Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opis. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 listopada 2024

Premiery gier przygodowych grudzień 2024. Spokojny ostatni miesiąc roku

Premiery gier przygodowych grudzień 2024. Spokojny ostatni miesiąc roku

 

Wchodzimy niebawem w ostatni miesiąc tego roku. Grudzień to przede wszystkim Mikołajka, czas świąteczny i sylwestrowy. To także czas wolny, i czas na prezenty. Jakie prezenty ma dla nas grudzień pod względem przygodowym? 

Radosny i przedświąteczny czas, który już widać na ulicach, i choćby w reklamach to także kolejny miesiąc growych premier. Wszystko wskazuje na to, że w przeciwieństwie do bogatego listopada, grudzień będzie znacznie spokojniejszy. Jakie gry zatem debiutują w grudniu 2024?

Warto także przeczytać:

    Premiery gier przygodowych grudzień 2024

    Pick My Heart 1 & 2 - premiera 5 grudnia

    Gra dla miłośników anime, klasycznych wizualnych powieści i romansów. Historia która zadebiutuje w dwóch rozdziałach, o  boginiach walczących o względy śmiertelnika. Pierwszy rozdział skupia się na miłosnych dylematach, drugi to konfrontacja z własnymi demonami… i złamanym sercem. 

    Gra zadebiutuje na PC - Steam i na Nintendo Switch.


    Infinity Nikki - premiera 7 grudnia

    Piąta odsłona lubianej serii Nikki, w otwartym świecie fantasy, przygodowa gra akcji w platformowym stylu RPG, w której to Nikki i Momo wkraczają w fantastyczne przygody w krainach Miralandu. 

    Tego dnia gra debiutuje na PC - Epic Games Store, PlayStation 5 oraz na urządzeniach mobilnych. 


    Stars in the Trash - premiera 9 grudnia

    Klasycznie przygodowa gra w malowanym stylu, w której przyjdzie wcielić w znudzonego swoim domowym życiem kota. Pewnego dnia Moko postanawia opuścić dom, w którym był rozpieszczany, ale czuł się jak w klatce, i ruszyć ku przygodzie. Będzie to jednak miało swoje konsekwencje. 

    Gra zadebiutuje na PC - Steam. 

     
    Go Home Annie - premiera 10 grudnia

    Przygodowa gra akcji w klimacie grozy, horror w którym akcja rozgrywa się w uniwersum SCP. W grze wcielamy się w pracownika Fundacji SCP, a naszym zadaniem jest sztuczne tworzenie zjawisk paranormalnych. Przy okazji nie zabraknie zagadek i odkrywania tajemnic Replication Division. 

    Gra zadebiutuje na Steam, na PC.


    On Your Tail - premiera 16 grudnia

    Detektywistyczny symulator życia, oparty na historii, rozgrywający się w wakacyjnych klimatach, w uroczym nadmorskim miasteczku Borgo Marina. Jego bohaterką jest Diana, której ciekawość pozwoli zagłębić się w miejskie tajemnice. 

    Gra zadebiutuje na PC, Nintendo Switch.


    Inne tytuły, które mogą, ale nie muszą zadebiutować w grudniu

    Digested

    Survival horror rozgrywający się w otwartym świecie, zrealizowany w filmowym stylu, w którym wędrując z kamerę próbujemy unikać gigantycznego węża, którego jedynym pragnieniem jest zjedzenie nas. Po nieznanym, i otwartym świecie poruszać będziemy się dzięki mapie, lokalizując swoją kapsułę. 

    Gra zadebiutuje na 


    SOPA - Tale of the Stolen Potato

    Niezależna gra familijna, którego bohaterem jest Miho, który pewnego dnia na życzenia babci wchodzi do spiżarni, po ziemniaki. Z niewyjaśnionych przyczyn wkracza do magicznego, pełnego cudów świata, w głebi Ameryki Południowej, poznając liczne dziwaczne postaci. 

    Gra zadebiutuje na PC.


    Jeśli jakiś tytuł niespodziewanie znajdzie się jeszcze na grudniowej liście premier, nie omieszkam Was o tym poinformować. Wiecie, że coś ze świata przygodówek zadebiutuje jeszcze właśnie w grudniu. Dajcie znać w komentarzach. A tymczasem życzę miłej zabawy! 

    czwartek, 21 listopada 2024

    Fatalny Romans - recenzja. Kolejny przeciętniak Netfliksa

    Fatalny Romans - recenzja. Kolejny przeciętniak Netfliksa

    Fatalny Romans, recenzja filmu, kolejnego przeciętniaka dostępnego na platformie Netflix. Czyżby brak szczęścia do thrillerów? Zapraszam do lektury!

    Po obejrzeniu kolejnych oryginalnych produkcji filmowych Netflixa, zaliczanych do thrillerów, czyli tytułów, które w założeniu mają utrzymywać widza w ciągłym napięciu, trudno nie zauważyć, że ostatnio wyraźnie w tej kwestii Netflix kuleje, zaliczając raz po raz filmowe wpadki. Po bardzo przeciętnych Groźnych Kłamstwach, nie rewelacyjnym, acz w miarę przestępnym Nie otwieraj oczu, przyszła pora na równie przeciętny, ba.... nawet sztampowy, Fatalny Romans

     Warto przeczytać również:

    Reżyserem i zarazem autorem scenariusza tejże produkcji jest Peter Sullivan, który ma na swoim koncie doskonały serial Rodzina Borgiów, a także dramat Twarz Anioła czy mieszankę kryminału i thrillera, Golem z Limehouse. O ile poprzednie filmy opowiadają w miarę ciekawą historię, mniej lub bardziej zaskakującą, tak Fatalny Romans niczym nowym widzów nie zaskakuje.

    Fabuła jest prosta, mało wciągająca, powiedziałabym nawet przewidywalna, bo zwyczajnie widziana już w wielu tego typu filmach. 

    Oto mamy panią prawnik, kobietę w średnik wieku o imieniu Ellie, która nieźle radzi sobie w pracy, robiąc karierę, a nawet realizując marzenia o założeniu swojej kancelarii prawniczej. Gorzej układa się jej jednak w życiu osobistym. Mąż, który w skutek wypadku nieco się od niej oddala, jedyna córka, która opuściła dom i wyjechała na studia, wszystko niesie ze sobą stan melancholii i pustki. Życie, choć bogate i z pozoru zaspokojone, nie daje Ellie jednak satysfakcji. 

    I tak pewnego dnia, jej kancelaria prawnicza zatrudnia dawnego kolegę ze studiów naszej bohaterki, przystojnego, pociągającego Davida. Ten próbuje jakoś zbliżyć się do Ellie, i po wielu namowach, para umawia się na drinka, który o włos kończy się zdradą. Romans, który nigdy się nie zaczął, dla Davida, mężczyzny o niezrównoważonej psychice, zdaje się dalej trwać. Niedługo potem Ellie i jej rodzina doświadcza gniewu odrzuconego niedoszłego kochanka, który rości sobie prawa do przeuroczej koleżanki.

    Hmm....cóż, jak widzicie nic fabularnie zaskakującego tu nie znajdziecie, gorzej, że Fatalny Romans zamiast podbijać klimat, staje się klasycznym przeciętniakiem, filmem klasy B. Takie banalne filmowe produkcje dość często możemy oglądać w telewizji. Około półtorej godziny przeciętności, idealna propozycja dla zabicia czasu, bez uniesień i dreszczyku emocji. Prosta opowieść, z przewidywalnym zakończeniem, słabym rozwinięciem i nijakimi postaciami.  

    Niestety aktorzy, choć starają się wyciągnąć z napisanych, stworzonych na potrzeby filmu postaci jak najwięcej, właściwie skrzydeł nie rozwijają, bowiem nie mają kiedy i jak. Scenariusz jest bowiem tak przeciętny i nijaki, że stojąca na życiowym rozdrożu prawniczka Eliie, w którą wcieliła się Nia Long jest mało wiarygodna. Nawet gdy grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo, nie jesteśmy w stanie wczuć się w jej położenie, współczuć jej, dopingować, czy wspierać myślami. David, w którego wcielił się Omar Epps, któremu przypadło grać rolę psychopatycznego, zaborczego, niedoszłego kochanka, jest równie nijaki, co jego poprzedniczka. Mimo tego, a może przez to, że wiemy, już na samym początku, że to czarny charakter tejże produkcji, to jego rola traci na znaczeniu, staje się płytka i przewidywalna, choć aktor stara się jak może. Nie warto nawet wspominać o innych, napisanych chyba na kolanie postaciach, które stanowią jedynie puste tło tego co dzieje się na ekranie.

