niedziela, 20 października 2024

Foolish Mortals, wrażenia z demo. Klasyczna przygodówka z voodoo i duchami

Foolish Mortals, wrażenia z demo. Klasyczna przygodówka z voodoo i duchami

Foolish Mortals, od Inklingwood Studios. Oto nasze wrażenia z wersji demonstracyjnej z tej klasycznej, ręcznie malowanej przygodówki z voodoo i duchami. 

Podczas pewnego październikowego wydarzenia Steam Next Festiwal, na wspomnianej platformie zagościło naprawdę sporo wersji demonstracyjnych, także z gier przygodowych. Niestety na festiwalu mnie samą zaciekawiło może kilka tytułów, ale jedynie jedną z gier sprawdziłam i postanowiłam, że podzielę się z Wami wrażeniami z jej ogrywania, z jej wersji demonstracyjnej, oczywiście. Tym tytułem jest Foolish Mortals, od Inklingwood Studios, klasyczna przygodówka point-and-click, której kampania na Kickstarterze trwa nadal i ma się całkiem dobrze. 

Warto przeczytać także inne wrażenia z demo:

Historia, którą twórcy zechcieli w niej pokazać rozgrywa się w latach trzydziestych ubiegłego wieku, u wybrzeży Luizjany, a jej bohaterem jest młody mężczyzna, który zafascynowany jest skarbem, który podobno ukryty został wewnątrz Bellemore Manor. Jest to miejsce, które ma niechlubną przeszłość, gdyż wiele lat temu, podczas wesela w niewyjaśniony sposób zniknęli z zamku wszyscy weselnicy. Podobno miejsce to jest nawiedzone prze duchy i wszystko wskazuje na to, że wiedzą one gdzie ukryty został ów drogocenny skarb.

Aby się dowiedzieć gdzie schowane zostało cenne znalezisko Murphy McCallan, bo tak nazywa się nasz bohater, brata się z pewnym wyznawcą religii voodoo, zbiera przedmioty do wykonania zaklęcia, z zamiarem, dzięki niemu, przedostania się do zamku. Ale to, jak się okazuje, początek jego kłopotów, gdyż oprócz otwarcia portalu do posiadłości, gdzie znajdują się duchy, którym nie przeszkadza, że nie żyją, Murphy przywołuje i złośliwą istotę, która gotowa jest na wszystko, by znaleźć skarb przed nim. By się dowiedzieć jaką tajemnicę kryje posiadłość, Murphy McCallan wie, że też będzie musiał zginąć. 

Tak w skrócie przedstawia się fabuła przygodówki w stylu „wskaż i kliknij”, której wersja demonstracyjna obejmuje część pierwszego rozdziału o tytule „The Summoning Spell”, w którym przyjdzie nam zmierzyć się z kilkoma zagadkami przedmiotowymi, bo na takich właśnie opiera się rozgrywka, i w którym znajdziemy właśnie sposób na wykonania zaklęcia z manuskryptu. Zrobimy to w grze w klasycznym stylu, w rozgrywce, w której naszym bohaterem kierujemy za pomocą myszki, w sposób prosty i intuicyjny. 

W wersji demo mamy namiastkę całości, wstęp do opowieści, ale wiemy, że sterowanie postacią jest klasyczne w każdym calu, że grafika gry została stworzona w ręcznym, malowanym stylu i wpisuje się w rysunkowy klimat, jaki ja osobiście w przygodowych projektach uwielbiam. Klasycznie wypada także sam interfejs, choćby ekwipunek. Znajdziemy go na górze, w lewym górnym rogu. Aby aktywować inwentarz, wystarczy, że najedziemy kursorem myszki na tę część ekranu. Używając prawego przycisku myszki, nasz bohater opisze zebrane przedmioty, które oczywiście można łączyć. 

Dodatkowo, już w wersji demonstracyjnej możemy przemieszczać się szybko w lokacjach, zaznaczonych na mapie. Demo zawiera tylko kilka aktywnych miejscówek. Podczas zabawy możemy powędrować do lokacji zwanej The Spirit Queen gdzie znajdziemy statek i wyznawcę voodoo, do St. Juniper’s Church, czyli do kościoła, a właściwie części cmentarnej oraz do Deadnettle, czyli miasteczka, w którym odwiedzimy kilka miejsc, a także na teren podwórza posiadłości Bellemore Manor. Miejsc jakie przyjdzie mam eksplorować jest wcale nie mało i choć w większości z nich głównie rozmawiamy, a jest sporo gadania, to oczywiście mierzymy się również z zagadkami przedmiotowymi.

Te nie należą, przynajmniej w wersji demo do zbyt trudnych. Zasada jest prosta, odnajdujemy rzecz, a pomoże nam to zrobić podświetlanie aktywnych miejsc w lokacjach za pomocą „spacji”, po czym albo ją używamy na innym przedmiocie, miejscu czy osobie, albo łączymy dwie rzeczy, tworząc nową. Taki przedmiot oczywiście od razu używamy, bo popchnąć fabułę do przodu. Tę napędzają także dialogi z postaciami pobocznymi, których jest sporo. Dużo rozmów w grze nas czeka, dostępnych w wielu językach. Niestety przygodówka nie posiada wersji językowej polskiej, nad czym oczywiście ubolewam. Mam nadzieję, że na takową jest, choć cień szansy. 

Gra jest, skoro jesteśmy już przy gadaninie, dostępne w pełnej angielskiej wersji językowej, z dubbingiem, także w ogrywanym przez nas demo. Dobry to dubbing, miły dla ucha i pasujący do postaci. Jedyne do czego mogę się przyczepić, odchodząc nieco od kwestii dialogów, to sposób poruszania się postaci. Murphy McCallan zanimowany jest śmiesznie i dość nieporadnie. Mężczyzna drepcze jak panienka, na tyle sztucznie, żeby było to nieco śmieszne. Mam nadzieję, że twórcy poprawią tę kwestię w pełnej wersji tej ciekawej przygodówki. 

Napisałam ciekawej, bo zawiera wszystko to, co w tym gatunku lubię. Jest klasyką, bez możliwości zginięcia, a przynajmniej w demo się na takowy akcent nie natknęłam. Jest stworzona w przyjemnym dla oka rysunkowym stylu, z ładnymi, przeplatającymi rozgrywkę animacjami, które przybliżają nieco tajemnice tytułowej posiadłości. Ma sporo zagadek przedmiotowych i bardzo dobry dubbing. Posiada także klasyczne dodatki, na jakie natkniemy się w wielu tradycyjnych przygodówkach. Wśród nich na uwagę zasługuje dziennik naszego protagonisty, do którego trafiają zadania oraz szybko przemieszczanie się w lokacjach za pomocą podwójnego kliknięcia myszą. Dodatkowo fabuła, już na samym początku gry wydaje się być intrygująca, bowiem nie tylko są w niej zjawiska nadprzyrodzone, w tym duchy oczywiście, ale i wierzenia voodoo, w tym zaklęcia. Taki klimat posiadała przygodówka Voodoo Detective, którą miałam okazję opisać w serwisie lubbiegrac.pl, także w poradniku/solucji

Na możliwość opisania pełnej gry Foolish Mortals będziemy musieli poczekać. Gra na razie nie ma oficjalnej daty premiery. Gra miała także swoją udaną kampanię na Kickstarterze.

Już teraz mogę powiedzieć, a właściwie napisać, że jest to tytuł, z którym powinni zmierzyć się nie tylko fani klasyki przygodowej (ci w szczególności), ale i miłośnicy tajemnic, duchów i ciekawej fabuły jako takiej. Ja czuję się zachęcona i czekam na pełną wersję gry. Mam nadzieję, że także w polskiej wersji językowej. 

