sobota, 2 listopada 2024

The Booze of Monkey Island, fanowska Małpia Wyspa do pobrania za darmo

The Booze of Monkey Island, fanowska Małpia Wyspa do pobrania za darmo

 


Fanowska gra przygodowa oparta na serii Monkey Island, gra zatytułowana The Booze of Monkey Island została udostępniona za darmo pod koniec października.

Krótka przygodówka w znanym uniwersum, to projekt niezależny The Booze of Monkey Island, tytuł stworzony przez fanów serii o znanym piracie, autorstwa Bean Adventure Agency, inspirowany niezwykle popularnym przygodowy cyklem "wskaż i kliknij", czyli Monkey Island jest już do sprawdzenia osobiście, na platformie itch.io, w darmowej wersji. 

Warto przeczytać:

The Booze of Monkey Island to gra wykonana w pięknym, rysunkowym stylu, w rozgrywce point-and-click, projekt całkowicie darmowy - fanowski. Zabawa, która toczyć się między Escape of Monkey Island a Tales of Monkey Island przewidziana jest na nie dłużej niż dwie godziny rozgrywki. Pozwala ona ponownie wcielić się w Guybrusha Threepwooda.


The Booze of Monkey Island jest listem miłosnym do sagi, wydaną w ramach Early Access, nieoficjalną projektem, który dostępny jest, póki co bez dialogów mówionych, a jedynie z angielskimi napisami. Nie wiemy czy twórcy przewidują dodanie także voice-actingu. 

Gra swoją premierę miała 30 października 2024 roku. Została zaprezentowana na Lucca Comics and Games.


The Booze of Monkey Island dostępna jest na platformie itch.io, na PC, Mac oraz Linux.

piątek, 1 listopada 2024

Notatnik Śmierci, recenzja. Film anime do pięt niestety nie dorasta

Notatnik Śmierci, recenzja. Film anime do pięt niestety nie dorasta

Zapraszam do recenzji filmowego odpowiednika niezwykle popularnej, i bardzo cenionej mangi, horroru dostępnego na platformie Netflix, zatytułowanego Notatnik Śmierci. 

"Death Note", manga autorstwa Tsugumi Ōby, ilustrowana przez Takeshiego Obatę stała się kanwą kilku gorzej lub lepiej skonstruowanych produkcji filmowych, w tym doskonałego japońskiego anime: Notatnika Śmierci w reżyserii Tetsuro Arakiego, składającego się z 37 odcinków oraz dwuczęściowego filmu kinowego: Death Note: Notatnik śmierci i Death Note: Ostatnie Imię. W roku 2017 na Netflixie zagościł kolejny projekt, którego fabuła, choć w niewielkim stopniu, ale jednak, oparta została o wyżej wspomniane dzieło.

Przeczytaj również:

Notatnik Śmierci w reżyserii Adama Wingarda, to film, który z pewnością nie pochwalą Ci, którzy oczekują tyleż samo emocji, ile doznali oglądając rewelacyjny serial animowany. Jeśli włączając Notatnik Śmierci na platformie strumieniowej, jaką jest Netflix, spodziewaliście się szybkiego tempa, tajemniczości, dreszczyku emocji, czy spektakularnych zwrotów akcji, to muszę sprowadzić Was na ziemię. Niestety nic takiego film ów nie jest nam w stanie zaoferować. Lecz jeśli nie wiemy nic na temat komiksu, a anime jest nam zupełnie obce, to film, choć nieco infantylny, może się spodobać. Ciężko mi jest, znając serial rysunkowy, spojrzeć na ten tytuł z innej perspektywy, z jakiej zdecydowanie powinien być oceniany, ale postaram się to zrobić w mojej recenzji. Żeby się to udało, najpierw należy skupić się na fabule.

Akcja Notatnika Śmierci toczy się w Stanach Zjednoczonych, w mieście Seattle. Bohaterem filmu jest nastolatek, bardzo zdolny licealista, syn miejscowego policjanta, chłopak, który niegdyś w tragicznych okolicznościach stracił matkę, a z ojcem ma raczej mało bliskie kontakty. Ten spokojny, uzdolniony młody człowiek, dorabiający sobie na boku pisaniem prac i odrabianiem cudzych zadań domowych, zupełnie przypadkiem zostaje posiadaczem pewnej książki, która spada na niego, prosto z nieba. Tomisko, okazuje się być oprawionym w skórę notatnikiem, w którym kolejne strony zapisane są ludzkimi nazwiskami. Wkrótce okazuje się, że Light Turner (Nat Wolff) został posiadaczem Notatnika Śmierci, należącego do boga śmierci, Ryuka (Willem Dafoe). Staje się więc panem życia i śmierci, mogącym decydować kto i jak w danej chwili umrze. Zadanie jest proste, należy tylko wpisać na kartę dziennika imię i nazwisko ofiary, wyobrazić sobie jego twarz i ustalić sposób zakończenia życia potencjalnej ofiary. Wtedy to nawet ten najbardziej absurdalny i brutalny, a zarazem rychły zgon nieszczęśnika, stanie się faktem. Niezwykłe możliwości, które niesie za sobą notatnik, pozwalają chłopcu zająć się oczyszczaniem świata z wszelakich przestępców, działając jako niejaki Kira. W sprzątaniu globu z niegodnych życia bandytów pomaga mu jego dziewczyna, Mia Sutton (Margaret Qualley), ale i sam właściciel dziennika, bóg śmierci Ryuk. Wszystko przebiega w miarę płynnie, ale jedynie do czasu, gdy w sprawę przechwycenia nieuchwytnego, tajemniczego i traktowanego jako boga Kiry, wkracza Agent Young (Matthew Kevin Anderson).

Obejrzawszy film zastanawiałam się do jakiej kategorii tak właściwie mam go przypisać, jaki gatunek filmowy reprezentuje i co jest jego największą wadą, a co zaletą. Pozwolicie, że zacznę od końca i skupię się na pozytywach tej produkcji.