    A nie dzieje się nic, co by mogło zaciekawić, nic pod względem napięcia, jego budowania, wzmacniania i finałowej kulminacji. Ot już na wstępie możemy się domyślić jak potoczy się ta historia i jakie zakończenie w niej ujrzymy. Dobro zwycięża zło, ale ofiary oczywiście być muszą. Historia jakich wiele. 

    Do tego dochodzą sztuczności, które budują obraz klasycznego filmu drugiej kategorii, w której dialogi są nijakie, scenariusz kuleje, a efekty i elementy akcji, jak choćby momenty walki i szarpaniny, w tym wypadku między niedoszłym kochankiem, a mężem ofiary, są zwyczajnie śmieszne i wyraźnie pozorowane. Coś przysłowiowo "nie pykło" w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie ma co kryć, jest słabiutko, bardzo słabiutko. Jedyne co może nas zadowolić to widok pięknego domu z prywatną plażą, który ma szansę stać się powiewem lata i naszych letnich, wakacyjnych planów

    Trudno rozpisywać się nad czymś, co wyraźnie Netflixowi nie poszło. Fatalny Romans to nic nie wnosząca w filmowy świat, kolejna przeciętna produkcja na wspomnianej platformie. Typowy, mało zaskakujący, ale niestety także niezwykle przewidywalny thriller. 

    Jeśli macie trochę czasu, chwilowo nie chcecie skupiać się na serialach, albo cierpicie na nudę, w jakiekolwiek postaci, to możecie go obejrzeć. Niczym Was nie zdziwi, nie wystraszy, produkcja owa opowie prostą historię, ale zajmie Wam jedynie półtorej godziny z leniwego jesiennego czasu.

    Moja ocena 5/10.

    Fatalny romans obejrzycie na platformie Netflix.

    piątek, 25 października 2024

    Black Sails - The Ghost Ship - recenzja. Krótka, acz klimatyczna historia

    Black Sails - The Ghost Ship - recenzja. Krótka, acz klimatyczna historia

    Zapraszam serdecznie do lektury kolejnej recenzji mojego autorstwa, tym razem moim zdaniem niedocenionej przygodówki, krótkiej, ale bardzo klimatycznej, gry Black Sails - The Ghost Ship.

    Mary Celeste, duża brygantyna, statek widmo dryfujący po oceanie bez załogi, która zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Na pokładzie brakowało jedynie 9 beczek alkoholu, szalupy ratunkowej oraz kilku ręcznych przyrządów pomiarowych. Do dziś zagadka zniknięcia załogi pozostaje niewyjaśniona, budząc zainteresowanie twórców gier, którzy w lepszy lub też w gorszy sposób, próbują nam ową historię przybliżyć. Tak też dzieje się w przypadku recenzowanej przeze mnie gry, noszącej tytuł Black Sails: The Ghost Ship. Losy załogi i statku, opowiedziane są w sposób intrygujący i moim zdaniem doskonały, ale po kolei...

    Może zainteresuje Cię także:

    Jest rok 1884. Młoda dziennikarka, Ana, odbywa podróż żaglowcem z Nowego Jorku do Europy, a dokładnie, do Portugalii. Niestety rejs przerywa katastrofa statku, który zaczyna tonąć. Oprócz Any, z opresji ratuje się także mężczyzna, imieniem Lex. Dwójka rozbitków, trzymając się drewnianej kłody, dryfuje po oceanie. Po dwóch dniach męczącej podróży, z mgły wyłania się ogromny statek. Młodzi, dopływają do niego i po drabince, przez okno, wchodzą na pokład. Jakież jest ich zdziwienie, gdy odkrywają, że statek jest opuszczony. Nie ma załogi, brakuje ładunku, a z każdego miejsca, dobiegają dziwne odgłosy. Czy statek będzie ich ratunkiem, czy też więzieniem? Wiele pytań i wiele tajemnic kryje się w każdym kącie tej brygantyny.

    Za produkcję owego tytułu, odpowiedzialne jest niemieckie studio Deck13, które znane jest z zabawnych, humorystycznych przygodówek, takich jak Jack Keane, czy też Ankh. Opisywane przeze mnie dzieło, to zgoła inny gatunek. Twórcy porwali się na stworzenie interaktywnego thrillera i wyszło im to naprawdę bardzo dobrze. Historia opowiedziana w grze trzyma w napięciu, ekscytuje i powoduje, że ciężko odejść od komputera.

    Atmosferę tajemniczości buduje przepiękna i niezwykle dobrana oprawa muzyczna. Już po włączeniu gry, wita nas melodia, której nie sposób nie powtarzać sobie po cichu. Motyw ten dźwięczał mi w uszach wiele, wiele dni. Nie tylko początkowy temat muzyczny, ale też cała oprawa audio buduje atmosferę. Statek skrzypi, piszczy, z oddali słychać dziwne dźwięki i odgłosy. Klimat buduje także grafika. Zielonkawy i szary kolor rozpadającego się statku, poniewierające się po pokładzie przedmioty, listy, notatki, a także słaniająca się po podłogach mgła i fruwające w powietrzu kłębki kurzu, potęgują realizm.

    Bardzo wyraziście zarysowane są postacie. Ana to młoda, zaradna, wygadana dziennikarka, zaś Lex, trochę gburowaty, krzykliwy i arogancki młokos. Są różni, a dzięki temu tak ciekawi. Wzbudzają w graczu emocje, czyniąc grę bardziej interesującą. Bardzo dobrze wygląda sprawa animacji postaci, które mimiką, gestami i ruchami ciała, odzwierciedlają emocje, jakich doznają w danej chwili. Zdziwiona Ana, marszczy czoło, mruży oczy, zamroczony bólem Lex, chwieje się na nogach, zaciska zęby. Przerywniki filmowe, których w grze jest bardzo dużo, wykonane są rewelacyjnie i idealnie wplatają się w jej fabułę.

    Black Sails: The Ghost Ship, zrealizowany jest w technice point & click, w całości obsługiwany za pomocą myszy. Głównie łączymy przedmioty i wykorzystujemy je w różnych miejscach, ale autorzy przewidzieli także dla gracza kilka zadań logicznych. Dużą zaletą jest brak jakichkolwiek zadań zręcznościowych, czy też czasowych. W dobie wciskania nam tych uciążliwych „udogodnień”, to naprawdę duży plus. Innowacją i kolejną zaletą, jest to, że grę można przejść w różny sposób, w zależności od tego, jakie przedmioty i gdzie zostaną użyte. Dodatkowo, rozgrywka posiada dwa niezależne zakończenia, które uruchamiane są za pomocą innych opcji dialogowych, podczas ostatniej, finałowej rozmowy Any i Lexa.

    Niestety projekt, oprócz wielu zalet, posiada również pewne wady. W niemieckiej wersji, występuje bug, który uniemożliwia przejście gry. Otóż, działając jako Ana, możemy podczas zabawy zabrać przedmiot, w tym przypadku żółtą szmatkę, którą powinna wziąć dopiero Fiona. Zabranie tego przedmiotu wcześniej, uniemożliwia zakończenie rozgrywki. Nie wiem czy ten problem występuje w wersji angielskiej, dostępnej na Steam. Pewnym utrudnieniem jest także sposób ustawiania się kamery. Czasami Ana wpada w przedmioty lub też kręci się w kółko. Więcej błędów jednak nie dostrzegłam.

    Podsumowując tę pozycję uważam ją za udaną, opowiedzianą doskonale i niezmiernie wciągającą. I tylko żal, że aż tak bardzo krótką. Przejście gry, zajmuje jedynie 4-5 godzin. Jeśli ktoś będzie miał okazję się z nią zapoznać, to bardzo serdecznie polecam, szczególnie jeśli lubicie interaktywne, ale i nie pozbawione zadań i zagadek przygodówki. 

    Moja ocena 7,5/10.

    Zalety:

    • Fabuła, która potrafi wciągnąć
    • Mocno zarysowana postaci:
    • Klimat gry
    • Animacje;
    • Oprawa audiowizualna;
    • Klimatyczne muzyczne intro

    Wady:

    • Zbyt krótka;
    • Niestety posiada błędy;
    • Dziwne ustawianie się kamery

    wtorek, 22 października 2024

    Kształt Wody - recenzja. Wzruszająca baśń dla dorosłych

    Kształt Wody - recenzja. Wzruszająca baśń dla dorosłych

    Kształt Wody, wzruszająca baśń dla dorosłych, oscarowa opowieść, z doskonałym aktorstwem, pięknymi zdjęciami i absurdalną fabułą. Zapraszam do kolejnej mojej recenzji! 

