piątek, 18 października 2024

The Dark Eye: Klątwa Wron - recenzja

The Dark Eye: Klątwa Wron - recenzja

Serdecznie zapraszam do przeczytania kolejnej mojej recenzji, która swoje miejsce znalazła na moim blogu. Klasycznej przygodówki Daedalic Entertainment, znanej jako The Dark Eye: Chains Of Satinav, czyli Klątwa wron

Lubię sobie najpierw poczytać opinie o grze, zanim zainstaluję ją na swoim komputerze, by zagrać. Tak też zrobiłam zanim zakupiłam kolejną przygodówkę firmy Daedalic Entertainment. Przeczytam wiele przychylnych informacji na jej temat. Zaciekawiona i podniecona nową grą, udałam się do sklepu, kupiłam, zainstalowałam, odpaliłam i po jakimś czasie już wiedziałam, że nie jest to pozycja, która mogłaby mnie zachwycić, czy oczarować na tyle, by móc przyznać jej najwyższą ilość punktów w mojej punktacji. The Dark Eye:Chains of Satinav (Klątwa Wron), to wprawdzie piękny graficznie, ale grywalny przeciętniak, który nie rozczarowuje, ale i nie powali na kolana. Oprócz niewątpliwie wielu zalet, pozycja nie uniknęła wad, które rzucają cień na całą rozgrywkę, obniżając końcową  ocenę. 

Warto również przeczytać:

Wszystko zaczyna się w krainie zwanej Andergast, w której po wielu latach ma w końcu zapanować pokój.  Król spodziewając się wizyty królowej Nostri, która przybywa, by przypieczętować pokój między dwoma krainami, organizuje zabawę, w której udział mają wziąć wszyscy młodzieńcy z okolicy. W turnieju Dębowego Liścia, startuje także bohater opisywanej przeze mnie gry, młodzieniec imieniem Geron. Chłopak ten został kiedyś przygarnięty przez łowcę ptaków Gwinnlinga. On wyuczył go fachu, więc, tak jak ojciec i Geron jest ptaszołapem. Nasz kruczowłosy bohater, ma pewien dar. Potrafi za pomocą myśli tłuc przedmioty. Z powodu tej niecodziennej umiejętności, a także dzięki przepowiedni Wróża, spalonego za czary trzynaście lat temu na stosie, chłopak jest w miasteczku nielubiany. Według wizji Wróża Geron przynieść ma bowiem miasteczku same nieszczęścia, a Andergastowi rychły koniec. Gdy życie Gerona zaczyna biec w dobrym kierunku, po wygranym konkursie może zyskać przychylność króla, jego przybrany ojciec, pewien, że Wróż powrócił, wysyła Gerona do lasu, w poszukiwaniu Nimfy, która jak twierdzi jest kluczem do pokonania czarodzieja. I tak zostaje wplątany w przygodę, której się nie spodziewa. Oprócz ratowania swej ojczystej krainy, przyjdzie mu chronić Nimfę Nuri i pozbyć się jasnowidza. 

Jak widzicie fabuła nie wnosi w świat gier przygodowych nic nowego. Kolejny raz przyjdzie nam kogoś, lub coś ratować, spodziewając się, że wszystko jak w bajkach dobrze się skończy. Na szczęście oprócz "odgrzewanego kotleta" w postaci fabuły, nie jest aż tak nudno, jak to może wydawać się na początku rozgrywki. Zdarzają się zwroty akcji, wspominki na temat kolejnych morderstw, a w końcu i oglądane przez nas mordy. Czasami bywa nieco strasznie. 

The Dark Eye: Chains of Satinav, w Polsce znane jako: Klątwa Wron, to klasyczna przygodówka point&click, zatem obsługiwanie jej nie sprawi nam żadnej trudności. Postacią Gerona sterujemy za pomocą myszy. Jej lewym przyciskiem zabieramy i używamy przedmioty, zaś prawym oglądamy. Tak, jak w klasycznej grze adventure, tak i tu  bardzo ważne są rozmowy, które przyjdzie nam prowadzić. Niestety czasami miałam wrażenie, że było ich za dużo, a niektóre z nich do niczego nie prowadziły, a nawet mieszały mi w głowie. Niemniej jednak warto pamiętać, by rozmawiać z każdą postacią napotkaną na swej drodze na każdy temat. 

Podczas rozgrywki, jak to w takim rodzaju gier bywa, zbierać będziemy przedmioty, które trafiać będą do ekwipunku usytuowanego na dole ekranu. Wystarczy najechać myszką na dół ekranu, by inwentarz się nam ukazał. Oprócz rzeczy, które zbiera Geron, znajdziemy w nim także notatnik naszego bohatera, w którym zapisywane są istotne dla posunięcia fabuły fakty. Interfejsu gry nauczymy się w samouczku, który bez względu na to jaki tryb rozgrywki wybierzemy, będziemy musieli przejść. Twórcy gry nie przewidzieli jego pominięcia, a szkoda, bo ja nie przepadam za samouczkami i pokazywania mi wszystkiego palcem. 

Tak jak już wcześniej napisałam, rozgrywkę możemy przejść na dwa sposoby. Możemy ruszyć na łatwą wyprawę przeznaczoną, jak twierdzą twórcy dla nowych poszukiwaczy przygód. Druga opcja to tryb trudniejszy, przeznaczony dla doświadczonego poszukiwacza przygód. Wszystkie ułatwienia zostaną w niej wyłączone. Można je jednak włączyć w dowolnej chwili. Jeśli mowa o ułatwieniach, to kliknięcie klawisza spacji podświetla wszystkie aktywne przedmioty i miejsca w lokacji, pozwalając nam znaleźć istotny przedmiot, potrzebny do ruszenia fabuły do przodu lub rozwiązania zagadki.

W grze znajdziemy szereg zagadek przedmiotowych, a także kilka zadań logicznych, które do trudnych nie należą, co pewnie ucieszy tych, którzy w przygodówkach cenią przede wszystkim grywalność i nie zamierzają siedzieć nad jedną zagadką wiele godzin, tym bardziej, że nie ma opcji pominięcia zadania, tak jak to w wielu przygodówkach tej firmy bywało. Każde poprawnie wykonane zadanie sygnalizowane jest dźwiękiem dzwoneczka, który jest pomysłem ciekawym, wykorzystywanym już w kilku pozycjach, w które zdarzyło mi się zagrać. 

Mocną stroną gry, oprócz całkiem ciekawych zagadek jest muzyka. Szczególnie ślicznie ona brzmi w intrze. Jest tak klimatyczna i pasująca do fabuły, że nie wyobrażam sobie, by mogła brzmieć inaczej. Mogłam jej słuchać i słuchać godzinami. W całej rozgrywce oprawa dźwiękowa trzyma dość wysoki poziom, czego niestety nie można powiedzieć, ani o samych animacjach, ani o animacjach postaci.

O ile animacjom samym w sobie można wiele wybaczyć, bo to tylko rysunki, które poprzedzać mają wydarzenia, które wkrótce zadzieją się w grze, to do animacji postaci muszę się przyczepić, bo są fatalne. Geron porusza się malutkimi kroczkami, tak jakby miał związane nogi, a jego bieganie, to raczej kicanie, które jest zwyczajnie śmieszne. Dodatkowo rysownicy chyba nie bardzo wiedzieli jak ma naprawdę wyglądać Nuri, bowiem w animacjach prezentuje się zupełnie inaczej niż w rzeczywistej rozgrywce. 