Follish Mortlas nie ma daty premiery. Zadebiutuje na PC - Steam i GOG.

Karta Steam

Karta GOG

Dead Synchronicity: Tomorrow comes Today - recenzja

Dead Synchronicity: Tomorrow comes Today - recenzja

Serdecznie zapraszam do recenzji przygodowej gry w klimatycznym, pandenimcznym stylu, stworzonej przez zespół studia Fictiorama, wydanej przez Daedalic Entertainment. Miłej lektury!

Czy macie czasami dość kolorowych, zabawnych, rzekłabym infantylnych gier przygodowych, w których zwykle ratujecie kogoś lub coś. Brakuje Wam może świeżości w tym gatunku gierek, a może chcielibyście tym razem przygodówki dla dorosłego i poważniejszego gracza? Jeśli tak, to mam dla Was idealną propozycję, tytuł, który zachwyci niejednego fana tego rodzaju zabawy a i amator innego rodzaju rozgrywek z pewnością nie będzie żałował. Takim dziełem jest zdecydowanie Dead Synchronicity: Tomorrow Comes Today, projekt opracowany przez niezależny zespół Fictiorama, a sygnowany i wydany przez wszystkim znane studio Daedalic Entertainment.

Może zainteresuje Cię także:

Niemieckie studio znane jest z klasycznych, zwykle przesiąkniętych humorem, czy też bajkowych gier, takich jak The Dark Eye: Klątwa WronThe Dark Eye: Memoria czy The Night of the Rabbit, więc opisywany przeze mnie w owej recenzji tytuł, jest powiewem świeżości w ich ogromnym dorobku, tym razem wydawniczym. Inaczej sprawa się ma jeśli chodzi o twórców Dead Synchronicity, dla których projekt stał się debiutem w świecie przygodówek. Niewielkie składające się zaledwie z kilku osób studio, stworzyło grę tak poważną i dorosłą, niezwykle emocjonalną, z doskonałą fabułą i świetną muzyką, że już na wstępie mogę napisać, że byłam skora dać tej produkcji najwyższą możliwą notkę, gdyby nie jeden zasadniczy jej problem. Dlaczego tego jednak nie zrobiłam i jaka jest moja końcowa opinia i jej ocena, tego dowiecie się z mojej recenzji. 

Dead Synchronicity: Tomorrow Comes Today wcielamy się w mężczyznę, który pewnego dnia zostaje odnaleziony w przydrożnym rowie. Nieprzytomny, prawie pozbawiony życia, zostaje przyniesiony do jednej ze stojących w okolicy przyczep. Schorowany, miotany strzępkami wspomnień, w których przewija się głos kobiety i imię Michael, w końcu odzyskuje świadomość. Jedyne co pamięta to to, że tak właśnie ma na imię. Dowiaduje się także, że trafił do przyczepy Roda, ojca i męża, byłego pracownika dużej korporacji. Odtąd wszystko jest dla niego nowe. Zanik pamięci, to niestety nie  jedyna tragedia, z którą zmierzyć się musiał Michael. Po wyjściu za zewnątrz okazuje się, że miasto jest zrujnowane. Powodem stała się serie katastrof naturalnych, zwanych „Wielką Falą”, które nawiedziła kraj. Niedługo potem wydarzają  się kolejne nieszczęście. Ludzie zapadają na przedziwną chorobę. Wielu z nich twierdzi, że miało kontakt ze zmarłymi, widzą rzeczy które wydarzyły się w przeszłości, albo wydarzą się w przyszłości. Ta straszna epidemia atakuje coraz więcej istnień, doprowadzając do rozkładu ciał, a potem całkowitego zniknięcia. Wszystkich podejrzanych o zarażenie osobników,  zabiera się, i słuch o nich ginie. Reszta populacji umieszczona zostaje w obozach, w których władzę sprawuje armia. Ta traktuje ich jak ludzi gorszego gatunku, nazywając „szczurami”. Możliwość podróżowania poza teren obozu mają tylko ci, którzy donosili żołnierzom. Tych zaś  zwie się  "kretami”.  Na dodatek na niebie zaczynają  ukazywać się znaki, które mogą  być zapowiedzią kolejnego kataklizmu.

Dead Synchronicity to klasyczna przygodówka, w której obsługa odbywa się za pomocą myszy. Nie uświadczymy tu żadnych zadań zręcznościowych, czasówek, czy innych” udogodnień”, co oczywiście piszę grze na plus i to bardzo duży. Ponieważ, jak to w klasycznym point& clicku bywa, gracz zbierać musi przedmioty, które gdzieś i kiedyś będzie używał, to żeby niczego nie przegapić twórcy zaoferowali graczom podświetlanie aktywnych miejsc. Wystarczy, że klikniemy klawisz "spacji", a na ekranie pojawią się fioletowe, migające punkty, świadczące o miejscach i przedmiotach istotnych dla gry. Nie wszystko jednak będziemy zbierać. Część miejsc i rzeczy można jedynie obejrzeć, dzięki temu poznając nieco więcej szczegółów na temat fabuły. Ciekawym motywem i pewnym novum w grze są wizje bohatera, strzępy wspomnień, które być może kojarzą mu się z miejscem lub z osobą. Gdy tylko takowy "majak" się pojawi, obraz zaczyna się zmieniać. Widzimy wszystko jak w śnieżącym telewizorze. Widok jest zamazany, zmieniają się kolory i nagle z szaro- różowych lokacji wszystko staje się zielone, migające, widziane jakby przez spód szklanki, a po chwili znika. Oprócz tych wizji, Michael z czasem przypomina sobie pewne elementy ze swego życia. Oglądamy je zupełnie inaczej niż owe wizje. W tym wypadku na ekranie pojawią się wykonane w formie komiksowej animacje. 

Graficznie gra różni się od tego, do czego przyzwyczaiło nas studio Daedalic. Przyznam się, że pierwsze zrzuty z ekranu, które oglądałam śledząc jej zapowiedzi, nie zachęcamy mnie do grania. Postacie wydawały mi się drętwe, toporne i zwyczajnie brzydkie. Zmieniłam zdanie już po pierwszych kilku minutach grania w to dzieło. Nie wyobrażam sobie innej grafiki. Rysunkowe postaci, dziwnie przymglone i czasami zamazane tła, zburzone domy, wraki samochodów, wszystko to  potęguje odpowiedni nastrój w grze, budując klimat straszliwej katastrofy i wielkiego nieszczęścia. Na emocje wpływa nie tylko strona wizualna gry, ale także ogrom nieszczęść populacji, która przeżyła katastrofę. Mamy więc zarażonego tą straszną chorobą chłopca imieniem Colin, który bardzo cierpi, młodą kobietę, jeszcze prawie dziecko o imieniu Rose, którą zmusza się do prostytucji, nieszczęsnego staruszka, który pragnie schować się przed żołnierzami, by nie trafić do obozu, szpital pełen wrzeszczących i umierających w męczarniach ludzi, czy też złowieszczy i makabryczny park i wiele innych. 