    Trzynaście nominacji do Oskara, między innymi dla najlepszego filmu, pierwszo i drugoplanowej aktorki, reżysera, za scenariusz, zdjęcia i tak dalej, tak dalej.…, wszystko to dla bardzo wyjątkowego filmu, rzekłabym nietypowego, bo ani nie prezentującego spektakularnego widowiska pełnego akcji, ani zadziwiających efektów wizualnych, a będącego klasyczną, acz współczesną baśnią, dotykającą absurdu, bo opowiadającą wyjątkowo niewiarygodną historię. Kształt Wody, bo tym dziele mowa, to kolejna w mojej recenzyjnej kolekcji, po La La Land produkcja, którą ciężko mi było jednoznacznie ocenić patrząc na nią jako produkcję na miano Oskara.

    Warto przeczytać:

    Przenosimy się w lata 60-te ubiegłego wieku, do Baltimore w Stanach Zjednoczonych, w czasy zimnej wojny między USA, a Związkiem Radzieckim. Poznajemy historię młodej kobiety, Elizy Esposito, sieroty, która odtąd jako dziecko została okaleczona, nie mówi. Eliza wiedzie spokojne, żeby nie powiedzieć nudne życie, które toczy się z dnia na dzień w mieszkanku nad kinem. Codzienne takie same czynności urozmaicają jej rozmowy z równie samotnym jak ona przyjacielem, wspólne oglądania starych filmów, czy dyskusje o życiu oraz praca. Panna Esposito część dnia spędza bowiem w rządowym laboratorium w Bostonie, w którym jest sprzątaczką. Do placówki tej, w której dokonuje się eksperymentów mających kluczowe znaczenie dla państwa, przewieziona zostaje pewnego dnia tajemnicza istota, pół człowiek, pół ryba, która przez pewien afrykański lud czczona była jako bóstwo. Cicha, odrzucona przez społeczeństwo, samotna, ale niezwykle czuła i empatyczna dziewczyna, stopniowo zbliża się do dziwnego, wodnego stworzenia. Wkrótce między nią, a ową istotą, różną, a zarazem bardzo jej podobną, rodzi się niezwykła więź, której zagraża nie tylko ludzkie niezrozumienie, ale i człowiecza nienawiść i zło.

    Kształt Wody, to bardzo nietypowa produkcja filmowa, w której znajdziemy niemal wszystko co chcemy. To swoista mieszanina baśni, przywodząca na myśl Piękną i Bestię melodramatu, filmu fantasy, kryminału, a nawet musicalu. Ten przedziwny zlepek gatunkowy, opowiadający historię miłości między zupełnie innymi gatunkowo istotami, to z pewnością nie jest film dla wszystkich, a dzieło, które zyskać sobie może tyleż samo zwolenników, co przeciwników. Dla wielu może być najcudowniejszą, bardzo wzruszającą, nietypową produkcją, którą rewelacyjnie się ogląda, a dla innych będzie wyssaną z palca, śmieszną, a nawet głupią opowiastką o niczym, o związku nie istniejącym, bo nie możliwym.

    Reżyser, Guillermo del Toro, sprytnie przemycił do Kształtu Wody wszystko to, co już kiedyś u niego widzieliśmy i wcale nie zamierzał tego ukrywać. Niczym w Labiryncie Fauna mamy znajomy baśniowy klimacik fantasy, rodem z Hellboya, który będzie miał kontynuację w filmie Hellboy: Wzgórza nawiedzonych, zaś niewiarygodną, nieludzką kreaturę, która pała uczuciem do człowieka. I choć pomysł nie jest nowy, a jest rodzajem odgrzewanego kotleta, to tak naprawdę sprawdza się w stu procentach, budując ulotny, romantyczny i zupełnie wyjątkowy klimat produkcji.

    Kształt Wody to nie tylko historia o nie mającym szans przetrwania uczuciu, to przede wszystkim opowieść o ludzkiej odmienności, o niezrozumieniu, odrzuceniu, braku tolerancji, inności, niespełnieniu, nienawiści, chęci władzy, ukrytym w człowieku dobru i złu, ukazanym na przykładzie bardzo dobrze rozpisanych postaci, od tych pierwszo-, po drugo- i trzecioplanowe.

    Jak w rasowej baśni przystało, tak i tutaj mamy do czynienia z osobami wyraźnie pozytywnymi, jak i negatywnymi. Walka dobra ze złem toczy się na naszych oczach nie tylko poprzez sposób poprowadzenia akcji, która od bardzo powolnej i melancholijnej, przechodzi w niezwykle wartką i dramatyczną, ale i na przykładzie głównych w filmie postaci, które są bardzo charakterystyczne.

    Eliza, w tej roli rewelacyjna Sally Hawkins, samotna, spragniona miłości młoda kobieta, która w życiu miała jedynie pod górkę, dotknięta kalectwem, ale jednocześnie potrafiąca wydobyć z życia te najpiękniejsze chwile i cieszyć się nimi równie mocno jak dziecko. Zelda Fuller (Octavia Spencer) charyzmatyczna, narzekająca na męża leniucha przyjaciółka Elizy, kobieta o ciętym języku i nieprzeciętnym poczuciu humoru. Giles (Richard Jenkins) nie mogący się pogodzić ze starością, niespełniony uczuciowo i zawodowo artysta gej. Dr Robert Hoffstetler (Michael Stuhlbarg) szukający swojej życiowej, zawodowej drogi życia, marzyciel i naukowiec, nie mogący się pogodzić z niesprawiedliwością świata. Pozytywne postaci Kształtu Wody, zmącone są czarnymi charakterami, począwszy od rządnych władzy Rosjan, po tyrana, despotę i psychopatę owładniętego chęcią dominacji nad światem i wszelakim stworzeniem, Richarda Stricklanda, w którego wcielił się Michael Shannon.

    Zaletą filmowego dzieła oprócz tego, że jest baśnią dla dorosłych, bardzo wzruszającą i mimo dramatyzmu niosącą pozytywne przesłanie jest rewelacyjna gra aktorska, iście mistrzowska. Sally Hawkins jako Eliza Esposito (z hiszpańskiego sierota) udowodniła, że role będące dla niej wyzwaniem, jak choćby w dramacie Maudie, który miałam okazję dla opisać, czy w Kształcie Wody, nie są wyzwaniem dla jej talentu. W filmie oprócz posługiwania się językiem migowym, którego się musiała nauczyć, niebywale gra mimiką, sposobem bycia, grymasem na twarzy, wzburzeniem widocznym w ruchu ciała, w geście, czy cichutkim westchnięciu, namiętności w błysku oka i wielu innych. Nie tylko ona wznosi się na wyżyny aktorskiego kunsztu. Wielką naturalnością, lekkością i swobodą popisuje się Octavia Spencer, która jako Zelda Fuller dodaje do dramatu rozgrywającego się na ekranie nutkę wesołości, czyniąc go nieco lżejszym. Rewelacyjny jest jako czarny charakter Michael Shannon. Aktor robi wszystko, by postać, w którą się wciela, czyli Richard Strickland była tak wredna, tak obrzydliwa i tak odrzucająca jak to tylko możliwe i czyni to doskonale.

    Całość tego nietypowego, ckliwego, bogatego w emocje obrazu spajają niezwykle pięknie zrealizowane zdjęcia, doskonałe kadry, wyważone ujęcia i przede wszystkim doskonała muzyka, która podkręca emocjonalną otoczkę tej produkcji.

    Czy Kształt Wody to dla mnie Oskarowy film? Chyba nie do końca, choć być może nie mam racji. Jedno jest pewne, jest to produkcja, który wzbudza w widzach wiele emocji i to nie tylko tych pozytywnych, a przecież chodzi o to, żeby film był zapamiętany, by był powodem do dyskusji i licznych polemik. Kształt Wody to piękna, melancholijna, dobrze opowiedziana bajka, której największą zaletą jest to, że się ją naprawdę dobrze ogląda. 

    Moja ocena to 8/10.

    Kształt wody można obejrzeć w ramach subskrypcji na Disney+. 

    niedziela, 20 października 2024

    Dead Synchronicity: Tomorrow comes Today - recenzja

    Dead Synchronicity: Tomorrow comes Today - recenzja

    Serdecznie zapraszam do recenzji przygodowej gry w klimatycznym, pandenimcznym stylu, stworzonej przez zespół studia Fictiorama, wydanej przez Daedalic Entertainment. Miłej lektury!