Największą, (według mnie oczywiście) zaletą tego tytułu jest mieszanka gatunkowa. Notatnik Śmierci to miks filmu akcji, horroru i czarnej komedii. Reżyserowi Adamowi Wingardowi udało się przenieść na ekran ciężką atmosferę, który wylewa się strumieniami z kart komiksu i anime, jednocześnie prezentując widzom przeróżne formy śmierci, wplatając we wszystko wątek romansu i elementy horroru, ale i dawkę humoru.

Wiarygodności filmowi, który jak już nadmieniłam, będącemu swoistą mieszanką gatunkową, nadają aktorzy, szczególnie Nat Wolff (Konsultant, Bastion, Król Internetu) jako Light Turner, który będąc nieco wycofanym, w sumie zwykłym nastolatkiem nagle staje się panem życia. Z przyjemnością śledzimy zmiany, które w skutek nabytych mocy dokonują się w chłopaku. Na szczególne uznanie zasługuje także Willem Dafoe (Beetlejuice Beetlejuice, Zaułek koszmarów), który głosowo wcielił się w postać Ryuka, przekornego, czasami brutalnego i pozbawionego skrupułów, boga o przerażającym wyglądzie i wrednym charakterze. Jest jeszcze wiarygodna w swojej roli, Mia Sutton, w którą wcieliła się Margaret Qualley i kilka mniej lub bardziej ważnych postaci. Jeśli spojrzymy na nie oczami osoby, która nie porównuje je do pierwowzorów, to mogą się podobać, ale jeśli mamy w pamięci osoby znane nam z anime, to słowo niedosyt będzie bardzo łagodnym określeniem dużego problemu tej produkcji. I nie jest to jedyna i największa wada tego netlifxowego dzieła.

Zapytacie zatem, co nią jest? Otóż po obejrzeniu filmu odpowiedź narzuca się sama. Wadą Notatnika Śmierci jest to, że jest filmem, a nie serialem. Półtorej godziny nie jest w stanie zawrzeć wszystkiego tego, co jest istotą mangi autorstwa Tsugumi Ōby. Niestety wiele wątków należało uciąć, niektóre spłaszczyć, a wiele z nich pozmieniać. Nie ma tu dreszczyku, który wiąże się z misternie utkaną psychologiczną intrygą, inteligencja samego bohatera i tropiącego go agenta nie powala i nie daje do myślenia, a charyzma dziewczyny Lighta nagle się rozmywa.

Robiąc podsumowanie, a przynajmniej się do niego przymierzając, zastanawiałam się jak mam ocenić twór od Netflixa, będąc dalej pod wrażeniem anime. Notatnik Śmierci nie jest filmem wspaniałym, czy nawet bardzo dobrym. To przeciętniak, który idealnie pasuje do jesieni, w której przydługie, czasami deszczowe wieczory aż proszą się o film, nad którym nie trzeba za wiele myśleć, który przesadnie nie strasząc, pozwoli nam przeżyć nieco ponad godzinę filmowego zadowolenia, bez uniesień.

Moja ocena 6/10. 

Notatnik Śmierci obejrzycie na platformie Netflix.

Outlast zostanie zekranizowany! Survivalowy horror już nie tylko grą, ale i filmem

Outlast zostanie zekranizowany! Survivalowy horror już nie tylko grą, ale i filmem

 

Survivalowy horror, niezwykle popularna przygodowa gra akcji w klimacie grozy będzie mieć swoją filmową ekranizację, dołączając do grona innych gier, który już przeniesiono na ekran, albo zadzieje się to niebawem. Za przeniesieniem gry na ekrany stać będzie studio, które ma na swoim koncie serię Piła.

Outlast, gra od studia Red Barrels, pierwszoosobowy survival horror z roku 2013 będzie miał swoją filmową wersję. Tą informacją podzieliło się Bloody Disgusting, które poinformowało, że film powstaje w studiu odpowiedzialnym za serię Piła od Lionsgate. Tym samym już nie tylko Until Dawn, która ma mieć ekranizację, a doczekało się także nowej wersji na PS 5 i PC, ale przerażający Outlast będzie można obejrzeć na wielkim ekranie. 

Warto również przeczytać:

Na temat fabuły ekranizacji gry Outlast na razie nie wiemy nic. Wiemy natomiast, że scenarzystą filmu będzie J.T. Petty, odpowiedzialny za scenariusz do gier z serii Outlast. Scenarzysta pracował nad takimi grami jak: Tom Clancy's Splinterer Cell: Chaos TheoryThe Walking Dead: Season Two, a także nad filmem Pogrzebani: Niech nas piekło pochłonie.

Producentem ekranizacji Outlasta jest Roy Lee, mający na swoim koncie Miasteczko Salem, To, Barbarzyńcy, Dwie minuty do piekła, Notatnik śmierci i wspomniane już Until Dawn

Fabuła gry Outlast skupia się wokół niezależnego dziennikarza Milesa Upshura, który pewnego dnia dostaje animowaną wiadomość na temat zakładu dla obłąkanych - Mount Massive Asylum położonego w odosobnionych górach Colorado. Włamuje się do placówki, odkrywając straszną tajemnicę, coś na pograniczu nauki, religii, natury, ale przede wszystkim horroru. 

Film nie ma jeszcze swojej daty premiery. Nie wiemy również kto zajmie się jego reżyserowaniem. 

Broken Sword: Director’s Cut zostanie wycofane ze sprzedaży, i to niebawem

Broken Sword: Director’s Cut zostanie wycofane ze sprzedaży, i to niebawem

 

Broken Sword: Director’s Cut, odnowiona wersja przygodówki, zawierająca dodatkową wątek narracyjny i dodatkowe łamigłówki, wkrótce nie będzie możliwa do kupienia. Twórcy wycofują przygodówkę z growego rynku. 

