środa, 16 października 2024

Śleboda, nowy polski serial oryginalny SkyShowtime na zdjęciach i z datą premiery

Śleboda, nowy polski serial oryginalny SkyShowtime na zdjęciach i z datą premiery

 

Śleboda SkyShowtime Original/ fot. Bartosz Mrozowski

SkyShowtime pokazuje zdjęcia i ogłasza datę premiery nowego, polskiego oryginalnego serialu, pełnego napięcia kryminału o tytule Śleboda. Serial będzie miał swoją premierę na platformie jeszcze w tym roku.

W grudniu swoją premierę na platformie SkyShowtime będzie mieć pierwsza polska oryginalna produkcja tegoż serwisu, serial SkyShowtime Original Śleboda. Produkcja w gwiazdorskiej obsadzie pokazana została na zdjęciach. Na zwiastun jednak wciąż czekamy.

Warto również przeczytać:

Śleboda SkyShowtime Original/ fot. Bartosz Mrozowski

Śleboda, nowy polski serial oryginalny SkyShowtime to historia kryminalna przenosząca widza na Podhale. Jej bohaterką jest Anka Serafin, młoda antropolożki z Krakowa (Maria Dębska). Kobieta w poszukiwaniu siebie wyjeżdża w góry, gdzie, zupełnie przypadkiem odkrywa zwłoki. Wkrótce zostaje wplątana w rozwiązanie zagadki morderstwa, a jej losy splatają się z Bastianem Strzygoniem (Maciej Musiał), zuchwałym dziennikarzem, który szuka sensacji, oraz Jędrkiem Chowańcem (Piotr Pacek), miejscowym policjantem, z którym łączyła ją nastoletnia miłość.

Na Podhalu Anka postanawia odwiedzić swojej kuzynów, których dawno nie widziała, Kaśkę (Joanna Balasz) i Józka Kaleniców (Józef Pawłowski). Jeszcze nie wie, że wyjazd ten wpłynie na jej życie i postrzeganie świata. Historia Jana Ślebody (Jan Englert) i kolejnych pokoleń tej rodziny - jego syna Macieja (Andrzej Zieliński) oraz wnuczki Majki (Helena Englert), to punkt zwrotny w życiu Anki i lokalnej społeczności. Zagadkowe morderstwo, tajemnice z przeszłości i zawiłe podhalańskie relacje, to nie jest to czego szukała wyjeżdżając na Podhale.

W głównych rolach zobaczymy: Marię Dębską, Macieja Musiała i Piotra Packa, a towarzyszyć im będzie plejada wybitnych polskich aktorów.

Śleboda SkyShowtime Original/ fot. Bartosz Mrozowski

W pozostałych rolach: Joanna Balasz, Andrzej Chyra, Kuba Dyniewicz, Helena Englert, Jan Englert, Tomasz Karolak, Artur Krajewski, Mateusz Janicki, Mateusz Kmiecik, Magdalena Lamparska, Leszek Lichota, Anna Nehrebecka, Józef Pawłowski oraz Andrzej Zieliński.

Nowy serial SkyShowtime Original Śleboda to pierwsza produkcja realizowana nad Wisłą na zamówienie serwisu. Serial oparty został na pierwszej części popularnej serii etno-kryminałów autorstwa Małgorzaty Fugiel-Kuźmińskiej oraz Michała Kuźmińskiego. Za reżyserię odpowiadają Michał Gazda wspólnie z Bartoszem Blaschke. Autorem zdjęć jest Tomasz Augustynek. Za scenariusz odpowiadają Karolina Frankowska i Katarzyna Golenia. Producentką serialu jest Magdalena Szwedkowicz.

Serial realizowany w Polsce ze wsparciem finansowym na podstawie Ustawy o Finansowym Wspieraniu Produkcji Audiowizualnej, przyznanym przez Polski Instytut Sztuki Filmowej ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Premiera serialu SkyShowtime Original Śleboda zaplanowana została na grudzień 2024 roku.

Źródło: Informacja prasowa SkyShowtime

Syberia: The World Before - Prologue - wrażenia z wersji demonstracyjnej czwartej odsłony cyklu

Syberia: The World Before - Prologue - wrażenia z wersji demonstracyjnej czwartej odsłony cyklu

Syberia: The World Before - Prologue - wrażenia z wersji demonstracyjnej czwartej odsłony przygodowego cyklu. Międzyczasowa, klasyczna i zupełnie inna.

Syberia to gra, z którą wielu z nas już się zapoznało, a jeśli nie, to z pewnością o niej przynajmniej słyszało. Dwie pierwsze odsłony serii według scenariusza pisarza i artysty Benoita Sokala, Syberia i Syberia 2 cieszyły i cieszą się do tej pory wielkim zainteresowaniem, stając się przygodówkami kultowymi. Lata później pojawiła się kolejna część przygód młodej prawniczki Kate Walker, w Syberia 3, na którą wielu graczy czekało, a która zbierała cięgi za niedopracowanie i niepotrzebne kombinowanie, zarówno pod względem interfejsowej obsługi, jak i wieloma innymi. Na szczęście spora jej aktualizacja i przejście na klasyczny tryb „wskaż i kliknij” nieco podreperował jej nadszarpniętą opinię. Gdy branżę grową obiegła wiadomość o wypuszczenie darmowej wersji demonstracyjnej czwartej już części Syberii - Syberia: The World Before – Prologue, postanowiłam się pochylić, przybliżając Wam moje po jej ograniu wrażenia. 

Warto przeczytać również:

Syberia: The World Before to nieco inne spojrzenie na przygodową, tak wszystkim znaną opowieść, bowiem nie skupioną jedynie na jednej bohaterce, a dwóch. Dodatkowo jej twórcy, studia Koalabs i Microids oraz sam Benoit Sokal postanowili pobawić się czasem, oferując graczom dwie dość odległe od siebie płaszczyzny czasowe, rok 1937 i 2004, jednocześnie ciekawie je spajając, dając w prologu, wstępie do opowieści, przeświadczenie, że owe postaci, tak od siebie odległe, mogą być sobie bardzo bliskie. To właśnie pomiędzy wspomnianymi datami będziemy przenosić się podczas ogrywanego dema, poznając zarys historii dwóch kobiecych bohaterek.

Tuż przez wybuchem II wojny światowej poznajemy losy młodej pianistki, Dany Roze, której galopująca kariera muzyczna może zostać przerwana przez wybuch wojny i narastający faszyzm. Bohaterką sterujemy w europejskim mieście Vaghen, które stoi u progu wielkiej wojennej pożogi. W XXI wieku zaś przejmujemy kontrolę nad Kate Walker, która w Tajdze utknęła jako więzień pracujący w kopalni soli. 

Tym co od razu rzuca się w oczy po włączeniu prologu, czyli wersji demonstracyjnej, która zajęła mi około jednej godziny (przy czym ja eksploruję i sprawdzam prawie wszystko), jest grafika, która nie jest jest klasycznym, typowym malowanym stylem, znanym z pierwszych odsłon Syberii, a nawet nieco z trzeciej. Mamy grą 3D, z postaciami stworzonymi także w takim samym stylu. Te wykonane są bardzo starannie, mają pełną swobodę ruchów, choć co do samego sposobu ich poruszania, można mieć jakieś „ale”. Równie ładnie wyglądają lokacje, które wyraźnie wyróżniają się charakterystyczną kolorystyką. Miejscówki w mieście Vaghen, lat 30-tych są utrzymane w kolorze złoto-brązowej jesieni, choć sama akcja toczy się wiosną. Przenosząc się we nieco bardziej współczesne czasy Kate, mamy już do czynienia z przeróżnymi odcieniami szarości, klimat jest bardziej ciężki, mroczny, typowy dla zimowej pory roku, jaka wtedy w grze panuje. W ogóle mam wrażenie, że tej części gry towarzyszy atmosfera bliska grze z gatunku thrillera. Zresztą w opisie gry na Steam znajdziemy wzmiankę od twórców, iż wiele treści może być dla niektórych grup wiekowych niewłaściwych, i z tym muszę się zgodzić. 