    Czy macie czasami dość kolorowych, zabawnych, rzekłabym infantylnych gier przygodowych, w których zwykle ratujecie kogoś lub coś. Brakuje Wam może świeżości w tym gatunku gierek, a może chcielibyście tym razem przygodówki dla dorosłego i poważniejszego gracza? Jeśli tak, to mam dla Was idealną propozycję, tytuł, który zachwyci niejednego fana tego rodzaju zabawy a i amator innego rodzaju rozgrywek z pewnością nie będzie żałował. Takim dziełem jest zdecydowanie Dead Synchronicity: Tomorrow Comes Today, projekt opracowany przez niezależny zespół Fictiorama, a sygnowany i wydany przez wszystkim znane studio Daedalic Entertainment.

    Może zainteresuje Cię także:

    Niemieckie studio znane jest z klasycznych, zwykle przesiąkniętych humorem, czy też bajkowych gier, takich jak The Dark Eye: Klątwa WronThe Dark Eye: Memoria czy The Night of the Rabbit, więc opisywany przeze mnie w owej recenzji tytuł, jest powiewem świeżości w ich ogromnym dorobku, tym razem wydawniczym. Inaczej sprawa się ma jeśli chodzi o twórców Dead Synchronicity, dla których projekt stał się debiutem w świecie przygodówek. Niewielkie składające się zaledwie z kilku osób studio, stworzyło grę tak poważną i dorosłą, niezwykle emocjonalną, z doskonałą fabułą i świetną muzyką, że już na wstępie mogę napisać, że byłam skora dać tej produkcji najwyższą możliwą notkę, gdyby nie jeden zasadniczy jej problem. Dlaczego tego jednak nie zrobiłam i jaka jest moja końcowa opinia i jej ocena, tego dowiecie się z mojej recenzji. 

    Dead Synchronicity: Tomorrow Comes Today wcielamy się w mężczyznę, który pewnego dnia zostaje odnaleziony w przydrożnym rowie. Nieprzytomny, prawie pozbawiony życia, zostaje przyniesiony do jednej ze stojących w okolicy przyczep. Schorowany, miotany strzępkami wspomnień, w których przewija się głos kobiety i imię Michael, w końcu odzyskuje świadomość. Jedyne co pamięta to to, że tak właśnie ma na imię. Dowiaduje się także, że trafił do przyczepy Roda, ojca i męża, byłego pracownika dużej korporacji. Odtąd wszystko jest dla niego nowe. Zanik pamięci, to niestety nie  jedyna tragedia, z którą zmierzyć się musiał Michael. Po wyjściu za zewnątrz okazuje się, że miasto jest zrujnowane. Powodem stała się serie katastrof naturalnych, zwanych „Wielką Falą”, które nawiedziła kraj. Niedługo potem wydarzają  się kolejne nieszczęście. Ludzie zapadają na przedziwną chorobę. Wielu z nich twierdzi, że miało kontakt ze zmarłymi, widzą rzeczy które wydarzyły się w przeszłości, albo wydarzą się w przyszłości. Ta straszna epidemia atakuje coraz więcej istnień, doprowadzając do rozkładu ciał, a potem całkowitego zniknięcia. Wszystkich podejrzanych o zarażenie osobników,  zabiera się, i słuch o nich ginie. Reszta populacji umieszczona zostaje w obozach, w których władzę sprawuje armia. Ta traktuje ich jak ludzi gorszego gatunku, nazywając „szczurami”. Możliwość podróżowania poza teren obozu mają tylko ci, którzy donosili żołnierzom. Tych zaś  zwie się  "kretami”.  Na dodatek na niebie zaczynają  ukazywać się znaki, które mogą  być zapowiedzią kolejnego kataklizmu.

    Dead Synchronicity to klasyczna przygodówka, w której obsługa odbywa się za pomocą myszy. Nie uświadczymy tu żadnych zadań zręcznościowych, czasówek, czy innych” udogodnień”, co oczywiście piszę grze na plus i to bardzo duży. Ponieważ, jak to w klasycznym point& clicku bywa, gracz zbierać musi przedmioty, które gdzieś i kiedyś będzie używał, to żeby niczego nie przegapić twórcy zaoferowali graczom podświetlanie aktywnych miejsc. Wystarczy, że klikniemy klawisz "spacji", a na ekranie pojawią się fioletowe, migające punkty, świadczące o miejscach i przedmiotach istotnych dla gry. Nie wszystko jednak będziemy zbierać. Część miejsc i rzeczy można jedynie obejrzeć, dzięki temu poznając nieco więcej szczegółów na temat fabuły. Ciekawym motywem i pewnym novum w grze są wizje bohatera, strzępy wspomnień, które być może kojarzą mu się z miejscem lub z osobą. Gdy tylko takowy "majak" się pojawi, obraz zaczyna się zmieniać. Widzimy wszystko jak w śnieżącym telewizorze. Widok jest zamazany, zmieniają się kolory i nagle z szaro- różowych lokacji wszystko staje się zielone, migające, widziane jakby przez spód szklanki, a po chwili znika. Oprócz tych wizji, Michael z czasem przypomina sobie pewne elementy ze swego życia. Oglądamy je zupełnie inaczej niż owe wizje. W tym wypadku na ekranie pojawią się wykonane w formie komiksowej animacje. 

    Graficznie gra różni się od tego, do czego przyzwyczaiło nas studio Daedalic. Przyznam się, że pierwsze zrzuty z ekranu, które oglądałam śledząc jej zapowiedzi, nie zachęcamy mnie do grania. Postacie wydawały mi się drętwe, toporne i zwyczajnie brzydkie. Zmieniłam zdanie już po pierwszych kilku minutach grania w to dzieło. Nie wyobrażam sobie innej grafiki. Rysunkowe postaci, dziwnie przymglone i czasami zamazane tła, zburzone domy, wraki samochodów, wszystko to  potęguje odpowiedni nastrój w grze, budując klimat straszliwej katastrofy i wielkiego nieszczęścia. Na emocje wpływa nie tylko strona wizualna gry, ale także ogrom nieszczęść populacji, która przeżyła katastrofę. Mamy więc zarażonego tą straszną chorobą chłopca imieniem Colin, który bardzo cierpi, młodą kobietę, jeszcze prawie dziecko o imieniu Rose, którą zmusza się do prostytucji, nieszczęsnego staruszka, który pragnie schować się przed żołnierzami, by nie trafić do obozu, szpital pełen wrzeszczących i umierających w męczarniach ludzi, czy też złowieszczy i makabryczny park i wiele innych. 

    W wielu momentach przechodząc grę miałam ciarki na plecach, a moje serce waliło. Obok tej pozycji nie można przejść obojętnie. Jestem przekonana, że nie można ją przepraszam za słowo  "zaliczyć” bez emocji jej towarzyszącym. Zdecydowanie fabuła to bardzo, bardzo i jeszcze raz bardzo mocna strona tej gry. Na jej klimat i niezwykłość wpływa też bardzo dobra ścieżka dźwiękowa i doskonała praca aktorska. Każda z postaci, która przewija się podczas gry, zaczynając od głównego bohatera, kończąc na postaci pobocznych, zagrana jest doskonale, z należytymi emocjami. Całość buduję obraz okrutnej prawdy o ludziach, którym przyszło zmierzyć się z ogromem nieszczęść. Dodatkowo grozy i okrucieństwa dokładają odgłosy, które niemal ciągle słyszymy w tle. W niektórych lokacjach do naszych uszu dochodzi płacz dzieci, w niektórych krzyki, czy też  strzały. 

    Ponieważ tak jak już wcześniej napisałam jest to klasyczna przygodówka, więc i tradycyjnie wygląda ekwipunek, który w tym wypadku ukryty jest w teczce. Oprócz rzeczy, które tam trafiają i które można obejrzeć, a także niektóre z nich połączyć, w inwentarzu znajduje się też niezbędna, jeśli o mnie chodzi rzecz w grach adventure, czyli notatnik. Tu zapisywane są istotne dla gry i fabuły szczegóły. Są to zadania, które musi wykonać Michael. Oprócz tego, pojawiać się tam będą animację, zwykle są to wspomnienia naszego bohatera, które w dowolnym momencie gry możemy sobie odtworzyć. Bardzo mi się ten pomysł podoba i przyznam się, że zdarzyło mi się pary razy przypominać sobie tę, czy inną animację. 

