
  • Zbyt melodramatyczne dialogi;
  • Brak ręcznego zapisu;
  • Brak polskiej wersji językowej


poniedziałek, 21 września 2026

Echoes of Mora - recenzja. Przeszłość, na którą można wpłynąć

Echoes of Mora - recenzja. Przeszłość, na którą można wpłynąć

 

Serdecznie zapraszam do przeczytania mojej recenzji narracyjno-eksploracyjnej, emocjonalnej opowieści niewielkiego, niezależnego studia, zatytułowanej Echoes of Mora. Miłej lektury!

Dziś swoją steamową premierę, także w wersji na wirtualną rzeczywistość ma przygodowa gra wpisująca się idealnie w klimat narracyjnych, emocjonalnych i przede wszystkim eksploracyjnych gier, z psychologicznym, nieco filozoficznym zarysem. Przygodówka Echoes of Mora, gra trzech kobiet z Berlina, znanych jako studio Selkies Interactive, którą miałam okazję sprawdzić dzięki ich uprzejmości, za co bardzo dziękuję, właśnie zadebiutowała. Pora zatem podzielić się z Wami jej recenzją. Serdecznie zapraszam do lektury!

Inne recenzje przygodówek znajdziecie w dziale: Recenzje i wrażenia z przygodówek 

Mówi się, że wszystko co nas czeka jest gdzieś tam zapisane, z góry ustalone, przeznaczone i właściwie nie da się tego uniknąć, a przynajmniej w jakiś sposób nieuchronnemu przeciwdziałać. Ale z drugiej strony mamy wolną wolę, my kształtujemy naszą rzeczywistość, uczynkami, wolą walki, siłą przetrwania i dokonanymi wyborami. Wielu z nas pewnie chciałoby cofnąć czas, by zapobiec złemu, by podjąć te właściwe wybory, aby z mocą pozyskanych doświadczeń i wiedzy, móc inaczej przeżyć życie, a nawet zmienić los. Wiemy, że w rzeczywistym życiu nie jest to możliwe, ale w grach możemy niemal wszystko. I właśnie o zmianie losu, o mocy wpływania na wydarzenie, o umiejętności zaglądania w przeszłość, by budować przyszłość, opowiada poruszająca, tajemnicza przygodówka Echoes of Mora, gra niewielkiego, trzyosobowego, kobiecego studia. 

Wraz z nią przenosimy się do niewielkiej, sennej wioski Valgoda. Miejsce to leży nad okrzykniętym złą sławą fioletowym jeziorem, które uznaje się za przeklęte. Mieszkańcy wspominają o tajemniczej Topielicy, i ludziach, którzy giną pod wodą. Nikt tak naprawdę nie wie gdzie przepadli. W tajemniczym miejscu, w którym mieszkańcy starają się żyć jedynie swoim życiem, i właśnie szykują się do corocznego festiwalu, żyje również Mora. Jest nastolatką próbującą trzymać się blisko grupki młodych ludzi i własnego brata o imieniu Dario.

Gdy pewnego dnia dziewczynka wchodzi na pomost, prawie z niego spadając, Dario natychmiast rusza jej na pomoc, wpadając do wody. Niedługo potem znika w odmętach przeklętego, filetowego jeziora. Przerażona Mora biegnie do rodziców, którzy o dziwo twierdzą, że chłopak wczoraj wyjechał, a to co mówi Mora jest jedynie jej urojeniem. Niewiele myśląc nastolatka postanawia poszukać go na swoją rękę, dowiedzieć się co właściwie się z nim stało, odkrywając moc cofania się w czasie, w przeszłość, którą postanawia zmienić. A przeszłość owa związana jest nie tylko z tajemnicą zniknięcia Dario, ale i z powodzią, które zatopiło Valgodę. Los chłopca i miejsca w którym żyje Mora leży zatem w jej rękach, w specjalnej mocy i woli zmian. 

Echoes of Mora to jedna z takich gier, takich przygodówek, w którą fabularnie nie należy się w recenzji zbyt głęboko zapuszczać, by nie zdradzić za wiele. Jest to bowiem tytuł, którego fragmenty opowieści poznajemy łącząc teraźniejszość z przeszłością, przechodząc od tego co jest, w to co było. 

Właściwa część rozgrywki, w której eksplorujemy, a także mierzymy się z drobnymi zadaniami, rozgrywa się w miasteczku zalanym przez wodę. Jesteśmy osobą, mającą nieograniczoną swobodę poruszania się pod wodą, którą w podwodny świat i system jego działania, wprowadza tajemniczy, eteryczny, kobiecy byt. Owa istota wyjaśnia działanie portali zwanych Echami, które dzięki przedmiotowi, bądź przedmiotom przenoszą nas w przeszłość, do świata Mory, do Valgody sprzed powodzi. 

Z początku trudno nam pojąć kim właściwie jesteśmy, jak tu trafiliśmy, gdyż gra enigmatycznie wrzuca nas w podwodną rzeczywistość, dając jedynie wskazówki w formie samouczka, niosąc ze sobą posmak poetyczności, nieco filozofii, i sporo intrygującej tajemniczości. Ma swój własny, dość charakterystyczny styl i klimat, wyróżniający ją na tle innych narracyjnych, eksploracyjnych gier, które można w jakiś sposób określić mianem symulatorów chodzenia. Ale wprawne oko fana narracyjnych opowieści odnajdzie w niej coś z takich tytułów jaki What Remains of Edith Finch, The Vanishing of Ethan Carter której poradnik/solucję znajdziecie w dziale "Moja twórczość" czy Life is Strange, z poradnikiem dostępnym na blogu. 

Porównanie do wyżej wymienionych tytułów nie jest przypadkowe, gdyż projekt ten oferuje wiele tajemnic, które charakteryzuje stopniowe ich odkrywanie. Nie ma tu nachalności, nie ma gwałtowności, nie ma presji czasu. Jest tajemnica w której stajemy się kimś w rodzaju detektywa odkrywającego przeszłość. Są motywy filozoficzne, egzystencjalne, i psychologiczne. Stajemy twarzą twarz z wyborami i decyzjami wpływającymi na zakończenie gry. Jest to bowiem tytuł, który finalnie przynosi więcej niż jedno zakończenie. Autorki tej niezależnej przygodowej opowieści nie stronią również od tematów określanych jako trudne, poruszając w swojej historii nastoletni bunt, problem relacji ojciec-córka czy bierne poddanie się woli przeznaczenia, godzenia się z losem. 

Opisywany przeze mnie przygodowy projekt nie jest grą lekką. To poruszająca historia o niegodzeniu się z przeszłością. To obraz walki nie tylko o życie ukochanej osoby, ale i stawiania czoła trudnej przeszłości. Tak naprawdę fabułę, która opowiada o zbliżającej się powodzi, nieuchronnym zniszczeniu, każdy z nas może przenieść do własnego życia, które niesie zarówno miłe, jak i trudne momenty, na które nie zawsze nie mamy wpływu. 

Echoes of Mora to również gra o supermocy, o umiejętności odnajdywania ech przeszłości, spoglądania dzięki nim w to co już się wydarzyło, odkrywania w nich sekretów, i tym samym kreowania przeszłości w zupełnie inny sposób. Stajemy się wraz z rozwojem gry kreatorem nowej rzeczywistości, która pozwoli odmienić los. 

Rozgrywka w opisywanym przeze mnie tytule toczy się na dwóch płaszczyznach czasowych, jednocześnie w pewien sposób ze sobą się łączących. Jak już wspominałam podróż po grze rozpoczynamy pod wodą, w całkowicie zatopionej osadzie, w której odkrywamy ślady dawnego życia, i naszą bohaterkę - Morę. Towarzyszymy jej w poznawaniu prawdy na temat wydarzeń w Valgodzie, pomagamy odnaleźć brata, a z czasem stajemy się powiernikiem, a nawet przyjacielem. To kim tak naprawdę jesteśmy nie mamy pojęcia niemal do końca rozgrywki, choć Mora nadaje nam imię i uważa za kogoś w postaci ducha. 