Kolejną zmianą jest wygląd Kate Walker, która…..no cóż…..wygląda zupełnie jak nie ona i gdyby nie świadomość, że jest to Kate, jej notatnik i przyjaciółka więzienna, którą tak ją nazywa, pewnie nie wiedzielibyśmy, że to w ogóle jest panna Walker. Krótkie włosy, nieco agresywny styl ubioru, doświadczenia życiowe (o których w prologu wiemy niewiele) wyryte na twarzy i odbijające się we wspomnieniach. Taka jest nowa Kate Walker. To czy taki  styl jest właściwy i czy to dobry kierunek dla serii….trudno powiedzieć. Nie mniej jednak opowieść wydaje się być intrygująca. A to chyba dobrze. 

Wspomniane płaszczyzny czasowe to możliwość przenoszenia się od bohaterki, do bohaterki, która odbywa się, w bardzo liniowej rozgrywce, w sposób automatyczny. Jeśli wykonamy wszystko w danej części gry, daną postacią, to ta przeniesie nas do innego czasowego wymiaru. Podczas całej wersji demo będziemy skakać czasowo kilka razy, oczekując na zmianę lokacji w towarzystwie rysunków 2D, wyglądających jak projekty Hansa Voralberga i w towarzystwie ślicznej oprawy muzycznej, której autorem jest Inon Zur, kompozytor muzyki, do  między innymi poprzedniej gry z serii Syberia. 

Choć sama gra nie wydaje się mieć za wiele wspólnego z jej poprzedniczkami, to mimo wszystko śledząc losy Kate, ale nie tylko, twórcy nie omieszkali wpleść znane nam postaci, jak choćby przyjaciółkę panny Walker, Olivię, jej matkę, Oskara, czy samego Hansa. No i są tez automaty Voralbergów, które przyjdzie nam podziwiać nie tylko grając Kate Walker, ale przede wszystkim przejmując kontrolę nad Daną.

Skoro zatrzymałam się na chwilę przy automatach, to pora na przyjrzenie się warstwie interfejsowo – zadaniowej. Po pierwsze, jak już nadmieniłam wcześniej,   gra jest bardzo liniowa i mimo swojej nowoczesności graficznej, stylizowana na klasykę przygodową. Płynna rozgrywka napędzana za pomocą myszy, stawia na jedno jej kliknięcie, co bardzo mnie cieszy. Używając lewego przycisku komputerowego gryzonia, możemy używać przedmioty, manipulować nimi, za pomocą prawego zaś, oglądać czy dokonywać innej interakcji. Gra stawia na intuicyjne sterowanie, dlatego też przedmioty, a raczej ich manipulacja odbywa się bardzo wiarygodnie. Wykonujemy wtedy ruchy zgodne z tym, jak robimy to podczas zwykłych czynności w realu. 

Nie znalazłam opcji podświetlania interaktywnych miejsc w lokacjach, więc zapewne takich na razie nie ma. Jest natomiast, chyba już stały element przygodówek w postaci ułatwienia, czyli podpowiedź. Otóż z prawej strony na ekranie umieszczone zostały ikony – pauzy, czyli zatrzymania gry, pamiętnik, ikona "wykrzyknika", na którą kliknąwszy wyświetlamy zadanie oraz ikona „znaku zapytania”, która jest wspomnianą podpowiedzią. Przycisk ładuje się zaraz po wczytaniu się danej lokacji i jest aktywny przez cały czas. W razie zatrzymania się, choć gra jest banalnie łatwa, możemy się nim wspomóc. 

Wspomniałam o przedmiotach, które, jak to w większości przygodówek bywa, zabieramy. Nie mamy natomiast jakiegoś typowo wyglądającego ekwipunku, który mógłby być zlokalizowany na górze czy na dole ekranu. Zebrana rzecz trafia natomiast do dziennika postaci (każda postać ma swój), a jej użycie, dzieje się niemal automatycznie po kliknięciu na interaktywne miejsce. 

W rozgrywce w demo, która powtarzam, przynajmniej w wersji demonstracyjnej, nie stanowi umysłowego wyzwania, nie znajdziemy klasycznych zagadek logicznych, choć twórcy takie obiecują. Akcja przeplatana jest prostymi quick time eventami, które mają za zadanie uatrakcyjnić zabawę. Takie elementy stają się już przygodową norną, która niewielu z nas, fanów przygodówek, w tym mnie, już nie dziwi. 

Trudno oceniać grę po jej prologu, trudno wyciągać dalekosiężne wnioski, ale mimo pierwszego szoku, jaki doznałam czytając wzmiankę na temat fabuły, widząc zmiany w prezentacji graficznej gry, w wyglądzie samej Kate Walker, muszę stwierdzić, że jest zaciekawiona. Myślę, że zakwalifikowanie gry do gatunku przygodowo – logicznego visual novel wyraźnie określa jej cel, jej przesłanie. Sądzę, i widać to już po prologu, że będzie to gra nastawiona na fabułę, na opowieść, która w demo trąci nieco mrocznością i wielką tajemnicą, którą chętnie odkryje. Zaprezentowana wersja demonstracyjna to rozgrywka niezwykle łatwa, bardzo intuicyjna i klasyczna. Czy w pełnej wersji gry, której premiera przewidziana jest na rok 2021 znajdziemy jakieś wyzwania umysłowe? Mam nadzieję, że tak. Czy historia rozkręci się i podkręci już nieco napiętą atmosferę? Myślę, że tak. Tymczasem zachęcam Was do samodzielnego sprawdzenie dema. Jestem ciekawa co o niej sądzicie. Dajcie znać! 

 Karta Steam - pobierz demo

Cabernet z przesunięta datą premiery, na początek przyszłego roku

Cabernet z przesunięta datą premiery, na początek przyszłego roku

 

Zdjęcie: fragment screena gry Steam

Cabernet przygodówka ze znaczącymi wyborami, w klimacie wizualnej powieści z elementami RPG, która miała pojawić się jeszcze w październiku, nie zadebiutuje tej jesieni. Twórca i wydawca gry podjęli decyzję o przesunięciu daty premiery.

Cabernet, przygodowa gra w rysunkowym stylu graficznym, stworzona przez Party for Introverts, a wydana przez Akupara Games, nie zadebiutuje w październiku. Data premiery gry została przeniesiona na początek przyszłego roku, czyli na pierwsze miesiące 2025. Decyzję potwierdza stosowny zwiastun oraz oświadczenie wydawcy. 

Przeczytaj również:

Wspominałam w niedawnym wpisie, że Cabernet, której demo możecie wciąż sprawdzać, ma zadebiutować w październiku. Dziś wiemy, że przygodówka, w której wcielamy się w młodą wampirzycę, która musi walczyć sama ze sobą, a której los leży w rękach graczy swój debiut będzie mieć na początku roku 2025. 

Oto wspólne oświadczenie dewelopera i wydawcy przygodówki Cabernet. 

Premiera gry w wersji na Steam, na PC ma nastąpić z początkiem 2025 roku, wraz z wersją na konsole. 

Karta Steam - pobierz demo 

Źródło: Informacja prasowa 

Amerzone - The Explorer's Legacy Demo - wrażenia

Amerzone - The Explorer's Legacy Demo - wrażenia

Moja lista życzeń na platformie Steam jest już spora, i systematycznie się powiększa. Znalazła się na niej również nowa wersja kultowego Amerzone, czyli Amerzone - The Explorer's Legacy, które w wersji demo, przy okazji święta nadchodzących gier na Steam, oczywiście sprawdziłam. Oto moje wrażenia.

Jak już zapewne wiecie, a jak nie, to przypomnę, że na Steam trwa właśnie Steam Next Festiwal, podczas którego sprawdzić można dema nadchodzących gier, także tych, które mamy na wspomnianej liście życzeń. Moje lista jest długa, wersji demonstracyjnych mam do sprawdzenia mnóstwo. Z pewnością czasu na wszystkie mi nie starczy. Ale są gry, które przetestować zwyczajnie muszę. Jedną z nich, która idzie na przysłowiowy "pierwszy ogień" w wrażeniach z demo, jest właśnie Amerzone - The Explorer's Legacy, które jest jednocześnie sentymentalną podróżą w przeszłość, jak i projektem, który może niepokoić....., niestety nie w sensie pozytywnym.

Warto również przeczytać:

Amerzone - The Explorer's Legacy Demo - fabuła

Amerzone - The Explorer's Legacy to zupełnie nowa wersja kultowej gry Sokala, belgijskiego twórcy równie kultowej Syberii. Gra stworzona ku jego pamięci to niewątpliwie sentymentalna podróż w znane i nieznane zarazem. Demo idealnie to pokazuje, bo tak właściwie o opowieści jaką w pełnej wersji owej przygodówki poznamy, niewiele mówi.