    Jedynym elementem, którego zbrakło mi w tym dziele i co doprowadziło tym samym do jej końcowej oceny, jest brak zadań logicznych, typowych dla graczy tak zwanych „łamańców” głowy. Znalazłam jedynie jedną, dość prostą zagadkę polegającą na odpowiednim ustawieniu natężenia światła. Większość zadań skupia się jedynie na zagadkach przedmiotowych, które są w miarę logiczne i mało skomplikowane. Dzięki temu w Dead Synchronicity mogą zagrać nie tylko „Starzy Wyjadacze” przygodówek, ale i Ci, którzy dopiero zaczynają przygodę z tym gatunkiem lub też skupiają się zdecydowanie na innym rodzaju wideo rozrywki. 

    Podsumowując, zaczynając grać w Dead Synchronicity: Tomorrow Comes Today nie spodziewałam się tak doskonałej gry, tak klimatycznej i tak dorosłej. Nie jest to z pewnością pozycja dla młodszych graczy, bardziej polecałabym ją osobom dorosłym i ku takim graczom powinna być skierowana. Twórcy zapowiadali pojawienie się kolejnych dwóch części, tworzących z owego dzieła trylogię. Niestety się ich nie doczekaliśmy, i wszystko wskazuje na to, że się już ich nie doczekamy. 

    Moja ocena 8/10.

    Zalety:

    • Mroczna fabuła;
    • Klimat gry dla dorosłych;
    • Nietuzinkowa grafika;
    • Spora grywalność;
    • Wciąż aktualna tematyka;
    • Polska wersja języka

    Wady:

    • Zbyt krótka;
    • Brak kontynuacji

    sobota, 19 października 2024

    Renfield - recenzja. Szalony przepis na to jak wyjść z toksycznej relacji szef-pracownik

    Renfield - recenzja. Szalony przepis na to jak wyjść z toksycznej relacji szef-pracownik

    Renfield, recenzja komediowego horroru. Szalony przepis na to jak wyjść z toksycznej relacji szef-pracownik. Zapraszam do kolejnej recenzji! 

    Renfield, to najsłynniejszy sługa hrabiego Drakuli, najbardziej rozpoznawalnego władcy wampirów, barwnie opisanego w dziele Brama Stokera, którego znany nie tylko z kart powieści, ale i z wielu filmowych adaptacji, jak i seriali. Renfieldowi nie poświęcano do tej pory w filmowych produkcjach tyle czasu, ile miał wspomniany wampirzy hrabia. Owszem wiedzieliśmy jak ważną rolę pełnił w "życiu" Drakuli, wiedzieliśmy jaki miał charakter i jakie zadania powierzał mu pan, a także czym się żywił.

    Warto przeczytać: 

    Swojego filmu ta postać jednak się nie doczekała, aż do kwietnia zeszłego roku. Wtedy to na ekrany kin wszedł komediowy horror Chrisa McKay’a, który całą swoją uwagę skupił właśnie na postaci wiernego sługi pana ciemności, który pewnego dnia zrozumiał, że życie może wyglądać zupełnie inaczej…… lepiej, spokojniej i mniej służalczo. Co z tego wyszło? Czy film warto obejrzeć? O tym w mojej recenzji, do której zapraszam. 

    Renfield – o tym jak zerwać z nałogiem……., w postaci Drakuli 

    Renfield to czarna komedia grozy, której bohaterem, jak już wspomniałam jest sługus Drakuli, znany z powieści Drakula autorstwa Brama Stokera. Ten szaleniec żywiący się robactwem, w opisywanej przeze mnie produkcji jest młodym, choć żyjącym już setki lat mężczyzną, który przez te wszystkie lata wciąż służy swemu panu. Pewnego dnia zauważa, że zaczyna mu ciążyć mordowanie i spełnianie każdych makabrycznych życzeń swego pana. Świadomy tego, że wraz z nim przemierzył niemal cały świat, i widział wiele, zauważa jednak, że ugrzązł w relacji, która go tłamsi i nie pozwala być sobą. 

    Gdy trafia na grupę wsparcia, która pomaga wyjść z toksycznych relacji, Renfield czuje, że także dla nieco zaświeciła pomyślna gwiazda. Chce porzucić tyrana, zrzucić niemodne ciuchy, i zamiast szarości i mroku, otoczyć się kolorami, paradując w barwnych sweterkach. Niestety szyki naszego bohatera krzyżuje nie tylko jego „pracodawca” Drakula, ale także pewien nadgorliwy synalek rodziny mafijnej, którego zaczyna ścigać zdeterminowana, gotowa na wszystko policjantka drogowa. 

    Pewnego dnia drogi Renfielda i Rebecci zazębiają się, i wszystko wskazuje na to, że mogą się polubić, a co najciekawsze, stając razem do walki o samych siebie, mogą definitywnie rozprawić się nie tylko z rodziną mafijną, ale i z samym księciem ciemności, Drakulą. 

    Renfield – film, którego nie należy brać zbyt poważnie

    Winnam Wam jestem wyjaśnienie czym właściwie jest film Renfield, do jakiego gatunku można go zaliczyć. Otóż produkcja w reżyserii Chrisa McKay’a określana jest jako komediowy horror. Ale można się w niej dopatrzyć jeszcze wielu innych gatunków, a przynajmniej filmowych odniesień, które koncentrują się na współczesnych problemach, zapewne znanych większości z Was. Scenarzyści, a są to nie byle jakie postaci, bowiem Robert Kirkman i Ryan Ridley postanowili opowiedzieć historię, która o poważnych, a nawet strasznych sprawach, opowiada w mniej poważny sposób, która traktuje grozę na równie z humorem, a momentami zdaje się czerpać garściami ze znanych filmowych hitów. 

    Nie znajdziemy tu nic z dawnej mroczności filmów o Drakuli, bo nie on jest postacią w filmie najważniejszą. Choć Drakula, mówiąc kolokwialnie, robi robotę, to Renfield gra pierwsze skrzypce. Nie jest mroczny, nie jest chory psychicznie, nie jest nawet brzydki i stary. Wręcz przeciwnie. Wywracając kota do góry nogami, twórcy włożyli Renfielda w buty zahukanego pracownika, który pewnego dnia trafiając na grupę wsparcie pojmuje, że gdzieś jest inne życie. 

    Sama forma prowadzenia fabuły, w stylu narratorskim, w stylu opowieści książkowej, mnóstwo gagów i scen komicznych, jeszcze więcej przesady, lejącej się krwi, supermocy uzyskiwanych przez jedzenie robactwa i rodzącego się uczucia do zdeterminowanej policjantki, sprawia, że film nie można traktować zbyt poważnie. To klasyczna kinowa rozrywka w najczystszej formie, która nawet nie myśli być filmem grozy na poważnie. 

    Renfield - Nicolas Cage i Nicholas Hoult w jednym filmie, mieszanka iście wybuchowa 

    Nicolas Cage ma na swoim koncie ról filmowych naprawdę sporo. Cokolwiek byśmy o tym aktorze nie powiedzieli, zagrał zarówno w dziełach, które nie specjalnie zachwycają, jak i pokazał aktorską klasę w kilku naprawdę wartościowych, produkcjach, błyszcząc na przykład w dramacie Świnia. Widzieliśmy Cage’a w filmach akcji, komediach, dramatach, a także w takich sobie horrorach. Wielu z Was zapewne nie spodziewało się go zobaczyć w roli Drakuli. 

    Okazuje się, że hrabia wampirów w wykonaniu tegoż aktora, nawet w postaci drugoplanowej, kradnie show, i sprawia, że Drakula - szef i tyran, a także Drakula – morderca i upadły hrabia, w połączeniu z Renfieldem, w zupełnie innym stylu to mieszanka iście wybuchowa i całkiem zjadliwa (jakkolwiek to brzmi). 

    Drakula to tyran, morderca i bezwzględna istota nie znająca litości, która jednak ma swoje słabe strony. Nicolas Cage pozwolił sobie zgrabnie wykorzystać słabość wampira, i mimo roli drugoplanowej, umiejętnie pokazał, że mroczną postać, znaną z mnóstwa ekranizacji, można pokazać także w nieco inny sposób. Owszem jest postaciowo w jakiś sposób przerażający, pozbawiony dostępu świeżej krwi, także odrażający, ale jest także na swój sposób zabawny, w tej swojej manii wielkości. Nicolas Cage gra, i dobrze się bawi, co widzom się udziela, szczególnie jak mają świadomość, że są uczestnikami czarnej komedii grozy.