Znalazłam też wiele pomniejszych błędów, takich jak robienie ludzika z kasztanów bez użycia rąk, czytanie tabliczek bez podejścia do nich i wiele innych. Mocną stronę gry jest grafika, szczególnie tła, które wyglądają przepięknie. Gorzej prezentują się postaci, których rysunek przypomina mi trochę gry z rodzaju hidden-object, co oczywiście złe nie jest, bo razem tworzy całkiem ładną oprawę graficzną. 

Słabo prezentuje się  również dubbing. Praca aktorów nie należy do najwyższych lotów. Czasami jest wręcz mdła, a emocje wyrażane głosem sięgają zera. Przy takiej ilości postaci, które spotykamy w grze, oczekiwałam wiele barwnych osobowości, które intonacją głosu aktorów, oddadzą charakter ludzki, a odnalazłam tylko dwie takie postaci, wśród których nie znalazł się niestety  Geron. Są nimi Nuri i krasnolud Gram. To chyba najbardziej charakterne postaci gry, choć naiwność Nuri, której Geron mógł wcisnąć każde kłamstwo, każdą bajeczkę, czasami jest irytująca. Mimo to jej osoba  jest najbardziej wyraźnie zarysowana przez aktorkę podkładającą głos w wersji angielskiej gry, w jaką grałam pisząc ten artykuł.  Niestety nie miałam okazji zagrać w niemiecką wersję, która być może jest zdecydowanie lepsza. W Polsce gra dostępna jest w polskiej wersji kinowej, czyli w postaci polskich napisów. 

Podsumowując, moje oczekiwanie względem kolejnego dzieła Daedalicu były niewspółmierne z tym, co otrzymałam. Nie twierdzę, że gra nie jest godna uwagi, owszem jest, choćby ze względu na swoją grywalność i niezłe zagadki, a także pewien rodzaj melancholii i smutku tu się przewijający, pasujący do baśniowej formy rozgrywki. Gdyby tylko pewne rzeczy zostały w grze zmienione i poprawione, otrzymała by ona ode mnie jedną z najwyższych not, a tak traktowana jest na growy przeciętniak. 

Moje ocena 7/10.




Zalety:
  • Przyjemna dla oka, baśniowa grafika;
  • Przystępne zagadki;
  • Angażująca opowieść;
  • Duża grywalność;
  • Długość gry;
  • Możliwość zagrania po polsku
Wady:
  • Fatalny angielski dubbing
  • Przegadana
  • Brzydkie animacje;
  • Naiwność Nuri;
Drobne błędy w grze

Niepokalana w opcji abonamentu na Prime Video

Niepokalana w opcji abonamentu na Prime Video

 

Jeszcze do niedawna na Prime Video można było oglądać horror Niepokalana za dodatkową opłatą, w opcji wypożyczenia lub zakupu. Sytuacja uległa zmianie, i już teraz kilka filmów możliwych od obejrzenia tylko w takiej formie, trafiło na platformę w ramach subskrypcji. Wśród nich jest właśnie Niepokalana

Niepokalana to film dla miłośników grozy, jedna z licznych produkcji, której protagonistką jest zakonnica. Bohaterkę w habicie znajdziecie między innymi w filmie grozy Zakonnica II, którego recenzję znajdziecie na blogu. W Niepokalanej śledzić będziemy losy młodej zakonnicy, która okazuje się być w niepokalanej ciąży. Film, którego dystrybutorem jest Monolit Film, trafił w ramach abonamentu na platformę od Amazon. 

Warto także przeczytać:

Niepokalana to jak już wspomniałam historia młodej zakonnicy imieniem Cecilia, która pewnego dnia przybywa do włoskiego klasztoru, które wydaje się być miejsce niezwykle jej przychylnym, ale które jak się wkrótce okazuje, skrywa mroczne sekrety. Gdy Cecilia odkrywa, że jest w ciąży, a lekarz potwierdza niepokalane poczęcie, klasztor obiega wieść o cudzie. Młoda zakonnica zaczyna jednak dostrzegać dziwność otaczających ją ludzi, a stała nad nią kontrola i sekrety, które zaczynają się piętrzyć, sprawiają, że już wie, iż jej ciąża nie może prowadzić do niczego dobrego. 

W obsadzie Niepokalana: Sydney Sweeney (Reality, Tylko nie ty, Euforia, Biały lotos), Alvaro Morte (Dom z papieru, Koło czasu, Walizka), Simona Tabasco (Biały Lotos, Lunapark), Bernadetta Porcaroli (18 prezentów, Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie).

Reżyserem horroru jest  Michael Mohan (Kiedy nikt nie patrzy, Dobra partia) zaś autorem scenariusza  Andrew Lobel

Film miał swoją kinową premierę 26 kwietnia 2024 roku. A teraz można oglądać go na Prime Video. 

Legends of Castile rusza z kampanią Kickstarter już w październiku

Legends of Castile rusza z kampanią Kickstarter już w październiku


Legends of Castile, hiszpańska przygodówka inspirująca się legendami, stworzona przez studio Torrezno Entertainment, już wkrótce, bowiem jeszcze w tym miesiącu ruszy ze swoją kampanią na platformie Kickstarter.

Deweloperzy niezależnego studia Torrezno Entertainment podzielili się ekscytującą dla nich wiadomością, która dotyczy dokładnej daty startu finansowej kampanii Kickstarter ich przygodowego projektu, przygodówki point-and-click, o tytule Legends of Castile, która rusza już 29 października 2024 roku. Grę, niezależnie od trwającego Steam Next Festiwal, można sprawdzić w wersji demo.

Przeczytaj również:

O grze Legends of Castile miałam przyjemność wspominać już na blogu, więc przypomnę, że jest to gra, w której wcielamy się w młodą kobietę o imieniu Maria. Akcja tej nastawiona na legendy i mity przygodówki rozrywa się w historycznym regionie Kastylii w Hiszpanii w XIX wieku. 



Pewnego dnia Marii ukazuje się Matka Boska, a wkrótce potem nasza bohaterka postanawia zostać zakonnicą. Zanim jednak przyjmie święcenia, Matka przełożona zakonu, do którego Maria chce wstąpić, zleca dziewczynie zadanie. Musi odszukać magiczne stworzenia znajdujące się w Kastylii, a od każdego z nich zabrać jeden z przedmiotów. ten przekazany zostanie do biskupa, który podejmie decyzję w sprawie owej magicznej istoty.


Legends of Castile swoją premierę ma mieć w przyszłym roku. Ale już za niecałe dwa tygodnie twórca rusza z jej kampanią na Kicstarterze. Dla wspierających finansowo kampanię przewidziano nagrody, czyli wielkie pudełko z grą z dodatkami, w którym znajdzie się:

  • Drukowana instrukcja + Bestiariusz : Obszerny przewodnik przedstawiający wszystkie funkcje i legendy gry, szczegółowo wyjaśniony i zilustrowany.
  • Figurka Maríi de Salazar : Oszałamiająca kolekcjonerska figurka jednej z najbardziej kultowych postaci gry.
  • Wydrukowana mapa gry : Nie zgub się podróżując po Kastylii!


Start kampanii na Kickstarterze 29 października.

Premiera gry na Steam, na PC przewidziana jest w 2025 roku. Dokładna data nie została ogłoszona. 

Karta Steam - pobierz demo


Źródło: Informacja prasowa

Loco Motive, wrażenia z demo. Kryminał plus komedia równa się dobra zabawa

Loco Motive, wrażenia z demo. Kryminał plus komedia równa się dobra zabawa

 

Do poniedziałku trwa na platformie Valve święto nadchodzących gier, czyli Steam Next Festiwal, świetna okazja do przetestowania gier w ich wersjach demo. Loco Motive to kolejna przygodówka, którą postanowiłam sprawdzić, i nie żałuję, że to zrobiłam. 