Wersja demonstracyjna jest wprowadzeniem do większej całości, nakreśleniem tego co należy się spodziewać i czego, mniej więcej oczekiwać. Fabule demo rozwinąć się nie da, a jedynie je nakreśla, poprzez opowieść staruszka, poprzez naprawdę liczne notatki, rysunki i wszelakie teksty, których już w wersji demo znajdziemy co niemiara. 

Poznajemy zatem dziennikarza, który przybywa do latarni morskiej, by tam spotkać się odkrywcą, starym już Valemboisem. Mężczyzna prosi młodego dziennikarza o naprawienie błędów jego przeszłości i zwrócenie jaja Białego Ptaka, w świecie Amerzone, po czym traci życie.

W wersji demo robimy jedynie krok w stronę przygody, poznając co nas czeka jedynie z notatek, dziennika i licznych rysunków. Nie udaje się nam opuścić latarnię, a smak przygody, która mam nadzieję mocno się rozwinie, będzie jedynie przystawką, przedsmakiem i zachętą. 

Amerzone - The Explorer's Legacy Demo - rozgrywka, która nie jest rozgrywką, a jedynie wprowadzeniem

W demo nie znajdziemy zagadek, których powinno w tym tytule nie zabraknąć. Twórcy postanowili tego aspektu nie zdradzać, skupiając się bardziej na atmosferze, na klimacie jaki nieść będzie ten projekt, na odczuciach, jakie mogą graczom towarzyszyć i na prezentacji gry w wersji graficznej, interfejsowej i dźwiękowej.

Sterowania nawiązujące do oryginału, bez swobody poruszania się. Wędrowania w zawsze określone przez grę miejsce jest mrugnięciem okiem w stronę miłośników klasyki. Ale czy jest zachętą dla tak zwanych nowych graczy, takich, którzy przyzwyczaili się do growej swobody i lekkości, płynności w sterowaniu? Myślę, że nie bardzo.

Demo nie pokazuje zbyt wielu, ale za to nie szczędzi mnóstwa tekstu, który zalewa nas z każdej strony. Natłok informacji, nie tylko w formie notatek i dokumentów, ale i w samouczku może być stresujący. Może nas nieco przytłaczać i w krótkiej wersji demo, mniej więcej pół godzinnej, może nie być do ogarnięcia, tym bardziej, że w przeciwieństwie do demo Syberia: the World Before, Microids Studio Paris i Microids, nie zdecydowali się na polskie tłumaczenie. Bez dobrej znajomości języka angielskiego, może być spory problem z połapaniem się nie tyle z fabułą, bo ona została mocno okrojona, ale przede wszystkim z wprowadzeniem do rozgrywki, sterowaniem, i tekstową otoczką.

Amerzone - The Explorer's Legacy Demo - trudny początek z błędami

Wersja demonstracyjna Amerzone - The Explorer's Legacy to nie tylko przedsmak pełniejszej opowieści, ale niestety sporo niedoróbek i braków. Te mocno odczujemy, już na samym wstępie. Nie wiedzieć czemu demo nie posiada możliwości zapisywania, nawet automatycznego. Nie jest to najlepszym rozwiązaniem, gdyż gra posiada sporo błędów i bugów, która mocno psują imersję. 

Niestety potrafi się wieszać, klatki spadają, a rozgrywka mocno się przycina. Trochę wygląda to tak, jakby twórcy zbyt wcześnie oddali fragment rozgrywki to testowania, próbując zdążyć czasowo ze startem październikowego Steam Next Festiwal. 

Amerzone - The Explorer's Legacy Demo - sentymentalnie barwna opowieść

Sentyment ku kultowej poprzedniczce mocno jest w demo widoczny, szczególnie we wspomnianym już sterowaniu, i ogólnym klimacie gry, który może się podobać. Trudno jednak jakoś mocniej odnieść się do grafiki, bo pole do jej popisu zostało, podobnie jak fabuła, mocno okrojone.

Zwiedzamy jedynie dwie lokacje, w tym pięknie górzysty i morski krajobraz, który prowadzi nas do latarni, na umówione spotkanie. Stonowane kolory w trójwymiarowej, pełnej życie grafice, z dzikimi gęsiami, które możemy obserwować (jedna nawet nas pogoni), z oddaloną latarnią morską, której możemy przyjrzeć się przez lunetę czy z samą siedzibą wspomnianego wyżej odkrywcy to jednak zbyt mało, by móc grze graficznie się rozwinąć. 

Nie mniej jednak świat, nawet bardzo okrojony w wersji demo, wygląda dobrze, tak samo jak postaci, w demo jedynie dwie, które równie dobrze narysowano. 

Do tego dołączyć należy dzienniki, które obfitują w urokliwe rysunki, które nadają przygodzie graficznej barwności, bo wstęp do opowieści kolorami brązu, rudości i stonowanej szarości stoi. 

Amerzone - The Explorer's Legacy Demo - podsumowanie

Prawdę powiedziawszy mam mieszane uczucia względem wersji demo. Waham się między oceną pozytywną, a negatywną. Nie potrafię ocenić na ile gra w jej wstępie, w wersji demonstracyjnej jest w stanie mnie zachęcić do poznawanie jej w całości. Jestem jednak w tej lepszej sytuacji, znam jej pierwowzór, wiem jakie jest Amerzone, i ile ma do zaoferowania.

Ale nie jestem przekonana, że Amerzone - The Explorer's Legacy Demo może zachęcić nowych graczy, w sensie nie zaznajomionych z oryginałem, początkujących w przygodówkach graczy do jej poznawania w całości. 

Słabe rozwinięcie fabuły, która ma nam do zaoferowanie jedynie wielkie ilości tekstu, brak jakikolwiek zagadek (no może oprócz odnalezienia klucza) może nie być dobrą motywacją do zakupienia gry w jej pełnej wersji. Szczególnie jeśli ów gracz nie zalicza się do fanów przygodowego gatunku, i nie czuje do tej tegoż projektu, czy ogólnie do dzieł Sokola sentymentu.

Nie pomaga także brak możliwości zapisanie rozrywki, i tym samym konieczność przejścia jej w całości. Może być to o tyle problematyczne, że Amerzone - The Explorer's Legacy Demo nie uniknęło błędów i niedoróbek, których wstęp mamy już na sam początku zabawy. 

Obawiam się, że przygówka może ulec dalszemu przesunięciu premiery, co miałoby sens. Możemy bowiem dostać powtórkę z Syberii 3, która, przynajmniej w dniu premiery, i w jej okolicach, błędami stała. 

Obym jednak nie miała racji, po pomijając niedoróbki i chyba zbyt spieszne wydanie wersji demo, pod względem opowieści i samej fabularnej otoczki jest tu bardzo tajemniczo i jednak zachęcająco. Można poczuć klimat, można ochłonąć atmosferę, można poczuć przedsmak odkrywania, choćby dzięki dziennikom. 

Ostatecznie dałam jej "TAK" i mam nadzieję, że się jednak nie zawiodę. 

Premiera pełnej wersji gry na PC - Steam, GOG Epic Games Store, PlayStation 5 i Xbox Serie X\S przewidziana jest w listopadzie tego roku. Wciąż jednak nie mamy potwierdzenia daty, choćby na platformie Steam. 

Amerzone - The Explorer's Legacy Demo

Karta Steam

Karta GOG

wtorek, 15 października 2024

The Manor - recenzja. Horror w domu spokojnej starości

The Manor - recenzja. Horror w domu spokojnej starości

The Manor, recenzja gotyckiego filmu grozy od Amazon Prime Video rozgrywającego się w domu spokojnej starości. Gotyk, celtyckie wierzenia i oblicza starości.