Fabularną podróż odbywamy w klasyczny sposób na komputerach PC, bądź na VR. Ja miałam przyjemność poznać grę w klasycznej, komputerowej formie, używając do sterowania naszą tajemniczą postacią za pomocą klawiszy WSAD, choć grę obsługiwać można również używając kontrolera. Oprócz sterowania, które pod wodą jest zwyczajnie pływaniem, w dowolnym kierunku, bez ograniczeń zamkniętych w ramach, także z możliwością wypłynięcia na powierzchnię, mamy również w grze pewne wyzwania. 

Zalana wioska nie należy do obszarów najmniejszych, i łatwo się w niej pogubić, nie bardzo wiedząc co dalej robić. Nie zostajemy jednak pozostawieni samym sobie, gdyż kierunek naszej podróży, i czynności, które po kolei musimy wykonywać, przynajmniej w większej części rozgrywki, wskazuje nam ławica połyskujących ryb. Wciskając "Q" na klawiaturze zobaczymy je płynące w danym kierunku. W ten sposób wiemy, że właśnie tam mamy się teraz udać.

Wskazanie owe dotyczyć może zarówno portali, tak zwanego Echa, które aktywowane za pomocą przedmiotu, bądź kilku rzeczy, pozwala nam odkryć część przeszłości, poznając fragment historii Mory i mieszkańców Valgody. Rybki mogą nam wskazać także poszukiwaną przez nas rzecz, często ukrytą w jakieś jamie, w koszu, bądź w innym miejscu. W grze, z małymi wyjątkami, nie jesteśmy jednak sami. Towarzyszy nam tajemnicza narratorka z teraźniejszości, ale i Mora z przeszłości. 

Choć Echoes of Mora jest grą narracyjną, którą klasyczną przygodówką "wskaż i kliknij" trudną nazwać, to mimo wszystko znajdziemy w niej typowy ekwipunek, aktywowany za pomocą klawisza "Tab", przycisku "E" oraz kółka myszy. Echa, czyli portale, które z pewnością nie przegapimy, bo połyskują filetowym światłem, musimy, jak już wspominałam, aktywować. Aby móc wkroczyć w przeszłość, musimy odnaleźć znajdującą się nad portalem rzecz. Jej zarys wskazuje wyraźnie czego mamy poszukać. Zwykle poszukiwany przez nas element leży gdzieś blisko Echa - portalu, ale bywa, również, że jest ukryty, a do jego uzyskania przyjdzie nam wykonać jakieś drobne zadanie, jak choćby ułożenie rozbitego popiersia, umieszczenie odważników na wadze czy odnalezienie kilku przedmiotów, i umieszczenie ich w odpowiednich miejscach. 

Nie jest to rozgrywka stawiająca na wielkie umysłowe wyzwania. Zadania jakie postawiono przed nami mają być dodatkiem do opowieści, elementem większej narracyjnej układanki, która koncentruje się na emocjach, psychologii, ale i na moralnych wyborach. To intrygująca, i prawdę powiedziawszy do końca bardzo zagadkowa gra, zachęcająca do odkrycia jej na nowo, z nowym, innym jej zakończeniem.

Echoes of Mora również pod względem graficznym zdecydowanie się wyróżnia, oferując grającym obrazy znacząco się od siebie różniące. W rzeczywistości widzimy świat w pełnym 3D, mając przed sobą obraz dłoni protagonisty, który pływając eksploruje zalaną wioskę. Odwiedzany teren jest rozległy, z zatopionymi drzewami, domami do których przez okna możemy zaglądać, pozostawionymi przedmiotami, a nawet zalanym targiem. Jak już nadmieniłam eksploracja w niczym nas nie ogranicza, no może poza tym, że wypłynąwszy poza taflę wody, do brzegu raczej nie dopłyniemy. Nie mniej jednak zalana Valgoda ma swój wodny urok, swoją smutną, melancholijną przeszłość, ubarwioną błyszczącymi portalami, połyskującymi w wodzie rybami, czy tam i ówdzie palącymi się latarniami. 

Zgoła inaczej graficznie prezentuje się przeszłość, w którą wnikamy poprzez portale. Tu widzimy świat jakby mnie trójwymiarowy, bardziej malowany, niewyraźny, niedokończony. Również niewyraźne, niczym echa, eteryczne są postaci, które podczas rozgrywki spotykamy. Wszystkie, łącznie z Morą, stworzone są z wielu połyskujących kropek, jedynie z zarysem kształtu, bez wyraźnych rysów twarzy, sylwetki. Są jak niewyraźna przeszłość, która rozmywa się z czasem w naszych wspomnieniach, staje się niewyraźna, jak sny, w których słyszymy, ale nie widzimy, wiemy, ale zbudować obrazu śnionej postaci nie jesteśmy w stanie. 

Połączenie graficznej formy, każda w zupełnie różnym stylu, daje ciekawy efekt, świetnie wpisujący się czasami mroczny, nieco surrealistyczny, ale przede wszystkim tajemniczy klimat, jakim przesiąknięta jest ta historia. 

Klimatu zagadkowości, i pewnej surowości, dodaje również całkiem klimatyczna ścieżka dźwiękowa, które niesie opowieść dźwiękami otoczenia, zarówno tego podwodnego, jak i tego sprzed powodzi. Kreowana jest również przez urokliwą ścieżkę muzyczną, której towarzyszą dźwięki skrzypiec, nastrojowe, intrygujące, przejmujące, czasami wywołujące pewien dreszczyk emocji. 

Echoes of Mora choć jest grą pełną skupienia, często stawiającą na rodzaj samotności i nostalgii, jest również, mimo jej niezależności, tytułem dostępnym w pełnej angielskiej wersji językowej, która jest w grze zdecydowanie na wysokim poziomie. Choć postać w którą się tak naprawdę wcielamy jest cicha, to wokół nas cicho zdecydowanie nie jest. Na pierwszy plan narracyjny jeśli chodzi o grową gadaninę wysuwa się oczywiście Mora. Aktorka, która wcieliła się głosowo w jej postać, doskonale zbudowała buntowniczy charakter dziewczynki. Jej tembr głosu, wyrażane podczas dialogów emocje i przyjemna barwa głosu, pozwalają dośc szybko poczuć z tym poszukującym prawdy dzieckiem, swoistą więź.

Nie tylko Mora brzmi dobrze pod względem językowej, angielskiej lokalizacji. Tak naprawdę każda mniej czy bardziej ważna postać odegrana jest w należyty, przemyślany, i bardzo ludzki sposób. 

Ale gra ma jeszcze jedną, szczególnie ważną dla Polaków zaletę. Dostępna jest z polskimi napisami. Choć w kilku miejscach pojawiają się drobne błędy, cieszy niezmiernie że niewielkie, przypominam składające się z trzech osób studio, zdecydowało się na wprowadzenie do swojej gry także polskiej lokalizacji językowej. Za to oczywiście stawiam wielkiego plusa. 

Grając w Echoes of Mora można wyłapać również drobne niedociągnięcia, pewne rozgrywkowe niegodności. Są one zwykle związane z używaniem przedmiotów, które nie zawsze chcą z nami współpracować. Zdarzyło się również w mojej wersji gry wyłapać zbyt szybko znikających dialogowy tekst. 

Podsumowując, Echoes of Mora to niezależna, stworzona przez trzyosobowy, kobiecy zespół, narracyjna przygodówka, w której czas i pośpiech nie jest istotny, a której nadrzędnym elementem i tym co popycha opowieść do przodu, jest eksploracja i z wolna, stopniowo odkrywana fabuła. To ciekawe połączenie teraźniejszości z przeszłością, w równie intrygującej oprawie graficznej. 

To przygodowy projekt dla tych graczy, którzy lubują się w eksploracji, nie obce są im psychologiczne przygodówki, z sekretami, dozą zabawy w detektywa, z jednoczesnym filozoficznym klimatem. Nie znajdziemy tu akcji, ni pośpiechu. Nie będziemy mierzyć się z wymagającymi zagadkami, nie poćwiczymy szarych komórek w umysłowych zadaniach. Pchani prostymi zagadkami mającymi na celu odkrywanie kolejnych fragmentów fabularnej łamigłówki, staniemy się częścią przejmującej opowieści o pozornie nieuniknionym.