Revolution Software Ltd postanowiło wycofać z growego rynku przygodówkę Broken Sword: Director’s Cut, wydaną w 2010 roku, zawierającą dodatkową rozgrywkę, i dodatkowe zagadki. Gra zniknie ze Steam już po 4 listopada. Jeśli zatem nie posiadacie jej w swojej bibliotece, warto pospieszyć się z jej zakupem. Gra nie będzie możliwa do kupienia, ale wciąż zostanie w waszej bibliotece, i wciąż będzie można w nią grać. 

Warto przeczytać:

Broken Sword: Director’s Cut, czyli jedna z przerobionych, ale jednocześnie rozbudowanych wersji Broken Sword 1 - Shadow of the Templars: Reforged, zniknie ze sprzedaży. Deweloperzy poinformowali o rozpoczęciu wycofywania przygodówki, która nastąpi już za trzy dni, w nowej aktualizacji na Kickstarterze. Powodem jest brak czasu na wprowadzanie aktualizacji i wiele zająć i zadań jakie brytyjskie studio postawiło sobie na kolejne lata. Czekamy bowiem na nowego Brokena, czyli Broken Sword - Parzival's Stone


Gra zniknie z wszystkich platform sprzedażowym po 4 listopada tego roku. Jesli jednak macią ją już w swojej bibliotece, albo planujecie kupić, to czas się spieszyć. Przygodówka bowiem, nawet jeśli nie będzie już możliwa do zakupu, zostanie w naszej bibliotece. Dodatkowo tytuł otrzymał niedawno nieoficjalne spolszczenie od ekipy Graj po polsku. Spolszczenie działa z wersją na Steam i na GOG. Twórcy informują, że powinno też działać na Steam Decku. 


Broken Sword: Director’s Cut to znana przygodówka w rozbudowanym wątkiem, w której Nico Collard zostaje zaproszona do wywiadu z mężem stanu Pierrem Carchonem. Tymczasem w Palais Royale dochodzi do brutalnego morderstwa.

Gra miesza znane wątki, klasykę, którą pokochały miliony graczy, w wersji reżyserskiej zawiera zupełnie nowy wątek fabularny z 2 godzinami dodatkowej rozgrywki, współczesne minigry z perspektywy pierwszej osoby, nowe mimiki twarzy narysowane przez Dave'a Gibbonsa, współtwórcę Watchmen, wbudowany system pomocy oraz ulepszony dźwięk - muzyka oraz głosy.


Gra zniknie z platform sprzedażowych po 4 listopada. Obecnie można ją kupić na GOG, w cenie obniżonej o 75%, w cenie 2,49 złotych oraz na Steam, gdzie zapłacimy za nią 21,99 złotych.

Kup grę na GOG

Kup grę na Steam

Return of the Phantom za darmo na GOG-u, z okazji Wyprzedaży Halloween

Return of the Phantom za darmo na GOG-u, z okazji Wyprzedaży Halloween

 

Na GOG trwa Wyprzedaż Halloween , podczas której zdobyć można wiele ciekawych, gier których jeszcze nie mamy w swojej bibliotece, okazyjnie, w niskiej cenie. Oprócz tego są jak zwykle niespodzianki. Pierwszą z nich jest darmowa gra Return of the Phantom, którą dodacie do swojej biblioteki przez ograniczony czas.

Wyprzedaż Halloween na GOG-u rozkręca się w najlepsze, czego dobrym przykładem jest pierwszy prezent od rodzimej platformy. A jest nią przygodowy, retro horror point and click zatytułowany Return of the Phantom.

Warto przeczytać również:

Wyprzedaży Halloween GOG - Return of the Phantom za darmo

Jak wspominałam, podczas trwającej wyprzedaży, która potrwa jeszcze przez kilka dni, GOG zaoferowałam także prezent w postaci darmowej gry. Tym razem jest nią przygodowa gra typu "wskaż i kliknij", w retro pikselowej grafice, w klimacie grozy.

Gra nosi tytuł Return of the Phantom i jest inspirowana Upiorem w operze. Wcielamy się w niej w inspektora Raoula Montanda, który jest jedyną osobą, która może ścigać Czerwoną Śmierć w przeszłości, i i powstrzymać ją przed terroryzowaniem ludzi w teraźniejszości.

Grę dodacie do swojej biblioteki za darmo przez ograniczony czas, jeszcze przez około dwa dni. Aby dodać grę do swojej biblioteki, wystarczy, że wejdziecie na stronę główną GOG i klikniecie na stosowny jej baner.

Wyprzedaż Halloween GOG - przykładowe gry w obniżonych cenach

Podczas trwającej wyprzedaży możemy oczywiście zdobyć wiele gier w obniżonych cenach, które spadły nawet o 90%. Wśród nich są tytuły z każdego dostępnego w świecie gier gatunku, mniej lub bardziej popularne, także przygodówki. 

Wśród tytułów polecanych przez GOG znalazły się:

  • Zestaw Resident Evil (-10%)
  • F.E.A.R. Platyna (-90%)
  • Metro Franchise Bundle (-84%)
  • Days Gone (-75%)
  • Vampire®: The Masquerade - Bloodlines™ (-50%)
  • Batman: Arkham Asylum Game of the Year Edition (-80%)
  • S.T.A.L.K.E.R.: Shadow of Chernobyl (-75%)
  • Dying Light: Definitive Edition (-80%)

Źródło: Informacja prasowa GOG

czwartek, 31 października 2024

Curse of the Witch’s Doll - recenzja. Uboga wersja Laleczki Chucky

Curse of the Witch’s Doll - recenzja. Uboga wersja Laleczki Chucky

Curse of the Witch’s Doll, niskobudżetowa opowieść w klimacie grozy, będąca ubogą wersję cyklu Laleczka Chucky. Zapraszam do recenzji! 