Zjawiska nadprzyrodzone są czymś co najbardziej ciekawi mnie w horrorach, i na co najpierw zwracam uwagę wybierając sobie film do obejrzenia. Nadrabiając zaległości ze świata streamingu przypomniałam sobie o pewnym horrorze, mającym na swoim karku już kilka lat, który można oglądać na platformie Amazon Prime Video. Film nosi tytuł The Manor i jest produkcją amerykańską, wyreżyserowaną przez Belgijkę Axelle Carolyn. Jest to produkcja z roku 2021, która powstała w ramach Welcome to the Blumhouse

Warto przeczytać:

The Manor to film grozy, przy którym pracowali producenci Paranormal Actiity, Naznaczonego czy Sinister, produkcja, która, choć nie będzie Was za bardzo straszyć, to zbuduje napięciu, tworząc klimacik niczym z gotyckich horrorów, a te mają swój niepowtarzalny urok. Dość nieoczywiste, a nawet nieoczekiwane zakończenie, które być może nie wszystkim się spodoba, wynika z fabuły tej opowieści, pragnień bohaterki, i stylu w jaki film został zrealizowany, i także ma swój urok, i uzasadnienie. Ale po kolei…

The Manor to historia siedemdziesięciolatki, byłej tancerce baletowej, która w dzień swoich urodzin doznaje lekkiego udaru. Bojąc się tego, że jej stan się pogorszy, i martwiąc o najbliższych, córkę oraz nastoletniego wnuka Josha, trzy miesiące po udarze mózgu, Judith Albright postanawia zamieszkać w domu spokojnej starości zwanym Słoneczny Dwór. Ośrodek znajduje się w pięknym gotyckim domu, położonym w malowniczym parku, i na pierwszy rzut oka wydaje się Judith przyjaznym lokum, zapewniającym jej pomoc w zmaganiu się ze starością.

Niestety kobieta szybko przekonuje się, że panują tu przykre zasady. Niemal od razu traci komórkę, i możliwość kontaktowania się z ukochanym wnukiem, a w pokoju, który dzieli z niedołężną staruszką, zaczynają nocami dziać się dziwne, nadprzyrodzone rzeczy. Jej przerażona współlokatorka nawiedzana jest przez jakąś dziwną istotę, a niebawem okazuje się, że dom spokojnej starości kryje pewną tajemnicę, którą przekonana o swej racji Judith, zamierza odkryć.

Problem w tym, że nikt jej nie wierzy. Z początku przychylny personel traktuje ją z czasem jak kolejną pacjentkę z demencją starczą, a stale i sukcesywnie oddalająca się od niej córka, pogłębia swój dystans. Już nawet wnuczek zaczyna wierzyć w postępującą starczą chorobę babci, a przyjaciele, których poznała w Słonecznym Dworze, mają przed nią coś do ukrycia. To co ujawni śledztwo naszej bohaterki wstrząśnie nie tylko ją samą, ale i jej wnuczkiem. 

Zaletą opisywanej produkcji nie jest przerażenie, na jakich bazuje większość produkcji grozy. Tu u podstaw leży dobrze poprowadzona fabuła, która zwyczajnie ciekawi. Niczym w godnym uwagi thrillerze śledzimy liczne zwroty akcji, i poplątane koleje losu. Zmiany klimatu filmu przechodzą niezauważalnie od produkcji z dreszczykiem, opowieści kryminalnej, bo nieco baśniowy, a raczej celtycki horror. Nie ma miejsca na strach jako taki, a jest czas na zadumę, zagadki i tajemnicę, które są przecież podstawą dobrego filmu, mającego na celu zwyczajnie nas bawić. 

Tak, The Manor bawi się formą i stylem, a jednocześnie porusza jakże ważne tematy, które będąc ludźmi młodymi, zwyczajnie odrzucamy, nie starając się z nimi utożsamiać i je zrozumieć. To horror rozgrywający się w domu starości, pokazujący jak ta może być problematyczna i trudna, nie tylko dla najbliższych, ale i dla samych staruszków. Reżyserka Axelle Carolyn (Zejście, Zejście 2, Psychosis), która jest także scenarzystką tejże produkcji, pokazuje samotność starszych ludzi, lęk o jutro, a w końcu stan, w którym żyjąc w swoim własnym świecie, są poza społeczeństwem, żyją gdzieś między życiem a śmiercią, i tak właściwie nic dobrego już ich nie czeka.

Groza łączy się w The Manor z dramatem, bezsilnością, ale i z walką o siebie. W filmie doskonale pokazano chęć życia i świadomość tego, że wiek to nie tylko wygląd, ale też stan ducha i poczucie jak czujemy się w swoim ciele. O ten stan ducha i świadomość siebie walczy charyzmatyczna i pełna pasji woli życia i poczucia sprawiedliwości Judith Albright, w którą wcieliła się Barbara Hershey (Paradise Lost, 9 kul, Dawno, dawno temu), ale i postaci drugoplanowe, ale jakże tu istotne. Roland żwawy staruszek wiedzący co chce w życiu, grany przez Bruce'a Davisona (Naznaczony: Ostatni klucz, Creepshow, Alone), otwarta i szczera do bólu Trish, grana przez Jill Larson (Wyspa tajemnic, Opętana, Sztorm), czy pogodna i skupiona na sobie Ruth, w którą wcieliła się Fran Bennett (Klątwa Jessabelle, Nowy koszmar Wesa Cravena, Śmiertelne przewinienie). Wszystkie postaci napisane są na tyle poważnie i na tyle wielowarstwowo, że w żaden sposób nie pomyślimy słuchając ich rozmów i widząc sposób bycia, że są nijakie… że są jak każdy inny staruszek, nudni, zwykli i schorowani. 

Podsumowując The Manor, jedna z czterech produkcji grozy wchodzących w skład Welcome to the Blumhouse, serii filmów grozy Amazon Prime Video to typowe kino mające sprawiać, byśmy przed ekranem po prostu dobrze się bawili. Jednocześnie z dobrą zabawą, nutą grozy, celtyckiej baśniowości i zaskakującym zakończenie, odwołującym się do starości i chęci życia, otrzymujemy także obraz życia i przemijania czasu, z którym czasami trudno się pogodzić.  Bo kto z nas nie chciałby żyć wiecznie, a przynajmniej bardzo długo, ciesząc się dobrym zdrowiem? 

Moja ocena 8/10.

The Manor dostępny jest do obejrzenia na Prime Video. 

The Book of Unwritten Tales: The Critter Chronicles - recenzja

The Book of Unwritten Tales: The Critter Chronicles - recenzja

 

Znany filozof Arystoteles twierdził, że istnieją różne rodzaje przyjaźni, idealna, będąca wartością samą w sobie oraz taka, która ma spełniać pewien cel, służący  przyjemności czy też użyteczności. Taka idealna przyjaźń może zrodzić się między dwojgiem na pozór nie pasujących do siebie osób, także między podróżnikiem i awanturnikiem Nate'em Bonnetem, a różowym stworem zwanym Critterem, ukazanej w grze przygodowej noszącej tytuł The Book of Unwritten Tales: The Critter Chronicles.

Warto również przeczytać:

Po sukcesie w naszym i nie tylko naszym kraju, gry The Book Unwritten Tales  i moich "ochach" i "achach" na temat jej pozycji, byłam w siódmym niebie, gdy szczęśliwym zbiegiem okoliczności, w moje łapki trafił jej prequel. Z pełnym uśmiechem na twarzy zasiadłam do gry, wiedziona przekonaniem, że będę się równie dobrze bawić, a może i nawet lepiej. Niestety już wkrótce miałam się przekonać, że w porównaniu z jej poprzedniczką The Critter Chronicles, wygląda nieco blado.

Jak już wcześniej nadmieniłam bohaterami dzieła niemieckiego studia King Art Games są Nate Bonnet i Zwierzak Critter. Tego pierwszego poznajemy w trudnym momencie  życia. Właśnie dzięki hazardowi, stał się posiadaczem statku powietrznego o dumnej nazwie Mary i zamierza ruszyć w nieznane, gdy na jego drodze staje zawzięta łowczyni nagród, Ogrzyca imieniem Ma'Zaz. Dzięki sprytowi i zdolnościom graczy, Nate zdoła uwolnić się od zielonej prześladowczyni, jak się okaże później, nie na długo. Niestety jego statek rozbija się i spada gdzieś w lodowej krainie, zwanej Northland, zamieszkałej chwilowo przez różowe, włochate stwory, którym dokucza Troll, czarownik imieniem Munkus. Ten okrutny mag kradnie "różowym" kryształ zwany sercem. W zamian za pomoc w naprawie powietrznego statku, wietrząc przy okazji prywatny interes, Nate godzi się odebrać kamień Munkusowi. Obok niego staje dzielny Critter, pragnący zadowolić swoją ukochaną.

Tak pokrótce przedstawia się fabuła gry, rozgrywając się podobnie jak w poprzedniej części, przez pięć rozdziałów, które w całości tworzą zabawę zajmująca nam zdecydowanie mniej czasu niż w The Book Unwritten Tales. Całkowity czas gry, to zaledwie 7 do 8 godzin. 