Echoes of Mora to historia o życiu, przemijaniu, tęsknocie, o przeszłości i przyszłości. To melancholijna historia walki o lepsze jutro, dążenia do zmian, budowanie nowego, lepszego jutra, pokonywania trudności. To gra, która poprzez dokonane wybory doprowadzi nas do więcej niż jednego jej zakończenia, zachęcająca do poznania tej dość krótkiej historii po raz kolejny. 

Recenzowana przygodówka może pochwalić się również bardzo dobrą angielską wersją głosową, i równie dobrą ścieżką muzyczną. Tym co mnie osobiście najbardziej cieszy, i myślę, że także moich Rodaków, jest to, iż ten niewielki przygodowy tytuł, posiada również polską wersją językową, w formie napisów. 

Gra nie uniknęła drobnych niedociągnięć, szczególnie interfejsowych, najczęściej dotyczących używania przedmiotów, i drobnych potknięć technicznych, z którymi twórczynie z pewnością sobie poradzą. Nie mniej jednak Echoes of Mora jest według mnie przygodówką godną polecenia, szczególnie jeśli lubicie klimat narracyjnych i eksploracyjnych symulatorów chodzenia, w których istotą nie są wyzwania przygodowe, a przejmująca, zagadkowa....., aż do końca, fabuła. 

Moja ocena 7.5/10

Serdecznie dziękuję Selkies Interactive za udostępnienie gry do recenzji.

Grałam w wersję na komputery PC - Steam.

Zalety:

  • Wciągająca fabuła;
  • Klimat przygodówki;
  • Połączenie teraźniejszości z przeszłością;
  • Narracyjny styl opowieści;
  • Psychologiczne przesłania;
  • Więcej niż jedno zakończenie;
  • Dobra angielska wersja językowa;
  • Polskie napisy;
  • Miła dla ucha ścieżka dźwiękowa;
  • Ciekawa grafika

Wady:

  • Mimo wszystko dość krótka;
  • Problemy z używaniem przedmiotów;
  • Dla niektórych może być zbyt łatwa

wtorek, 26 listopada 2024

Premiery gier przygodowych grudzień 2024. Spokojny ostatni miesiąc roku

Premiery gier przygodowych grudzień 2024. Spokojny ostatni miesiąc roku

 

Wchodzimy niebawem w ostatni miesiąc tego roku. Grudzień to przede wszystkim Mikołajka, czas świąteczny i sylwestrowy. To także czas wolny, i czas na prezenty. Jakie prezenty ma dla nas grudzień pod względem przygodowym? 

Radosny i przedświąteczny czas, który już widać na ulicach, i choćby w reklamach to także kolejny miesiąc growych premier. Wszystko wskazuje na to, że w przeciwieństwie do bogatego listopada, grudzień będzie znacznie spokojniejszy. Jakie gry zatem debiutują w grudniu 2024?

Warto także przeczytać:

    Premiery gier przygodowych grudzień 2024

    Pick My Heart 1 & 2 - premiera 5 grudnia

    Gra dla miłośników anime, klasycznych wizualnych powieści i romansów. Historia która zadebiutuje w dwóch rozdziałach, o  boginiach walczących o względy śmiertelnika. Pierwszy rozdział skupia się na miłosnych dylematach, drugi to konfrontacja z własnymi demonami… i złamanym sercem. 

    Gra zadebiutuje na PC - Steam i na Nintendo Switch.


    Infinity Nikki - premiera 7 grudnia

    Piąta odsłona lubianej serii Nikki, w otwartym świecie fantasy, przygodowa gra akcji w platformowym stylu RPG, w której to Nikki i Momo wkraczają w fantastyczne przygody w krainach Miralandu. 

    Tego dnia gra debiutuje na PC - Epic Games Store, PlayStation 5 oraz na urządzeniach mobilnych. 


    Stars in the Trash - premiera 9 grudnia

    Klasycznie przygodowa gra w malowanym stylu, w której przyjdzie wcielić w znudzonego swoim domowym życiem kota. Pewnego dnia Moko postanawia opuścić dom, w którym był rozpieszczany, ale czuł się jak w klatce, i ruszyć ku przygodzie. Będzie to jednak miało swoje konsekwencje. 

    Gra zadebiutuje na PC - Steam. 

     
    Go Home Annie - premiera 10 grudnia

    Przygodowa gra akcji w klimacie grozy, horror w którym akcja rozgrywa się w uniwersum SCP. W grze wcielamy się w pracownika Fundacji SCP, a naszym zadaniem jest sztuczne tworzenie zjawisk paranormalnych. Przy okazji nie zabraknie zagadek i odkrywania tajemnic Replication Division. 

    Gra zadebiutuje na Steam, na PC.


    On Your Tail - premiera 16 grudnia

    Detektywistyczny symulator życia, oparty na historii, rozgrywający się w wakacyjnych klimatach, w uroczym nadmorskim miasteczku Borgo Marina. Jego bohaterką jest Diana, której ciekawość pozwoli zagłębić się w miejskie tajemnice. 

    Gra zadebiutuje na PC, Nintendo Switch.


    Inne tytuły, które mogą, ale nie muszą zadebiutować w grudniu

    Digested

    Survival horror rozgrywający się w otwartym świecie, zrealizowany w filmowym stylu, w którym wędrując z kamerę próbujemy unikać gigantycznego węża, którego jedynym pragnieniem jest zjedzenie nas. Po nieznanym, i otwartym świecie poruszać będziemy się dzięki mapie, lokalizując swoją kapsułę. 

    Gra zadebiutuje na 


    SOPA - Tale of the Stolen Potato

    Niezależna gra familijna, którego bohaterem jest Miho, który pewnego dnia na życzenia babci wchodzi do spiżarni, po ziemniaki. Z niewyjaśnionych przyczyn wkracza do magicznego, pełnego cudów świata, w głebi Ameryki Południowej, poznając liczne dziwaczne postaci. 

    Gra zadebiutuje na PC.


    Jeśli jakiś tytuł niespodziewanie znajdzie się jeszcze na grudniowej liście premier, nie omieszkam Was o tym poinformować. Wiecie, że coś ze świata przygodówek zadebiutuje jeszcze właśnie w grudniu. Dajcie znać w komentarzach. A tymczasem życzę miłej zabawy! 

    czwartek, 21 listopada 2024

    Fatalny Romans - recenzja. Kolejny przeciętniak Netfliksa

    Fatalny Romans - recenzja. Kolejny przeciętniak Netfliksa

    Fatalny Romans, recenzja filmu, kolejnego przeciętniaka dostępnego na platformie Netflix. Czyżby brak szczęścia do thrillerów? Zapraszam do lektury!

    Po obejrzeniu kolejnych oryginalnych produkcji filmowych Netflixa, zaliczanych do thrillerów, czyli tytułów, które w założeniu mają utrzymywać widza w ciągłym napięciu, trudno nie zauważyć, że ostatnio wyraźnie w tej kwestii Netflix kuleje, zaliczając raz po raz filmowe wpadki. Po bardzo przeciętnych Groźnych Kłamstwach, nie rewelacyjnym, acz w miarę przestępnym Nie otwieraj oczu, przyszła pora na równie przeciętny, ba.... nawet sztampowy, Fatalny Romans. 

     Warto przeczytać również:

    Reżyserem i zarazem autorem scenariusza tejże produkcji jest Peter Sullivan, który ma na swoim koncie doskonały serial Rodzina Borgiów, a także dramat Twarz Anioła czy mieszankę kryminału i thrillera, Golem z Limehouse. O ile poprzednie filmy opowiadają w miarę ciekawą historię, mniej lub bardziej zaskakującą, tak Fatalny Romans niczym nowym widzów nie zaskakuje.

    Fabuła jest prosta, mało wciągająca, powiedziałabym nawet przewidywalna, bo zwyczajnie widziana już w wielu tego typu filmach. 

    Oto mamy panią prawnik, kobietę w średnik wieku o imieniu Ellie, która nieźle radzi sobie w pracy, robiąc karierę, a nawet realizując marzenia o założeniu swojej kancelarii prawniczej. Gorzej układa się jej jednak w życiu osobistym. Mąż, który w skutek wypadku nieco się od niej oddala, jedyna córka, która opuściła dom i wyjechała na studia, wszystko niesie ze sobą stan melancholii i pustki. Życie, choć bogate i z pozoru zaspokojone, nie daje Ellie jednak satysfakcji. 