Nawiedzona lalka. Znacie ten motyw w filmie? Oczywiście, że tak, musicie znać! Na stałe do kinematografii i historii horroru wpisała się seria Laleczka Chucky, groza o zabawce, która nawiedzona przez sadystycznego mordercę pozbawiała życia, niejednokrotnie w sposób bardzo okrutny. Lalki straszyły widzów także między innymi w Magic, Dolls, Puppet Master, czy w serii Annabelle

Może zainteresuje Cię także: 

Bardzo zła zabawka powraca po raz kolejny, tym razem w horrorze zatytułowanym Curse of the Witch’s Doll, w reżyserii Lawrence’a Fowlera, który jest również autorem scenariusza. Produkcja jest filmem nisko budżetowym, powstałym z pasji tworzenia, którą ja sama niezwykle sobie cenię. Dlatego też w owym tekście postaram się spojrzeć na „dziecko” Fowlera nieco łagodniej, bo mimo dużego potencjału, produkcja nie ustrzegła się wielu niedociągnięć i braków. 

Anglia rok 1942. Młoda matka, Adeline Gray, wraz z nastoletnią córką imieniem Chloe na skutek działań wojennych traci dom. Szukając nowego, bezpiecznego schronienia dla siebie i córki,  trafia do dworku położonego w lesie, własności niejakiego Arthura, który pozwala jej tu mieszkać,  zupełnie za darmo. Domostwo jest wielkie, chłodne i zdaje się ukrywać jakąś tajemnicę. Sytuacja rodziny Gray dramatycznie się zmienia, gdy podczas zabawy w lesie,  w niewyjaśnionych okolicznościach, prawie na oczach matki,  Chloe znika. Wkrótce potem paranormalne  zjawiska, które zaczynają się dziać wokół naszej bohaterki, każą jej sądzić, że córka została porwana przez wiedźmę ukrywającą się w ohydnej, małej lalce. Zrozpaczona matka gotowa jest zrobić wszystko, by wyrwać pierworodną z rąk mściwej czarownicy.

Zdjęcie: kadr ze zwiastuna

Curse of the Witch’s Doll jest zbudowany bardzo prosto i jakby od linijki, jak poprawnie napisany tekst, który ma początek, rozwinięcie i wymuszony koniec, który jest, bo tak trzeba. Śledząc fabułę można odnieść wrażenie, że reżyser chciał wpleść do filmu element zaskoczenia, próbując nieco zamieszać w głowie i oprócz straszenie (nie ma tego za wiele), wpakował do niego nieco kryminału i thrillera, przy czym ta mniej horrorowa część jest według mnie w filmie bardziej wartościowa. Podzielono fabułę, podzielono również zazębiające się w jednej produkcji gatunki filmowe. Pierwsza część to przewaga horroru, druga zaś, to klasyczny kryminał z domieszką thrillera. Takie mieszanie gatunkowe nie jest oczywiście niczym dziwnym, ale w przypadku Curse of the Witch’s Doll żaden ten element nie jest do końca wiodący i ani jeden  nie zaskakuje, ani nie straszy. Jest po prostu przeciętnie. Szkoda, bo potencjał był.

Najmocniejszą stroną filmu jest chyba jego scenariusz, który nie uniknął oczywiście błędów, ale potrafi zaciekawić i to na nim trzeba się skupić, wyróżniając go jako pozytyw tej „horroro” podobnej produkcji. Twórca postarał się przekazać widzowi niejednorodną historię, sygnalizując tym samym, że jego twór nie jest typowym straszakiem, ale nieść ma ze sobą ukryte przesłanie, koncentrując się nie tyle na samym straszeniu widza, co na psychologicznym aspekcie życia. Problem w tym, że pewne wątki są jedyni muśnięte, tylko lekko zarysowane, a trzeba by było nam tego pokazać dużo więcej. Żałuję, że nie rozwinięto historii wiedźmy, o której wiemy niewiele, żeby nie powiedzieć prawie nic.

Zdjęcie: kadr ze zwiastuna

Jestem osobą, która w swoim życiu obejrzała mnóstwo horrorów i niestety z każdym kolejnym staje się bardziej wymagająca i mniej wrażliwa na wyskakująca zza rogu straszaki, jeśli takowe w ogóle występują. Niestety nie spodziewajcie się tego po Curse of the Witch’s Doll. Co tu dużo mówić, ten film wcale nie jest straszny, no chyba, że jesteście w stanie przerazić się brzydką lalką z wyszczerzonymi zębiskami, która skądinąd nie tylko wygląda sztucznie, ale i sztucznie się porusza. Żeby wystraszyć wymagającego widza, nie wystarczy powolne obracanie się głowy upiornej porcelanowej lalki, czy też też statyczne sceny, w których  wstaje z podłogi. To zwyczajnie za mało. Może gdyby pojawiała się znienacka lub wyskakiwała zza rogu, to byłby to jakiś zastrzyk emocji. Jeszcze gorzej wypadają momenty, w których nasza nawiedzona zabawka wstaje, czy też przemieszcza się po wielkim domostwie. W ten sposób twórca nie wystraszy nikogo, a już na pewno nie osobę, która obejrzała nie jeden film grozy w swoim życiu i bardzo je sobie ceni. Niestety w tym miejscu wyraźnie widać braki budżetowe, które przekładają się na jakoś produkcji grozy.

Finansowe niedociągnięcia  widać także w wielu innych aspektach, między innymi w niskiej jakości udźwiękowienia produkcji, przeciętnych ujęciach i kadrach, w nie najlepszych zdjęciach.

Zdjęcie: kadr ze zwiastuna

Curse of the Witch’s Doll to przeciętniak, w którym rzecz jasna nie znajdziemy gwiazd światowego kina, co niestety słychać. Brak emocji, to największa bolączka aktorstwa, przy czym najgorzej wypada Adeline Gray grana przez Helen Crevel. Po kobiecie, która w dramatycznych i niewyjaśnionych okolicznościach straciła dziecko, które najprawdopodobniej więzione jest przez przerażającą i zdolną do wszystkiego wiedźmę, należałoby się spodziewać dramaturgii w głosie, nawet paniki, czy choćby rozpaczy, ale jej nie ma. Wiele kwestii wypowiadanych jest przez aktorkę bez najmniejszego drżenia głosu, tak jakby mówiła o obcej osobie, a nie o swojej ukochanej córce. Równie słabe aktorstwo prezentuje Layla Watts, czyli filmowa Chloe. Oprócz nich w filmie zagrali jeszcze  Claire Carreno, Philip Ridout i Neil Hobbs, prezentując podobnie jak poprzednie postaci, raczej przeciętne aktorstwo.