Steam Next Festiwal trwa w najlepsze, jeszcze przez kilka dni. Czasu nie mam wiele, więc do przetestowania wybrałam kilka przygodówek, które posiadam na liście życzeń, a których twórcy postanowili na owym wydarzeniu Steam zaprezentować. Opisałam Amerzone - The Explorer's Legacy, poważnej, stonowanej i nieco podniosłej gry w jej demo. Dziś przyglądam się retro komediowemu kryminałowi, który mnie zwyczajnie oczarował, i który, mimo tego, że to tylko demo, zaoferował dość długą rozgrywkę. Mowa oczywiście o Loco Motive

Może zainteresuje Cię także:

Loco Motive to jak już wspomniałam growe dzieło, które zalicza się do tych tytułów, które serwują graczom demo nie kilkunastominutowe, nawet nie półgodzinne, a gwarantujące rozrywkę przez nieco ponad godzinę, podobnie jak testowana przeze mnie jakiś czas temu przygodówka z duchami Rose Cottage, z którą jak już wiecie z bloga, wydarzyło się coś bardzo niedobrego, a jej los jest mocno niepewny. Opisywany przeze mnie dość długi fragment gry Loco Motive dał mi obraz tego co może się po tym tytule spodziewać, dając pewność, że jest to gierka, w którą zagrać muszę, nawet mimo tego, że wielką zwolenniczką retro pikseli nie jestem. 

Historia, którą poznajemy w demo przenosi nas do pociągu, do Reuss Express. Na pokładzie luksusowego parowozu dochodzi do zabójstwa bogatej dziedziczki Lady Unterwald, która zostaje zadźgana w czasie swojej przemowy. W mord na swojej pracodawczyni zostaje wplątany jej prawnik, Arthur Ackerman, przed którym stoi zadanie udowodnienia swojej niewinności. Postanawia zatem dokładniej przyjrzeć się sprawie, porozmawiać z pasażerami pociągu, którzy jak i on tkwią w parowcu z mordercą i finalnie dojść do prawdy. Wraz z nim śledztwa, na swój własny sposób, podejmuje się również bojaźliwy detektyw Herman Merman.

Demo oferuje poznanie dwóch z trzech najważniejszych postaci tejże przygodówki. W pełnej wersji, która ma mieć premierę jeszcze w tym roku poznamy również agentkę specjalną Dianę Osterhage. Rozgrywkę śledzić będziemy zatem z perspektywy różnych postaci, a jej narratorem, w niejaki sposób staje się sama zamordowana. Fajnym motywem jest również wracanie do już zaistniałych sytuacji i wydarzeń, poprzez wspomnieniową retrospekcję. 

Loco Motive to klasyczna przygodówka w stylu "wskaż i kliknij", stworzona w staroszkolnej pikselowej grafice retro, w bardzo, ale to bardzo barwnym stylu, który idealnie wpasowuje się w klimat lat 30-tych. Przygoda rozgrywa się bowiem w przeszłości, w trzydziestych lata dwudziestego wieku, na pokładzie pociągu, którym podróżują bogaci tego świata.

Przekrój postaci, jakie już w wersji demo zaproponowało studio Robust Games i wydawca, Chucklefish jest naprawdę spory, a każda z osób, mniej lub bardziej ważnych, ma swój charakterek, swoje grzeszki i każda może mieć motyw, by pozbawić życia bogatą dziedziczkę. Brzmi bardzo ciekawie, nieprawdaż! 

Wprawdzie większość czasu w wersji demo spędzamy z Arthurem, czyli wspomnianym prawnikiem, który podejmuje się śledztwa, rys kolejnych protagonistów, w demo także uświadczymy. Prawnik w kłopotach jest opanowany, nie brakuje mu taktu i poczucia humoru, nie stroni od ryzyka. Natomiast detektyw Herman chwalipięta i osoba wyniosła, gotów jest chować się w szafie, z obawą przed kolejnym mordem, tym razem na nim. 

Humor, humor i jeszcze raz humor to coś co zdecydowanie wychodzi w grze na plan pierwszy. Opowieść kryminalna, choć nie pozbawiona krwawej sceny mordu, jest równoważona dawką słownego i sytuacyjnego żartu. Szczerze powiedziawszy, dawno nie śmiałam się przy ogrywaniu przygodówki, a w Loco Motiove, i to we fragmencie gry, jakim jest demo, zdarzyło się to kilka razy.

Na jakość gry i przede wszystkim jej grywalność, której opisywanemu dziełu odmówić nie można, wpływa także jej lekkość rozrywki. W demo nie uświadczymy zagadek logicznych, które mogłyby przytrzymać nas na dłużej i spowolnić akcję, która miewa zaskakujące zwroty akcji. Zadaniowość Loco Motive w demo skupia się na zagadkach przedmiotowych, prowadzonych dialogach, często zabawnych, i nie przegadanych. 

Na dodatek graczowi zaoferowana jest ciekawa forma pomocy. Gdy utniemy, nie bardzo wiedząc jaj popchnąć fabułę do przodu, nie martwy się. W pociągu znajdziemy bowiem telefon, dzięki któremu połączymy się z mężczyzną, uzyskując albo pewną podpowiedź, albo jasną i klarowną odpowiedź dotyczącą dalszej rozgrywki, i tego co musimy zrobić. Taki "hint" nie tylko pomaga, ale jednocześnie uatrakcyjnia grę, a jednocześnie świetnie wpisuje się w fabułę i retro kryminalno-komediowy klimat zabawy.

Jak już wspomniałam przygodówka, z którą zmierzyłam się w demo jest klasykiem, czyli grą obsługiwaną za pomocą myszy, z prostą mechaniką i klasycznym ekwipunkiem, do którego trafiają przedmioty, a w którym możemy je również ze sobą łączyć. 

Rozgrywce towarzyszy miła i pasująca do gry ścieżka dźwiękowa, która buduje fajny klimacik i sprawia, że zamknięta przestrzeń, w jakiej rozgrywa się demo, czyli pociąg, nie jest nudna, nie jest klaustrofobiczna. Nie jest z wielu powodów. Wagonów w pociągu, który, powtarzam, jest miejscem luksusowym, nie dla biedaków, jest sporo, podobno jak i zaoferowanych w nim atrakcji, czego uczestnikami możemy być my sami. W demo staje się to udziałem naszego sympatycznego prawnika.

Loco Motive to gra oferująca pełny angielski dubbing, którym możemy delektować się także w dostępnym na Steam demo. A jest czym, gdyż każda postać, pierwsza czy drugoplanowa odkrywana jest przez aktorów głosowych fenomenalnie. Są emocje, jest humor, jest klimat. 

Niestety zarówno wersja demonstracyjna, jak i pełna gry nie będzie możliwa do ogrania z polskimi napisami, co oczywiście smuci, ale niestety nie jest niczym dziwnym. 

Nie mniej jednak demo Loco Motive wypróbować Wam polecam, szczególnie jeśli lubicie retro grafikę, kochacie klimat retro kryminałów, humor - zarówno dialogowy, jak i sytuacyjny, fabułę, która potrafi zaskoczyć i postaci, które mają charakterki, często trudne i skomplikowane. Warto poznać przedsmak przygody, jaka wkrótce dostępna będzie w pełnej wersji.

