Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja serialu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja serialu. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 lutego 2026

Stamtąd: sezon 3 - recenzja. Zmiany, pewne wyjaśnienia i nowe zagrożenie

Stamtąd: sezon 3 - recenzja. Zmiany, pewne wyjaśnienia i nowe zagrożenie

 

Zapraszam do przeczytania recenzji trzeciego już sezonu niezwykle wciągającego, bardzo tajemniczego i lubianego serialu w klimacie grozy, zatytułowanego From, czyli Stamtąd. Czas na pewne odpowiedzi i nowe zagrożenia. 

Kilka dni temu MGM+ podzieliło się z widzami zwiastunem najnowszego, czwartego już sezonu From, który potwierdził datę premiery. Wiemy, że pierwszy odcinek wyczekiwanej przez wielu serialowej grozy w miasteczku, z którego nie da się uciec, obejrzymy w kwietniu, w Polsce na HBO Max. Skoro premiera już dość blisko, postanowiłam przypomnieć sobie całość serialu i na świeżo podzielić się z Wami przemyśleniami na temat trzeciej serii, której recenzji jeszcze nie napisałam. Pora zatem nadrobić zaległości. Oto co myślę o Stamtąd: sezon 3 👇Recenzja zdradza pewne wątki fabularne, miejcie to na uwadze. 

Inne przykładowe moje recenzje seriali grozy na blogu:

Stamtąd: sezon 3 - odpowiedzi i zagadki, i nowe zagrożenia

Podobnie jak drugi, recenzowany przeze mnie sezon, tak i trzeci zaczyna się tam, gdzie skończył się poprzedni. Twist, który zaserwowali nam twórcy, okazuje się powrotem do normalnej rzeczywistości, ale jedynie na chwilę. Tabitha budzi się w szpitalu, poza miasteczkiem i przy pomocy pudełka śniadaniowego od Victora udaje się jej znaleźć jego ojca, i poznać tajemnicę jego żony, Mirandy. Okazuje się jednak, że pobyt w rzeczywistym świecie jest jedynie chwilowy. I tak ona, wraz z ojcem Victoria, policjantką i kierowcami karetki trafiają ponownie do miasteczka.

Tymczasem w miasteczku nie dzieje się najlepiej. Brakuje żywności, nadchodzi zima, a ucieczka Tabithy i jej powrót skłania mieszkańców do nazbyt ryzykownych, desperackich czynów. Jednocześnie popycha nie tylko Boyda, którego potwory starają się złamać, ale i większość uwięzionych tu ludzi już nie do bierności w działaniu, ale do walki z potworami, które zaczynają działać bardzo celowo. 

W poszukiwaniu jedzenia i odpowiedzi odnalezione zostaje nowe miejsce, które wyraźnie skrywa nowe zagrożenie, nowego potwora. Niepokój budzi także dziwna dama w kimono i ciąża Fatimy, której stan ów wyraźnie nie służy.

I gdy w końcu udaje się rozwikłać zagadkę tajemniczych dzieci i symbolu, które widują Tabhita i Jade, gdy Victor przypomina sobie istotne chwile ze swojego życia, a Jullie zaczyna rozumieć więcej i łączyć fakty, na horyzoncie pojawia się nowe, przerażające i nieznajome zagrożenie. Odkrywanie tajemnic budzi nowego potwora, ujawnionego w finale serii mężczyznę w żółci, który stanie się kluczową postacią w nadchodzącym w kwietniu sezonie czwartym

Stamtąd: sezon 3 - w miasteczku zmiany, pewne wyjaśnienia, ale.... 

Wspominałam przy okazji recenzji pierwszego sezonu Stamtąd, że motywem przewodnim pierwszych dziesięciu odcinków były znaki zapytania. Widz wciągany był w pogmatwaną fabułę, utrzymywany w napięciu i ciągłej fabularnej niepewności. Nie zamierzano nam zdradzać sekretów, które namnożyły się w serii drugiej, zakończonej zaskakującym twistem, wywracającym fabułę do góry nogami. Obejrzawszy sezon drugi byliśmy równie nieświadomi wątku fabularnego, jak po części pierwszej, a może i bardziej. 