W wielu momentach przechodząc grę miałam ciarki na plecach, a moje serce waliło. Obok tej pozycji nie można przejść obojętnie. Jestem przekonana, że nie można ją przepraszam za słowo  "zaliczyć” bez emocji jej towarzyszącym. Zdecydowanie fabuła to bardzo, bardzo i jeszcze raz bardzo mocna strona tej gry. Na jej klimat i niezwykłość wpływa też bardzo dobra ścieżka dźwiękowa i doskonała praca aktorska. Każda z postaci, która przewija się podczas gry, zaczynając od głównego bohatera, kończąc na postaci pobocznych, zagrana jest doskonale, z należytymi emocjami. Całość buduję obraz okrutnej prawdy o ludziach, którym przyszło zmierzyć się z ogromem nieszczęść. Dodatkowo grozy i okrucieństwa dokładają odgłosy, które niemal ciągle słyszymy w tle. W niektórych lokacjach do naszych uszu dochodzi płacz dzieci, w niektórych krzyki, czy też  strzały. 

Ponieważ tak jak już wcześniej napisałam jest to klasyczna przygodówka, więc i tradycyjnie wygląda ekwipunek, który w tym wypadku ukryty jest w teczce. Oprócz rzeczy, które tam trafiają i które można obejrzeć, a także niektóre z nich połączyć, w inwentarzu znajduje się też niezbędna, jeśli o mnie chodzi rzecz w grach adventure, czyli notatnik. Tu zapisywane są istotne dla gry i fabuły szczegóły. Są to zadania, które musi wykonać Michael. Oprócz tego, pojawiać się tam będą animację, zwykle są to wspomnienia naszego bohatera, które w dowolnym momencie gry możemy sobie odtworzyć. Bardzo mi się ten pomysł podoba i przyznam się, że zdarzyło mi się pary razy przypominać sobie tę, czy inną animację. 

Jedynym elementem, którego zbrakło mi w tym dziele i co doprowadziło tym samym do jej końcowej oceny, jest brak zadań logicznych, typowych dla graczy tak zwanych „łamańców” głowy. Znalazłam jedynie jedną, dość prostą zagadkę polegającą na odpowiednim ustawieniu natężenia światła. Większość zadań skupia się jedynie na zagadkach przedmiotowych, które są w miarę logiczne i mało skomplikowane. Dzięki temu w Dead Synchronicity mogą zagrać nie tylko „Starzy Wyjadacze” przygodówek, ale i Ci, którzy dopiero zaczynają przygodę z tym gatunkiem lub też skupiają się zdecydowanie na innym rodzaju wideo rozrywki. 

Podsumowując, zaczynając grać w Dead Synchronicity: Tomorrow Comes Today nie spodziewałam się tak doskonałej gry, tak klimatycznej i tak dorosłej. Nie jest to z pewnością pozycja dla młodszych graczy, bardziej polecałabym ją osobom dorosłym i ku takim graczom powinna być skierowana. Twórcy zapowiadali pojawienie się kolejnych dwóch części, tworzących z owego dzieła trylogię. Niestety się ich nie doczekaliśmy, i wszystko wskazuje na to, że się już ich nie doczekamy. 

Moja ocena 8/10.

Zalety:

  • Mroczna fabuła;
  • Klimat gry dla dorosłych;
  • Nietuzinkowa grafika;
  • Spora grywalność;
  • Wciąż aktualna tematyka;
  • Polska wersja języka

Wady:

  • Zbyt krótka;
  • Brak kontynuacji

Wolf Man, nowy zwiastun zaprezentowany na New York Comic Con

Wolf Man, nowy zwiastun zaprezentowany na New York Comic Con

 

Reżyser Leigh Whannell opowiada o swoim projekcie Wolf Man na nowym wideo, który na kolejnym, przerażającym zwiastunie zadebiutował na New York Comic Con. Odważna reinterpretacja opowieści o kultowym potworze nadchodzi.

Wolf Man , nowy horror od Blumhouse, które ma na swoim koncie niedawno recenzowane przeze mnie Miasteczko Salem, a także The Manor czy nowość Prime Video, horror House of Spoils, swoją premierę ma mieć w styczniu przyszłego roku. Tymczasem na wydarzeniu Comic Con pokazana została jego nowa zapowiedź.

Warto także poznać:



Bohaterem filmu Wolf Man, który nieco inaczej patrzy na temat bestii zwanej jako Wilkołak, jest Blake, mężczyzna chroniący swoją rodzinę, właśnie przed wilkołakiem, który prześladuje ich, gdy tylko na niebie pojawi się pełnia Księżyca. Niestety pewnego dnia sam zaczyna się dziwnie zachowywać.

W obsadzie Wolf Man znaleźli się: Christopher Abbott (Biedne istoty, Świat, który nadejdzie) jako Blake, Julia Garner (The Royal Hotel, Ozark) jako Charlotte, Matilda Firth (Rozczarowana) jako Ginger i Sam Jaeger (Opowieść podręcznej, Diabeł w Ohio).

Reżyserem filmu jest Leigh Whannell, mający na swoim koncie filmy z serii Naznaczony, a autorami scenariusza są Rebecca Angelo (Orange Is the New Black) oraz Corbett Tuck

Kinowa premiera horroru Wolf Man przewidziana jest na 17 stycznia 2025 roku. 

Źródło: Informacja prasowa Blumhouse

Dark Lessons, horror z łamigłówkami w domu pewnej nauczycielki

Dark Lessons, horror z łamigłówkami w domu pewnej nauczycielki

 

Dark Lessons, horror z łamigłówkami w domu pewnej nauczycielki, która zwabiła tam swego ucznia ma wstępną datę premiery, która przewidziana jest na drugi kwartał przyszłego roku. Zanim ów tytuł będzie miał potwierdzoną datę premiery, można ją dodawać do swojej listy życzeń na karcie Steam.

Dark Lessons to pierwszoosobowa gra psychologiczna, w klimacie horroru, gra, w której nie brakuje łamigłówek, eksploracji otoczenia, zbierania i łączenia przedmiotów i poznawania mrocznych, rodzinnych sekretów. Gra ma wstępną datę premiery.

Warto również przeczytać:

Dark Lessons to historia ucznia, którego jego nauczycielka zwabiła do swojego domu, a on musi znaleźć sposób, aby się z niego wydostać. Jego zadaniem będzie eksploracja mrocznych, ciemnych pomieszczeń, mając do dyspozycji jedynie świecie, bo w mieszkaniu nie ma prądu, ze względu na awarię prądu. 

Gra oferuje klasyczne rozwiązania przygodowe, w tym eksplorację i zbieranie przedmiotów i rozwiązywanie zagadek. Wykonana jest w grafice 3D low-poly. Gra będzie miał za zadanie zarządzać również światłem, aby nie zgubić się w ciemności. Strach w grze potęguje klimatyczna ścieżka dźwiękowa.

Premiera gry na komputery osobiste PC - Steam przewidziana jest na drugi kwartał 2024 roku.

Karta Steam


South of Midnight, przygodowa gra akcji na amerykańskim głębokim południu

South of Midnight, przygodowa gra akcji  na amerykańskim głębokim południu

 

Twórcy Contrast i We Happy Few pracują nad kolejną przygodową grą akcji South of Midnight, tytułem który zabiera nas na amerykańskie głębokie południe, które poznawać będziemy mity i stworzenia z folkloru tego miejsca. 

South of Midnight, przygodowa gra akcji w trzeciej osobie, rozgrywająca się jednocześnie w fantastycznym, jak i makabrycznym świecie mitów i stworzeń z głębokiego, amerykańskiego południa to dzieło Compulsion Games, studia mające na swoim koncie, między innymi wymienione już wyżej We Happy Few oraz Cotrast. Wydaniem gry zajęło się Xbox Game Studios. Ich nowy projekt nie ma jeszcze daty premiery, ale ma miejsce na Steam, ma również filmową zapowiedź, fragment rozgrywki.