Bardzo bym chciała napisać o Curse of the Witch’s Doll w samych superlatywach, ale zwyczajnie nie mogę, bo produkcja choć nie najgorsza (widziałam dużo gorsze), nie bardzo ma pomysł sama na siebie. Brakło sznytu, zbrakło być może funduszy, brakowało zapewne możliwości. Produkcja miesza wątki, nie straszy, nie zaskakuje. Jest jednak filmem powstałym z pasji tworzenia, z chęci zaistnienia, z marzeń, co niewątpliwie trzeba docenić.

Moja ocena 5/10.

Kod zła w listopadzie na Canal+ online

Kod zła w listopadzie na Canal+ online
Zdjęcie: Kard ze zwiastuna Kino Świat

Kod zła, uznana przez krytyków, doceniona przez widzów, przerażająca opowieść na pograniczu thrillera, horroru i kryminału, film z kolejną rolą Nicolasa Cage'a, w listopadzie będzie można obejrzeć na Canal+online. 

Kod zła, mroczna okultystyczna opowieść z zagadkową fabułą, trafiła do listopadowych premier na Canal+online. Film, który swoją premierę miał w kinach w lipcu tego roku, w listopadzie, dokładnie pod jego koniec będzie dostępny w opcji abonamentu na platformie Canal+ online. 

Warto przeczytać: 

Kod zła to historia młodej agentki FBI, Lee Harker, przydzielonej do pracy nad sprawą seryjnego mordercy, sprawy która nigdy nie została wyjaśniona. Niebawem śledztwo Lee przybiera nieoczekiwany kierunek. Wskazówki prowadzą agentkę do okultyzmu, i jak się wkrótce okazuje dziwnego powiązania jej i seryjnego zabójcy. 

W obsadzie: Maika Monroe (Watcher, The Stranger, Coś za mna chodzi) jako Lee Harker, Nicolas Cage (Renfield, Więźniowie Ghostland) w roli seryjnego mordercy. W pozostałych rolach: Alicia Witt, Blair Underwood, Dakota Daulby, Lisa Chandler, Rryla McIntosh, Erin Boyes, Vanessa Walsh, Charles Jarman, Michelle Cyr, Anita Wittenberg, Lauren Acala i Marlea Cleveland.

Reżyserem i autorem scenariusza do filmu jest Oz Perkins, mający na swoim koncie film I Am the Pretty Thing That Lives in the HouseLegalna blondynka czy Zło we mnie

Premiera filmu Kod zła na Canal+ online 24 listopada 2024 roku. 



ASYLUM z datą premiery. Po wielu latach przygodowy horror w końcu debiutuje!

ASYLUM z datą premiery. Po wielu latach przygodowy horror w końcu debiutuje!

 

Zdjęcie: kadr ze zwiastuna

Halloween to dobry moment na ogłoszenie daty premiery przygodowej gry grozy, na którą czekamy już dekadę. ASYLUM, gra od twórców Scratches już nie tylko zmierza do swojej premiery, ale ma konkretną jej datę, którą potwierdza premierowy zwiastun.

Wszyscy którzy czekali na wydanie ASYLUM, gry tworzonej przez wiele lat, mogą odnotować w swoich kalendarzach, że przygodowy horror rozgrywający się w zakładzie psychiatrycznym z mrocznymi tajemnicami zadebiutuje w marcu przyszłego roku. Senscape, studio odpowiedzialne za przygodową grę w klimacie grozy Scratches - Director's Cut i darmową przygodówkę Serena kilkadziesiąt minut temu ogłosiło datę premiery swego najnowszego projektu. Przy okazji pokazano intrygujący, premierowy zwiastun.

Warto przeczytać:

Przedwczoraj Internet obiegła wiadomość o powrocie Mony i Frodericka w kontynuacji przygodowej komedii o wampirzej śpiewaczce operowej, czyli grze A Vampyre Story: A Bat's Tale, a dziś pojawiła się kolejna dobra wiadomość, szczególnie dla tych graczy, który ASYLUM doczekać się nie mogli. 

O grze ASYLUM, o której jakiś czas temu zrobiło się głośniej niż zwykle, miałam okazję już na blogu wspominać. Przypomnę jedynie zatem, że akcja tej mrocznej przygodówki w klikacie grozy rozgrywa się w zakładzie psychiatrycznym, w Hanwell Mental Institute, którego tajemnice, poprzez interakcje z jego mieszkańcami, będziemy poznawać. Przyjdzie nam także zbierać wskazówki, poznawać sekretu, aż do, jak wspominają twórcy, szokującego zakończenia.

Gra inspirowana twórczością Lovecrafta, Petera Cushinga i Lucio Fulciego, przybliży nam w sposób bardzo realistyczny wspomniany szpital, stawiają będzie na mroczne środowiska, a także na zagadki. 

Twórcy informują w najnowszej aktualizacji, że na ten moment celowo ustawili tylko jedną wersję językową, jedną, angielską lokalizację gry. Nadal planują wydać swój tytuł z jak największą ilością języków. Nie wiedzą jednak, które będą dostępne w dniu premiery. Po cicho liczymy na wersję PL. 

ASYLUM zadebiutuje na Steam i GOG 6 marca 2025 roku.

Karta Steam

Karta GOG

środa, 30 października 2024

Secret Files: Tunguska - recenzja. Początek popularnej przygodowej serii

Secret Files: Tunguska - recenzja. Początek popularnej przygodowej serii

Secret Files: Tunguska, początek niezwykle popularnej, i bardzo znanej przygodowej serii. Kolejny tekst powiększył bibliotekę recenzji na blogu. 