Tymczasem nowy sezon, stawiający oczywiście na kolejne zagadki, na nowe znaki zapytania, na inną, trudniejszą do rozwikłanie niewiadomą, coś widzowi jednak wyjaśnia. Twórca serialu John Griffin, dzięki kluczowym postaciom dwóch poprzednich sezonów, zarysowuje rolę chłopca w bieli, poznajemy historię tajemniczych, przerażających dzieci, które nawiedzają Tabithę i Jade'a, rolę symbolu który mężczyzna widzi. Victor przypomina sobie istotne fragmenty ze swego dziecięcego życia.

I mimo tego, że zagadka poprzednich sezonów jest już nieco bardziej przejrzysta, niepewność zbudowana przez sekrety zostaje zachowana. Ciąża Fatimy i dziwna kobieta w kimonie, wydaje się grać ważną rolę w historii, która zaczyna zahaczać o wędrówkę w czasie. Przez chwilę jesteśmy z Tabithą poza miasteczkiem, poznając opowieść o matce Victora. Odwiedzamy wraz z bohaterami zupełnie nowe miejsce, w którym jak się wydaje może czyhać zupełnie inna bestia, inny byt, inne zagrożenie. W tym sezonie miasteczko, które nigdy się nie zmieniało, wyraźnie się przeobraża, drzewa gubią liście, pada śnieg, a potwory z lasu zaczynają wprowadzać w życie nowy plan złamania Boyda. W tej części mieszkańcy przestają być bierni, stawiając na walkę z zagrożeniem, usilnie, z różnym skutkiem, walcząc o powrót do domu. 

Ale mimo tego, że dostajemy odpowiedzi, wiele tajemnic nie jesteśmy w stanie rozwikłać, a wściekłość miasteczka zdaje się narastać i pokazywać zupełnie inne oblicze. Finał Stamtąd: sezon 3 ujawnia bowiem nowego potwora, tajemniczego mężczyznę w żółci, który będzie zapewne stanowił ważnego wroga w kolejnych odcinkach, w których za wiedzę trzeba będzie zapłacić.

Stamtąd: sezon 3 - wracamy do znanych postaci, dokładamy nowe 

Stamtąd: sezon 3 to powrót znanych nam z poprzednich odcinków serii postaci, które stanowią kluczową nić fabularną, i którym w kolejnych odcinkach zaplanowano zmiany, a niektórym z nich większą rolę w miasteczku. 

Na pierwszy plan wysuwa się, po raz kolejny szeryf Boyd Stevens, w którego wcielił się Harold Perrineau (Zagubieni, Pazury), który mierzy się nie tylko z wyzwaniami jakie stawia miasteczko, które się zmienia, ale którego potwory próbują złamać psychicznie stawiając go przed kluczowymi wyborami moralnymi. Na dodatek szeryf musi radzić sobie z wyraźnie postępującą chorobą. 

Kluczowymi postaciami, przede wszystkim w kierunku wyjaśnienia istotnych zagadek symbolu i przerażających, tajemniczych dzieci są Tabitha Matthew, grana przez Catalinę Sandino Moreno (Ballerina. Z uniwersum Johna Wicka, Wśród nocnej ciszy) oraz Jade Herrera, w którego wcielił się David Alpay (Red Rooms, Dowód niewinności). Oboje mają podobne wizje, i w tej odsłonie serii dowiadujemy się o nich znacznie więcej. Okazuje się, że kiedyś byli sobie znacznie bliżsi, niżby się nam mogło na początku wydawać. 