Może zainteresuje Cię także:

South of Midnight to historia, której bohaterką jest Hazel, która pewnego dnia została wezwana by zostać Tkaczką. Dzieje się tak, kiedy jej rodzinne miasteczko Prospero dotyka wielka katastrofa, wielki huragan. Hazel zostaje osobą, która w magiczny sposób naprawiać będzie więzy zerwane między ludźmi, a duchami. Przyjdzie jej stawić czoła niebezpiecznym stworzeniom, ujarzmiać je, rozplątywać sieci przeszłości, swojej i jej rodziny. Spróbuje także znaleźć drogę do domu. 


Opisywana gra rozgrywa się w surrealistycznym, fantastycznym, acz mrocznym świecie głębokiego południa, w gotyckim świecie, który łączy rzeczywistość z fantazją. Poznajemy w nim stworzenia znana z folkloru, wyłaniając się sekrety rodzinne i trwa poszukiwanie zaginionej matki.


Hazel obdarzona jest starożytną mocą, która nie tylko pomaga jej pokonać stworzenia, ale i odkryć traumę, rzucają magię tkania, tkając łzy na nowo, w Wielkim Gobelinie. 


South of Midnight zadebiutuje na komputerach osobistych PC - Steam a także na Xbox Series X|S.

Karta Steam

sobota, 19 października 2024

Renfield - recenzja. Szalony przepis na to jak wyjść z toksycznej relacji szef-pracownik

Renfield - recenzja. Szalony przepis na to jak wyjść z toksycznej relacji szef-pracownik

Renfield, recenzja komediowego horroru. Szalony przepis na to jak wyjść z toksycznej relacji szef-pracownik. Zapraszam do kolejnej recenzji! 

Renfield, to najsłynniejszy sługa hrabiego Drakuli, najbardziej rozpoznawalnego władcy wampirów, barwnie opisanego w dziele Brama Stokera, którego znany nie tylko z kart powieści, ale i z wielu filmowych adaptacji, jak i seriali. Renfieldowi nie poświęcano do tej pory w filmowych produkcjach tyle czasu, ile miał wspomniany wampirzy hrabia. Owszem wiedzieliśmy jak ważną rolę pełnił w "życiu" Drakuli, wiedzieliśmy jaki miał charakter i jakie zadania powierzał mu pan, a także czym się żywił.

Warto przeczytać: 

Swojego filmu ta postać jednak się nie doczekała, aż do kwietnia zeszłego roku. Wtedy to na ekrany kin wszedł komediowy horror Chrisa McKay’a, który całą swoją uwagę skupił właśnie na postaci wiernego sługi pana ciemności, który pewnego dnia zrozumiał, że życie może wyglądać zupełnie inaczej…… lepiej, spokojniej i mniej służalczo. Co z tego wyszło? Czy film warto obejrzeć? O tym w mojej recenzji, do której zapraszam. 

Renfield – o tym jak zerwać z nałogiem……., w postaci Drakuli 

Renfield to czarna komedia grozy, której bohaterem, jak już wspomniałam jest sługus Drakuli, znany z powieści Drakula autorstwa Brama Stokera. Ten szaleniec żywiący się robactwem, w opisywanej przeze mnie produkcji jest młodym, choć żyjącym już setki lat mężczyzną, który przez te wszystkie lata wciąż służy swemu panu. Pewnego dnia zauważa, że zaczyna mu ciążyć mordowanie i spełnianie każdych makabrycznych życzeń swego pana. Świadomy tego, że wraz z nim przemierzył niemal cały świat, i widział wiele, zauważa jednak, że ugrzązł w relacji, która go tłamsi i nie pozwala być sobą. 

Gdy trafia na grupę wsparcia, która pomaga wyjść z toksycznych relacji, Renfield czuje, że także dla nieco zaświeciła pomyślna gwiazda. Chce porzucić tyrana, zrzucić niemodne ciuchy, i zamiast szarości i mroku, otoczyć się kolorami, paradując w barwnych sweterkach. Niestety szyki naszego bohatera krzyżuje nie tylko jego „pracodawca” Drakula, ale także pewien nadgorliwy synalek rodziny mafijnej, którego zaczyna ścigać zdeterminowana, gotowa na wszystko policjantka drogowa. 

Pewnego dnia drogi Renfielda i Rebecci zazębiają się, i wszystko wskazuje na to, że mogą się polubić, a co najciekawsze, stając razem do walki o samych siebie, mogą definitywnie rozprawić się nie tylko z rodziną mafijną, ale i z samym księciem ciemności, Drakulą. 

Renfield – film, którego nie należy brać zbyt poważnie

Winnam Wam jestem wyjaśnienie czym właściwie jest film Renfield, do jakiego gatunku można go zaliczyć. Otóż produkcja w reżyserii Chrisa McKay’a określana jest jako komediowy horror. Ale można się w niej dopatrzyć jeszcze wielu innych gatunków, a przynajmniej filmowych odniesień, które koncentrują się na współczesnych problemach, zapewne znanych większości z Was. Scenarzyści, a są to nie byle jakie postaci, bowiem Robert Kirkman i Ryan Ridley postanowili opowiedzieć historię, która o poważnych, a nawet strasznych sprawach, opowiada w mniej poważny sposób, która traktuje grozę na równie z humorem, a momentami zdaje się czerpać garściami ze znanych filmowych hitów. 

Nie znajdziemy tu nic z dawnej mroczności filmów o Drakuli, bo nie on jest postacią w filmie najważniejszą. Choć Drakula, mówiąc kolokwialnie, robi robotę, to Renfield gra pierwsze skrzypce. Nie jest mroczny, nie jest chory psychicznie, nie jest nawet brzydki i stary. Wręcz przeciwnie. Wywracając kota do góry nogami, twórcy włożyli Renfielda w buty zahukanego pracownika, który pewnego dnia trafiając na grupę wsparcie pojmuje, że gdzieś jest inne życie. 

Sama forma prowadzenia fabuły, w stylu narratorskim, w stylu opowieści książkowej, mnóstwo gagów i scen komicznych, jeszcze więcej przesady, lejącej się krwi, supermocy uzyskiwanych przez jedzenie robactwa i rodzącego się uczucia do zdeterminowanej policjantki, sprawia, że film nie można traktować zbyt poważnie. To klasyczna kinowa rozrywka w najczystszej formie, która nawet nie myśli być filmem grozy na poważnie. 

Renfield - Nicolas Cage i Nicholas Hoult w jednym filmie, mieszanka iście wybuchowa 

Nicolas Cage ma na swoim koncie ról filmowych naprawdę sporo. Cokolwiek byśmy o tym aktorze nie powiedzieli, zagrał zarówno w dziełach, które nie specjalnie zachwycają, jak i pokazał aktorską klasę w kilku naprawdę wartościowych, produkcjach, błyszcząc na przykład w dramacie Świnia. Widzieliśmy Cage’a w filmach akcji, komediach, dramatach, a także w takich sobie horrorach. Wielu z Was zapewne nie spodziewało się go zobaczyć w roli Drakuli. 

Okazuje się, że hrabia wampirów w wykonaniu tegoż aktora, nawet w postaci drugoplanowej, kradnie show, i sprawia, że Drakula - szef i tyran, a także Drakula – morderca i upadły hrabia, w połączeniu z Renfieldem, w zupełnie innym stylu to mieszanka iście wybuchowa i całkiem zjadliwa (jakkolwiek to brzmi). 