Ciekawą opcją jest wybór stopnia trudności. Twórcy zdecydowali się wprowadzić do rozgrywki dwa poziomy: normalny i trudny. Ten drugi różni się od pierwszego dodatkowymi czynnościami, dotyczącymi zagadek przedmiotowych oraz utrudnionym sposobem rozwiązywania zagadek logicznych. Gra w tym wypadku jest trudniejsza, wobec tego, co mnie się bardzo spodobało, oprócz klawisza spacji, podświetlającego, tak jak w poprzedniczce aktywne miejsca, pojawia się także podpowiedź słowna, w której wyraźnie określono zadanie, które w danej chwili należy wykonać. 

Niestety lokacji w których przyjdzie nam się borykać z grą, jest niewiele. Do dyspozycji mamy statek Nate'a, polarne pustkowie, siedlisko Yeti, siedzibę Zwierzaków, statek podwodny Markusa, czy posiadłość Arcymaga.  Najlepiej pod względem graficznym, fabularnym, czy logicznym (spora ilość przeróżnych zadań), wypada te ostatnie miejsce.

Na swej drodze, w porównaniu do poprzedniej gry, spotkamy również zdecydowanie mniej postaci, które nie są  już takie wielobarwne i charakterystyczne. Ekolożka Petra, schizofreniczny naukowiec ukrywający się pod przebraniem Yeti, a także różowi mieszkańcy, czy też czarownik Munkus wraz ze swymi strażnikami i żądna zysku Ogrzyca, to trochę za mało, by w starciu z The Book Unwritten Tales, odnieść zwycięstwo. 

Blado wypada również muzyka, której znikoma ilość słyszalna jest podczas rozgrywki. Nieco lepiej przedstawiają się dźwięki otoczenia. Szczególnie dobrze słychać to w Galerii, w mieszkaniu Arcymaga, w której to stukot butów Nate'a roznosi się echem po całym pomieszczeniu. 

Graficznie pozycja  przypomina jej poprzedniczkę i nie ustępuje jej  pod żadnym względem. Nieźle wypadają  animacje postaci, choć autorzy troszkę moim zdaniem "przekombinowali", wprowadzając pewne ulepszenie. Otóż w poprzedniczce nasi bohaterowie nie biegali, co spowolniało rozgrywkę, zważywszy, że lokacji i miejsc do zwiedzenia było sporo. W The Critter Chronicles opcję tą zmieniono, dzięki temu Nate porusza się zdecydowanie szybciej, ale ma to swoje wady. O ile w większych lokacjach jest to fajne, to wbieganie Bonneta w drzwi, szczególnie na pokładzie łodzi podwodnej, jest co najmniej dziwne, a nawet irytujące.

Ponieważ jest to typowa gra point&lick, to sterowanie odbywa się za pomocą myszy. Nią to oglądamy przedmioty, zabieramy, czy też klikamy, by prowadzić rozmowy. Należy pamiętać, by owe dialogi toczyć z każdą napotkaną postacią,  a nawet z wieloma,  jak się sami przekonacie, czasami wielokrotnie. Przyznam się, że pomysł aby do niewielkiego zwierzaczka zagadać trzy razy, by uzyskać od niego śrubokręt, wydał mi się nietrafiony. 

Sporą zaletą gry jest oczywiście humor, który dominuje w owym tytule, a wszelakie skojarzenia do gier, filmów, czy znanych postaci, wywołują niejednokrotnie uśmiech na twarzy. Naturalny, potrafiący się wściekać, przeklinający (słyszymy oczywiście tylko pikanie) Nate, wesoły, sympatyczny i nie wydobywający z siebie żadnego zrozumiałego słowa Critter, to dodatkowa porcja pozytywnego humoru, poprawiająca nastrój niejednemu graczowi.

Zdecydowanie najmocniejszą stroną dzieła są zagadki, których w grze jest szereg. W większości są to zadania typowo przedmiotowe, niełatwe, czasami bardzo trudne. Pojawiają się także zadania typowo logiczne, jak otwieranie małego sejfu, czy zamka za pomocą wytrychu, a także ustawianie kamiennego dysku.

The Book of Unwritten Tales: The Critter Chronicles  nie jest grą wybitną, słabszą niż jej poprzedniczka, niemniej jednak godną uwagi, choćby ze względu na humor i zagadki. Przyjemnie śledzi się poczynania dwójki bohaterów, obserwując jak wraz z upływem kolejnych rozdziałów, człowiek o wątpliwej reputacji, przechodzi swoistą przemianę, zyskując tym samym prawdziwego przyjaciela.

Moja ocena 7/10.


Zalety:
  • Humor;
  • Ciekawe zagadki i zadania przedmiotowe;
  • Barwne lokacje;
  • Równie barwna grafika;
  • Możliwość powrotu do znanych bohaterów;
  • Liczne nawiązania

Wady:
  • Zbyt krótka;
  • Niewielka ilość lokacji';
  • Mała ilość bohaterów pobocznych

Steam Next Festiwal trwa! Jakie dema gier przygodowych warto sprawdzić?

Steam Next Festiwal trwa! Jakie dema gier przygodowych warto sprawdzić?

 

Na Steam trwa październikowa edycja Steam Next Festiwal, na którym można sprawdzić nadchodzące na Steam gry, oczywiście także przygodowe. Święto gier w wersji demo trwa od wczoraj przez tydzień. Jakie przygodówki warto sprawdzić?

Steam Next Festiwal wrócił na platformę Valve po raz kolejny. Steam, które zaczął mocniej doceniać wersje demonstracyjne, poświęcając im osobne miejsca na platformie, Steam, które ostatnio potwierdziło to co już każdy wiedział, ogłaszając, już jawnie, że gracze nie kupują gier, a jedynie na nie licencje, poleca po raz kolejny święto nadchodzących gier. Wśród nich znalazły się także przygodówki. Kilka z nich wybrałam, część z nich z pewnością przetestuję. Miejcie jednak na uwadze, że jest to niewielki ułamek sporej ilości gier z tegoż gatunku. W tym artykule znalazły się przygodówki, które według mnie warto przetestować w wersji demo.

Warto również przeczytać: 

Przygodówki w wersji demo - Steam Next Festiwal (edycja październikowa)

Amerzone - The Explorer's Legacy

Nowa wersja kultowej przygodówki stworzonej przez Benoîta Sokala, twórcy słynnej sagi Syberia, której recenzję Sybria 1 i 2, a także poradnik pierwszej odsłony i recenzję Syberia 3, znajdziecie na blogu. W grze przenosimy się do tytułowego świata Amerzone, w którym stary odkrywca Valembois zleca nam, czyli dziennikarzowi naprawienie własnych błędów. Musimy ruszyć na przygodę, której celem jest zwrócenie jaja Białego Ptaka.

Loco Motive

Przygodówka w retro klimacie, w komediowym, acz i kryminalnym stylu, rozgrywająca się w latach 30-tych ubiegłego wieku, na pokładzie luksusowego parowozu, na którym dochodzi do morderstwa bogatej dziedziczki Lady Unterwald. Przejmujemy kontrolę nad trzema postaciami, którzy utknęli, wraz z innymi w pociągu, wraz z zabójcą.

Nightshade Mysteries: Eternal Moon

Przygodowa gra HOPA, w której przenosimy się, podobnie jak w przypadku poprzedniej gry w lata 30-te, do południowej Europy. Przyjdzie nam wcielić się w nieustraszoną archeolog, Helenę Nightshade. Kobieta zostaje uwikłana w tajemnice otaczające złowieszcze wieczne zaćmienie Księżyca. Wróży one spełnienie  przepowiedziane wyobcowanych Czcicieli Księżyca, znanych również jako Anaxagor.

Little Ghosthunter

Przygodowa gra logiczna z łamigłówkami, w której wcielamy się w łowcę duchów, który ma pomóc rodzinie duchów, która chce uwolnić się z domu, w którym została uwięziona. Jednocześnie szukać będziemy sposobu na przywołanie swojego najlepszego przyjaciela z zaświatów.

Escape Tales: The Awakening

Przygodowa gra poznańskiego studia, nastawiona na emocjonalną rozgrywkę, ale i liczne zagadki. Opowieść skupia się na mężczyźnie, który stracił żonę, a niedługo później jego córka, z niewyjaśnionych przyczyn zapada w śpiączkę. Aby ją ratować posługuje się "Księgą Rytuałów", co wkrótce ma swoje konsekwencje.