    I tak pewnego dnia, jej kancelaria prawnicza zatrudnia dawnego kolegę ze studiów naszej bohaterki, przystojnego, pociągającego Davida. Ten próbuje jakoś zbliżyć się do Ellie, i po wielu namowach, para umawia się na drinka, który o włos kończy się zdradą. Romans, który nigdy się nie zaczął, dla Davida, mężczyzny o niezrównoważonej psychice, zdaje się dalej trwać. Niedługo potem Ellie i jej rodzina doświadcza gniewu odrzuconego niedoszłego kochanka, który rości sobie prawa do przeuroczej koleżanki.

    Hmm....cóż, jak widzicie nic fabularnie zaskakującego tu nie znajdziecie, gorzej, że Fatalny Romans zamiast podbijać klimat, staje się klasycznym przeciętniakiem, filmem klasy B. Takie banalne filmowe produkcje dość często możemy oglądać w telewizji. Około półtorej godziny przeciętności, idealna propozycja dla zabicia czasu, bez uniesień i dreszczyku emocji. Prosta opowieść, z przewidywalnym zakończeniem, słabym rozwinięciem i nijakimi postaciami.  

    Niestety aktorzy, choć starają się wyciągnąć z napisanych, stworzonych na potrzeby filmu postaci jak najwięcej, właściwie skrzydeł nie rozwijają, bowiem nie mają kiedy i jak. Scenariusz jest bowiem tak przeciętny i nijaki, że stojąca na życiowym rozdrożu prawniczka Eliie, w którą wcieliła się Nia Long jest mało wiarygodna. Nawet gdy grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo, nie jesteśmy w stanie wczuć się w jej położenie, współczuć jej, dopingować, czy wspierać myślami. David, w którego wcielił się Omar Epps, któremu przypadło grać rolę psychopatycznego, zaborczego, niedoszłego kochanka, jest równie nijaki, co jego poprzedniczka. Mimo tego, a może przez to, że wiemy, już na samym początku, że to czarny charakter tejże produkcji, to jego rola traci na znaczeniu, staje się płytka i przewidywalna, choć aktor stara się jak może. Nie warto nawet wspominać o innych, napisanych chyba na kolanie postaciach, które stanowią jedynie puste tło tego co dzieje się na ekranie.

    A nie dzieje się nic, co by mogło zaciekawić, nic pod względem napięcia, jego budowania, wzmacniania i finałowej kulminacji. Ot już na wstępie możemy się domyślić jak potoczy się ta historia i jakie zakończenie w niej ujrzymy. Dobro zwycięża zło, ale ofiary oczywiście być muszą. Historia jakich wiele. 

    Do tego dochodzą sztuczności, które budują obraz klasycznego filmu drugiej kategorii, w której dialogi są nijakie, scenariusz kuleje, a efekty i elementy akcji, jak choćby momenty walki i szarpaniny, w tym wypadku między niedoszłym kochankiem, a mężem ofiary, są zwyczajnie śmieszne i wyraźnie pozorowane. Coś przysłowiowo "nie pykło" w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie ma co kryć, jest słabiutko, bardzo słabiutko. Jedyne co może nas zadowolić to widok pięknego domu z prywatną plażą, który ma szansę stać się powiewem lata i naszych letnich, wakacyjnych planów

    Trudno rozpisywać się nad czymś, co wyraźnie Netflixowi nie poszło. Fatalny Romans to nic nie wnosząca w filmowy świat, kolejna przeciętna produkcja na wspomnianej platformie. Typowy, mało zaskakujący, ale niestety także niezwykle przewidywalny thriller. 

    Jeśli macie trochę czasu, chwilowo nie chcecie skupiać się na serialach, albo cierpicie na nudę, w jakiekolwiek postaci, to możecie go obejrzeć. Niczym Was nie zdziwi, nie wystraszy, produkcja owa opowie prostą historię, ale zajmie Wam jedynie półtorej godziny z leniwego jesiennego czasu.

    Moja ocena 5/10.

    Fatalny romans obejrzycie na platformie Netflix.

    piątek, 25 października 2024

    Black Sails - The Ghost Ship - recenzja. Krótka, acz klimatyczna historia

    Black Sails - The Ghost Ship - recenzja. Krótka, acz klimatyczna historia

    Zapraszam serdecznie do lektury kolejnej recenzji mojego autorstwa, tym razem moim zdaniem niedocenionej przygodówki, krótkiej, ale bardzo klimatycznej, gry Black Sails - The Ghost Ship.

    Mary Celeste, duża brygantyna, statek widmo dryfujący po oceanie bez załogi, która zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Na pokładzie brakowało jedynie 9 beczek alkoholu, szalupy ratunkowej oraz kilku ręcznych przyrządów pomiarowych. Do dziś zagadka zniknięcia załogi pozostaje niewyjaśniona, budząc zainteresowanie twórców gier, którzy w lepszy lub też w gorszy sposób, próbują nam ową historię przybliżyć. Tak też dzieje się w przypadku recenzowanej przeze mnie gry, noszącej tytuł Black Sails: The Ghost Ship. Losy załogi i statku, opowiedziane są w sposób intrygujący i moim zdaniem doskonały, ale po kolei...

    Może zainteresuje Cię także:

    Jest rok 1884. Młoda dziennikarka, Ana, odbywa podróż żaglowcem z Nowego Jorku do Europy, a dokładnie, do Portugalii. Niestety rejs przerywa katastrofa statku, który zaczyna tonąć. Oprócz Any, z opresji ratuje się także mężczyzna, imieniem Lex. Dwójka rozbitków, trzymając się drewnianej kłody, dryfuje po oceanie. Po dwóch dniach męczącej podróży, z mgły wyłania się ogromny statek. Młodzi, dopływają do niego i po drabince, przez okno, wchodzą na pokład. Jakież jest ich zdziwienie, gdy odkrywają, że statek jest opuszczony. Nie ma załogi, brakuje ładunku, a z każdego miejsca, dobiegają dziwne odgłosy. Czy statek będzie ich ratunkiem, czy też więzieniem? Wiele pytań i wiele tajemnic kryje się w każdym kącie tej brygantyny.

    Za produkcję owego tytułu, odpowiedzialne jest niemieckie studio Deck13, które znane jest z zabawnych, humorystycznych przygodówek, takich jak Jack Keane, czy też Ankh. Opisywane przeze mnie dzieło, to zgoła inny gatunek. Twórcy porwali się na stworzenie interaktywnego thrillera i wyszło im to naprawdę bardzo dobrze. Historia opowiedziana w grze trzyma w napięciu, ekscytuje i powoduje, że ciężko odejść od komputera.

    Atmosferę tajemniczości buduje przepiękna i niezwykle dobrana oprawa muzyczna. Już po włączeniu gry, wita nas melodia, której nie sposób nie powtarzać sobie po cichu. Motyw ten dźwięczał mi w uszach wiele, wiele dni. Nie tylko początkowy temat muzyczny, ale też cała oprawa audio buduje atmosferę. Statek skrzypi, piszczy, z oddali słychać dziwne dźwięki i odgłosy. Klimat buduje także grafika. Zielonkawy i szary kolor rozpadającego się statku, poniewierające się po pokładzie przedmioty, listy, notatki, a także słaniająca się po podłogach mgła i fruwające w powietrzu kłębki kurzu, potęgują realizm.

    Bardzo wyraziście zarysowane są postacie. Ana to młoda, zaradna, wygadana dziennikarka, zaś Lex, trochę gburowaty, krzykliwy i arogancki młokos. Są różni, a dzięki temu tak ciekawi. Wzbudzają w graczu emocje, czyniąc grę bardziej interesującą. Bardzo dobrze wygląda sprawa animacji postaci, które mimiką, gestami i ruchami ciała, odzwierciedlają emocje, jakich doznają w danej chwili. Zdziwiona Ana, marszczy czoło, mruży oczy, zamroczony bólem Lex, chwieje się na nogach, zaciska zęby. Przerywniki filmowe, których w grze jest bardzo dużo, wykonane są rewelacyjnie i idealnie wplatają się w jej fabułę.