Drakula to tyran, morderca i bezwzględna istota nie znająca litości, która jednak ma swoje słabe strony. Nicolas Cage pozwolił sobie zgrabnie wykorzystać słabość wampira, i mimo roli drugoplanowej, umiejętnie pokazał, że mroczną postać, znaną z mnóstwa ekranizacji, można pokazać także w nieco inny sposób. Owszem jest postaciowo w jakiś sposób przerażający, pozbawiony dostępu świeżej krwi, także odrażający, ale jest także na swój sposób zabawny, w tej swojej manii wielkości. Nicolas Cage gra, i dobrze się bawi, co widzom się udziela, szczególnie jak mają świadomość, że są uczestnikami czarnej komedii grozy.

W niej prawie wszystko zostaje wywrócone do góry nogami. Renfield, któremu poświęcono ten film, bowiem on jest jego postacią naczelną to właśnie żywy przykład odwrócenia schematu. Przystojny mężczyzna o miłym obliczu, i kulturalnej osobowości, który pragnie zamienić mrok w światło, a ponurość w kolory. Renfield w wykonaniu Nicholasa Houlta w niczym nie przypomina sługusa znanego nam z powieści. Ani on brzydki, ani szalony. Na dodatek wie, że służalczość swojemu panu w niczym mu nie pomoże, niczego nie ułatwi, a jedynie zaburzy jego plany bycia kimś zupełnie innym….., normalnym, ludzkim, dostosowanym i przede wszystkim współczesnym. 

Ale nie tylko ta dwójka stanowi tło tej opowieści. Film Renfield to także historia policjantki z drogówki, Rebecci Quinc, w którą wcieliła się Awkwafina, która staje do walki ze zbyt pewnym siebie synem mafijnej rodziny, który nie kontroluje swoich zapędów, a przez to, że jest nieco rozpuszczony, na wiele sobie pozwala. Losy Rebecci i Renfielda pewnego dnia krzyżują się, dając upust gatunkowej mieszance, czyniąc z czarnej komedii grozy, niezły, acz ociekający krwią film akcji

Renfield – będzie krwawo!

Tak, tak, Renfield to oprócz kina grozy, sporej ilości czarnego humoru, także akcja, w której krew leje się strumieniami, a trup ściela się gęsto….., i to nie tylko z rąk, czy raczej zębów Drakuli. To także popis porachunków mafijnych i zdolności Renfielda, który zajadając robactwo zyskuje wyjątkowe moce, w tym wypadku ogromną siłę. 

I tak na ekranie urywane są ręce i nogi. Niczym w Kill Bill krew leje się strumieniami, a trupów i widowiskowych sztuczek, w nieco komicznym, przesadzonym stylu, nie brakuje. Przesada przesyt i brutalność nie są w opisywanej przeze mnie produkcji niczym dziwnym, i mimo zbytniego koloryzowania i dramatyzowania, w samą formę dziwności i inności tego dzieła, przypominam komediowego horroru, wpisują się całkiem zgrabnie, stanowiąc ciekawą odmianę od grozy, i dramatu uwięzionego w toksyczności biednego Renfielda. 

Renfield – podsumowanie recenzji 

Zapewne wielu z Was przywykło do mrocznych ekranizacji dzieła Stokera, w których Drakula ma władzę, moc wpływania na innych, i wampirzy głód krwi, zaś jego oddany i pochlebczy sługa Renfield, kłaniając się mu w pas, robi wszystko, by panu dogodzić, spełniając każde, nawet te najbardziej krwawe jego życzenie. Przywykliśmy do Renfielda złoczyńcy, o niezbyt ciekawej aparycji i szaleństwie w oczach. Przyzwyczailiśmy się do grozy, jaka wyziewa z ekranu, gdy właśnie zanurzamy się w horror o Drakuli. 

Tymczasem film, na który jakiś czas temu można było wybrać się do kina, a obecnie jest możliwy do obejrzenia na streamingu, obie postaci traktuje w zupełnie odmienny sposób. Drakula jest może i groźny, ale w tym wypadku jest szefem tyranem, z którego władzy próbuje uwolnić się zmęczony takim życiem Renfield. I nie jest to ponury brzydal, szaleńczo zapatrzony w swego pana, a młody mężczyzna, który ponurość chce zamienić na kolory i radość życia, i urocze mięciutkie sweterki.

Film Renfield to produkcja, którą jeśli tylko potraktujecie w lekki sposób, jeśli spojrzycie na nią z perspektywy swoistego naśmiewania się z filmowych gatunków, trochę jak filmową parodię, trochę jak czarną komedię, a trochę jak klasyczne kino akcji, ubarwione grozą, to się nie zawiedziecie. Nie należy dzieła Chrisa McKay’a traktować jak film dający do myślenia, czy klasyczne kino grozy. To kolejny tytuł, którego nadrzędnym celem jest zabawa treścią i formą, bawienie się znanymi kanonami. To film, który ma bawić, ma być prostą rozrywkę dla każdego, nawet dla takiego widza, który bać się w kinie, czy też przed własnym ekranem, nie zamierza. Jeśli potraktujemy go jak rozrywkę……, to myślę, że będzie to całkiem udany seans. 

Moje ocena 8/10.

Film do obejrzenia na platformie SkyShowtime. 

The Dark Eye: Memoria - recenzja. Udana kontynuacja!

The Dark Eye: Memoria - recenzja. Udana kontynuacja!

 

Serdecznie zapraszam do przeczytania mojej recenzji kontynuacji Klątwy Wron od niemieckiego studia Daedalic Entertainment, przygodówki "wskaż i kliknij" o tytule The Dark Eye: Memoria.

Na blogu znajdziecie już moją opinię na temat gry The Dark Eye: Klątwa Wron, więc czas najwyższy napisać kilka słów o kontynuacji przygód Gerona, przedstawionej w grze studia Daedalic Entertainment, noszącej tytuł The Dark Eye: Memoria. Wiele razy zdarzało mi się marudzić na kontynuację przygodówek, a to, że są naciągane, a to, że za krótkie, a ich fabuła nie wnosi w mój „growy” świat nic nowego, zwyczajna nuda. Na szczęście nie mogę tego napisać o drugiej części The Dark Eye, bo ta jest zdecydowanie lepsza niźli jej poprzedniczka. Historia jest ciekawsza, wielowątkowa i potrafi skutecznie uwiązać człowieka przy komputerze, zjadając jego cenny czas. No i bardzo dobrze, bo tak być powinno. 

Warto również przeczytać:

W „Memori”, wcielamy się w dwójkę bohaterów. Jednym z nich jest znany graczom z pierwszej części łapacz ptaków Geron. Chłopak usilnie stara się znaleźć kogoś, kto zdołałby jego ukochanej, zamienionej w kruka, przywrócić dawną, ludzką postać. Za namową Mędrca Jacomo, Geron trafia do maga Fahiego, który ma mu w tym pomóc. Twierdzi on, że od jakiegoś czasu jemu i jego córce śni się jeden sen, w którym kluczową rolę odgrywa pewna księżniczka. Fahi wprowadza Gerona w stan hipnozy, czy raczej mary sennej, by mógł przenieść się wiele wieków wstecz, do krainy zwanej Fasar, w której poznajemy drugą grywalną postać, jaką jest księżniczka Sadja. Dziewczynę spotykamy, gdy w jej krainie trwają mroczne czasy. Właśnie toczy się wojna ludzi z wszelakiej maści potworami, w tym kamiennymi. Jedynym ratunkiem okazuje się być magiczna maska, ukryta gdzieś w grobowcu wielkiego maga. Tam też przybywa nasza bohaterka, wraz z pewnym magiem i dwoma wojownikami. W owej krypcie, oprócz magicznej maski, księżniczka znajduje również gadającą różdżkę. Oboje zawierają układ. „Demon” zamknięty w różdżce pomoże się jej wydostać na zewnątrz, a ona zabierze go ze sobą. 