The Rise of the Golden Idol

Detektywistyczna gra, która powraca w kolejnej odsłonie, gra będącą kontynuacją historii znanej z przygodówki The Case of the Golden Idol, której akcja rozgrywa się trzy stulecia od straszliwych wydarzeń w rodzie Cloudsleyów. Legenda Złotej Statuetki, o które prawie zapomniano, powraca.

Portrait of a Torn

Przygodowy symulator chodzenia, w mrocznym klimacie, pierwszoosobowa gra narracyjnej, w której jako Robert, młody żołnierz eksploruj dom pełen sekretów, rozwiązujemy zagadki i odkrywamy jego  tragiczną historię. 

poniedziałek, 14 października 2024

Eight for Silver, recenzja klimatycznego, gotyckiego horroru

Eight for Silver, recenzja klimatycznego, gotyckiego horroru

Eight for Silver, recenzja klimatycznego, ujmującego zdjęciami gotyckiego horroru. Zapraszam do kolejnej recenzji na moim blogu!

Eight for Silver to gotycki horror, o niesamowitym klimacie i atmosferze, która przypadnie do gustu miłośnikom mrocznych, i klasycznych filmów grozy. Produkcja miała swoją premierę w roku 2021, podczas festiwalu Sundance, a znana jest także pod zupełnie innym tytułem – The Cursed.

Warto również przeczytać:

Ten brytyjski horror jakiś czas temu zasilił bibliotekę platformy SkyShowtime (już nie jest tam dostępny), co ja, zwolenniczka takiego właśnie gotyckiego klasyka, przyjęłam z wielkim entuzjazmem. Obejrzałam, oceniłam! Oto jego recenzja! Już od piątku film zostanie udostępniony na platformie Netflix. 

Eight for Silver – fabuła, która nie wnosi do kina nic nowego, ale potrafi wciągnąć

Akcja Eight for Silver rozpoczyna się we Francji, w północnej jej części, obrazując przerażające sceny, jakie rozegrały się podczas bitwy nad Sommą, największej z bitew I wojny światowej. Na wstępie widzimy scenę z żołnierzami w maskach gazowych, duszonych gazem musztardowym, a następnie dojmujące, przerażające chwile w szpitalu polowym. Tam przy dźwiękach jęków rannych i umierających żołnierzy, którym na żywca amputowane są nogi, a wnętrzności leżą na zewnątrz, umiera ranny kapitan Edward Laurent. Z jego ciała lekarz wyjmuje kule, wśród nich jedną, srebrną, która nie jest, jak twierdzi „kulą niemiecką”. Pocisk ten jest bowiem przerażającym świadkiem minionych lat.

To właśnie do nich wracamy we właściwiej części filmu, która dzieje się trzydzieści pięć lat wcześniej, w pewnej francuskiej prowincji. Tam swoją posiadłość ma gburowaty i okrutny wobec innych Seamus Laurent, właściciel ziemski, który żyje tu z żoną Isabelle, synem Edwardem i dorastającą córką Charolette. Pewnego dnia miejscowi Cyganie zaczynają domagać się od niego należnej im ziemi, czego bogacz i bezwględnik nie zamierza spełnić. W nocy pali ich obóz, brutalnie wielu Cygan zabija, a jedną z nich zakopuje żywcem. Przed śmiercią Cyganka rzuca klątwę na Laurenta i jego rodzinę. Gdy jakiś czas później z ziemi wykopane zostają dziwne, srebrne zęby, ofiarą przekleństwa staje się najpierw pewien miejscowy chłopak, a później dziesięcioletni syn Seamusa Laurenta, Edward. 

Niedługo później w okolicach posiadłości zaczyna grasować mordercza bestia, której pochodzenie trudno lokalnym służbom prawa rozpoznać. Ratunkiem ma być John McBride, patolog, który przybywa do posiadłości państwa Laurent z Gévaudan, gdzie jakiś czas temu także doszło to podobnych zdarzeń. To on ma być ratunkiem dla mieszkańców, rodziny Seamusa, a klątwa rodzinna dla niego stać się ma rozrachunkiem z tragiczną przeszłością. 

Eight for Silver – świetny klimat, uwielbiamy przeze mnie gotyk, otoczka i świetna oprawa wizualna

Opisywana przeze mnie produkcja, o tytule Eight for Silver, albo The Cused, bo z takim tytułem, jak już wspominałam, też możecie się spotkać to klasyczne kino grozy, film produkcji brytyjskiej, w reżyserii Seana Ellisa, który ma na swoim koncie kilka mniej popularnych w naszym kraju filmowych dzieł, jak choćby Skręt w lewo czy Casback. Tym razem twórca tegoż horroru postawił na jakość, klimat i atmosferę, która niemal na każdym kroku, w niemal każdym ujęciu mocno się rysuje, wywołując dreszczyk emocji, a w kolejnych ujęciach potęgując grozę. 

Nie stawia ona jednak na klasyczne przerażenie, a przynajmniej nie poprzez jump scare’y, z których słyną filmowe straszydła. Mamy tu bowiem do czynienia z gotyckim horrorem, takim jak choćby The Manor, Kobieta w czerni czy Inni. Klimat mroku, tajemnicy i sekretów, powiązany jest z klątwą, cygańskim przekleństwem i brakiem wiary w nadprzyrodzone. I choć film podejmuje się poprowadzenia tematu starego jak świat, i dość ogranego w filmach grozy, czyli wilkołaków i ogólnie przyjętych bestii o ogromnej sile i pradawnej mocy, pochodzącej z wierzeń i mitów ludowych, to patrzy na niego przez pryzmat zagadkowości, mocno zagłębiając się w likantropiczną mitologię.

Klimat i ciekawie poprowadzona fabuła, bazująca na stworach zamieniających ludzi w bestie, to nie wszystko. To, czym ten film ujmuje za serce, to czym do siebie mocno i skutecznie przyciąga, pozwalając delektować się każdą minutą prawie dwugodzinnego seansu, jest oprawa wizualna. Co tu dużo mówić, ten film może poszczyć się doskonałymi zdjęcia, rewelacyjnymi ujęciami i pracą kamery i niesamowitością scen kręconych po ciemku, w których mrok nie przesłania nam obrazu. Wszystko jest wyraźne i widoczne przez umiejętną operację światłem, magię świec i pochodni. Naprawdę wygląda to pięknie, powodując, że w mig będziemy filmowym dziełem oczarowani. Jeśli tylko jesteśmy zwolennikami kina grozy. 

Eight for Silver – aktorka obsada, której nic nie brakuje

Eight for Silver to nie jest opowieść, która fabularnie gna do przodu. To kino powolne i wysmakowane, także pod względem aktorskim, które poprowadzone zostało niespiesznie, w brytyjskim poważnym i klimatycznym stylu. To na klimacie, przemyślanych, ujmujących atmosferę grozy zdjęciach i naprawdę dobrej obsadzie aktorskiej skupia się ta filmowa opowieść. 

W roli charyzmatycznego, ponurego, trzymającego dom i rodzinę twardą ręką właściciela ziemskiego, Seamusa Laurenta wystąpił Alister Patrie, aktor znany z roli dyrektora liceum z serialu Sex Education, ale także z miniseriali Funny Woman, Dlaczego nie Evans? czy Terror. W roli jego żony, Isabelle Laurent wystąpiła Kelly Reilly. Aktorkę możemy kojarzyć z serialu Yellowstone, a zobaczyliśmy ją także w filmie Duchy w Wenecji. W roli patologa, Johna McBride’a Boyd Holbrook, którego zapewne kojarzymy z serialem Sandman, Narcos czy filmem Indiana Jones i artefakt przeznaczenia.

Ważną rolę w filmie odkrywają także młodzi aktorzy, którzy wcielili się w postaci dzieci państwa Laurent. W roli dziesięcioletniego Edwarda zobaczyliśmy Maxa Mackintosha, którego możemy kojarzyć z filmu Uśpieni, Kingsman: Złoty Krąg czy Rocketman. Jego siostrę, Charlotte zagrała zaś Amelia Crouch, którą możemy oglądać w takich produkcjach jak: Alicja po drugiej stronie lustra, Anioł śmierci czy Łowca i Królowa Lodu.