Premiera Loco Motive w wersji na PC - Steam oraz na Nintendo Switch przewidziana jest na czwarty kwartał 2024 roku. Dokładna data nie została ogłoszona. 

Karta Steam - pobierz demo

Rose Cottage, wrażenia z demo przygodówki z duchami

Rose Cottage, wrażenia z demo przygodówki z duchami

Zapraszam do przeczytania moich wrażeń z demo klasycznej przygodówki o duchach, w wiktoriańskim stylu, gry która po pewnych perturbacjach i zniknięciu demo ze Steam, powróciła w wersji demonstracyjnej, i wciąż można ją sprawdzać 😁

Obiecywałam sobie jakiś czas temu, że będę szerokim łukiem omijać wersje demonstracyjne gier, nie ze względu na to, że nie chce poznawać nowych przygodówek (bo o tym gatunku mówię), ale z powodu braku czasu. Większość wersji demo jest wprawdzie króciutkie i niezbyt wymagające, a i gier, na które warto zwrócić uwagę, przynajmniej przygodowych, nie jest za wiele. Ale na szczęście istnieją odstępstwa od reguły. 

Warto przeczytać:

Klasyczna przygodówka point-and-click, o tytule Rose Cottage, stworzona przez Hollow Lane Games. Odkąd znalazłam ją w morzu banalnych i nieciekawych produkcji z przyszłą premierą na Steam, czekałam na zapowiadane przez twórców demo. Gdy to się pojawiło, nie mogłam przepuścić okazji, by pobrać demko i zagrać w tę nader intrygującą mnie przygodę, a przynajmniej w jej fragment. I wiecie co? Przeczucie, że jest to gra godna mojej uwagi, znowu mnie nie zawiodło. Jestem nią zachwycona, urzeczona, oczarowana i czekam na pełną wersję. Gra ma wszystko to co powinna mieć dobra przygodówka, i to pod wieloma względami. 

Historia, której fragment, i to wcale nie taki krótki, bo obejmujący około godziny rozgrywki, a może i nawet nieco dłużej, toczy się w dość wyjątkowym, i raczej niecodziennym miejscu, jak na przygodówki. Akcja rozgrywa się bowiem w domu pogrzebowym, a raczej w olbrzymiej posiadłości, w której prowadzona jest właśnie taka działalność. Pewnego dnia, dokładnie 11 listopada 1910 roku detektyw Edward Barrington, odbiera od swojej żony telefon, która informuje go, że jego teść Thomas Gray potrzebuje pomocy. W jego zakładzie pogrzebowym doszło do tajemniczych zniknięć, a on sam wyczuwa w tym miejscu działanie sił z nie z tego świata. 

Niewiele myśląc udaje się do posiadłości, która, zgodnie z tym co mówił Thomas jest zamknięta, a on sam wrócić wieczorem nie będzie mógł, by go do niej wpuścić. Ale z pewnością uda się wejść od piwnicy. Detektyw znajduje wejście, wchodzi do domu, który okazuje się być pusty. Tak przynajmniej wydaje się mu na początku. Wkrótce przekonuje się, że miejsce to kryje tajemnicę, a zniknięcia kilku osób to tylko część większej, nieco dziwniejszej całości.

Muszę przyznać, że pomysł na fabułę rozgrywającą się w zakładzie pogrzebowym idealnie wpisuje się w klimat wiktoriańskiej opowieści jaką jest Rose Cottage. Gra przenosi nas bowiem do XIX wieku, do domu z tak wieloma pokojami, i w tak cudownie mrocznym klimacie, że chce się go eksplorować. Tym bardziej, że zdecydowanie jest co. Lokacji w grze jest naprawdę dużo, drzwi do przejścia i pokoi do zwiedzenia cała masa.

Nie wszystko przed nami od razu zostało odsłonięte. W tej klimatycznej opowieści o duchach, która nie zamierza nas straszyć w sposób dosłowny, a jedynie atmosferą, mroczną, wręcz nawiedzającą jak duchy ścieżką dźwiękową, pomału odkrywamy sekrety tego miejsca. W czasie naszej eksploracji, która płynie w intrygujący, ale jednocześnie relaksujący sposób, znajdujemy kolejne klucze, które otwierają niektóre z zamkniętych do tej chwili drzwi. W ten sposób odsłaniamy nowe skrzydła tej olbrzymiej posiadłości, która finalnie w pełnej wersji, nie mającej jeszcze daty premiery, liczyć ma sobie aż czterdzieści lokacji. 

W wędrówce, w tej klasycznej przygodówce z uproszczonym interfejsem, jedynie z dwoma przyciskami i możliwością podświetlania interaktywnych miejsc, pomaga nam mapa, którą znajdujemy na początku naszej opowieści. W niej, gdy tylko trafimy w odpowiednie miejsce, odsłaniają się kolejne pomieszczenia wielkiego domostwa, i terenu go otaczającego, w tym cmentarza, kostnicy, kaplicy i tym podobnych. Na mapce nasza postać, czyli detektyw jest oczywiście oznaczony, co ułatwia orientacje. A wierzcie mi, można się pogubić. 

Wypełniona ciekawym, gęstym klimatem, ale i nutką humoru Rose Cottage została stworzona w stylu typowego „wskaż i kliknij”, w ręcznie rysowanym 2D, ale w nieco trójwymiarowym stylu. Gra wygląda klimatycznie, a na dodatek graficznie cudnie operuje światłem, które rozbłyskuje dzięki blaskowi lamp, księżyca wpadający przez okna, czy świateł oświetlających wiktoriańskie wnętrze domu. Muszę przyznać, że wygląda to niezwykle klimatycznie.

Co ciekawe, twórcy zdecydowali się na zupełnie inny graficznie rodzaj przeplatających rozgrywkę animacji. W ogrywanej przeze mnie wersji demo, miałam przyjemność poznać przedsmak takiej animowanej cut-scenki, która wygląda jak baśniowa animacja. W tym wypadku autorzy skupili się na klasycznym rysunku, który nadaje opowieści zupełnie innego, filmowego uroku. Ślicznie to wygląda, nie powiem. 

Już opisywana przeze mnie wersja demonstracyjna posiada pełny angielski dubbing, który również spisuje się na medal. W grze, a przynajmniej w wersji demonstracyjnej miałam okazję posłuchać głosu protagonisty gry, czyli detektywa  Edwarda Barringtona, jego żony, z którą rozmawiał na początku, teścia Thomasa, który do niego dzwonił i Elizabeth, która odeszła, a której list w pewnym momencie czytamy. Każda, powiadam każda z tych postaci jest ciekawa, a i w każdą, aktorzy głosowi, wkładają serce i emocje. Szczególnie mocno widać to w emocjonalnych chwilach rozgrywki, w których, o dziwo....., nie brakuje także humoru. 

Gra, która opowiada zarówno smutną, jak i nie pozbawioną uroczego luzu i dawki mroku opowieść, oprócz wyżej wymienionych elementów, jest oczywiście przygodówką, z całym jej interfejsowym bagażem. Jak już wspomniałam zabawa jest pod względem sterowania prosta. Używamy myszy i dwóch kliknięć. Ekwipunek, do którego trafiają zebrane podczas rozrywki przedmioty znajduje się na górze ekranu. Przedmioty można oglądać, łączyć i używać w odpowiednich miejscach.

Rose Cottage posiada także coś, za co kocham przygodówki, czyli notatnik. Jako rasowy detektyw, tak i nasz bohater nie może obejść się przez notatnika i pióra. Uroczo wygląda styl prowadzenia tegoż dziennika, w którym pojawiają się nie tylko ważne notatki, ale i rysunki. Wpisy w notatniku są jednocześnie podpowiedzią do zagadek, które w grze także znajdziemy.