    W niej prawie wszystko zostaje wywrócone do góry nogami. Renfield, któremu poświęcono ten film, bowiem on jest jego postacią naczelną to właśnie żywy przykład odwrócenia schematu. Przystojny mężczyzna o miłym obliczu, i kulturalnej osobowości, który pragnie zamienić mrok w światło, a ponurość w kolory. Renfield w wykonaniu Nicholasa Houlta w niczym nie przypomina sługusa znanego nam z powieści. Ani on brzydki, ani szalony. Na dodatek wie, że służalczość swojemu panu w niczym mu nie pomoże, niczego nie ułatwi, a jedynie zaburzy jego plany bycia kimś zupełnie innym….., normalnym, ludzkim, dostosowanym i przede wszystkim współczesnym. 

    Ale nie tylko ta dwójka stanowi tło tej opowieści. Film Renfield to także historia policjantki z drogówki, Rebecci Quinc, w którą wcieliła się Awkwafina, która staje do walki ze zbyt pewnym siebie synem mafijnej rodziny, który nie kontroluje swoich zapędów, a przez to, że jest nieco rozpuszczony, na wiele sobie pozwala. Losy Rebecci i Renfielda pewnego dnia krzyżują się, dając upust gatunkowej mieszance, czyniąc z czarnej komedii grozy, niezły, acz ociekający krwią film akcji

    Renfield – będzie krwawo!

    Tak, tak, Renfield to oprócz kina grozy, sporej ilości czarnego humoru, także akcja, w której krew leje się strumieniami, a trup ściela się gęsto….., i to nie tylko z rąk, czy raczej zębów Drakuli. To także popis porachunków mafijnych i zdolności Renfielda, który zajadając robactwo zyskuje wyjątkowe moce, w tym wypadku ogromną siłę. 

    I tak na ekranie urywane są ręce i nogi. Niczym w Kill Bill krew leje się strumieniami, a trupów i widowiskowych sztuczek, w nieco komicznym, przesadzonym stylu, nie brakuje. Przesada przesyt i brutalność nie są w opisywanej przeze mnie produkcji niczym dziwnym, i mimo zbytniego koloryzowania i dramatyzowania, w samą formę dziwności i inności tego dzieła, przypominam komediowego horroru, wpisują się całkiem zgrabnie, stanowiąc ciekawą odmianę od grozy, i dramatu uwięzionego w toksyczności biednego Renfielda. 

    Renfield – podsumowanie recenzji 

    Zapewne wielu z Was przywykło do mrocznych ekranizacji dzieła Stokera, w których Drakula ma władzę, moc wpływania na innych, i wampirzy głód krwi, zaś jego oddany i pochlebczy sługa Renfield, kłaniając się mu w pas, robi wszystko, by panu dogodzić, spełniając każde, nawet te najbardziej krwawe jego życzenie. Przywykliśmy do Renfielda złoczyńcy, o niezbyt ciekawej aparycji i szaleństwie w oczach. Przyzwyczailiśmy się do grozy, jaka wyziewa z ekranu, gdy właśnie zanurzamy się w horror o Drakuli. 

    Tymczasem film, na który jakiś czas temu można było wybrać się do kina, a obecnie jest możliwy do obejrzenia na streamingu, obie postaci traktuje w zupełnie odmienny sposób. Drakula jest może i groźny, ale w tym wypadku jest szefem tyranem, z którego władzy próbuje uwolnić się zmęczony takim życiem Renfield. I nie jest to ponury brzydal, szaleńczo zapatrzony w swego pana, a młody mężczyzna, który ponurość chce zamienić na kolory i radość życia, i urocze mięciutkie sweterki.

    Film Renfield to produkcja, którą jeśli tylko potraktujecie w lekki sposób, jeśli spojrzycie na nią z perspektywy swoistego naśmiewania się z filmowych gatunków, trochę jak filmową parodię, trochę jak czarną komedię, a trochę jak klasyczne kino akcji, ubarwione grozą, to się nie zawiedziecie. Nie należy dzieła Chrisa McKay’a traktować jak film dający do myślenia, czy klasyczne kino grozy. To kolejny tytuł, którego nadrzędnym celem jest zabawa treścią i formą, bawienie się znanymi kanonami. To film, który ma bawić, ma być prostą rozrywkę dla każdego, nawet dla takiego widza, który bać się w kinie, czy też przed własnym ekranem, nie zamierza. Jeśli potraktujemy go jak rozrywkę……, to myślę, że będzie to całkiem udany seans. 

    Moje ocena 8/10.

    Film do obejrzenia na platformie SkyShowtime. 

    piątek, 18 października 2024

    Egzorcysta papieża - recenzja horroru. Mroczna fantasy bajka o demonach

    Egzorcysta papieża - recenzja horroru. Mroczna fantasy bajka o demonach

    Egzorcysta papieża, recenzja horroru bazującego na faktach. Mroczna fantasy bajka o demonach, której inspiracją stał się watykański egzorcysta.

    W filmowym świecie nie brakuje pojedynczych produkcji, a nawet całych filmowych serii, których motywem przewodnim jest opętanie, demony i wszelakie zjawiska natury nadprzyrodzonej. Jedną z najbardziej popularnych jest oczywiście seria Obecność, która powróci w filmie The Conjuring: Last Rites. Demony ponownie prześladować nas będą w nowej odsłonie serii Naznaczony, w horrorze Naznaczony: Czerwone drzwi, w sequelu Egzorcysty. Obecnie nawiedzają nas w jeszcze jednej części serii Martwe zło, w filmie Martwe zło: Przebudzenie i wielu innych produkcjach grozy

    Może zainteresuje Cię także:

    Tymczasem na streamingu, obecnie na Netflix, dostępny jest horror, który wydaje się zapowiadać kolejną serię, jeszcze jedną opowieść o nawiedzeniach i egzorcyzmach, podobnie jak historię Warrenów, znanych z Obecności, bazującą na prawdziwych wydarzeniach, choć mocno ubawionych i takich, które nie powinno się brać zbyt poważnie. Mowa oczywiście o filmie Egzorcysta papieża, który osiągnął kinowy sukces, i to dość szybko, mimo tego, że do ideału mu daleko, choć ogląda się go całkiem dobrze i który wkrótce po premierze został potwierdzony w kontynuacji Ale po kolei…..

    Egzorcysta papieża – słowo wstępu, czyli skąd wziął się pomysł na film

    Egzorcysta papieża to, jak już nadmieniłam we wstępie kolejna produkcja, która w założeniu opiera się na faktach, które dotyczą opętań, uznanych w kościele katolickim, na które nakłada się egzorcyzmy. Takimi zajmują się specjalnie przeznaczeni do tego celu, wyznaczeni przez najwyższe władze, w tym watykańskie, księża egzorcyści. Pomysł na powstanie opisywanego przeze mnie filmu zaczerpnięto z postaci autentycznie żyjącego egzorcysty papieskiego, księdza, włoskiego paulisty Gabriela Amortha, który został oficjalnym watykańskim egzorcystą w roku 1985. Ojciec Amorth, który dożył sędziwego wieku i umarł w roku 2016, przeżywszy 91 lat, to także autor wielu międzynarodowych bestsellerów, książek, w których spisywał swoje doświadczenia i spotkania z demonami, a miał ich w życiu naprawdę sporo.

    Ojciec Amorth, współpracujący z włoskim duchownym rzymskokatolickim, stygmatykiem i świętym Kościoła katolickiego ojcem Pio, dał się poznać także z innej strony, jako przeciwnik jogi, z którą walczył i dzieł o Harrym Potterze, które uznawał za szatańskie, podobnie jak muzykę metalową. Ale szerokie zasoby literackie i spore doświadczenie egzorcysty stały się świetną okazją dla świata kina, który chętnie sięga po nadprzyrodzoność, by bardziej lub mniej straszyć. Zrobiono to zatem po raz kolejny i wydaje się, że w przypadku księdza Amortha, chyba nie pierwszy i nie drugi raz, co jak wiemy nastąpi. Czas pokaże!

    Egzorcysta papieża – fabuła

    Fabuła Egzorcysty papieża skupia się, jak domyślić się nie trudno, na egzorcyzmach. Tym razem ojciec Gabriel Armoth zostaje poproszony o pomoc pewnej rodzinie. Ta składa się z matki Julii, która niedawno została wdową, i jej dwójki dzieci, nastoletniej Amy i jej młodszego brata Henry’ego, który od śmierci taty, w tragicznym wypadku, którego był świadkiem, przestał się odzywać. Rodzina przyjeżdża do opactwa, którym zajmował się jej zmarły mąż. Julia zamierza go wyremontować, po czym oddać w inne ręce. Jak się okazuje, miejsce to ma swoją mroczną historię, o której jako pierwszy dowiaduje się chłopiec, wspomniany Henry.