I tak zaczyna się przygoda księżniczki, której losy splatać się będą w fabularnej przeplatance, jaką zafundowali nam twórcy tej pozycji. Gwarantuję wam, że nie będziecie się nudzić, bo historia Sadji jest bardzo ciekawa i wbrew pozorom ma dużo wspólnego z Geronem, choć na początku może się wam to wydać niemożliwe. Fabuła, to bardzo mocna strona tego dzieła, oprócz oczywiście grafiki, która tak jak w większości gier tego studia jest przepiękna, wielobarwna, bardzo szczegółowa, niemal zachwycająca. Poprawiono także coś, co bardzo raziło mnie w pierwszej części, czyli animacje. W przypadku ”Memori” wypadają one bardzo dobrze i dotyczy to nie tylko przerywników filmowych, ale także animacji postaci. Mogę się nieco przyczepić do wyglądu niektórych bohaterów gry, szczególnie podczas rozmów, bo czasami wyglądają nieco upiornie, ale całość wypada nieźle, zdecydowanie lepiej niż w poprzedniczce. 

Miałam czasami problem z przycinaniem się gry i stopowaniem kursora, w kilku momentach pojawiły się braki w tekście, a także w głosie, w tym przypadku Sadji, ale przymykałam na to oko, bowiem historia księżniczki pochłonęła mnie bez reszty.

„Memoria”, tak jak i „Klątwa Wron”, jest klasyczną przygodówką, pozbawioną zadań zręcznościowych i całkowicie obsługiwaną za pomocą ulubionego przedmiotu graczy przygodowych, czyli myszki. Lewym przyciskiem myszy prowadzimy rozmowy, zbieramy przedmioty i używamy, zaś prawym oglądamy. Klawisz spacji, podświetla hot spoty, wystarczy, że klikniemy na spację, a w danej lokacji pokazane będą wszystkie aktywne miejsca. Ekwipunek, tak jak w przypadku poprzedniczki, znajdziemy na dole ekranu, wysuwa się on, gdy najedziemy na dół kursorem myszki. Oprócz dostępnych rzeczy, które Geron, albo Sadja zbierać będą podczas przygody, gracz znajdzie również dziennik, czy raczej notatnik, w którym zapisywane są istotne dla gry wskazówki. Wystarczy, że najedziemy myszką na jedną z postaci. 

Oprócz tego, podobnie jak w jedynce, dysponować będziemy czarami, które znajdziemy z lewej strony ekwipunku. Twórcy zaoferowali graczom większą ich ilość, przez co gra jest trudniejsza i wymaga więcej pomysłowości. Na szczególną uwagę zasługiwać może czar, który Geron dostaje od Brydy, dziewczyny z którą współpracuje podczas swojej przygody. Otóż nasz bohater otrzymuje różową soczewkę, która, jak tylko się przez nią spojrzy ukazuje graczowi, to czego nie widać gołym okiem. Podobną rzecz posiadał Jerzyk, w grze The Night on the Rabbit. Ciekawym czarem, który mnie osobiście przypadł do gustu jest czar wizji, w którym poprzez wybieranie odpowiednich przedmiotów, czy miejsc, możemy sterować poczynaniami innej osoby. 

Oprócz kombinowania z czarami, przyjdzie pomyśleć również nad zagadkami, których mamy w grze dość sporo. Są to nie tylko zadanie czysto przedmiotowe, ale i zagadki logiczne, które stanowią istotną część fabuły. Niestety twórcy zaliczyli do nich także znienawidzony przeze mnie labirynt, a raczej w przypadku tej gry leśne ścieżki, która dla mnie wyglądają tak samo, więc łatwo się zgubić. Dla mniej cierpliwych, przewidziano jednak ułatwienie, w postaci pominięcie owego zadania, ale opcja taka pojawi się po dość długim czasie kręcenia się po zalesionym terenie. 

Muzycznie gra nie zachwyca, ale i nie odstrasza, jest raczej stonowana i dopasowana do każdego z ośmiu rozdziałów na jakie jest podzielona. 

Podsumowując, panowie i panie ze studia Daedalic Entertainment, potwierdzili swoim dziełem, że z kontynuacji gry, potrafią stworzyć bardzo dobrą przygodówkę, oferując graczowi wiele godzin zabawy, a nie nudy. Oby w świecie przygodówek i nie tylko zdarzało się więcej tak dobrych kontynuacji, czego wszystkim życzę. 

Moja ocena 8/10.

Zalety:

  • Wielowątkowa fabuła
  • Śliczna grafika
  • Różnorodne zagadki
  • Ciekawe postaci;
  • Pomysłowe wykorzystanie czarów;
  • Postać Sadji


Wady:
  • Drobne błędy

Ayasa: Shadows of Silence, podróż przez sześć nawiedzonych krain

Ayasa: Shadows of Silence, podróż przez sześć nawiedzonych krain

 

Do mrocznego świata Ayasy wkroczymy w przygodowej grze platformowej, w klimacie grozy, z łamigłówkami i przygodą, w której nie zabraknie emocji. Gra nosi tytuł Ayasa: Shadows of Silence i pozwoli nam wcielić się w dziewczynę, której zadaniem jest przywrócenie równowagi w świecie na skraju upadku.

Ayasa: Shadows of Silence to gra, która łączy w sobie elementy przygodowe, z platformowymi, zamykając wszystko w klimacie rodem z horroru, ale stawiając także na emocje. W grze, której stworzeniem i wydaniem zajęło się studio Aya Games wcielimy się w dziewczynę, przed którą stanie nie łatwe zadanie. 

Przeczytaj również: 

Ayasa: Shadows of Silence to gra nastawiona na rozrywkę w stylu platformowym, na łamigłówki, grozę i emocje. Wcielamy się w niej w dziewczynę, która wkracza do odwróconego świata, w którym niegdyś dobro i zło istniało w wielkiej harmonii. Teraz jednak wszystko się zmieniło i krainie zagraża ciemność, która wszystko pochłania. 


Przejmując kontrolę nad dziewczyną o imieniu Ayasa ruszamy w podróż przez krainę, której równowaga utrzymywana przez Tasa Absolutnego, zostaje zachwiana. Wędrując przez ziemie Wiary, Nadziei, Miłości, Chciwości, Obojętności i Zdrad, spróbuje odnaleźć światła Tasa i przywrócić równowagę. 


W grze wkraczamy w niezwykle surrealistyczny świat, mierząc się z mechaniką polegającą na świetle i cieniu. Światło wykorzystamy, by odnaleźć ukryte ścieżki, zaś cień, by przechodzić przez tereny niebezpieczne. Zagadki dostępne w grze stawiają na logikę, precyzję i kreatywność. Nie zabraknie także starć z wrogami, w których pomogą umiejętności Ayasy, stopniowo odblokowywane, w tym tajemnice Odwróconego Światła. 


Ayasa: Shadows of Silence zadebiutuje na platformie Steam, na PC. Data premiery nie została ogłoszona. Gra dostępna z polskimi napisami. 

Karta Steam

Bad Cheese, kreskówkowy horror psychologiczny inspirowany animacjami z lat 20-tych

Bad Cheese, kreskówkowy horror psychologiczny inspirowany animacjami z lat 20-tych

 

W miesiącu grozy, czyli październiku zapowiedziany został Bad Cheese, kreskówkowy horror psychologiczny inspirowany animacjami z lat 20-tych, który wprawdzie nie ma jeszcze daty premiery, ale ma swoje miejsce na Steam.