W czasie godzinnego demka pojawiło się kilka kluczowych zadań, nie tylko przedmiotowych, ale i mini-gier logicznych. A zdecydowanie będzie ich więcej. W grze znajdzie się także coś dla miłośników zjawisk paranormalnych, ezoteryki, tarota czy sensów spirytystycznych, w tych czasach jakże popularnych, i nader często praktykowanych. 

Podsumowując, muszą jasno powiedzieć, że wersja demonstracyjna przygodówki Rose Cottage uświadomiła mnie, że ja tę grę chce. Chce ograć pełną wersję i zobaczyć jak rozwinie się opowieść, i jaka tajemnica kryje się za zagadkowymi zaginięciami. Świetna fabuła, cudowny klimat, niesamowite miejsce akcji, epoka w jakiej rozgrywa się ta przygodówka, sama postać detektywa Edwarda i ilość rzeczy do zbadania, oraz tajemnic do odkrycia, to coś co nie mogę przegapić. Niestety nie wiem, kiedy i czy w ogóle gierka zadebiutuje na Steam, ale już dodałam ją do swojej listy życzeń i mam cichą nadzieję, że jednak się jej doczekam. Będę oczywiście trzymać rękę na pulsie. 

Rose Cottage nie ma daty premiery. Demo wciąż jest dostępne na Steam. 

Karta Steam - pobierz demo

czwartek, 17 października 2024

The Cerpan Project, demo do sprawdzenia na Steam

The Cerpan Project,  demo do sprawdzenia na Steam

 


Przygodowa gra point-and-click, projekt niezależny, w rysunkowej grafice, zatytułowany The Cerpan Project, gra w pełni stworzona przez pojedynczego dewelopera, dla której inspiracją stały się takie produkcje jak Monkey Island, Indiana Jones czy seria Simon, ma swoje miejsce na platformie Steam.

The Cerpan Project jest przygodówką hiszpańskiego twórcy, w pełni stworzoną przez dwóch twórców, w tym przez Rafaela Gonzaleza, twórcy z Red Mokney Studio, ze starannie przygotowaną grafiką, oryginalną ścieżką dźwiękową i przeróżnymi tajemnicami. Na Steam dostępna jest wersja demonstracyjna gry

Warto również przeczytać:

The Cerpan Project to klasyczna przygodówka, której akcja rozpoczyna się gdzieś w Związku Radzieckim, w roku 1960. Tam przeprowadzony zostaje eksperyment, gdzieś w ściśle tajnym ośrodku.  Niebawem w miejscu tym zaczyna się dziać coś dziwnego. Eksperyment znany jest jako Projekt Cerpan według jego pomysłodawców musi przetrwać za wszelką cenę.


W grze wcielamy się w Reda Salazara, którego zadaniem jest odkrycie, co się dzieje i rozszyfrowanie mrocznego eksperymentu. Uda się zatem do malowniczego miasteczka Calle Larga, by poznać jego osobliwych mieszkańców. Musi dowiedzieć się nie tylko jak działa Projekt Cerpan, ale również zbadać co stało się z poszczególnymi osobami, które były za niego odpowiedzialne.


The Cerpan Project to gra w klasycznym stylu, z łamigłówkami, prowadzeniem rozmów, eksploracją, w urokliwej oprawie graficznej. Przygodówka dostępna jest w pełnej hiszpańskiej wersji językowej, z angielskimi napisami. Projekt ma mieć swoją kampanię na Kickstarterze. Data jej startu na razie nie jest znana.

Data premiery gry, która zadebiutuje na Steam, nie jest znana. Na Steam dostępne jest jej demo.

Karta Steam - pobierz demo 

Luther: Zmrok - recenzja thrillera kryminalnego Netfliksa. A miało być tak pięknie!

Luther: Zmrok - recenzja thrillera kryminalnego Netfliksa. A miało być tak pięknie!

Luther: Zmrok, recenzja thrillera kryminalnego Netfliksa, kontynuacji serialu. Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze! Zapraszam do kolejnej mojej recenzji!

Zanim będę rozpisywać się o kolejnej produkcji Netfliksa, która, starym zresztą zwyczajem, stawia na sprawdzone marki, tym razem nie na bazę książkową, a na niezwykle popularny serial, który ma na swoim koncie kilkadziesiąt nominacji do filmowych nagród, i jest bardzo doceniany, zarówno przez krytyków, jak i samą jego widownię, nieco o nim wspomnę, bo film jest jego kontynuacją. Serial wyprodukowany przez BBC, o tytule Luther, doczekał się aż pięciu sezonów, skupiając się na dramatyczno-kryminalnej opowieści o detektywie Johnie Lutherze.

Może zainteresuje Cię również:

Pod koniec lutego zeszłego roku postać Luthera powróciła, tym razem na platformę Netflix, już nie w formie serialowej, a wspomnianej przeze mnie kontynuacji batalii detektywa z przestępcami, w filmie fabularnym Luther: Zmrok z tymi samymi postaciami i obsadą (prawie), która już na wstępie zaznaczę, ciągnie w górę raczej przeciętny thriller, z absurdami, które ciężko, mniej samej zaakceptować. Od razu zaznaczę, że recenzja owego filmu nie bazuje na żadnym porównaniu z serialem, bo zwyczajnie nie miałam przyjemności go oglądać.

Luther: Zmrok – detektyw powraca, by zmierzyć się z przeszłością

Tak jak wspominałam historia w filmie Luther: Zmrok wraca do postaci detektywa Johna Luthera, któremu nie udało się złapać psychopatycznego mordercy, choć obiecał mamie jednej z ofiar, że to uczyni. Tymczasem czujący na plecach rękę sprawiedliwości złoczyńca, cyberpsychopata mający wtyki tam gdzie trzeba, wydaje na Luthera wyrok. Ponieważ detektyw ma sporo za uszami, w tym czerpanie korzyści majątkowych, czyli korupcję i wiele innych przewinień, wrobienie go nie jest niczym trudnym i wkrótce trafia do więzienia.

Tym sposobem psychopata nękający Londyn może czuć się bezkarny. Ale okazuje się, że jedynie do czasu. John nie zamierza się poddać i przy pomocy zaufanego przyjaciela w policji, Martina Schenka, postanawia zorganizować ucieczkę z więzienia. Czyni to oczywiście z dobrym skutkiem, i niebawem, jednocześnie się ukrywając i szukając pomocy u nowej szefowej policji Odette Rainem, ma okazję ostatecznie zmierzyć się z wielokrotnym mordercą.

W międzyczasie poznajemy także nieco bliżej antagonistę filmu Luther: Zmrok, niejakiego Davida Robey'ego, który będzie przeszkadzał naszemu detektywowi i mącił na tyle skutecznie, na ile może. A okazuje się, że może wiele, bo jego inteligencja, przebiegłość i charakter typowego psychola staną się bardzo przydatne, i niezwykle destrukcyjne.

Absurdalność i fabularne głupotki to wielki problem filmu Luther: Zmrok

Luther: Zmrok fabularnie ma wszystko czego oczekujemy po kryminalnym thrillerze, wartką akcję, wiele zabójstw, i to dokonywanych w bardzo brutalny sposób, klasycznego psychopatę z pewną przeszłością, i upartego detektywa, którego przeszłość ściga, a który jest na tyle zajadły, że gotów niemal na wszystko. Z pozoru jest dobrze, wrażeń z seansu z pewnością tu nie brakuje, a miłośnicy klasycznych dreszczowców mogę się w tej opowieści odnaleźć. Szczególnie, że twórcy postanowili, jak w klasycznej opowieści z dreszczykiem przystało, pobawić się z widzami w kotka i myszkę, i co jakiś czas serwować zwroty akcji.