    Black Sails: The Ghost Ship, zrealizowany jest w technice point & click, w całości obsługiwany za pomocą myszy. Głównie łączymy przedmioty i wykorzystujemy je w różnych miejscach, ale autorzy przewidzieli także dla gracza kilka zadań logicznych. Dużą zaletą jest brak jakichkolwiek zadań zręcznościowych, czy też czasowych. W dobie wciskania nam tych uciążliwych „udogodnień”, to naprawdę duży plus. Innowacją i kolejną zaletą, jest to, że grę można przejść w różny sposób, w zależności od tego, jakie przedmioty i gdzie zostaną użyte. Dodatkowo, rozgrywka posiada dwa niezależne zakończenia, które uruchamiane są za pomocą innych opcji dialogowych, podczas ostatniej, finałowej rozmowy Any i Lexa.

    Niestety projekt, oprócz wielu zalet, posiada również pewne wady. W niemieckiej wersji, występuje bug, który uniemożliwia przejście gry. Otóż, działając jako Ana, możemy podczas zabawy zabrać przedmiot, w tym przypadku żółtą szmatkę, którą powinna wziąć dopiero Fiona. Zabranie tego przedmiotu wcześniej, uniemożliwia zakończenie rozgrywki. Nie wiem czy ten problem występuje w wersji angielskiej, dostępnej na Steam. Pewnym utrudnieniem jest także sposób ustawiania się kamery. Czasami Ana wpada w przedmioty lub też kręci się w kółko. Więcej błędów jednak nie dostrzegłam.

    Podsumowując tę pozycję uważam ją za udaną, opowiedzianą doskonale i niezmiernie wciągającą. I tylko żal, że aż tak bardzo krótką. Przejście gry, zajmuje jedynie 4-5 godzin. Jeśli ktoś będzie miał okazję się z nią zapoznać, to bardzo serdecznie polecam, szczególnie jeśli lubicie interaktywne, ale i nie pozbawione zadań i zagadek przygodówki. 

    Moja ocena 7,5/10.

    Zalety:

    • Fabuła, która potrafi wciągnąć
    • Mocno zarysowana postaci:
    • Klimat gry
    • Animacje;
    • Oprawa audiowizualna;
    • Klimatyczne muzyczne intro

    Wady:

    • Zbyt krótka;
    • Niestety posiada błędy;
    • Dziwne ustawianie się kamery

    wtorek, 22 października 2024

    Kształt Wody - recenzja. Wzruszająca baśń dla dorosłych

    Kształt Wody - recenzja. Wzruszająca baśń dla dorosłych

    Kształt Wody, wzruszająca baśń dla dorosłych, oscarowa opowieść, z doskonałym aktorstwem, pięknymi zdjęciami i absurdalną fabułą. Zapraszam do kolejnej mojej recenzji! 

    Trzynaście nominacji do Oskara, między innymi dla najlepszego filmu, pierwszo i drugoplanowej aktorki, reżysera, za scenariusz, zdjęcia i tak dalej, tak dalej.…, wszystko to dla bardzo wyjątkowego filmu, rzekłabym nietypowego, bo ani nie prezentującego spektakularnego widowiska pełnego akcji, ani zadziwiających efektów wizualnych, a będącego klasyczną, acz współczesną baśnią, dotykającą absurdu, bo opowiadającą wyjątkowo niewiarygodną historię. Kształt Wody, bo tym dziele mowa, to kolejna w mojej recenzyjnej kolekcji, po La La Land produkcja, którą ciężko mi było jednoznacznie ocenić patrząc na nią jako produkcję na miano Oskara.

    Warto przeczytać:

    Przenosimy się w lata 60-te ubiegłego wieku, do Baltimore w Stanach Zjednoczonych, w czasy zimnej wojny między USA, a Związkiem Radzieckim. Poznajemy historię młodej kobiety, Elizy Esposito, sieroty, która odtąd jako dziecko została okaleczona, nie mówi. Eliza wiedzie spokojne, żeby nie powiedzieć nudne życie, które toczy się z dnia na dzień w mieszkanku nad kinem. Codzienne takie same czynności urozmaicają jej rozmowy z równie samotnym jak ona przyjacielem, wspólne oglądania starych filmów, czy dyskusje o życiu oraz praca. Panna Esposito część dnia spędza bowiem w rządowym laboratorium w Bostonie, w którym jest sprzątaczką. Do placówki tej, w której dokonuje się eksperymentów mających kluczowe znaczenie dla państwa, przewieziona zostaje pewnego dnia tajemnicza istota, pół człowiek, pół ryba, która przez pewien afrykański lud czczona była jako bóstwo. Cicha, odrzucona przez społeczeństwo, samotna, ale niezwykle czuła i empatyczna dziewczyna, stopniowo zbliża się do dziwnego, wodnego stworzenia. Wkrótce między nią, a ową istotą, różną, a zarazem bardzo jej podobną, rodzi się niezwykła więź, której zagraża nie tylko ludzkie niezrozumienie, ale i człowiecza nienawiść i zło.

    Kształt Wody, to bardzo nietypowa produkcja filmowa, w której znajdziemy niemal wszystko co chcemy. To swoista mieszanina baśni, przywodząca na myśl Piękną i Bestię melodramatu, filmu fantasy, kryminału, a nawet musicalu. Ten przedziwny zlepek gatunkowy, opowiadający historię miłości między zupełnie innymi gatunkowo istotami, to z pewnością nie jest film dla wszystkich, a dzieło, które zyskać sobie może tyleż samo zwolenników, co przeciwników. Dla wielu może być najcudowniejszą, bardzo wzruszającą, nietypową produkcją, którą rewelacyjnie się ogląda, a dla innych będzie wyssaną z palca, śmieszną, a nawet głupią opowiastką o niczym, o związku nie istniejącym, bo nie możliwym.

    Reżyser, Guillermo del Toro, sprytnie przemycił do Kształtu Wody wszystko to, co już kiedyś u niego widzieliśmy i wcale nie zamierzał tego ukrywać. Niczym w Labiryncie Fauna mamy znajomy baśniowy klimacik fantasy, rodem z Hellboya, który będzie miał kontynuację w filmie Hellboy: Wzgórza nawiedzonych, zaś niewiarygodną, nieludzką kreaturę, która pała uczuciem do człowieka. I choć pomysł nie jest nowy, a jest rodzajem odgrzewanego kotleta, to tak naprawdę sprawdza się w stu procentach, budując ulotny, romantyczny i zupełnie wyjątkowy klimat produkcji.

    Kształt Wody to nie tylko historia o nie mającym szans przetrwania uczuciu, to przede wszystkim opowieść o ludzkiej odmienności, o niezrozumieniu, odrzuceniu, braku tolerancji, inności, niespełnieniu, nienawiści, chęci władzy, ukrytym w człowieku dobru i złu, ukazanym na przykładzie bardzo dobrze rozpisanych postaci, od tych pierwszo-, po drugo- i trzecioplanowe.

    Jak w rasowej baśni przystało, tak i tutaj mamy do czynienia z osobami wyraźnie pozytywnymi, jak i negatywnymi. Walka dobra ze złem toczy się na naszych oczach nie tylko poprzez sposób poprowadzenia akcji, która od bardzo powolnej i melancholijnej, przechodzi w niezwykle wartką i dramatyczną, ale i na przykładzie głównych w filmie postaci, które są bardzo charakterystyczne.

    Eliza, w tej roli rewelacyjna Sally Hawkins, samotna, spragniona miłości młoda kobieta, która w życiu miała jedynie pod górkę, dotknięta kalectwem, ale jednocześnie potrafiąca wydobyć z życia te najpiękniejsze chwile i cieszyć się nimi równie mocno jak dziecko. Zelda Fuller (Octavia Spencer) charyzmatyczna, narzekająca na męża leniucha przyjaciółka Elizy, kobieta o ciętym języku i nieprzeciętnym poczuciu humoru. Giles (Richard Jenkins) nie mogący się pogodzić ze starością, niespełniony uczuciowo i zawodowo artysta gej. Dr Robert Hoffstetler (Michael Stuhlbarg) szukający swojej życiowej, zawodowej drogi życia, marzyciel i naukowiec, nie mogący się pogodzić z niesprawiedliwością świata. Pozytywne postaci Kształtu Wody, zmącone są czarnymi charakterami, począwszy od rządnych władzy Rosjan, po tyrana, despotę i psychopatę owładniętego chęcią dominacji nad światem i wszelakim stworzeniem, Richarda Stricklanda, w którego wcielił się Michael Shannon.