Tunguska, niezamieszkałe obszary w syberyjskiej tajdze, w której w roku 1908 doszło do ogromnej eksplozji. Powaliła ona na ziemię mnóstwo drzew, na przestrzeni 40 kilometrów. Obraz owej straszliwej eksplozji widziany był w promieniu 650 kilometrów, zaś słyszany w promieniu 1000 kilometrów. Do tej pory, to co wydarzyło się w tym miejscu jest nierozwiązaną zagadką, która nurtuje i zaciekawia niejednego naukowca, ale także pobudza wyobraźnię pisarzy i twórców gier przygodowych. Tak też zdarzyło się w roku 2006, w którym to niemieckie studia Animation Arts, mające na swoim koncie Lost Horizon, Lost Horizon 2 oraz Secret Files 2: Puritas Cordis, Secret Files 3 oraz Secret Files: Sam Peters  i Deep Silver, wypuściły na rynek grę zatytułowaną „Secret Files: Tunguska”. 

Warto przeczytać również:

W Polsce gra pojawiła się z małym opóźnieniem, dzięki firmie Cenega, która nadała jej polski tytuł „Tajne Akta: Tunguska”. Mniej więcej w tym czasie skusiłam się na zakup gry i pełna entuzjazmu zasiadłam przy niej przed monitorem mojego komputera. Wtedy wydawała mi się ona pozycją idealną, prawie doskonałą i pozbawioną wad. Po wielu latach zechciałam sobie gierkę przypomnieć i spisać moje wrażenie po jej przejściu. Po skończeniu, uświadomiłam sobie jak te kilka lat temu byłam bezkrytyczna wobec przygodówek i jak niewiele od nich oczekiwałam. Kiedyś gra otrzymałaby ode mnie najwyższą z możliwych ocen, a teraz zastanawiając się nad oceną, mogę dać jej tylko 6, góra 6,5/10 i tylko z powodu całkiem fajnych zagadek, przyjemnej dla oka, jak na te czasy grafiki i prostego interfejsu. Niestety cała reszta to kompletna porażka

W growym dziele wcielamy się w dwójkę bohaterów. Pierwszą z nich jest młoda Rosjanka mieszkająca wraz z ojcem na stałe w Berlinie – Nina Kalenkova. Gdy pewnego dnia dziewczyna przybywa do muzeum, w którym pracuje jej tata, już go tam nie znajduje. Dozorca i dziewczynka siedząca na ulicy zgodnie twierdzą, że w muzeum kręciły się dziwne zakapturzone postacie, które unosiły się nad ziemią. Nina od razu orientuje się, że jej ojciec został porwany, stara się zgłosić jego zniknięcie miejscowej policji, ale bezskutecznie. W budynku muzeum poznaje współpracownika pana Klenkova, Maxa Grubera, czyli drugą, grywalną postać. Młoda para badając wnikliwie sprawę tajemniczego zniknięcia, trafia na wzmianki o Tungusce, w której to lat temu wiele wraz z kilkoma osobami przebywał jej tata. Prowadził on w tej części świata badania naukowe i wszystko wskazuje na to, że jego porwanie ma wiele wspólnego z tą syberyjską katastrofą. Oboje postanawiają zatem rozwikłać zagadkę i odnaleźć zaginionego. 

Tak pokrótce przedstawia się fabuła gry. „Tajne Akta: Tunguska” jest klasyczną przygodówką point&click, z prostym, tradycyjnym interfejsem, który jest oczywiście jej zaletą, tak jak wcześniej napisałam, jedną z niewielu, które w tej pozycji znalazłam. Grę obsługujemy jedynie za pomocą myszy. Jej prawym przyciskiem oglądamy przedmioty, zaś lewym zabieramy i używamy. Dodatkowo twórcy przewidzieli opcję podświetlania hot spostów. Po kliknięciu klawisza spacji na ekranie pojawią się ikonki "lupy", które wskazują graczowi wszystkie dostępne do użycia, zabrania, czy obejrzenia przedmioty.

Również tradycyjnie wygląda ekwipunek, czyli zbiór przedmiotów, które Nina czy Max zbierają podczas rozgrywki. Wszystkie takowe przedmioty trafiają do inwentarza na dole ekranu, który otwiera się, gdy tylko najedziemy na niego kursorem myszki. W owym przepastnym zbiorze rzeczy, zabieramy i nosimy ogromną ich ilość, znajdziemy także dziennik Niny, w którym oprócz streszczenie tego co przyniosła nam fabuła, znajdziemy także podpowiedź do rozwiązania zagadek, które gra nam oferuje. Wybór owej podpowiedzi leży w geście gracza, który może z takowej szansy skorzystać lub też nie. 

Graficznie gra wypada całkiem przyjemnie. Jest niezwykle miła dla oka, lokacje są starannie wykonane, dokładne i bardzo szczegółowe. Nie można także przyczepić się w żadnej mierze do udźwiękowienia tej pozycji. Muzyka idealnie wtapia się w to co dzieje się na ekranie monitora, a dźwięki otoczenia brzmią wiarygodnie.

Najmocniejszą stroną dzieła niemieckiego studia są zagadki, których w grze nie zabrakło. Oprócz całego ogromu zadań przedmiotowych, o których muszę wspomnieć w wadach gry, ale o tym później, znajdziemy także zadania typowo logiczne, wszelakiej maści i poziomu trudności. Mamy więc układanie monet w gablocie – rodzaj sudoku, otwieranie sejfu, przyrządzanie mikstury leczącej, odpowiednie ustawianie kompasu i kilka innych. Zadanie są różnorodne i dość ciekawe i większość z nich można logicznie wytłumaczyć. 