Swoje istotne miejsce dla popchnięcia fabuły do przodu, a przynajmniej pewnej jej zagadki ma również Victor, w którego w serialu gra Scott McCord (Tylko nie strzelaj, 16 przecznic). Udaje się mu się nie tylko spotkać z ojcem, nową postacią w sezonie, ale również przypomnieć sobie wydarzenia związane z jego matką i chłopcem w bieli. Nową rolę odkrywa towarzysząca mu w przypominaniu Sara, odgrywana przez Avery Konrad (Honor Society, Władca mroku). 

W nowym sezonie większą rolę odkrywa Fatima, w którą wcieliła się Pegah Ghafoori, której ciąża staje się przyczynkiem dla nowych niejasności i kolejnych problemów, a także pojawienia się nowej dziwnej postaci i większego zaangażowania z opowieść jednej z nowych postaci w serialu, podróżującego autobusem Elgina Wiiliamsa, granego przez Nathana D. Simmonsa.

Swoje znaczące miejsce w kształtowaniu fabuły mają również Jullie Matthews, zagrana przez Hannah Chermany, która odkrywa w sobie pewny dar i Marielle, w którą wcieliła się Kaelen Ohm oraz Randall zagrany przez A.J. Simmonsa. Wszystkie te osoby doświadczyły kontaktu z tajemniczymi ćmami, zapadły w sen, a teraz doświadczają tego konsekwencji. 

Nie można zapominać o liderce Domu kolonialnego Donnie Rainers, w którą wcieliła się Elizabeth Saunders, Kennym pełniącym niegdyś miano zastępcy szeryfa, w którego wcielił się Ricky He, lekarce Kristii, zagranej przez Chloe Van Landschoot, synu szeryfa Ellisie, w którego wcielił się Corteon Moore czy Ethanie Matthewsie, zagrany przez Simona Webstera

Nowy sezon to także nowa postać, związana bezpośrednio z kontynuacją opowieści w sezonie drugim. Do miasteczka wraz z Tabhitą powraca ojciec Victora, Henry, w którego roli zobaczyliśmy Roberta Joy'a.

Stamtąd: sezon 3 - podsumowanie. Niewiadome nabierają kształtu, lecz za rogiem czyha nowe zagrożenie

Sezon trzeci serialu Stamtąd jest zdecydowanie bardziej brutalny, mocniej wyrazisty, momentami zaskakujący, zmieniający nie tylko miasteczko, ale i same serialowe postaci. Trudno jest pisać jego recenzję bez mniejszych czy większych spojlerów, bez zdradzania szczegółów i szczególików, bo wiele wątków, zgodnie z obietnicami twórców, zostaje rozjaśnionych. Jednak zwyczajem tej opowieści grozy jest budowanie niepewności i stale zmieniającej się grozy. Pojawiają się zatem nowe zagrożenia, nowe miejsce i zupełnie nowy wróg. Nie wiemy kim jest mężczyzna w żółtej marynarce. Nie wiemy jaką rolę w kształtowaniu historii odegra Julie. 

Nowe odcinki to jak wspomniałam zmiany w miasteczku, ale również w samym bohaterach, którzy z każdym sezonem stają się bardziej wyraziści, bardziej kluczowi i bardziej zdeterminowani. Przez nich, a może dzięki nim, dzięki dobrze nakreślonym postaciom i ich jakże ludzkiej osobowości, fabuła nabiera wyrazu nie tylko grozy, ale i dramatu. Trudne decyzje, często moralne, jakie muszą podejmować nadają opowieści klimatu i napędzają płynność fabularną. Zdecydowanie im dalej w las, im głębiej zanurzamy się w opowieść, tym ta robi się ciekawsza, przejmująca, mroczniejsza, dobitniej straszna. Potwory są okrutne i celowe, a ludzie zdeterminowani, choć bardzo, bardzo zmęczeni. 

Czuję, że kolejne odcinki, w których podobno dziać się ma bardzo wiele, zdecydowanie mnie nie zawiodą. Czekam zatem na seans, martwiąc się jedynie tym, że na kolejne postępujące po sobie odcinki czekać będą musiała cały długi tydzień. 