Bad Cheese to kreskówkowa opowieść w klimacie grozy, dla której inspiracją stały się animacje z lat dwudziestych ubiegłego wieku, która została stworzona przez Simona Likasika, a której wydaniem zajęło się studio Feardemic, które podzieliło się przy okazji zwiastunem świeżo zapowiedzianej produkcji.

Warto także przeczytać:

Bad Cheese wcielamy się w niewielką mysz, której przyjdzie spędzić noc z ojcem, który nie stroni od przemocy, kiedy to mama musi wyjechać. Musi być grzeczny i zrobić wszystko, by tata był zadowolony. Razem z tatą, mamą, bratem i resztą demonów mieszkacie wspólnie, starając się nie sprawiać kłopotów. Musisz zrobić wszystko, by nie zostać ukarany. 


Zadaniem gracza jest zatem być grzecznym i służalczym dzieckiem, które szoruje, zmiata, zmywa, robi frytki, zabija pająki, a także przynosi tacie tabletki. Jedyną radością dla udręczonego dziecka jest eksploracja domu i szukanie smakołyków i namiastki normalności.


Bad Cheese swoją premierę będzie mieć na platformie Steam, na PC. Data premiery nie jest znana. 

Karta Steam

piątek, 18 października 2024

Egzorcysta papieża - recenzja horroru. Mroczna fantasy bajka o demonach

Egzorcysta papieża - recenzja horroru. Mroczna fantasy bajka o demonach

Egzorcysta papieża, recenzja horroru bazującego na faktach. Mroczna fantasy bajka o demonach, której inspiracją stał się watykański egzorcysta.

W filmowym świecie nie brakuje pojedynczych produkcji, a nawet całych filmowych serii, których motywem przewodnim jest opętanie, demony i wszelakie zjawiska natury nadprzyrodzonej. Jedną z najbardziej popularnych jest oczywiście seria Obecność, która powróci w filmie The Conjuring: Last Rites. Demony ponownie prześladować nas będą w nowej odsłonie serii Naznaczony, w horrorze Naznaczony: Czerwone drzwi, w sequelu Egzorcysty. Obecnie nawiedzają nas w jeszcze jednej części serii Martwe zło, w filmie Martwe zło: Przebudzenie i wielu innych produkcjach grozy

Może zainteresuje Cię także:

Tymczasem na streamingu, obecnie na Netflix, dostępny jest horror, który wydaje się zapowiadać kolejną serię, jeszcze jedną opowieść o nawiedzeniach i egzorcyzmach, podobnie jak historię Warrenów, znanych z Obecności, bazującą na prawdziwych wydarzeniach, choć mocno ubawionych i takich, które nie powinno się brać zbyt poważnie. Mowa oczywiście o filmie Egzorcysta papieża, który osiągnął kinowy sukces, i to dość szybko, mimo tego, że do ideału mu daleko, choć ogląda się go całkiem dobrze i który wkrótce po premierze został potwierdzony w kontynuacji Ale po kolei…..

Egzorcysta papieża – słowo wstępu, czyli skąd wziął się pomysł na film

Egzorcysta papieża to, jak już nadmieniłam we wstępie kolejna produkcja, która w założeniu opiera się na faktach, które dotyczą opętań, uznanych w kościele katolickim, na które nakłada się egzorcyzmy. Takimi zajmują się specjalnie przeznaczeni do tego celu, wyznaczeni przez najwyższe władze, w tym watykańskie, księża egzorcyści. Pomysł na powstanie opisywanego przeze mnie filmu zaczerpnięto z postaci autentycznie żyjącego egzorcysty papieskiego, księdza, włoskiego paulisty Gabriela Amortha, który został oficjalnym watykańskim egzorcystą w roku 1985. Ojciec Amorth, który dożył sędziwego wieku i umarł w roku 2016, przeżywszy 91 lat, to także autor wielu międzynarodowych bestsellerów, książek, w których spisywał swoje doświadczenia i spotkania z demonami, a miał ich w życiu naprawdę sporo.

Ojciec Amorth, współpracujący z włoskim duchownym rzymskokatolickim, stygmatykiem i świętym Kościoła katolickiego ojcem Pio, dał się poznać także z innej strony, jako przeciwnik jogi, z którą walczył i dzieł o Harrym Potterze, które uznawał za szatańskie, podobnie jak muzykę metalową. Ale szerokie zasoby literackie i spore doświadczenie egzorcysty stały się świetną okazją dla świata kina, który chętnie sięga po nadprzyrodzoność, by bardziej lub mniej straszyć. Zrobiono to zatem po raz kolejny i wydaje się, że w przypadku księdza Amortha, chyba nie pierwszy i nie drugi raz, co jak wiemy nastąpi. Czas pokaże!

Egzorcysta papieża – fabuła

Fabuła Egzorcysty papieża skupia się, jak domyślić się nie trudno, na egzorcyzmach. Tym razem ojciec Gabriel Armoth zostaje poproszony o pomoc pewnej rodzinie. Ta składa się z matki Julii, która niedawno została wdową, i jej dwójki dzieci, nastoletniej Amy i jej młodszego brata Henry’ego, który od śmierci taty, w tragicznym wypadku, którego był świadkiem, przestał się odzywać. Rodzina przyjeżdża do opactwa, którym zajmował się jej zmarły mąż. Julia zamierza go wyremontować, po czym oddać w inne ręce. Jak się okazuje, miejsce to ma swoją mroczną historię, o której jako pierwszy dowiaduje się chłopiec, wspomniany Henry.

Zwiedzając remontowaną posiadłość, zauważa w ścianie dziurę i pewien symbol, a niedługo później zostaje opanowany przez niezwykle mrocznego, bardzo silnego demona, który domaga się kontaktu jedynie z ojcem Armothem. I tak ten przybywa na miejsce, gdzie wraz pomocnikiem, nowym w tym fachu ojcem Esquibelem próbuje przegnać demona z ciała dziecka, ale i z innych domowników, jednocześnie poznając mroczną tajemnicę tego miejsca. 

Egzorcysta papieża – mroczna fantasy bajka o demonach

We wstępie wspomniałam, że opowieść w filmie Egzorcysta papieża to historia w założeniach oparta na faktach. Czerpie ona wprawdzie inspirację z notatek, pamiętników i zapisków znanego egzorcysty i pisarza, przede wszystkim z książek, głównie z dzieła „Wyznania egzorcysty”, ale film został odpowiednio ubarwiony, a historia mocno podkoloryzowana i z faktami mogąca nie mieć za wiele do czynienia. Jest to bowiem dzieło X muzy, mające na celu nas bawić, jeśli mówiąc o horrorze możemy tak w ogóle na film patrzeć. 

Egzorcysta papieża to powtórka z rozrywki jaką już wielu z was widziało, jeśli oczywiście lubicie taki filmowy gatunek. Jest opętanie, w tym to najgorsze, najbardziej przerażające, bo dotyczące dziecka. Jest demon, i to bardzo silny, który zmienia opętanej osobie głos, wyniszcza ją, a nawet zmusza jej ciało to przedziwnych zachowań, wykraczających poza medyczną logikę. W filmie po raz kolejny sięgnięto po jakże znany motyw walki dobra ze złem, i równie popularną współpracę doświadczonego egzorcysty z żółtodziobem w tym fachu, młodym początkującym jako „wypędzacz” demonów księdzem.