Eight for Silver – podsumowanie recenzji

Przyznam się, że gdy tylko przeczytałam, iż w Eight for Silver zagości w serwisie SkyShowtime, czekałam na niego z niecierpliwością, czytając wcześniej sporo dobrego o tej, moim zdaniem nieco niedocenionej produkcji. Po jego obejrzeniu, jestem oczarowana klimatem, ciągle trzyma mnie przy nim niesamowita atmosfera gotyckiego horroru, i wciąż jestem pod wrażeniem niesamowitej oprawy wizualnej, pięknych ujęć, doskonałej zabawy światłem.

Nie mogę narzekać na fabułę, która choć niczego świeżego do świata kina nie wnosi, zagłębiając się w opowieść o „wilkołaczej” bestii i pewnej klątwie i skupiając na temacie zaczerpniętym z mitów i legend ludowych, patrzy jednak na niego w nieco inny, bardziej dosadny, szczegółowy i nie pozbawiony brutalności sposób. To nie jest film przerażający na tyle, żeby zakrywać twarz poduszką, czy skakać na krześle, ale to tytuł grozy, który nie żałuje wiarygodnych, pełnych krwi i przerażania scen. 

Nie polecałabym Eight for Silver osobom o słabych nerwach, ani widzom, którzy nie lubią w filmach brutalności, nie tylko tej, w wykonaniu wilkołaka. Jest to bowiem także film o brutalnych ludzkim zachowaniu, które niesie z sobą równie brutalne, i dla wielu nieoczekiwanie konsekwencje, rodzaj karmy, klątwy czy przeznaczenia. Jak zwał, tak zwał, to dobre kino, na które zdecydowanie warto poświęcić chwilę naszego czasu. Serdecznie Wam go polecam, życząc udanego seansu!

Moja ocena 8,5/10.

Film od piątku, 18 października obejrzycie na Netflix. 




Hush – recenzja filmu. Jest przeciwnik, jest i walka o przetrwanie

Hush – recenzja filmu. Jest przeciwnik, jest i walka o przetrwanie

Zapraszam do przeczytania recenzji klasycznego thrillera, z domieszką slashera, albo przynajmniej survivalowej walki o przetrwanie, filmu o tytule Hush.

Nastała jesień, krótsze dni, i dłuższe wieczory. W związku z powyższym jest czas na oglądanie filmów i czytanie recenzji. Tym razem padło na dzieło z gatunku thrillerów, gdyż tylko one, no i może horrory zdołają mnie zaciekawić. Niestety tych naprawdę dobrych, interesujących, tych niezwykle wciągających chyba ze świecą szukać, a i świeca owa musi być pokaźnych rozmiarów i dawać spore światło, żeby móc w ogóle przyuważyć filmową perełkę. Hush, bo dzisiaj na nim się skupię, to raczej przeciętniak, produkcja jakich wiele, która nie zanudzi, ale i niczym wielkim i spektakularnym nas nie zaskoczy, niosąca pewne, narzucające się przesłanie: „Nigdy nie mieszkaj w domu położonym na odludziu, bo nie znasz dnia, ani godziny”.

Może zainteresuje Cię także:

Historia zaczyna się w niewielkim domu położonym w lesie, z dala od innych domostw, w którym mieszka głuchoniema pisarka o imieniu Maddie. Utrata słuchu i mowy była następstwem powikłań po zapaleniu opon mózgowych, na jakie bohaterka filmu zapadła w wieku trzynastu lat. Mieszkająca na odludziu autorka książek, żyje tu z dala od rodziny, przyjaciół i bliskich kontaktując się ze światem zewnętrznym za pomocą Internetu. Jedyną odwiedzającą ją czasami osobą jest Sarah, przyjaciółka, który próbuje szkolić się w języku migowym. Spokój i swoiste odizolowanie od rzeczywistości słyszących przerywa Maddie pewnego wieczoru atak zamaskowanego psychopaty z kuszą w dłoni, który postanowi zrobić wszystko, by pozbawić ją jej młodego życia. Od tej chwili jedynym sprzymierzeńcem kobiety będzie głos, który czasami słyszy w głowie, mówiący jej co ma robić, a któremu musi się bezwzględnie poddać. Tym razem podpowiada jej jedno możliwe rozwiązanie, żeby się uratować, sama musi zabić.

No cóż fabuła jakich wiele w takich rodzaju produkcjach. Jest przeciwnik, jest i walka o przeżycie. Nie ma jednak motywu i przesłania jakim kieruje się napastnik. O ile o Maddie trochę wiemy, choć nie za dużo, to o agresorze zupełnie nic. Nie mamy pojęcia co nim kieruje, że chce zabić, co siedzi mu w głowie i dlaczego kobieta jest jego ofiarą. Fabułę tego projektu, wyreżyserowanego przez Mike’a Flanagana można porównać z growym survivalem, w którym chodzi jedynie i wyłącznie o przetrwanie. Jednym taka forma poprowadzenie akcji może się nie podobać, ale zapewne znajdzie się wiele osób, których zaciekawi, bo po pierwsze nie wymaga specjalnego zrozumienia sensu filmu, a po drugie potrafi być angażująca. Ma jeszcze jeden wielki plus. Nie trzeba skupiać się na dialogach, bo jest ich niewiele.

Niepełnosprawność Meddie nie jest w tej grze na śmierć i życie atutem, jak choćby w jakiś czas temu obejrzanym przeze mnie Nie oddychaj (Don’t Breathe). Z góry wiemy, że dziewczyna ma niewielkie szanse na przetrwanie, a reżyser skutecznie podkręca atmosferę karząc nam oglądać bohaterkę złamaną, dosłownie i w przenośni. Sceny, w których cierpi bezgłośnie, wijąc się na podłodze, muszę przyznać, są niezwykle sugestywne i wiarygodne. W tym miejscu chylę czoła w kierunku aktorki, która wcieliła się w pisarkę, Kate Siegel, bo owe chwile nadają temu było nie było przewidywalnemu dzieło, nieco wyrazu. Reszta aktorów wypada dość blado i przeciętnie, włącznie z mordercą, w którego wcielił się John Gallagher Jr., czy przyjaciółką Meggie, Sarahę, w tej roli Samantha Sloyan.

Dużą wadą, być może jedynie dla mnie, jest to, że większa część filmu rozgrywa się w ciemnościach. Czasami nie sposób zauważyć co się dzieje na ekranie i trzeba bardzo usilnie się w niego wpatrywać, by cokolwiek zobaczyć. Nie jest to fajne, szczególnie, że w tym filmie akcja, nie dialogi jest najważniejsza i to na niej zbudowany jest film i jego atrakcyjność lub nie.

Drugim minusem jest  niebywała przewidywalność, spowodowana zapewne tym, że z góry wiemy co tak naprawdę może się tu wydarzyć. Choć dziewczyna, wbrew pozorom nie ma szans z dużo silniejszym i sprawniejszym mężczyzną, to nie odnosimy wrażenia, że coś się jej stanie. Nie ma (przynajmniej ja tak czułam) tego potrzebnego tu napięcia, oprócz być może dwóch scen, które z wiadomych przyczyn nie będę przytaczać.

Na uznanie z mojej strony zasługują zdjęcia i sceny prowadzone w domu, w których z prześladowcą dzieli naszą bohaterkę tylko przeszklone drzwi lub okna. W tych momentach jest stosowne napięcie i to coś, ten taki jak ja to mówię „filmowy dryg”, który zachęca mnie do oglądania thrillerów, które uważam za bardziej emocjonalne od horrorów.

Cóż mogę napisać w podsumowaniu Hush? Przeciętniak z wybijającymi się scenami. Film dla zabicie upalnej nudy lub nudy jakiejkolwiek. Obraz, który nawet jak niczym nas nie zaskoczy, to jednak nie zanudzi. Niestety na tle poprzednich tytułów Mike’a Flanagana, takich jak: Oculus, Zanim się obudzę, czy Ouija: Narodziny zła, czy choćby Gra Geralda  bardzo przeciętny i nieco blady.

Moja ocena 5/10.

Lost Horizon 2 - recenzja. Nie liczcie na bezpośrednią kontynuację!

Lost Horizon 2 - recenzja. Nie liczcie na bezpośrednią kontynuację!

Serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji Lost Horizon 2, przygodowej gry "wskaż i kliknij", która nie jest jednak kontynuacją wydanego czternaście lat temu Lost Horizon. 