    Zwiedzając remontowaną posiadłość, zauważa w ścianie dziurę i pewien symbol, a niedługo później zostaje opanowany przez niezwykle mrocznego, bardzo silnego demona, który domaga się kontaktu jedynie z ojcem Armothem. I tak ten przybywa na miejsce, gdzie wraz pomocnikiem, nowym w tym fachu ojcem Esquibelem próbuje przegnać demona z ciała dziecka, ale i z innych domowników, jednocześnie poznając mroczną tajemnicę tego miejsca. 

    Egzorcysta papieża – mroczna fantasy bajka o demonach

    We wstępie wspomniałam, że opowieść w filmie Egzorcysta papieża to historia w założeniach oparta na faktach. Czerpie ona wprawdzie inspirację z notatek, pamiętników i zapisków znanego egzorcysty i pisarza, przede wszystkim z książek, głównie z dzieła „Wyznania egzorcysty”, ale film został odpowiednio ubarwiony, a historia mocno podkoloryzowana i z faktami mogąca nie mieć za wiele do czynienia. Jest to bowiem dzieło X muzy, mające na celu nas bawić, jeśli mówiąc o horrorze możemy tak w ogóle na film patrzeć. 

    Egzorcysta papieża to powtórka z rozrywki jaką już wielu z was widziało, jeśli oczywiście lubicie taki filmowy gatunek. Jest opętanie, w tym to najgorsze, najbardziej przerażające, bo dotyczące dziecka. Jest demon, i to bardzo silny, który zmienia opętanej osobie głos, wyniszcza ją, a nawet zmusza jej ciało to przedziwnych zachowań, wykraczających poza medyczną logikę. W filmie po raz kolejny sięgnięto po jakże znany motyw walki dobra ze złem, i równie popularną współpracę doświadczonego egzorcysty z żółtodziobem w tym fachu, młodym początkującym jako „wypędzacz” demonów księdzem.

    Sztampowa fabuły opierająca się na znanych motywach, która momentami jest banalna i nieco głupia, została jednak przez reżysera Juliusa Avery'ego i scenarzystów Evana Spiliotopoulosa i Michaela Petroni'ego ubrana w nieco nowocześniejsze szaty, które czynią tę produkcję, pomijając przedziwne zakończenie, bardziej lekką, dostępną dla większej ilości widzów, także dla tych, którzy za horrorami nie przepadają. Twórcy zabawili się postacią księdza Gabriela, którego potraktowali jak wojownika z demonami, stojącego na straży dobro zło, ale jednocześnie będącego w otwartym sporze z kościelnymi wyższymi władzami, mającego jednak poparcie u samego papieża. 

    Jeśli oczekiwaliście po tym filmie produkcji grozy najwyższych lotów, i poszliście do kina by się przestraszyć, to możecie czuć się nieco oszukani. Egzorcysta papieża to nie do końca horror, bowiem o demonach i nawiedzeniach traktujący w sposób nieco luźny. Wprawdzie wszystkie znane nam elementy zostały zachowane, ale grozę przełamuje pewna kiczowatość, która momentami zahacza o komediowość, choć komediowym horrorem tegoż dzieła nie sposób nazwać. Nie brakuje aspektów kina superbohaterskiego, choć takim bohaterem jest osoba w sutannie. Postać księdza i bohatera tej demonicznej opowieści zdaje się być specjalnie przerysowana, nie podobno do obrazu księdza egzorcysty, do której może nie pasować, i przez to nie wszystkim może się podobać. 

    Egzorcysta papieża - Russell Crowe w jednej z lepszych ról?

    W takiej przerysowanej roli, ani nie komediowej, ani nie do końca nastawionej na grozę, jak się okazuje świetnie odnalazł się Russell Crowe, który wcielił się w postać ojca Gabriela Amortha. Jego postać jest zarówno osobą twardo stąpającą po ziemi, znającą swój fach egzorcysty i mrocznych demonów, jak i lekką, żyjącą dniem dzisiejszym, sprzeciwiającą się wyższej katolickiej władzy, a na kolejne egzorcyzmy poruszającą się skuterem. 

    Horror w takiej formie pozwolił uwydatnić możliwości aktorskie Crowe’a, którego kojarzmy przede wszystkim z Gladiatora, Pięknego umysły, Noe: Wybrany przez Boga. Mogliśmy zobaczyć jego nieco inne oblicze w thrillerze Nieobliczalny, a także w superbohaterkim Thor: Miłość i grom. Zapracowany aktor, którego niebawem obejrzymy w wielu nadchodzących produkcjach, czuł się w roli ojca Gabriela tak dobrze, że nawet mimo przedziwności jaką mogliśmy oglądać na wielkim ekranie, nawet pomimo zakończenia rodem z fantasy bajki dla dorosłych, był w swej postaci bardzo wiarygodny, bardzo prawdziwy i bardzo „jakiś”, ciągnąc miejscami dziurawą fabułę mocno w górę.

    Na uwagę zasługuje także towarzysz ojca Armotha, ojciec Esquibel, w którego wcielił się Daniel Zovatto, którego mogliśmy oglądać w horrorze Coś za mną chodzi, w trzymającym w napięciu Nie oddychaj, którego druga część Nie oddychaj 2 była w topowych produkcjach Netfliksa, a także w świetnym serialu Dom grozy: Miasto Aniołów. Jego zagubiona i nie mogąca odnaleźć się w świecie nie z tego świata postać początkującego księdza egzorcysty, jest równie na miejscu, jak postać której pomaga, czyli ojca Gabriela. 

    Egzorcysta papieża – podsumowanie recenzji 

    Egzorcysta papieża to film, który spośród produkcji grozy, bazujących na motywach egzorcyzmów, opętań i demonów, wyróżnia się nieco innym podejściem do tejże tematyki. Choć film nie jest idealny, a często wydawać się może zbyt banalny i przesadzony, niczym demoniczne fantasy, ta przesada jednocześnie ma w nim swój urok. Tytuł ten ma za zadanie bawić, i robi to na swój własny sposób, stworzony przez twórców, którzy postarali się postawiać na grozę, ale nie straszyć dosłownie, wplatając w mroczne kawałki nieco lekkości, i swoistego, ale nie komicznego humoru.

    Dobre aktorstwo, szczególnie Crowe’a, ciekawa fabuła, która żyje własnym życiem, odświeżając sztampowe i znane już momenty grozy. Niezła muzyka, która podbija klimat, jednocześnie nie zagłuszając całości i nie przetłaczając przesadą. Na niewielkie ale może zasługiwać pewna przesada i zbyt mocne ubarwianie treści oraz zakończenie, które skręca zbyt bardzo w stronę fantasy przesady. Według mnie ma to jednak uzasadnienie, bowiem wydaje się być sugestią o tworzeniu kolejnej franczyzy grozy, bazującej na pamiętnikach i zapiskach, które przez długie lata spisywał egzorcysta ojciec Gabriel Armotht. Źródło jest zatem bogate, i mocno wypełnione, jest z czego czerpać, co zapewne zostanie ponownie wykorzystane. Myślę, że to tylko kwestia czasu. Pozostaje mi życzyć Wam miłej zabawy z seansu kina grozy, ale w nieco lżejszym, odświeżonym stylu. 

    Moja ocena 7/10. 

    Film możliwy do obejrzenia obecnie na platformie Netflix. 

    The Dark Eye: Klątwa Wron - recenzja

    The Dark Eye: Klątwa Wron - recenzja

    Serdecznie zapraszam do przeczytania kolejnej mojej recenzji, która swoje miejsce znalazła na moim blogu. Klasycznej przygodówki Daedalic Entertainment, znanej jako The Dark Eye: Chains Of Satinav, czyli Klątwa wron

    Lubię sobie najpierw poczytać opinie o grze, zanim zainstaluję ją na swoim komputerze, by zagrać. Tak też zrobiłam zanim zakupiłam kolejną przygodówkę firmy Daedalic Entertainment. Przeczytam wiele przychylnych informacji na jej temat. Zaciekawiona i podniecona nową grą, udałam się do sklepu, kupiłam, zainstalowałam, odpaliłam i po jakimś czasie już wiedziałam, że nie jest to pozycja, która mogłaby mnie zachwycić, czy oczarować na tyle, by móc przyznać jej najwyższą ilość punktów w mojej punktacji. The Dark Eye:Chains of Satinav (Klątwa Wron), to wprawdzie piękny graficznie, ale grywalny przeciętniak, który nie rozczarowuje, ale i nie powali na kolana. Oprócz niewątpliwie wielu zalet, pozycja nie uniknęła wad, które rzucają cień na całą rozgrywkę, obniżając końcową  ocenę. 