Serial Stamtąd w sezon 1, 2 i 3 można w Polsce oglądać na platformie HBO Max. 


czwartek, 4 września 2025

Wednesday - recenzja drugiego sezonu. Panna Addams i kolejna rodzinna tajemnica

Wednesday - recenzja drugiego sezonu. Panna Addams i kolejna rodzinna tajemnica

 

Serdecznie zapraszam do recenzji podzielonego na dwie części, drugiego sezonu serialu Netfliksa, zatytułowanego Wednesday. Czy znów udało się twórcom mnie nim zachwycić? O tym w poniższym tekście! 

Jestem bardzo, bardzo świeżo po dawkowaniu sobie całego drugiego sezonu serialu Wednesday, którego platforma Netflix, starym zresztą zwyczajem, podzieliła na dwie części. Kolejne serie dzielił od siebie okres jednego miesiąca. Pierwszą część, w której skład weszły cztery odcinki obejrzałam zatem 6 sierpnia, kolejne cztery części drugiej wczoraj, czyli 3 września. Korciło mnie by napisać krótką ocenę odcinków po obejrzeniu sierpniowych epizodów, które w pewnym sensie, i muszę to od razu napisać, mnie rozczarowały, ale powstrzymałam lejce i cierpliwie czekając do września, postanowiłam napisać ocenę całości. I oto ona! 

Inne przykładowe serialowe recenzje na blogu:

Serial Wednesday w pierwszym sezonie, którego miałam przyjemność recenzować i byłam nim zachwycona, dając mocne 9/10, zadebiutował w serwisie Netflix w roku 2022, czyli trzy lata temu. Wieść o przedłużeniu opowieści o córce Addamsów, no i trochę także o jej rodzinie, podnieciła widzów i rozbudziła ich nadzieje na więcej, lepiej, ciekawiej...., w tym także mnie. Nie dziwota zatem, że na premierę pierwszej części czekałam z zapartym tchem i nadzieją, że poczuje ten sam, a może dużo lepszy gotycki klimat, zanurzę się w tajemnice, posłucham inteligentnych dialogów, a przede wszystkim dostanę nową, elektryzującą dawkę Ortegi jako Wednesday Addams.

No i niestety po pierwszych czterech epizodach moje marzenie o serialu idealnym parafrazując pewien cytat z animacji "padło z lekka na ryjek". Prawdę powiedziawszy do seansu lekko się zmuszałam, bo opowieść zaczęła mnie nieco nudzić, a mieszanina i spłaszczanie wątków, denerwować. Ale po kolei....

Drugi sezon rozpoczyna się od powrotu Wednesday do Nevermore, w którym sporo się zmienia. Po pierwsze jest zupełnie nowy dyrektor, z zupełnie nowym planem na edukacje i szkolne zasady, po drugie nasza mroczna i egocentryczna Addamsówna staje się szkolną celebrytką, co wyraźnie się jej nie podoba. Na dodatek traci swoje moce, co nie pozwala jej w pełnie skonfrontować się z dawnym wrogiem i poradzić sobie z przepowiednią, w której jej przyjaciółce Enid Sinclair grozi wielkie niebezpieczeństwie.

W tle opowieści o serialowej protagoniście ponownie pojawia się jej rodzina, której, w przeciwieństwie do sezonu pierwszego, jest zdecydowanie więcej. Sporo miejsca twórcy, a głównym pomysłodawcą serialu jest ponownie Tim Barton, poświęcili Pugsley'owi Addamsowi, który zyskuje nietypowego przyjaciela, który zgodnie ze szkolną legendą, leży zakopany gdzieś pod pewnym drzewem. Jest i wątek rodziców, a dokładniej konfliktu Morticii Addams z jej matką Hester Frump. 