Niestety logika nie istnieje prawie wcale jeśli chodzi o zagadki przedmiotowe, a szczególnie w łączeniu przedmiotów i wykonywaniu nimi pewnych czynności. Rozbawiło mnie, gdy nasza bohaterka rozpaliła ogień za pomocą słonecznych okularów, czy też rozpuściła gips przystawiając miseczkę z tym składnikiem do letniego (tak wcześniej usłyszeliśmy) grzejnika. Takich dziwnych połączeń jest wiele. Być może autorzy chcieli grę utrudnić, bardziej pogmatwać, ale efekt był raczej opłakany.

W czasie rozgrywki nasi bohaterowie wędrują po różnych częściach świata, bardzo to chwalebne, bo uatrakcyjnia grę i wydłuża, tylko problem w tym, że nie pomyślano, zapomniano, nie chciano, czy już sama nie wiem co, ubrać naszych bohaterów odpowiednio do warunków pogodowych panujących w danym zakątku świata. Ninka biega po Berlinie w zgrabnej kurteczce i w obcisłych dżinsach i to rozumiem, ale czemu takie samo ubranie twórcy każą jej nosić w rozpalonej słońcem Kubie, a później w zaśnieżonych Himalajach? Na szczęście w ostatnim rozdziale zlitowano się nad biedną dziewczyną i pozwolono jej ubrać kożuszek, bo obawiałam się, że w ostrym syberyjskim klimacie, dziewczyna będzie brnęła w śniegach w tej samej kurtce. O ile zlitowano się nad naszą bohaterką, to już nad Maxem nie. On przez calutką grę biegał w tych samych ciuchach. 

„Tajne Akta: Tunguska” została w Polsce wydana w naszym ojczystym języku, w pełnej, polskiej lokalizacji i bardzo tego żałuję. Polski dubbing to istna tragedia. Aktorka podkładająca głos panny Kalenkov nie przyłożyła się do swej roli wcale, ani trochę. Kobieta bez względu jaka tragiczna sytuacja ją spotkała, wyrzucała z siebie słowa niezwykle radośnie, śmiejąc się z rzeczy, z których nie powinna się śmiać, a jej komentarze sprawiały, że miałam chęć rzucić grę w kąt i nie wracać do niej już nigdy więcej. Miałam wrażenie, że słucham kawałów o przysłowiowej blondynce, choć nasza bohaterka to przecież rudzielec. Nieco bardziej, do swej pracy raczyły przyłożyć się inne postacie gry, między innymi Max. 

Podsumowując, gra jest według mnie średniakiem, który, czytając opinie na jej temat mimo wszystko przyciąga wielu graczy, oceniających ją bardzo wysoko. O fenomenie tej pozycji mogą świadczyć kolejne części serii, które przyciągają przed monitor rzesze przygodomianiaków. Mnie jednak, ta akurat część nie zachwyciła, czasami nawet irytowała, choć przyznam się podobały mi się zagadki i przyzwoita długość gry.

Moja ocena 5/10.

Zalety:

  • Zagadki, całkiem pomysłowe
  • Długość gry;
  • Grafika;
  • Klimat gry;
  • Prosty interfejs

Wady:

  • Absurdalne łączenie przedmiotów;
  • Kompletny brak logiki;
  • Okropna polska wersja - dubbing
  • Zbyt przegadana

The Electric State, widowiskowe przygodowe sci-fi od Netflix

The Electric State, widowiskowe przygodowe sci-fi od Netflix

 

Millie Bobby Brown wraca na Netfliksa, tym razem w widowiskowym przygodowym filmie science-fiction od twórców Avengers: Koniec gry. The Electric State ma zwiastun, ma także datę premiery. 

The Electric State to jedna z filmowych nowości platformy Netflix, jeśli chodzi o zapowiedzi na przyszły rok. W filmie ponownie znana z serwisu Netflix aktorka młodego pokolenia, Millie Bobby Brown, znana z roli Jedenastki z serialu Stranger Things, przygodowego fantasy Dama czy serii Enola Holmes, spróbuje odszukać zaginionego brata. 

Warto także przeczytać:


The Electric State to retro-futurystyczne widowisko science-fiction, rozgrywające się w alternatywnej wersji lat 90. XX wieku, film w przygodowym stylu, którego bohaterką jest osierocona nastolatka, która w świecie po buncie robotów, stara się odnaleźć swojego zaginionego brata. 

W obsadzie: Millie Bobby Brown, Chris Pratt, Ke Huy Quan, Jason Alexander, Woody Norman oraz Giancarlo Esposito i Stanley Tucci

W angielskiej wersji językowej postaciom głosów użyczyli Woody Harrelson, Anthony Mackie, Brian Cox, Jenny Slate, Hank Azaria, Colman Domingo i Alan Tudyk.

Reżyserami filmu są Anthony i Joe Russo, mający na swoim koncie Avengers: Wojna bez granic i Avengers: Koniec gry, film Gray Man i serial Citadel. Autorami scenariusza są Stephen McFeely i Christopher Markus.

Premiera na platformie Netflix przewidziana jest na 14 marca 2025 roku. 

I Am the Pretty Thing That Lives in the House – recenzja filmu

I Am the Pretty Thing That Lives in the House – recenzja filmu

I Am the Pretty Thing That Lives in the House, poetycki horror dostępny na platformie Netflix. Zapraszam do kolejnej mojej recenzji! 

Strach, każdy z nas odczuwa go inaczej i każdy boi się czego innego. Lękamy się kogoś czy też czegoś, choć czasami nasz lęk ma przysłowiowe „wielkie oczy„. I choć nie lubimy się bać, to mimo tego chętnie (przynajmniej niektórzy z nas) sięgamy po horrory, licząc, że te nie oszczędzą nam porcji adrenaliny, strasząc nie tylko przerażającymi scenami, ale i mrocznym klimatem. Nadzieję na nocny dreszczyk filmowy miałam i ja zasiadając przed monitorem mojego komputera, by obejrzeć oryginalny film Netffixa o przeraźliwie długim, ale jakże poetyckim tytule: I Am the Pretty Thing That Lives in the House. Szybko okazało się, że nadzieje okazały się płonne, a serwowana mi projekcja, to coś między dreszczowcem, a poetycką opowieścią, dziwnie na siłę wydłużoną. Film można skwitować w kilku słowach: nie straszny…..za długi…..nudny.