    Warto również przeczytać:

    Wszystko zaczyna się w krainie zwanej Andergast, w której po wielu latach ma w końcu zapanować pokój.  Król spodziewając się wizyty królowej Nostri, która przybywa, by przypieczętować pokój między dwoma krainami, organizuje zabawę, w której udział mają wziąć wszyscy młodzieńcy z okolicy. W turnieju Dębowego Liścia, startuje także bohater opisywanej przeze mnie gry, młodzieniec imieniem Geron. Chłopak ten został kiedyś przygarnięty przez łowcę ptaków Gwinnlinga. On wyuczył go fachu, więc, tak jak ojciec i Geron jest ptaszołapem. Nasz kruczowłosy bohater, ma pewien dar. Potrafi za pomocą myśli tłuc przedmioty. Z powodu tej niecodziennej umiejętności, a także dzięki przepowiedni Wróża, spalonego za czary trzynaście lat temu na stosie, chłopak jest w miasteczku nielubiany. Według wizji Wróża Geron przynieść ma bowiem miasteczku same nieszczęścia, a Andergastowi rychły koniec. Gdy życie Gerona zaczyna biec w dobrym kierunku, po wygranym konkursie może zyskać przychylność króla, jego przybrany ojciec, pewien, że Wróż powrócił, wysyła Gerona do lasu, w poszukiwaniu Nimfy, która jak twierdzi jest kluczem do pokonania czarodzieja. I tak zostaje wplątany w przygodę, której się nie spodziewa. Oprócz ratowania swej ojczystej krainy, przyjdzie mu chronić Nimfę Nuri i pozbyć się jasnowidza. 

    Jak widzicie fabuła nie wnosi w świat gier przygodowych nic nowego. Kolejny raz przyjdzie nam kogoś, lub coś ratować, spodziewając się, że wszystko jak w bajkach dobrze się skończy. Na szczęście oprócz "odgrzewanego kotleta" w postaci fabuły, nie jest aż tak nudno, jak to może wydawać się na początku rozgrywki. Zdarzają się zwroty akcji, wspominki na temat kolejnych morderstw, a w końcu i oglądane przez nas mordy. Czasami bywa nieco strasznie. 

    The Dark Eye: Chains of Satinav, w Polsce znane jako: Klątwa Wron, to klasyczna przygodówka point&click, zatem obsługiwanie jej nie sprawi nam żadnej trudności. Postacią Gerona sterujemy za pomocą myszy. Jej lewym przyciskiem zabieramy i używamy przedmioty, zaś prawym oglądamy. Tak, jak w klasycznej grze adventure, tak i tu  bardzo ważne są rozmowy, które przyjdzie nam prowadzić. Niestety czasami miałam wrażenie, że było ich za dużo, a niektóre z nich do niczego nie prowadziły, a nawet mieszały mi w głowie. Niemniej jednak warto pamiętać, by rozmawiać z każdą postacią napotkaną na swej drodze na każdy temat. 

    Podczas rozgrywki, jak to w takim rodzaju gier bywa, zbierać będziemy przedmioty, które trafiać będą do ekwipunku usytuowanego na dole ekranu. Wystarczy najechać myszką na dół ekranu, by inwentarz się nam ukazał. Oprócz rzeczy, które zbiera Geron, znajdziemy w nim także notatnik naszego bohatera, w którym zapisywane są istotne dla posunięcia fabuły fakty. Interfejsu gry nauczymy się w samouczku, który bez względu na to jaki tryb rozgrywki wybierzemy, będziemy musieli przejść. Twórcy gry nie przewidzieli jego pominięcia, a szkoda, bo ja nie przepadam za samouczkami i pokazywania mi wszystkiego palcem. 

    Tak jak już wcześniej napisałam, rozgrywkę możemy przejść na dwa sposoby. Możemy ruszyć na łatwą wyprawę przeznaczoną, jak twierdzą twórcy dla nowych poszukiwaczy przygód. Druga opcja to tryb trudniejszy, przeznaczony dla doświadczonego poszukiwacza przygód. Wszystkie ułatwienia zostaną w niej wyłączone. Można je jednak włączyć w dowolnej chwili. Jeśli mowa o ułatwieniach, to kliknięcie klawisza spacji podświetla wszystkie aktywne przedmioty i miejsca w lokacji, pozwalając nam znaleźć istotny przedmiot, potrzebny do ruszenia fabuły do przodu lub rozwiązania zagadki.

    W grze znajdziemy szereg zagadek przedmiotowych, a także kilka zadań logicznych, które do trudnych nie należą, co pewnie ucieszy tych, którzy w przygodówkach cenią przede wszystkim grywalność i nie zamierzają siedzieć nad jedną zagadką wiele godzin, tym bardziej, że nie ma opcji pominięcia zadania, tak jak to w wielu przygodówkach tej firmy bywało. Każde poprawnie wykonane zadanie sygnalizowane jest dźwiękiem dzwoneczka, który jest pomysłem ciekawym, wykorzystywanym już w kilku pozycjach, w które zdarzyło mi się zagrać. 

    Mocną stroną gry, oprócz całkiem ciekawych zagadek jest muzyka. Szczególnie ślicznie ona brzmi w intrze. Jest tak klimatyczna i pasująca do fabuły, że nie wyobrażam sobie, by mogła brzmieć inaczej. Mogłam jej słuchać i słuchać godzinami. W całej rozgrywce oprawa dźwiękowa trzyma dość wysoki poziom, czego niestety nie można powiedzieć, ani o samych animacjach, ani o animacjach postaci.

    O ile animacjom samym w sobie można wiele wybaczyć, bo to tylko rysunki, które poprzedzać mają wydarzenia, które wkrótce zadzieją się w grze, to do animacji postaci muszę się przyczepić, bo są fatalne. Geron porusza się malutkimi kroczkami, tak jakby miał związane nogi, a jego bieganie, to raczej kicanie, które jest zwyczajnie śmieszne. Dodatkowo rysownicy chyba nie bardzo wiedzieli jak ma naprawdę wyglądać Nuri, bowiem w animacjach prezentuje się zupełnie inaczej niż w rzeczywistej rozgrywce. 

    Znalazłam też wiele pomniejszych błędów, takich jak robienie ludzika z kasztanów bez użycia rąk, czytanie tabliczek bez podejścia do nich i wiele innych. Mocną stronę gry jest grafika, szczególnie tła, które wyglądają przepięknie. Gorzej prezentują się postaci, których rysunek przypomina mi trochę gry z rodzaju hidden-object, co oczywiście złe nie jest, bo razem tworzy całkiem ładną oprawę graficzną. 

    Słabo prezentuje się  również dubbing. Praca aktorów nie należy do najwyższych lotów. Czasami jest wręcz mdła, a emocje wyrażane głosem sięgają zera. Przy takiej ilości postaci, które spotykamy w grze, oczekiwałam wiele barwnych osobowości, które intonacją głosu aktorów, oddadzą charakter ludzki, a odnalazłam tylko dwie takie postaci, wśród których nie znalazł się niestety  Geron. Są nimi Nuri i krasnolud Gram. To chyba najbardziej charakterne postaci gry, choć naiwność Nuri, której Geron mógł wcisnąć każde kłamstwo, każdą bajeczkę, czasami jest irytująca. Mimo to jej osoba  jest najbardziej wyraźnie zarysowana przez aktorkę podkładającą głos w wersji angielskiej gry, w jaką grałam pisząc ten artykuł.  Niestety nie miałam okazji zagrać w niemiecką wersję, która być może jest zdecydowanie lepsza. W Polsce gra dostępna jest w polskiej wersji kinowej, czyli w postaci polskich napisów. 

    Podsumowując, moje oczekiwanie względem kolejnego dzieła Daedalicu były niewspółmierne z tym, co otrzymałam. Nie twierdzę, że gra nie jest godna uwagi, owszem jest, choćby ze względu na swoją grywalność i niezłe zagadki, a także pewien rodzaj melancholii i smutku tu się przewijający, pasujący do baśniowej formy rozgrywki. Gdyby tylko pewne rzeczy zostały w grze zmienione i poprawione, otrzymała by ona ode mnie jedną z najwyższych not, a tak traktowana jest na growy przeciętniak. 

    Moje ocena 7/10.




    Zalety:
    • Przyjemna dla oka, baśniowa grafika;
    • Przystępne zagadki;
    • Angażująca opowieść;
    • Duża grywalność;
    • Długość gry;
    • Możliwość zagrania po polsku
    Wady:
    • Fatalny angielski dubbing
    • Przegadana
    • Brzydkie animacje;
    • Naiwność Nuri;
    Drobne błędy w grze