Równocześnie ze śledztwem panny Addams, która po raz kolejny próbuje bawić się w detektywa, i po raz kolejny odkrywa mroczne tajemnice związane z jej rodzicami, śledzimy w serialu mnóstwo pobocznych, często chaotycznych wątków, które w pierwszych odcinkach mogą nieść poczucie totalnego nieładu i wprowadzać w konsternacje. Okazuje się bowiem, że serial z gotyckiej tajemnicy nagle przeradza się w opowieść o zombie, romansach Enid i szalonym dyrektorku. 

Na dodatek Wednesday przestaje być jak ona. Do grania Ortegi zaczynamy się przyzwyczajać, i nie robi już ona na nas takiego wrażenie (a przynajmniej nie na mnie), a i ona sama gdzieś porzuciła swój image, swój styl. Rodzi się pytanie, gdzie podziały się monochromatyczne stroje Addams, gdzie gotycki szyk i mroczna elegancja?

W recenzji pierwszego sezonu wspominałam o jej wyjątkowych kreacjach: "Stroje łączące klimat mroku, przełamane bielą, świetne kamizelki, staromodne koszule, szerokie spodnie, ciężkie buty i zgrzebna, prosta fryzura. Czegoż można więcej pragnąć w wyglądzie córki Addamsów?" W drugim niestety nie mam o czym. Panna Wednesday paraduje w szkolnym mundurku, jedynie od czasu do czasu przywdziewając na siebie niczym nie wyróżniające się szatki.

Tym razem kreacje ubraniowe, schodzą na plan dalszy, ustępując nowościom do produkcji wprowadzonym. Nudnawa część pierwsza, w której ogrom wątków zostaje jedynie liźnięta, na szczęście rozkręca się w części drugiej, która jest wyraźnie ciekawsza, a zagadkowość i pozornie niepotrzebne wątki, zaczynają się spajać.

Właściwie część druga jest tak skonstruowana, że trudno ją opisywać bez wprowadzania do tekstu spojlerów, czego oczywiście nie zamierzam robić. Mogę jedynie napisać, że sekrety się wyjaśniają, tajemnicę zazębiają, a na ekranie dzieje się więcej lepszego niż podczas czterech odcinków części pierwszej.

Spora w tym zasługa lepiej napisanego scenariusza, który sprytnie łączy poszarpane elementy opowieści, ale i powrotu znanych postaci sezonu pierwszego, ale i zupełnie nowych. W kontynuacji serialu powracają znane postaci i ci sami aktorzy. Na ekranie ponownie Jenna Ortega (Śmierć jednorożcaBeetlejuice Beetlejuice) jako Wednesday Addams, Catherine Zeta-Jones (z której twarzą stało się coś niedobrego) jako Morticia Addams, Luis Guzman jako Gomez Addams, Isaac Ordonez jako Pugsley Addams, Fred Armisen jako Fester, Emma Myers (Minecraft: Film) jako Enid, a także przez lubiana Rączka i wiele innych znanych już nam postaci, pełniących mniej czy bardziej ważne role.

Ale w nowej opowieści swoje spore miejsce i swój indywidualny klimat mają również nowi bohaterowie, nowe postaci i tym samym nowi aktorzy. Na plan pierwszy wysuwa się tu Agnes, pretendująca do roli przyjaciółki, fanka Wednesday, grana przez Evie Tampleton (Władca mroku, Pinokio).Posiadająca wyjątkową urodę, wielkie zielone oczy, rudowłosa dziewczyna, obdarzona darem niewidzialności jest powiewem świeżości, potrafiącym przykuć uwagę, zdecydowanie mocniej niż Enid. 

Jest i matka Morticii, bogata właścicielka zakładu pogrzebowego Hester Frump, w którą wcieliła się Joanna Lumley, a także dyrektor Dort, w którego postać wcielił się Steve Buscem oraz Billie Piper (Dom grozy), która zagrała nową nauczycielką muzyki Isadorę Capri. Nie sposób nie wspomnieć także o przytoczonym tu już przeze mnie zombie, w którego wcielił się Owen Painter, dawnej dyrektorki Akademii Larissy Weems, zagranej przez Gwendoline Christie i wielu pozostałych postaciach, których pozwolicie wymieniać nie będę, bo jest ich naprawdę sporo. 