Warto przeczytać:

Opowieść przenosi nas do pewnej posiadłości, w której samotnie mieszka schorowana i dotknięta demencją starczą pisarka thrillerów Iris Blum, do której wysłana zostaje, by z nią zamieszkała i opiekowała, młoda pielęgniarka hospicyjna o imieniu Lily. Kobieta, która niedawno skończyła 28 rok życia, to samotna, pozostawiona przez narzeczonego, cicha i niezmiernie bojaźliwa osóbka. Co najgorsze ma odtąd zamieszkać w domu, który jak się okazuje, skrywa przerażającą historię, którą pani Blum niegdyś spisała na kartach swojej książki. Pacjentka zdaje się nie wiedzieć o bożym świecie, wzywając co jakiś czas tajemniczą dziewczynę imieniem Polly, dom jest ponury, pusty i popada w ruinę, a odwiedzający Lily i panią Blum nadzorca, nieco dziwny. Życie młodej pielęgniarki ma być odtąd monotonne i raczej ponure, choć jak dowiadujemy się na samym wstępie filmu… krótkie.

To właśnie początek jest w tym filmie nadzieją na ponad godzinę mrocznej, strasznej historii. Rychła śmierć naszej bohaterki Lily, w którą wcieliła się Ruth Wilson, pozwala mniemać, że czeka nas wartka, pełna zwrotów akcji historia z dreszczykiem, a i trochę z przekorą wypowiedziane, zupełnie różne w odbiorze zdania „Ta piękna istota, którą widzisz, to ja”  i „I tak właśnie zgnijesz”, pozwalają domniemywać, że oprócz dreszczyku emocji, będzie jeszcze nieco psychodelicznego surrealizmu, który ja osobiście uwielbiam w horrorach. Niestety, jeśli tego się właśnie spodziewaliście, to muszę Was rozczarować. Nic z tych rzeczy! Wprawdzie mamy skrzętnie upchaną historię martwej dziewczyny i ducha tej „pięknej istoty”, szwendającego się po domu, zdarzają się momenty, które spowodują, że drgniemy na fotelu lub kanapie, jak choćby wypadająca z rąk Lily słuchawka telefonu, to całość płynie niespiesznie, bardziej poetycko i narracyjnie, nie starając się widza niczym wystraszyć.

Reżyser i jednocześnie scenarzysta filmu Oz Perkins (The Monkey, Kod zła, Zło we mnie) nie wiem czy świadomie, czy też nie, zbudował coś na wzór metafory życia, przemijania i śmierci, tylko chwilami tworząc  pewną bardzo cienką otoczkę strachu. Ci z Was, którzy oczekują po tym sensie ochów i achów, skwitowanych zdaniem „ale ten film był straszny” z pewnością będą zawiedzeni. I Am the Pretty Thing That Lives in the House, to rozciągnięta opowieść o nieuchronności losu, o przeznaczeniu i pogodzeniu się z opatrznością, opakowana w doskonale wykona zdjęcie i świetne, klimatyczne ujęcia domu i dobrą pracę aktorską. 

Choć cały film zrealizowany jest jedynie w kilku pomieszczeniach domu, nie wykraczając ani na chwilę poza cztery ściany, to mimo wszystko dzięki świetnym ujęciom i doskonałym zdjęciom, udało się zbudować niesamowity klimat niepewności i poczucia zagrożenie. Gdyby były one spotęgowane przez mroczniejsze sceny rodem z horroru, więcej akcji i mocniej angażującą historię, to śmiem sądzić, że pozytywnie wpłynęłyby na jakość i charakter tego filmu. A tak z czasem, z wolna jak akcja filmu, tracimy chęć do oglądania, zastanawiając się co też tak naprawdę chciał nam nim przekazać jego twórca i czy jest to raczej błąd w sztuce, czy manewr zdecydowanie zamierzony.

Trochę kolorytu, bądź, co bądź nudnemu filmowi dodaje świetnie zagrana rola tytułowej Lily. Aktorka, Ruth Wilson jest tak przekonująca, że nie sposób razem z nią nie odczuwać strachu, niepokoju, czy zażenowania i wściekłości. Jest jednocześnie naiwna i spokojna, przekorna i zarazem strachliwa. Postać Lily idealnie wkomponowuje się w strukturę tego poetyckiego przekazu. Alienacja i pewna dziecinność bohaterki podkręca atmosferę, przekonując nas, byśmy w projekcji jednak dotrwali do końca. Są jeszcze pomniejsze role: Pani Blum, w którą w poprawny sposób wciela się Paula Prentiss, młodej dziewczyny i zarazem ducha imieniem Polly, którą w sposób zadowalający acz nie pozwalający się jej rozwinąć odgrywa Lucy Boynton i nadzorcy, Pana Waxcapa, w tej roli Bob Balaban.

Kończąc recenzję i chcąc ją podsumować, muszę sama sobie zadać pytania. Dla kogo, dla jakiego widza przeznaczony jest ten dziwny miks horroru i poetycko-artystycznego, psychologicznego dramatu? Odpowiedź nie może być jednoznaczna, ani prosta. I Am the Pretty Thing That Lives in the House już samym tytułem może nam sugerować pewną artystyczność wyrazu, wizję, którą Oz Perkins postanowił wcielić w życie i oferować ludziom. Niewątpliwie nie jest to film dla wszystkich, a już na pewno nie dla tych, którzy oczekują dużej dawki strachu. Nie jest to także projekcja luźna, łatwa i przyjemna. Ale jeśli chcecie sprawdzić jak wygląda inne podejście do filmów grozy i lubicie zastanowić się nad sobą i życiem, to ten film jest ku temu idealny. 

Moja ocena to 5/10.

I Am the Pretty Thing That Lives in the House do obejrzenia na Netflix.