Jednocześnie widzowie powracający do znanej serialowej marki, bo takich jest zapewne wielu, mogą poczuć się sympatycznie połaskotani znanymi i sprawdzonymi motywami z serialu, choćby obsadą, i stylem, a jednocześnie zaintrygowani nowym, kluczowym czarnym charakterem, choć w filmie, nie jednym. I choć antagonista jest bardzo sztampowy i już go gdzieś widzieliśmy, zapewne nie raz, ale w nieco innej formie, to może wnosić do filmu nieco dramatycznej, psychopatycznej pikanterii.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie przerażająca absurdalność filmu, która dla mnie jest zwyczajnie nie do zaakceptowania. Nie mogę oczywiście przytaczać wszystkich momentów, które zwaliły mnie z nóg, niestety w negatywnym słowa tego znaczeniu, ale przytoczę kilka, tych najważniejszych. Miejcie na uwadze drobne spojlery.

Po pierwsze ucieczka z więzienia, która absurdem i dziwnością stoi. Jakimś cudem zwianie z więzienia jest na tyle proste, że nie sprawia Lutherowi najmniejszego problemu, nawet gdy w powietrzu unoszą się trujące opary. Twardziel jest twardzielem, czy tego chcemy czy nie, i czy w to wierzymy, czy też nie. Nie pokuszono się także, a przynajmniej nie zrobił to scenarzysta filmu Neil Cross (Wybrzeże moskitów, Hard Sun. Przed Apokalipsą), by w jakiś sposób uzasadnić postępowania psychopaty Davida, który radzi sobie w brutalnej cyberprzestrzeni doskonale, wchodząc na szczyty wymyślnej brutalności, ale nie wiemy czemu, i co stoi za jego zachowaniem…..no może oprócz niewielkiej wzmianki, która i tak niczego nie wyjaśnia, i klarowności scenariuszowej nie buduje.

Szczytem absurdu i brakiem totalnej logiki, czymś co niczym nie pokrywa się z rzeczywistością i powinna mieć filmowy dopisek „nie próbuj tego robić sam”, jest finałowa scena, która staje się zwyczajnie żenująca. Pomijam fakt o wyziębieniu organizmu, ale także zachowaniu służb medycznych, które urąga i przeczy wszystkim zasadom ratownictwa.

Luther: Zmrok: Aktorzy ciągną jak mogą  ten banalny thriller w górę

Niedoskonałości filmowe, braki w scenariuszu, absurdy i brutalność to męcząca część tejże produkcji, którą ciągną w górę aktorzy i bardzo dobra obsada tejże produkcji. Idris Elba (Luther, Thor: Miłość i grom, Legion Samobójców: The Suicide Squad, Mroczna wieża) robi co może, by jego ulubiony bohater, detektyw John Luther stał się wiarygodny, nieustępliwy i dążył do celu, nawet jeśli ten cel skutecznie mu umyka. Aktor nie broni się przed tym, i otwarcie wspomina, że postać Luthera jest mu bliska. 

Ale to on jest stoi w centrum, a David Robey, w którego, jak zwykle świetnie wcielił się Andy Serkis (seria Władca pierścieni, seria Hobbit, Opowieść wigilijna, Czarna pantera, Batman), który często otrzymuje role czarnych charakterów, psychopatów czy innych nieciekawych postaci. W swej kolejnej roli jest doskonały, grając zwyrodnialca z kamienną, a nawet cynicznie uśmiechniętą twarzą. Bije od niego inteligencja, pewność siebie i chęć zabijania. Aktor gra jak zwykle twarzą i całym sobą, stając się w pewnym momencie postacią zbyt przerywaną i nieco groteskową. Ma to jednak swój urok, jeśli można w tej kwestii w ogóle mówić o byciu uroczym.

Nie należy zapominać o dobrych, choć niczym nie wyróżniających się rolach Dermota Crowley'a (Osobliwość, Black 47, Hard Sun. Przed Apokalipsą) jako Martina Schenka, pomocnika Luthera i dawnego przyjaciela, a także Cynthii Erivo (Pinokio, Ruchomy chaos, Outsider) w roli nowej szefowej policji Odette'y Raine. Stanowią oni istotną część scenariusza, i swój wkład w przyjemność spędzaniu czasu przy filmie, oczywiście mają.

Męcząca opowieść, czyli jak twórcy używają brutalności na siłę

Opowieść może się podobać, bo trzyma w napięciu, mogę to potwierdzić z pełnym przekonaniem. Ale ma w sobie coś, co niekoniecznie mi się podoba, brutalność, która jest tak dobitna i tak bezczelna, że trudna do zniesienia. Nie wiem na ile brutalny jest serial, i jak jego twórca, a w przypadku filmu scenarzysta nawiązał do swojej opowieści, ale reżyser Jamie Payne postanowił zaserwować nam taki poziom brutalności, który z czasem staje się męczący.

Ja rozumiem, że podstawą scenariusza jest cyberpsychopata, nie cofający się przed niczym, nie mający skrupułów, inteligentny, pewny siebie i sadystyczny, ale ciągnięcie wymyślnych tortur i gnębienie nimi widza, a na dodatek robienie tego w ramach zapychania czasu, by film był zwyczajnie dłuższy, jest raczej niepotrzebne. Luther: Zmrok cierpi na przesyt formy nad treścią, zasłaniając luki scenariuszowe, które spowodowane są zapewne przeniesieniem długiej serialowej opowieści do filmu, okrucieństwem, którego nie lubię.

Podsumowanie recenzji Luther: Zmrok

Pewnie czytając tą recenzję pomyślicie, albo już pomyśleliście, że jestem do tego filmu uprzedzona. Nie będziecie mieli racji, bowiem patrzę na niego z punktu zwykłego widza, nie mającego porównania do serialowej historii, nic, a nic. Jeśli wezmę pod uwagę aspekt rozrywkowy, bo pomijając fakt, że jest to dość krwawy i brutalny thriller, ma bawić, to przyznam się szczerze, że z tego obowiązku film się wywiązuje. Dwie godziny seansu mijają w miarę szybko, są emocje i adrenalina. Jest złoczyńca, tajemnica i przedstawiciel władzy, który ową sprawiedliwość wymierza. Wszystko niby jest na swoim miejscu, a jednak…

A jednak opowieść jest na tyle płytka, że wpisuje się w klasyczne, raczej mierne kino z gatunku thrillera, z elementami kryminalnego dramatu. Poziom absurdu, i scen tak niewiarygodnych, a nawet głupich jest tak duży, że zamiast dreszczyku emocji można czuć zażenowanie i zniesmaczenie. Nie ma sposobu brać tej filmowej opowieści na poważnie, bo i twórcy nie traktują widza w poważny sposób. Jedynym co wydaje się zachęcać do obejrzenia filmu Luther: Zmrok, jest nie tylko nawiązanie do serialu, co jest zapewne punktem odniesienia do obejrzenia filmu przez sporą część użytkowników Netfliksa, ale także naprawdę dobra gra aktorska, na tyle, na ile na to pozwala scenariusz. A ten ma także fabularne luki. 