Kilkanaście lat temu na rynku gier przygodowych pojawiła się gra Lost Horizon, której twórcą stało się studio Animation Arts. Przygodówka poruszająca jakże oklepany temat ratowania świata, nawiązująca klimatem do filmów i gier o Indianie Jonesie, zbierała pochlebne recenzję i szybko zaskarbiła sobie grono fanów. Dziewięć lat temu swoją światową premierę miała kontynuacja przygód Fenton’a Paddocka. W sprzedaży pojawił się Lost Horizon 2. Pewnie już gdzieś wspominałam, a jak nie, to naprawiam właśnie swój błąd, że pierwsza część tego klasycznego point&clicka, to jedna z moich ulubionych gier. Dlatego też z niecierpliwością wyczekiwałam jej debiutu na Steam, który nastąpił nieco później niż premiera u naszego zachodniego sąsiada. 

Warto także przeczytać:

Niestety twórcy poszli w  niezrozumiałym dla mnie kierunku i już na wstępie mojej recenzji, muszę napisać, że się na niej zawiodłam. Ten cios prosto w  serce, boli do tej pory i nie potrafi go umniejszyć kilka całkiem fajnych zagadek, nieco nawiązań do poprzedniej części (mam na myśli lokacje) i ciekawa (szczególnie pod koniec gry) fabuła. Wszystko psują okropne, wkurzające i dla mnie niedopuszczalne w klasycznej przygodówce elementy zręcznościowe i czasówki. Z większością zwyczajnie sobie nie radzę, więc zamiast cieszyć się rozgrywkę i fabułą, zaczynam się denerwować i złorzeczyć. Jednym z takich denerwujących elementów stała się w opisywanej tu przeze mnie kontynuacji, ucieczka motocyklem.

Autorzy wymyślili coś na kształt quick time eventów, tylko w nieco zmodyfikowanej wersji. Już wyjaśniam o co chodzi? Otóż aby wykonać zadanie, musimy szybko klikać na pojawiające się na ekranie kółko ze strzałką. Samo klikanie może nie byłoby takie straszne, gdyby nie fakt, że musimy to robić w określonym czasie, klikając wtedy, gdy na owym kółku pojawi się zapełniający je okrąg. Żeby gra zaliczyła nam zadanie, musimy więc kliknąć na koło aż cztery razy i to w określonym czasie, robiąc to ani za wolno, ani za szybko. Zadanie powtarzałam nieskończoną ilość razy, zaczynając wątpić, czy uda mi się je przejść. Na dokładkę, jakby tego było za mało, zapis, jaki możemy wykonać jest dużo wcześniej, a w trakcie owej czasówko – zręcznościówki, nie możemy zrobić save, ani nawet wyjść z gry. Zadanie bardzo frustrujące i  koszmarnie wkurzające. W tym momencie aż prosi się przycisk „pomiń”, którego próżno tu szukać.

Co do samej fabuły, to jeśli spodziewaliście się kontynuacji przygód Fentona, to muszę was rozczarować. W grze przenosimy się w lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku. Fenton to już siwiejący, poważny jegomość, mający kilkunastoletnią córkę o imieniu Gwen. Z poprzednią częścią, łączy nas właśnie postać owej dziewczyny, owocu miłości Fentona i Kim. Niestety Kim nie pokierujemy, nawet jej nie zobaczymy. Jedynym świadectwem jej obecności jest zdjęcie, które nasz protagonista nosi w kieszeni, czyli w ekwipunku. Drugą grywalną postacią jest Anna, agentka Mossadu. Cała trójka zostanie wplątana w intrygę, która zapoczątkowana została przez Nazistów, a później ujrzała światło dzienne w kręgach KGB. Nie będę Wam zdradzać o co chodzi, by nie psuć zabawy, bo muszę przyznać, że scenariusz gry, choć bardzo naciągany i nieco bajowy, potrafi zaciekawić, będąc jednocześnie przygodówkową normą.

Lost Horizon 2, to przygodówka z elementami zręcznościowymi, tak ją bym nazwała, to też gra bardzo nierówna. Z jednej strony mamy dość proste sterowanie, bo grę obsługujemy za pomocą myszy, ale z drugiej, są momenty, gdy to sterowanie zdecydowanie zawodzi. Zdarza się to najczęściej, gdy przejmujemy kontrolę nad Fentonem. Jeśli chcemy sobie poradzić ze składankami, które też tu znajdziemy, skupmy się raczej na sterowaniu za pomocą klawiatury. Najbardziej odczuwalnym takim momentem jest skradanka w muzeum rosyjskim. Klikanie myszką, by nasz bohater się ruszył jest bezcelowe, bo w żadnym razie nie zamierza tego robić. Albo stoi w miejscu, albo się obraca. Być może jest to bug, których w grze niestety nie brakuje. Ten kolejny udziwniony element tejże przygody najłatwiej przejść używając klawiatury komputera.

Spokojniej gra się Gwen i Anną. W tych wypadkach, skupiamy się na zadaniach przygodowych, czyli zbieramy przedmioty, rozmawiamy i rozwiązujemy zagadki logiczne. Mamy tu sporo zadań przedmiotowych, polegających na odpowiednim łączeniu przedmiotów w ekwipunku i nie tylko. Czasami na ekranie pojawia się plansza wyglądająca jak kartka papieru, na której z zebranych wcześniej kilku przedmiotów, łącząc je, tworzymy nowy, użyteczny w danej chwili przedmiot. Z pewnością, nie przegapimy żadnego z nich, bowiem twórcy zaoferowali podświetlanie miejsc aktywnych, które włączamy za pomocą klawisza spacji. Oprócz zagadek przedmiotowych, nie zabrakło w Lost Horizon 2 łamigłówek, które reprezentują różny stopień trudności. Niestety, choć może dla niektórych jednak „stety”, wbudowano w grze poradnik, którego kolejne karty, odsłaniają się w trakcie gry.

Pozycja została podzielona na sześć rozdziałów, więc pod względem długości plasuje się podobnie jak jej poprzedniczka, tym bardziej, że zwiedzamy ponownie spory kawałek świata od państwa w Afryce, aż po najdalsze rejony Europy. Graficznie zaś jest zupełnie inaczej niż w jedynce. Lost Horizon 2, to ukłon w kierunku 3D. Wygląda bardzo podobnie do czwartej odsłony „Tajnych Akt”. Lokacje są bardzo dokładne i niezwykle kolorowe, czasami chyba nawet, że za bardzo. 

Pisałam wcześniej, że gra reprezentuje dość nierówny poziom. Widać to bardzo w samej rozgrywce, która z początku skupia się na szybkości. Przemykamy przez pierwsze dwa rozdziały jak burza. Później gra nieco spowalnia, skupiając się na zagadkach, by w ostatnich rozdziałach oferować nam śliczną grafikę i całkiem sympatyczne zagadki.

Swoisty miszmasz widać także w samym wykonaniu gry. Mamy tak jak pisałam bardzo dokładnie wykonane lokacje, ale niedopracowane, rozmazane i brzydkie animacje. Brzydotę tę najbardziej widać w wyglądzie postaci, którymi przyjdzie nam grać. One są zwyczajnie niemiłe dla oczu i co ciekawe, wyglądają inaczej w samej rozgrywce niż w przerywnikach filmowych, których w grze jest dość sporo. 

Nieźle jako w całości prezentuje się muzyka, która doskonale  buduje klimat, a niektóre linie melodyczne przypominają jej poprzedniczkę.

Podsumowując druga odsłona Lost Horizon uległa modzie ulepszania gier przygodowych  na siłę i pakowania w niej wszystkiego co najgorsze i zupełnie niepotrzebne. Nie mogę tolerować w grze point&click zręcznościówek, nie lubię gdy na siłę próbuje się mnie prowadzić za rączkę, wrzucając do gry poradnik. Bardzo żałuję, że pozycja, której fajny klimat i ciekawe zagadki zostały przytłumione przez zupełnie niepotrzebne elementy zręcznościowe. Wielka szkoda, tym bardziej, że to jedna z ulubionych przeze mnie przygodówek. 

Moja ocena 6/10.

Lost Horizon dostępna jest na Steam i GOG.


Zalety:

  • Angażująca fabuła;
  • Fajny klimat;
  • Możliwość grania dwoma postaciami;
  • Różnorodne zagadki;
  • Przyjemna dla oka grafika

Wady:

  • Zręcznościówki, skradanki, czasówki;
  • Nierówność gry;
  • Błędy i bugi;
  • Brak oficjalnej polskiej wersji językowej