Sztampowa fabuły opierająca się na znanych motywach, która momentami jest banalna i nieco głupia, została jednak przez reżysera Juliusa Avery'ego i scenarzystów Evana Spiliotopoulosa i Michaela Petroni'ego ubrana w nieco nowocześniejsze szaty, które czynią tę produkcję, pomijając przedziwne zakończenie, bardziej lekką, dostępną dla większej ilości widzów, także dla tych, którzy za horrorami nie przepadają. Twórcy zabawili się postacią księdza Gabriela, którego potraktowali jak wojownika z demonami, stojącego na straży dobro zło, ale jednocześnie będącego w otwartym sporze z kościelnymi wyższymi władzami, mającego jednak poparcie u samego papieża. 

Jeśli oczekiwaliście po tym filmie produkcji grozy najwyższych lotów, i poszliście do kina by się przestraszyć, to możecie czuć się nieco oszukani. Egzorcysta papieża to nie do końca horror, bowiem o demonach i nawiedzeniach traktujący w sposób nieco luźny. Wprawdzie wszystkie znane nam elementy zostały zachowane, ale grozę przełamuje pewna kiczowatość, która momentami zahacza o komediowość, choć komediowym horrorem tegoż dzieła nie sposób nazwać. Nie brakuje aspektów kina superbohaterskiego, choć takim bohaterem jest osoba w sutannie. Postać księdza i bohatera tej demonicznej opowieści zdaje się być specjalnie przerysowana, nie podobno do obrazu księdza egzorcysty, do której może nie pasować, i przez to nie wszystkim może się podobać. 

Egzorcysta papieża - Russell Crowe w jednej z lepszych ról?

W takiej przerysowanej roli, ani nie komediowej, ani nie do końca nastawionej na grozę, jak się okazuje świetnie odnalazł się Russell Crowe, który wcielił się w postać ojca Gabriela Amortha. Jego postać jest zarówno osobą twardo stąpającą po ziemi, znającą swój fach egzorcysty i mrocznych demonów, jak i lekką, żyjącą dniem dzisiejszym, sprzeciwiającą się wyższej katolickiej władzy, a na kolejne egzorcyzmy poruszającą się skuterem. 

Horror w takiej formie pozwolił uwydatnić możliwości aktorskie Crowe’a, którego kojarzmy przede wszystkim z Gladiatora, Pięknego umysły, Noe: Wybrany przez Boga. Mogliśmy zobaczyć jego nieco inne oblicze w thrillerze Nieobliczalny, a także w superbohaterkim Thor: Miłość i grom. Zapracowany aktor, którego niebawem obejrzymy w wielu nadchodzących produkcjach, czuł się w roli ojca Gabriela tak dobrze, że nawet mimo przedziwności jaką mogliśmy oglądać na wielkim ekranie, nawet pomimo zakończenia rodem z fantasy bajki dla dorosłych, był w swej postaci bardzo wiarygodny, bardzo prawdziwy i bardzo „jakiś”, ciągnąc miejscami dziurawą fabułę mocno w górę.

Na uwagę zasługuje także towarzysz ojca Armotha, ojciec Esquibel, w którego wcielił się Daniel Zovatto, którego mogliśmy oglądać w horrorze Coś za mną chodzi, w trzymającym w napięciu Nie oddychaj, którego druga część Nie oddychaj 2 była w topowych produkcjach Netfliksa, a także w świetnym serialu Dom grozy: Miasto Aniołów. Jego zagubiona i nie mogąca odnaleźć się w świecie nie z tego świata postać początkującego księdza egzorcysty, jest równie na miejscu, jak postać której pomaga, czyli ojca Gabriela. 

Egzorcysta papieża – podsumowanie recenzji 

Egzorcysta papieża to film, który spośród produkcji grozy, bazujących na motywach egzorcyzmów, opętań i demonów, wyróżnia się nieco innym podejściem do tejże tematyki. Choć film nie jest idealny, a często wydawać się może zbyt banalny i przesadzony, niczym demoniczne fantasy, ta przesada jednocześnie ma w nim swój urok. Tytuł ten ma za zadanie bawić, i robi to na swój własny sposób, stworzony przez twórców, którzy postarali się postawiać na grozę, ale nie straszyć dosłownie, wplatając w mroczne kawałki nieco lekkości, i swoistego, ale nie komicznego humoru.

Dobre aktorstwo, szczególnie Crowe’a, ciekawa fabuła, która żyje własnym życiem, odświeżając sztampowe i znane już momenty grozy. Niezła muzyka, która podbija klimat, jednocześnie nie zagłuszając całości i nie przetłaczając przesadą. Na niewielkie ale może zasługiwać pewna przesada i zbyt mocne ubarwianie treści oraz zakończenie, które skręca zbyt bardzo w stronę fantasy przesady. Według mnie ma to jednak uzasadnienie, bowiem wydaje się być sugestią o tworzeniu kolejnej franczyzy grozy, bazującej na pamiętnikach i zapiskach, które przez długie lata spisywał egzorcysta ojciec Gabriel Armotht. Źródło jest zatem bogate, i mocno wypełnione, jest z czego czerpać, co zapewne zostanie ponownie wykorzystane. Myślę, że to tylko kwestia czasu. Pozostaje mi życzyć Wam miłej zabawy z seansu kina grozy, ale w nieco lżejszym, odświeżonym stylu. 

Moja ocena 7/10. 

Film możliwy do obejrzenia obecnie na platformie Netflix. 

Diuna: Proroctwo z datą premiery i nowym zwiastunem

Diuna: Proroctwo z datą premiery i nowym zwiastunem

 

Zdjęcie: Fragment oficjalnego plakatu serialu

Prequel Diuny czyli Diuna: Proroctwo zbliża się do swojej premiery, która przewidziana została już w listopadzie, oczywiście na platformie Max. Polski oddział tegoż serwisu podzielił się kolejnym zwiastunem, a także oficjalną datę premiery. 

Serial osadzony w uniwersum Diuny autorstwa Franka Herberta, prequel  filmowej Diuny, która zachwyciła widzów, produkcja o tytule Diuna: Proroctwo coraz bliżej swojego debiutu. Właśnie poznaliśmy nową filmową jego zapowiedź i potwierdzenie daty premiery. 

Warto przeczytać również:

Diuna: Proroctwo, serial inspirowany powieścią „Zgromadzenie żeńskie z Diuny”, napisaną przez Briana Herberta i Kevina J. Andersona rozgrywa się przed czasami w który poznaliśmy Paula Atrydy, na 10 000 lat przed nim, i przedstawia historię dwóch sióstr Harkonnen, walczących z siłami zagrażającymi przyszłości ludzkości. Siostry są założycielkami legendarnego zgromadzenia, które w przyszłości zasłynie jako zakon Bene Gesserit.

W obsadzie serialu HBOLegendary Television znaleźli się: Emily Watson, Olivia Williams, Travis Fimmel, Jodhi May, Mark Strong, Sarah-Sofie Boussnina, Josh Heuston, Chloe Lea, Jade Anouka, Faoileann Cunningham, Edward Davis, Aoife Hinds, Chris Mason, Shalom Brune-Franklin, Camilla Beeput, Jihae, Tabu, Charithra Chandran, Jessica Barden, Emma Canning i Yerin Ha.


Reżyserami serialu są: Anna Foerster, John Cameron i Richard J. Lewis, zaś twórcami scenariusza: Diane Ademu-John, Kevin J. Anderson, Brian Herbert, Frank Herbert, Leah Benavides Rodriguez, Jordan Goldberg oraz Carlito Rodriguez.

Premiera na Max przewidziana jest na 18 listopada 2024 roku.