    Zaletą filmowego dzieła oprócz tego, że jest baśnią dla dorosłych, bardzo wzruszającą i mimo dramatyzmu niosącą pozytywne przesłanie jest rewelacyjna gra aktorska, iście mistrzowska. Sally Hawkins jako Eliza Esposito (z hiszpańskiego sierota) udowodniła, że role będące dla niej wyzwaniem, jak choćby w dramacie Maudie, który miałam okazję dla opisać, czy w Kształcie Wody, nie są wyzwaniem dla jej talentu. W filmie oprócz posługiwania się językiem migowym, którego się musiała nauczyć, niebywale gra mimiką, sposobem bycia, grymasem na twarzy, wzburzeniem widocznym w ruchu ciała, w geście, czy cichutkim westchnięciu, namiętności w błysku oka i wielu innych. Nie tylko ona wznosi się na wyżyny aktorskiego kunsztu. Wielką naturalnością, lekkością i swobodą popisuje się Octavia Spencer, która jako Zelda Fuller dodaje do dramatu rozgrywającego się na ekranie nutkę wesołości, czyniąc go nieco lżejszym. Rewelacyjny jest jako czarny charakter Michael Shannon. Aktor robi wszystko, by postać, w którą się wciela, czyli Richard Strickland była tak wredna, tak obrzydliwa i tak odrzucająca jak to tylko możliwe i czyni to doskonale.

    Całość tego nietypowego, ckliwego, bogatego w emocje obrazu spajają niezwykle pięknie zrealizowane zdjęcia, doskonałe kadry, wyważone ujęcia i przede wszystkim doskonała muzyka, która podkręca emocjonalną otoczkę tej produkcji.

    Czy Kształt Wody to dla mnie Oskarowy film? Chyba nie do końca, choć być może nie mam racji. Jedno jest pewne, jest to produkcja, który wzbudza w widzach wiele emocji i to nie tylko tych pozytywnych, a przecież chodzi o to, żeby film był zapamiętany, by był powodem do dyskusji i licznych polemik. Kształt Wody to piękna, melancholijna, dobrze opowiedziana bajka, której największą zaletą jest to, że się ją naprawdę dobrze ogląda. 

    Moja ocena to 8/10.

    Kształt wody można obejrzeć w ramach subskrypcji na Disney+. 

    niedziela, 20 października 2024

    Dead Synchronicity: Tomorrow comes Today - recenzja

    Dead Synchronicity: Tomorrow comes Today - recenzja

    Serdecznie zapraszam do recenzji przygodowej gry w klimatycznym, pandenimcznym stylu, stworzonej przez zespół studia Fictiorama, wydanej przez Daedalic Entertainment. Miłej lektury!

    Czy macie czasami dość kolorowych, zabawnych, rzekłabym infantylnych gier przygodowych, w których zwykle ratujecie kogoś lub coś. Brakuje Wam może świeżości w tym gatunku gierek, a może chcielibyście tym razem przygodówki dla dorosłego i poważniejszego gracza? Jeśli tak, to mam dla Was idealną propozycję, tytuł, który zachwyci niejednego fana tego rodzaju zabawy a i amator innego rodzaju rozgrywek z pewnością nie będzie żałował. Takim dziełem jest zdecydowanie Dead Synchronicity: Tomorrow Comes Today, projekt opracowany przez niezależny zespół Fictiorama, a sygnowany i wydany przez wszystkim znane studio Daedalic Entertainment.

    Może zainteresuje Cię także:

    Niemieckie studio znane jest z klasycznych, zwykle przesiąkniętych humorem, czy też bajkowych gier, takich jak The Dark Eye: Klątwa Wron, The Dark Eye: Memoria czy The Night of the Rabbit, więc opisywany przeze mnie w owej recenzji tytuł, jest powiewem świeżości w ich ogromnym dorobku, tym razem wydawniczym. Inaczej sprawa się ma jeśli chodzi o twórców Dead Synchronicity, dla których projekt stał się debiutem w świecie przygodówek. Niewielkie składające się zaledwie z kilku osób studio, stworzyło grę tak poważną i dorosłą, niezwykle emocjonalną, z doskonałą fabułą i świetną muzyką, że już na wstępie mogę napisać, że byłam skora dać tej produkcji najwyższą możliwą notkę, gdyby nie jeden zasadniczy jej problem. Dlaczego tego jednak nie zrobiłam i jaka jest moja końcowa opinia i jej ocena, tego dowiecie się z mojej recenzji. 

    W Dead Synchronicity: Tomorrow Comes Today wcielamy się w mężczyznę, który pewnego dnia zostaje odnaleziony w przydrożnym rowie. Nieprzytomny, prawie pozbawiony życia, zostaje przyniesiony do jednej ze stojących w okolicy przyczep. Schorowany, miotany strzępkami wspomnień, w których przewija się głos kobiety i imię Michael, w końcu odzyskuje świadomość. Jedyne co pamięta to to, że tak właśnie ma na imię. Dowiaduje się także, że trafił do przyczepy Roda, ojca i męża, byłego pracownika dużej korporacji. Odtąd wszystko jest dla niego nowe. Zanik pamięci, to niestety nie  jedyna tragedia, z którą zmierzyć się musiał Michael. Po wyjściu za zewnątrz okazuje się, że miasto jest zrujnowane. Powodem stała się serie katastrof naturalnych, zwanych „Wielką Falą”, które nawiedziła kraj. Niedługo potem wydarzają  się kolejne nieszczęście. Ludzie zapadają na przedziwną chorobę. Wielu z nich twierdzi, że miało kontakt ze zmarłymi, widzą rzeczy które wydarzyły się w przeszłości, albo wydarzą się w przyszłości. Ta straszna epidemia atakuje coraz więcej istnień, doprowadzając do rozkładu ciał, a potem całkowitego zniknięcia. Wszystkich podejrzanych o zarażenie osobników,  zabiera się, i słuch o nich ginie. Reszta populacji umieszczona zostaje w obozach, w których władzę sprawuje armia. Ta traktuje ich jak ludzi gorszego gatunku, nazywając „szczurami”. Możliwość podróżowania poza teren obozu mają tylko ci, którzy donosili żołnierzom. Tych zaś  zwie się  "kretami”.  Na dodatek na niebie zaczynają  ukazywać się znaki, które mogą  być zapowiedzią kolejnego kataklizmu.

    Dead Synchronicity to klasyczna przygodówka, w której obsługa odbywa się za pomocą myszy. Nie uświadczymy tu żadnych zadań zręcznościowych, czasówek, czy innych” udogodnień”, co oczywiście piszę grze na plus i to bardzo duży. Ponieważ, jak to w klasycznym point& clicku bywa, gracz zbierać musi przedmioty, które gdzieś i kiedyś będzie używał, to żeby niczego nie przegapić twórcy zaoferowali graczom podświetlanie aktywnych miejsc. Wystarczy, że klikniemy klawisz "spacji", a na ekranie pojawią się fioletowe, migające punkty, świadczące o miejscach i przedmiotach istotnych dla gry. Nie wszystko jednak będziemy zbierać. Część miejsc i rzeczy można jedynie obejrzeć, dzięki temu poznając nieco więcej szczegółów na temat fabuły. Ciekawym motywem i pewnym novum w grze są wizje bohatera, strzępy wspomnień, które być może kojarzą mu się z miejscem lub z osobą. Gdy tylko takowy "majak" się pojawi, obraz zaczyna się zmieniać. Widzimy wszystko jak w śnieżącym telewizorze. Widok jest zamazany, zmieniają się kolory i nagle z szaro- różowych lokacji wszystko staje się zielone, migające, widziane jakby przez spód szklanki, a po chwili znika. Oprócz tych wizji, Michael z czasem przypomina sobie pewne elementy ze swego życia. Oglądamy je zupełnie inaczej niż owe wizje. W tym wypadku na ekranie pojawią się wykonane w formie komiksowej animacje. 