Jeśli lubicie serial Luther, i chcecie wrócić do historii Johna Luthera, i lubicie brutalne thrillery kryminalne i aktorstwo Idrisa Elby i Andy'ego Serkisa to możecie skusić się na seans, jeśli oczywiście jeszcze tego nie zrobiliście. Ale jeśli nie tolerujecie absurdalności i głupoty fabularnej i scenariuszowej, to radzę zastanowić się nad zanurzeniem się w opowieść w filmie Luther: Zmrok, bo możecie się rozczarować i niepozytywnie zaskoczyć. 

Moja ocena 5/10.

Luther: Zmrok można obejrzeć na platformie Netflix.


Murder On Space Station 52 - recenzja. Kosmiczne noir z mini-grami

Murder On Space Station 52 - recenzja. Kosmiczne noir z mini-grami

 

Niecały miesiąc temu w sprzedaży pojawiła się niezależna przygodówka w dość intrygującym stylu, która w zapowiedziach była detektywistycznym noir w klasycznej rozgrywce "wskaż i kliknij", o tytule Murder On Space Station 52. Grę miałam przyjemność sprawdzić dzięki uprzejmości GOG, za co serdecznie dziękuję. A oto jej recenzja. 

Bywają gry, które wcale nie trzeba reklamować, bo robią to zwyczajnie same, poprzez swoją renomę, przez szacunek graczy i swoją kultowość, takie jak choćby Broken Sword, które zyskało niedawno odświeżenie w postaci Broken Sword - Shadow of the Templars: Reforged, które miałam przyjemność recenzować. Takie gry bronią się same. Są także takie przygodówki, które mogą intrygować zaraz po zobaczeniu ich w zapowiedziach, ale owe emocja dotyczyć będą przede wszystkim grona zapalonych graczy przygodowych, gdyż są to tytuły mocno niezależne, i mocno niszowe. Taką grą jest właśnie Murder On Space Station 52, gra równie intrygująca i ciekawa, co przygodowo chaotyczna. Ale po kolei....

Warto również przeczytać:

Fabuła, której nie dano się rozwinąć

Murder On Space Station 52 to kosmiczne noir, którego akcja, jak już się domyślacie rozgrywa się właśnie w kosmosie, na tytułowej Stacji 52. Pewnego dnia przybywa na nią protagonista owej przygodówki, niejaki Edward Locke, który pracuje jako mechanik. Jego zadaniem jest przywrócenia działania niektórym niesprawnym maszynom i urządzeniom.

Problem w tym, że Stacja 52 jest miejscem mordów. Edward natrafia bowiem na zwłoki jednego z mieszkańców stacji. Wszystko wskazuje na to, że denat jest kolejną ofiarą seryjnego mordercy, który w ciele swych ofiar zostawia klucz. "Klucznik" dalej jest nieuchwytny, a detektywa z prawdziwego zdarzenia wciąż brakuje, zatem zadania złapania sprawcy podejmuje się Edward Locke. Ten wkrótce wytypuje sześć podejrzanych osób, wśród których ukrywa się prawdziwy zbrodniarz.

Przyznacie, że motyw mordercy z pękiem kluczy, tajemniczych zabójstw i klimatu noir, który w grze jest mocno wyczuwalny, może zachęcić do ogrywania tegoż tytułu. Niestety jeśli spodziewacie się prawdziwej detektywistycznej rozgrywki, to muszę Was zawieść. 

Śledztwo prowadzone jest jedynie jako dodatek do gry, jako jeden z jej elementów, wcale niestety nie najważniejszy. Mimo tego, że Edward zbiera dowody, mimo to, że udaje mu się zebrać pewne wskazówki, nawet mimo tego, że prowadzi detektywistyczne dialogowe śledztwo, fabuła w kierunku rozwiązania zagadki wciąż nas tam nie prowadzi.

Wszystko przez to, że dochodzenie, w tym głównie rozmowy z podejrzanymi prowadzone są bardzo pobieżnie, przez raptem kilka zdań z kolejnymi podejrzanymi, których jest sześcioro. Nie pomaga także tablica z podejrzanymi i zebranymi poszlakami. To wciąż za mało, by czuć satysfakcję z bycia detektywem, nawet tym nieoficjalnym. 

Graficzny styl "szkolnych zeszytów", bardzo intrygujący 

Murder On Space Station 52 wpisuje się bardzo mocno w niezależność, nie tylko ze względu na prostą rozgrywkę typu "wskaż i kliknij", obsługiwaną myszą, z tradycyjnym ekwipunkiem, który nigdy nie bywa przeładowany, bowiem niepotrzebne rzeczy z niego znikają, ale także graficznie.

Gra stworzona przez studio Made From Strings, a wydana dzięki Dionous Games stawia na rysunkowe klimaty, które jednak mocno się wyróżniają, niepowtarzalnym stylem. Nie wszystkim owa prosta kreska "szkolnych zeszytów" może się podobać. Prawdę powiedziawszy trzeba się do niej przyzwyczaić, bo nie tylko lokacje są kosmicznie dziwne i nieco pokraczne, a jednocześnie ciekawe, ale i postaciowo bywa bardzo specyficznie. 

Trafiamy w bliżej nieokreślone kosmicznie miejsce, na Stację 52, więc to co widzimy na ekranie musi być dla nas abstrakcyjne, dziwaczne....., kosmiczne i inne. Trochę jak z filmów sci-fi, trochę jak i filmów anime, i trochę jak z dziecięcych rysunków. Grafika jest prosta, a jednocześnie złożona. Dziwna, ale równie pociągająco intrygująca i równie klimatycznie animowana. Wydaje się doskonale pasować do stylu gry, i stanowić z atmosferą tajemnicy mordercy z kluczami graficzną oraz pasującymi do całości animacjami, spinającą ten element klamrę. 

Niezależnie, nie oznacza cicho 

Chyba najmocniejszą stroną opisywanego przeze mnie tytułu, przypominam, niezależnego, jest jednak jego oprawa dźwiękowa, szczególnie muzyczna. 

Zanim jednak skupię się na przygrywających nam melodiach, zatrzymam się na chwilę przy udźwiękowieniu, w tym również angielskiej jej wersji. Niestety, jak się zapewne domyślacie, Murder On Space Station 52  to gra, w którą nie dane się nam zmierzyć w wersji polskiej, z ojczystymi napisami. 

Przygodę poznajemy zaś z pełnym angielskim dubbingiem i jest on, nawet jak na projekt niewielki, i niezależny naprawdę godny uwagi i dość charakterystyczny. Przebywając w kosmosie, na Stacji 52 mamy bowiem do czynienia z przeróżnymi istotami, które porozumiewają się z naszym protagonistą w bardzo różny sposób, i w bardzo różnych, kosmicznych językach. Przez to niektóre brzmią inaczej niż nasz bohater, z inną barwą głosu, a niektóre jedynie bełkoczą coś co my nie słyszymy, i nie rozumiemy, zaś Edward pojmuje w lot.

To właśnie Edward Locke jest postacią w grze nadrzędną, jednocześnie protagonistą zadaniowej, fabularnej rozgrywki, ale i jej narratorem. Przyjemnie dla ucha brzmi tembr jego głosu, klimatem doskonale budujący styl noir, niczym w kryminałów lat 30-tych. Kosmiczne noir jest przez aktora wcielającego się głosowo w postać budowane niemal idealnie, i bardzo wiarygodnie.

Atmosferę wspomnianego noir buduje również muzyka, która brzmi, co tu dużo pisać, jak rasowe kino kryminalne w stylu detektywistycznym. Wspomniany i wielokrotnie powtarzany przeze mnie w tej recenzji styl noir, staje się poprzez otaczającą nas ścieżkę dźwiękową niemal namacalny, prawdziwy i doskonale podkreślający podgatunek przygodowy, w jakim autorzy tegoż projektu chcieliby swój tytuł widzieć.