Natłok postaci pierwszo i drugoplanowych i pomieszanie wątków sprawia, że im dalej w serialowy las, czyli im głębiej w odcinki, trwające każdy z nich około 50 minut (niektóre nieco dłużej), tym robi się coraz bardziej dziwniej, coraz mroczniej, i bardziej krwawo.

Nowy sezon mniej stawia na gotyk i klimat tajemnicy, choć taki również występuję, zdecydowanie bardziej podkręcając atmosferę w stronę grozy, w kierunku horroru, nie szczędząc tym samym istnego gatunkowego miszmasz. Serwowana nam jest opowieść detektywistyczna, groza, także zombie horror oraz nuta fantasy. Mamy rodziną dramę, mroczną czarną komedię, typową dla Bartona, a nawet zamianę postaci. Przyznacie, że to całkiem sporo. 

Po raz kolejny nie zawodzę zdjęcia, które mocno podkręcają klimat. Narzekać nie można również na muzykę i na rytm poprowadzonej fabuły, która w drugiej części pędzi do przodu jak szalona, przykuwając uwagę mocniej niż mi się wydawało, dając jednocześnie furtkę do sezonu trzeciego, jednocześnie zamykając i otwierając nowe wątki. 

Podsumowując sezon drugi odnoszę wrażenie, że aby w pełni ocenić Wednesday: sezon 2 powinnam recenzować pierwszą i drugą część osobno, gdyż te wyraźnie od siebie odstają, pierwszy nieco zawodząc i przynudzając, drugi gnając fabularnie jak opętany. Pierwsze cztery odcinki to zwykłość nad zwykłościami, a nawet serialowe przynudzanie. Za to ilość informacji wtłaczanych nam do głowy jest w drugiej części sezonu drugiego znacznie obszerniejsza, i mocniej angażująca, przez co cały sezon jest zwyczajnie nierówny. 

Sprytnie wyjaśnione wątki, nieco spłaszają i łagodzą rozczarowanie wstępem i brakami w charakteryzacji postaci, jeśli chodzi o kostiumy. Cieszy wprowadzenie do historii nowych, bardzo charakterystycznych, a nawet charyzmatycznych postaci, w tym cudownego rudzielca Amber. Zadowala klimat Tima Bartona, który szczególnie w ostatnich trzech odcinkach jest mocno wyczuwalny. 

Mam jednak problem z oceną całości serialu, gdyż pierwsze cztery odcinki oceniałabym na jakieś5/10, kolejne cztery na mocne 8. Finalnie nie jestem w stanie dać kontynuacji takiej samej noty, a już z pewnością nie wyższej niż ta jaką oceniłam sezon pierwszy. Z żalem daję zatem coś pomiędzy, trochę na zachętę i w nadziei, że część trzecia jednak mnie nie zawiedzie.

Moja ocena 7,5/10. 

Serial Wednesday w dwóch sezonach można obejrzeć na Netflix.


środa, 30 kwietnia 2025

Kingdom: recenzja. Historyczny horror z zombie w roli głównej

Kingdom: recenzja. Historyczny horror z zombie w roli głównej

Zapraszam serdecznie do przeczytania recenzji nietypowego, bo zombie horroru z historyczną nutą. Sprawdź co sądzę o serialu Kingdom od platformy Netflix.

Zombie, temat wałkowany przez filmowych, serialowych, komiksowych czy nawet growych twórców już od dłuższego czasu. Na ekranach śledziliśmy kolejne sezony serialu The Walking Dead, w tym spin-offy jak The Walking Dead: Dead City. Gracze mogli zatopić się w zombie świat w przygodówki z elementami akcji od Telltale Games, pod takim samym tytułem. Produkcji, w których ludzkość zmaga się z apokalipsą żywych trupów jest co niemiara. Temat trupiej epidemii zechciał podjąć także Netflix. Na platformie dostępny jest serial z Korei Południowej, zatytułowany: Kingdom, który temat przerażającej zarazy podejmuje w nieco inny sposób i robi to zaskakująco dobrze, i to w dwóch sezonach.