    Graficznie gra różni się od tego, do czego przyzwyczaiło nas studio Daedalic. Przyznam się, że pierwsze zrzuty z ekranu, które oglądałam śledząc jej zapowiedzi, nie zachęcamy mnie do grania. Postacie wydawały mi się drętwe, toporne i zwyczajnie brzydkie. Zmieniłam zdanie już po pierwszych kilku minutach grania w to dzieło. Nie wyobrażam sobie innej grafiki. Rysunkowe postaci, dziwnie przymglone i czasami zamazane tła, zburzone domy, wraki samochodów, wszystko to  potęguje odpowiedni nastrój w grze, budując klimat straszliwej katastrofy i wielkiego nieszczęścia. Na emocje wpływa nie tylko strona wizualna gry, ale także ogrom nieszczęść populacji, która przeżyła katastrofę. Mamy więc zarażonego tą straszną chorobą chłopca imieniem Colin, który bardzo cierpi, młodą kobietę, jeszcze prawie dziecko o imieniu Rose, którą zmusza się do prostytucji, nieszczęsnego staruszka, który pragnie schować się przed żołnierzami, by nie trafić do obozu, szpital pełen wrzeszczących i umierających w męczarniach ludzi, czy też złowieszczy i makabryczny park i wiele innych. 

    W wielu momentach przechodząc grę miałam ciarki na plecach, a moje serce waliło. Obok tej pozycji nie można przejść obojętnie. Jestem przekonana, że nie można ją przepraszam za słowo  "zaliczyć” bez emocji jej towarzyszącym. Zdecydowanie fabuła to bardzo, bardzo i jeszcze raz bardzo mocna strona tej gry. Na jej klimat i niezwykłość wpływa też bardzo dobra ścieżka dźwiękowa i doskonała praca aktorska. Każda z postaci, która przewija się podczas gry, zaczynając od głównego bohatera, kończąc na postaci pobocznych, zagrana jest doskonale, z należytymi emocjami. Całość buduję obraz okrutnej prawdy o ludziach, którym przyszło zmierzyć się z ogromem nieszczęść. Dodatkowo grozy i okrucieństwa dokładają odgłosy, które niemal ciągle słyszymy w tle. W niektórych lokacjach do naszych uszu dochodzi płacz dzieci, w niektórych krzyki, czy też  strzały. 

    Ponieważ tak jak już wcześniej napisałam jest to klasyczna przygodówka, więc i tradycyjnie wygląda ekwipunek, który w tym wypadku ukryty jest w teczce. Oprócz rzeczy, które tam trafiają i które można obejrzeć, a także niektóre z nich połączyć, w inwentarzu znajduje się też niezbędna, jeśli o mnie chodzi rzecz w grach adventure, czyli notatnik. Tu zapisywane są istotne dla gry i fabuły szczegóły. Są to zadania, które musi wykonać Michael. Oprócz tego, pojawiać się tam będą animację, zwykle są to wspomnienia naszego bohatera, które w dowolnym momencie gry możemy sobie odtworzyć. Bardzo mi się ten pomysł podoba i przyznam się, że zdarzyło mi się pary razy przypominać sobie tę, czy inną animację. 

    Jedynym elementem, którego zbrakło mi w tym dziele i co doprowadziło tym samym do jej końcowej oceny, jest brak zadań logicznych, typowych dla graczy tak zwanych „łamańców” głowy. Znalazłam jedynie jedną, dość prostą zagadkę polegającą na odpowiednim ustawieniu natężenia światła. Większość zadań skupia się jedynie na zagadkach przedmiotowych, które są w miarę logiczne i mało skomplikowane. Dzięki temu w Dead Synchronicity mogą zagrać nie tylko „Starzy Wyjadacze” przygodówek, ale i Ci, którzy dopiero zaczynają przygodę z tym gatunkiem lub też skupiają się zdecydowanie na innym rodzaju wideo rozrywki. 

    Podsumowując, zaczynając grać w Dead Synchronicity: Tomorrow Comes Today nie spodziewałam się tak doskonałej gry, tak klimatycznej i tak dorosłej. Nie jest to z pewnością pozycja dla młodszych graczy, bardziej polecałabym ją osobom dorosłym i ku takim graczom powinna być skierowana. Twórcy zapowiadali pojawienie się kolejnych dwóch części, tworzących z owego dzieła trylogię. Niestety się ich nie doczekaliśmy, i wszystko wskazuje na to, że się już ich nie doczekamy. 

    Moja ocena 8/10.

    Zalety:

    • Mroczna fabuła;
    • Klimat gry dla dorosłych;
    • Nietuzinkowa grafika;
    • Spora grywalność;
    • Wciąż aktualna tematyka;
    • Polska wersja języka

    Wady:

    • Zbyt krótka;
    • Brak kontynuacji

    sobota, 19 października 2024

    Renfield - recenzja. Szalony przepis na to jak wyjść z toksycznej relacji szef-pracownik

    Renfield - recenzja. Szalony przepis na to jak wyjść z toksycznej relacji szef-pracownik

    Renfield, recenzja komediowego horroru. Szalony przepis na to jak wyjść z toksycznej relacji szef-pracownik. Zapraszam do kolejnej recenzji! 

    Renfield, to najsłynniejszy sługa hrabiego Drakuli, najbardziej rozpoznawalnego władcy wampirów, barwnie opisanego w dziele Brama Stokera, którego znany nie tylko z kart powieści, ale i z wielu filmowych adaptacji, jak i seriali. Renfieldowi nie poświęcano do tej pory w filmowych produkcjach tyle czasu, ile miał wspomniany wampirzy hrabia. Owszem wiedzieliśmy jak ważną rolę pełnił w "życiu" Drakuli, wiedzieliśmy jaki miał charakter i jakie zadania powierzał mu pan, a także czym się żywił.

    Warto przeczytać: 

    Swojego filmu ta postać jednak się nie doczekała, aż do kwietnia zeszłego roku. Wtedy to na ekrany kin wszedł komediowy horror Chrisa McKay’a, który całą swoją uwagę skupił właśnie na postaci wiernego sługi pana ciemności, który pewnego dnia zrozumiał, że życie może wyglądać zupełnie inaczej…… lepiej, spokojniej i mniej służalczo. Co z tego wyszło? Czy film warto obejrzeć? O tym w mojej recenzji, do której zapraszam. 

    Renfield – o tym jak zerwać z nałogiem……., w postaci Drakuli 

    Renfield to czarna komedia grozy, której bohaterem, jak już wspomniałam jest sługus Drakuli, znany z powieści Drakula autorstwa Brama Stokera. Ten szaleniec żywiący się robactwem, w opisywanej przeze mnie produkcji jest młodym, choć żyjącym już setki lat mężczyzną, który przez te wszystkie lata wciąż służy swemu panu. Pewnego dnia zauważa, że zaczyna mu ciążyć mordowanie i spełnianie każdych makabrycznych życzeń swego pana. Świadomy tego, że wraz z nim przemierzył niemal cały świat, i widział wiele, zauważa jednak, że ugrzązł w relacji, która go tłamsi i nie pozwala być sobą. 

    Gdy trafia na grupę wsparcia, która pomaga wyjść z toksycznych relacji, Renfield czuje, że także dla nieco zaświeciła pomyślna gwiazda. Chce porzucić tyrana, zrzucić niemodne ciuchy, i zamiast szarości i mroku, otoczyć się kolorami, paradując w barwnych sweterkach. Niestety szyki naszego bohatera krzyżuje nie tylko jego „pracodawca” Drakula, ale także pewien nadgorliwy synalek rodziny mafijnej, którego zaczyna ścigać zdeterminowana, gotowa na wszystko policjantka drogowa. 

    Pewnego dnia drogi Renfielda i Rebecci zazębiają się, i wszystko wskazuje na to, że mogą się polubić, a co najciekawsze, stając razem do walki o samych siebie, mogą definitywnie rozprawić się nie tylko z rodziną mafijną, ale i z samym księciem ciemności, Drakulą. 