Zagadki, minigry i zabawy przedmiotami 

Wspominałam, że fabule twórcy nie dali się grze rozwinąć, spychając śledcze elementy na drugi plan, stawiając zaś na przedzie zupełnie inny rodzaj przygodowej rozgrywki, czyli zagadki, minigry i zabawę przedmiotami. Nie zrozumcie mnie źle, nie ma niczego złego w zagadkach w przygodówkach, które przecież oprócz fabuły, eksploracji i dialogów są jednym z najważniejszych elementów gier adventure. 

Trzeba jednak określić się w jakim kierunku przygodowym nasz projekt ma zmierzać. Grając w Murder On Space Station 52 miałam nieodparte wrażenie, że deweloperzy nie bardzo wiedzą czym ma być ich gra, wrzucając do niej wiele elementów, a żaden nie traktując należycie i ostatecznie.

I tak otrzymujemy jedynie zarys rozgrywki detektywistycznej, a przesyt zagadek sprawia, że z przygodówki fabularnej, staje się ona tytułem logicznym, i to z zagadkami, który bywają momentami dość irytująco skomplikowane. 

I choć wiele z nich daje nam satysfakcję, i nie jest zbyt skomplikowana, choć mnóstwo zadaniowości opiera się na zbieraniu, po czym wykorzystywaniu przedmiotów, to bywają takie minigry, a nie jest ich wcale tak mało, które z powodu nielogiczności stanowią za duże wyzwanie, szczególnie dla graczy, którzy z przygodówkami za wiele do czynienia nie mają. Przyznam się, że bywały takie zagadki logiczne, takie minigierki, z którymi radziłam sobie metodą prób i błędów, zwyczajnie je przeklikując. Nie jest to jednak najlepsze rozwiązanie, nie tego oczekuje po moim ulubionych growym gatunku. 

Murder On Space Station 52 - podsumowanie recenzji 

Murder On Space Station 52 to przygodowy projekt, który dużo obiecuje, ma sporo do zaoferowania, ma potencjał i swój naprawdę intrygujący styl. Problemem jednak staje się jego mocna niezależność i braki, może nie wiedza, może brak doświadczenia jak ów potencjał wykorzystać. 

Opisywana przeze mnie przygodówka jest tworem bardzo nierównym, mającym problemy z płynnością fabularną, która staje się z czasem bardzo chaotyczna, i niestety zapomina co jest jej istotą. I tak zapowiadana przygodówka detektywistyczna, że śledztwem niewiele ma wspólnego, bo ten aspekt twórcy potraktowali bardzo wybiórczo, i bardzo po macoszemu.

To zaś pociągnęło za sobą zmarnowanie kolejnego elementu składowego tegoż projektu, czyli stylu noir, który z gatunkiem detektywistycznym jest jakże mocno związany. Kosmiczne noir okraszone konkretnym śledztwem i wyciąganiem wniosków, byłoby czymś miodem na serce się lejącym. A tymczasem jest jedynie słodką kropelką, którą zwyczajnie możemy nie poczuć, bo śledztwo w wielu momentach Murder On Space Station 52 schodzi na plan dalszy.

Urokliwy styl graficzny, który na swoje potrzeby nazwałam stylem "szkolnych zeszytów", lokacje i postaci, często bardzo wymyślne, rysowane bardzo prostą grafiką, z równie zgrabnie malowymi animacjami, zdecydowanie może intrygować. Może nie wszystkim się spodoba, ale klimatu odmówić mu nie można, a i do noir i jego kosmicznej wizji, bardzo pasuje.

Raduje proste sterowanie, bez przysłowiowego "udziwniania" i elementów zręcznościowych, które lubić w przygodówkach point-and-click, nigdy nie będę, a także możliwość ręcznego zapisu. Zadowala angielski dubbing, który, przede wszystkim na protagonistę niemal idealnie wpisuje się w styl kryminałów noir, tworząc z muzyką całkiem przyjemny klimacik.

Radością i problemem jednocześnie stają się w grze zagadki, a także wszelakie mini-gry, których w grze określanej jako detektywistyczna jest według mnie za dużo. Część z nich jest przekombinowana, mało logiczna i....., zupełnie niepotrzebna. 

Murder On Space Station 52 nie uniknęło problemów gier niezależnych, będąc przygodą zarówno całkiem pomysłową i logicznie detektywistyczną noir, a jednocześnie zbyt chaotyczną, i niepotrzebnie utrudnioną. Brak zdecydowania twórców w jaką stronę chcieliby fabularnie pójść, spłycenie ważnych wątków i brak dbałości o szczegóły. To wszystko uczyniło z recenzowanej przeze mnie przygodówki przeciętniaka z potencjałem, który po kilku przeróbkach i ulepszeniach, między innymi fabularnych i detektywistyczno-śledczych, może być całkiem porządnym tytułem.

Moja ocena 6,5/10. 

Bardzo serdecznie dziękuję GOG za udostępnienie gry do recenzji! 

Zalety:

  • Ciekawa grafika, która może intrygować;
  • Klimat gry, czyli kosmiczne noir;
  • Angielski dubbing;
  • Proste sterowanie;
  • Przygodowa klasyka;
  • Niektóre zagadki;
  • Ogólny pomysł na siebie;
  • Muzyka

Wady:

  • Dziury fabularne;
  • Gra detektywistyczna bez gry detektywistycznej;
  • Drobne błędy przedmiotowe;
  • Momentami dziwne zagadki;
  • Brak polskiej wersji językowej;
  • Dość krótka (choć nie jestem pewna czy to wada)

środa, 16 października 2024

3 Minutes to Midnight - A Comedy Graphic Adventure dostępna na Epic Games Store

3 Minutes to Midnight - A Comedy Graphic Adventure dostępna na Epic Games Store

 

Zdjęcie: Scarecrow Studio serwis X

3 Minutes to Midnight, komediowa przygodówka w klasycznym stylu po premierze na Steam  zadebiutowała także na konsolach Nintendo Switch, PlayStation i Xbox, a także na Epic Games Store. 

3 Minutes to Midnight - A Comedy Graphic Adventure, przygodówka "wskaż i kliknij", która swoją premierę miała na Steam i na konsolach, której recenzję oraz poradnik/solucję znajdziecie na blogu dostępna jest już w nowym sklepie z grami. Grę Scarecrow Studio można kupić także na Epic Games Store.

Przeczytaj również: 


3 Minutes to Midnight - A Comedy Graphic Adventure, przygodówka, o której wspominałam już na blogu wielokrotnie, którą opisałam, także w poradniku, to historia, w której znajdziemy naprawdę sporo nawiązań, ciekawych, także śmiesznych zwrotów akcji, barwną grafikę i sporo humoru.

Wcielamy się w niej w dwie bohaterki, córkę oraz matkę. Jedną z nich jest Bethy, które budzi się pewnego dnia na skutek eksplozji, uświadamiając sobie, że ona, ale nie tylko ona, traci pamięć. Drugą grywalną bohaterką jest jest matka, Eliza, burmistrz, która stawia na polityczną karierę. Oprócz losów dwóch bohaterek w grze mamy do czynienia z niebezpiecznym spiskiem, włoską mafią, a nawet z kosmitami.

Gra dostępna jest na Steam, na PC, na Nintendo Switch, PlayStation 4 i 5 i Xbox Series X|S, a teraz także na Epic Games Store,