    Renfield – film, którego nie należy brać zbyt poważnie

    Winnam Wam jestem wyjaśnienie czym właściwie jest film Renfield, do jakiego gatunku można go zaliczyć. Otóż produkcja w reżyserii Chrisa McKay’a określana jest jako komediowy horror. Ale można się w niej dopatrzyć jeszcze wielu innych gatunków, a przynajmniej filmowych odniesień, które koncentrują się na współczesnych problemach, zapewne znanych większości z Was. Scenarzyści, a są to nie byle jakie postaci, bowiem Robert Kirkman i Ryan Ridley postanowili opowiedzieć historię, która o poważnych, a nawet strasznych sprawach, opowiada w mniej poważny sposób, która traktuje grozę na równie z humorem, a momentami zdaje się czerpać garściami ze znanych filmowych hitów. 

    Nie znajdziemy tu nic z dawnej mroczności filmów o Drakuli, bo nie on jest postacią w filmie najważniejszą. Choć Drakula, mówiąc kolokwialnie, robi robotę, to Renfield gra pierwsze skrzypce. Nie jest mroczny, nie jest chory psychicznie, nie jest nawet brzydki i stary. Wręcz przeciwnie. Wywracając kota do góry nogami, twórcy włożyli Renfielda w buty zahukanego pracownika, który pewnego dnia trafiając na grupę wsparcie pojmuje, że gdzieś jest inne życie. 

    Sama forma prowadzenia fabuły, w stylu narratorskim, w stylu opowieści książkowej, mnóstwo gagów i scen komicznych, jeszcze więcej przesady, lejącej się krwi, supermocy uzyskiwanych przez jedzenie robactwa i rodzącego się uczucia do zdeterminowanej policjantki, sprawia, że film nie można traktować zbyt poważnie. To klasyczna kinowa rozrywka w najczystszej formie, która nawet nie myśli być filmem grozy na poważnie. 

    Renfield - Nicolas Cage i Nicholas Hoult w jednym filmie, mieszanka iście wybuchowa 

    Nicolas Cage ma na swoim koncie ról filmowych naprawdę sporo. Cokolwiek byśmy o tym aktorze nie powiedzieli, zagrał zarówno w dziełach, które nie specjalnie zachwycają, jak i pokazał aktorską klasę w kilku naprawdę wartościowych, produkcjach, błyszcząc na przykład w dramacie Świnia. Widzieliśmy Cage’a w filmach akcji, komediach, dramatach, a także w takich sobie horrorach. Wielu z Was zapewne nie spodziewało się go zobaczyć w roli Drakuli. 

    Okazuje się, że hrabia wampirów w wykonaniu tegoż aktora, nawet w postaci drugoplanowej, kradnie show, i sprawia, że Drakula - szef i tyran, a także Drakula – morderca i upadły hrabia, w połączeniu z Renfieldem, w zupełnie innym stylu to mieszanka iście wybuchowa i całkiem zjadliwa (jakkolwiek to brzmi). 

    Drakula to tyran, morderca i bezwzględna istota nie znająca litości, która jednak ma swoje słabe strony. Nicolas Cage pozwolił sobie zgrabnie wykorzystać słabość wampira, i mimo roli drugoplanowej, umiejętnie pokazał, że mroczną postać, znaną z mnóstwa ekranizacji, można pokazać także w nieco inny sposób. Owszem jest postaciowo w jakiś sposób przerażający, pozbawiony dostępu świeżej krwi, także odrażający, ale jest także na swój sposób zabawny, w tej swojej manii wielkości. Nicolas Cage gra, i dobrze się bawi, co widzom się udziela, szczególnie jak mają świadomość, że są uczestnikami czarnej komedii grozy.

    W niej prawie wszystko zostaje wywrócone do góry nogami. Renfield, któremu poświęcono ten film, bowiem on jest jego postacią naczelną to właśnie żywy przykład odwrócenia schematu. Przystojny mężczyzna o miłym obliczu, i kulturalnej osobowości, który pragnie zamienić mrok w światło, a ponurość w kolory. Renfield w wykonaniu Nicholasa Houlta w niczym nie przypomina sługusa znanego nam z powieści. Ani on brzydki, ani szalony. Na dodatek wie, że służalczość swojemu panu w niczym mu nie pomoże, niczego nie ułatwi, a jedynie zaburzy jego plany bycia kimś zupełnie innym….., normalnym, ludzkim, dostosowanym i przede wszystkim współczesnym. 

    Ale nie tylko ta dwójka stanowi tło tej opowieści. Film Renfield to także historia policjantki z drogówki, Rebecci Quinc, w którą wcieliła się Awkwafina, która staje do walki ze zbyt pewnym siebie synem mafijnej rodziny, który nie kontroluje swoich zapędów, a przez to, że jest nieco rozpuszczony, na wiele sobie pozwala. Losy Rebecci i Renfielda pewnego dnia krzyżują się, dając upust gatunkowej mieszance, czyniąc z czarnej komedii grozy, niezły, acz ociekający krwią film akcji. 

    Renfield – będzie krwawo!

    Tak, tak, Renfield to oprócz kina grozy, sporej ilości czarnego humoru, także akcja, w której krew leje się strumieniami, a trup ściela się gęsto….., i to nie tylko z rąk, czy raczej zębów Drakuli. To także popis porachunków mafijnych i zdolności Renfielda, który zajadając robactwo zyskuje wyjątkowe moce, w tym wypadku ogromną siłę. 

    I tak na ekranie urywane są ręce i nogi. Niczym w Kill Bill krew leje się strumieniami, a trupów i widowiskowych sztuczek, w nieco komicznym, przesadzonym stylu, nie brakuje. Przesada przesyt i brutalność nie są w opisywanej przeze mnie produkcji niczym dziwnym, i mimo zbytniego koloryzowania i dramatyzowania, w samą formę dziwności i inności tego dzieła, przypominam komediowego horroru, wpisują się całkiem zgrabnie, stanowiąc ciekawą odmianę od grozy, i dramatu uwięzionego w toksyczności biednego Renfielda. 

    Renfield – podsumowanie recenzji 

    Zapewne wielu z Was przywykło do mrocznych ekranizacji dzieła Stokera, w których Drakula ma władzę, moc wpływania na innych, i wampirzy głód krwi, zaś jego oddany i pochlebczy sługa Renfield, kłaniając się mu w pas, robi wszystko, by panu dogodzić, spełniając każde, nawet te najbardziej krwawe jego życzenie. Przywykliśmy do Renfielda złoczyńcy, o niezbyt ciekawej aparycji i szaleństwie w oczach. Przyzwyczailiśmy się do grozy, jaka wyziewa z ekranu, gdy właśnie zanurzamy się w horror o Drakuli. 

    Tymczasem film, na który jakiś czas temu można było wybrać się do kina, a obecnie jest możliwy do obejrzenia na streamingu, obie postaci traktuje w zupełnie odmienny sposób. Drakula jest może i groźny, ale w tym wypadku jest szefem tyranem, z którego władzy próbuje uwolnić się zmęczony takim życiem Renfield. I nie jest to ponury brzydal, szaleńczo zapatrzony w swego pana, a młody mężczyzna, który ponurość chce zamienić na kolory i radość życia, i urocze mięciutkie sweterki.

    Film Renfield to produkcja, którą jeśli tylko potraktujecie w lekki sposób, jeśli spojrzycie na nią z perspektywy swoistego naśmiewania się z filmowych gatunków, trochę jak filmową parodię, trochę jak czarną komedię, a trochę jak klasyczne kino akcji, ubarwione grozą, to się nie zawiedziecie. Nie należy dzieła Chrisa McKay’a traktować jak film dający do myślenia, czy klasyczne kino grozy. To kolejny tytuł, którego nadrzędnym celem jest zabawa treścią i formą, bawienie się znanymi kanonami. To film, który ma bawić, ma być prostą rozrywkę dla każdego, nawet dla takiego widza, który bać się w kinie, czy też przed własnym ekranem, nie zamierza. Jeśli potraktujemy go jak rozrywkę……, to myślę, że będzie to całkiem udany seans. 

    Moje ocena 8/10.

    Film do obejrzenia na platformie SkyShowtime.