Warto przeczytać również:

Reżyser tego dwusezonowego serialu, opartego na książce "The Kingdom of the Gods", Kim Seong-huna zasłynął rewelacyjnie przyjętym w Korei Południowej filmem Tunel, który pojawił się w kinach na całym świecie. 

Tym razem twórca przenosi widzów w świat średniowiecznej Korei, podczas panowania dynastii Joseon. Głód, wyraźny podział między klasą wyższą a biedotą i długoletnia wojna sprawiły iż państwo znalazło się w opłakanym stanie. Następca tronu, w tej roli Ji-hoon Joo jest dzieckiem z nieprawego łoża, któremu objęcie władzy może udaremnić prawowity potomek króla, który niebawem ma się urodzić. Problem w tym iż panujący król zapada na śmiertelną chorobę i wszystko wskazuje na to, że jest bliski śmierci lub już nie żyje. Zdesperowany książę, wraz ze swym gwardzistą wykrada dziennik królewskiego lekarza, który, jak się okazuje jest świadectwem skrywanych w pałacu tajemnic. Sytuacja staje się jeszcze bardziej dziwna, kiedy to młody następca tronu wkradając się chyłkiem do pałacu,  prawie ginie z rąk przerażającej bestii. Jeszcze nie wie, że jego ojciec jest początkiem krwawej i przerażającej epidemii. Oskarżony o zdradę musi uciekać z pałacu, stając wkrótce na czele niewielkiej grupy ludzi, którym udało się uciec z rąk, a raczej paszcz żywych trupów, grupy która musi zrobić wszystko, by zabójcza epidemia nie rozniosła się na cały kraj.


Prześwietlana już na wszystkie możliwe sposoby fabuła oparta o motyw apokalipsy zombie, w wypadku serialu Kingdom jest świeżym spojrzeniem na ten już przyznacie sami ograny motyw i to z kilku powodów. Pierwszym i zasadniczym jest pomieszanie gatunków filmowych. Kingdom lawiruje na granicy historycznego dramatu, w którym postawiono nie tylko na rozmach i oddanie klimatu czasów feudalnych, ale umiejętnie pokazano surowość i bezkompromisowość władzy. Ona nie zna litości i nie zawaha się ani przez moment, spiskując, kłamiąc i zabijając tych, którzy staną im na drodze do osiągnięcia celu. Opisywany przez mnie serial to także i przede wszystkim, horror i jednocześnie trzymający w napięciu thriller fantasy, w którym zdarzają się nawet komediowe momenty.

Kim Seong-hun wraz ze scenarzystą Kim Eun-hee, który odpowiedzialny jest za koreański serial Signal, postanowili spojrzeć na problem zombie w inny sposób. Umarlaki to wprawdzie brutalne i pragnące ludzkiego mięsa potwory, ale już nie tak powolne i ślamazarne, potrafiące biegać równie szybko co żyjący ludzie. Śmierć i przemiana z rąk tych bestii następuje niemal natychmiast a one same boją się światła słonecznego, chowając się podczas dnia w przeróżnych ciemnych zakamarkach.

Chwilę spokoju podczas panowanie na niebie słońca są dla widza odskocznią od trzymającej w napięciu akcji, która nie tylko straszy przerażającymi żywymi trupami, które muszę przyznać wyglądają bardzo wiarygodnie, ale i z drugiej strony przynosi obraz świata historycznego, obrazując realia zniszczonego i gnębionego ludu, który nigdy nie widział mięsa. Pokazuje także bez ogródek i przymykania oczu przepych i bogactwo szlachty oraz dynastii królewskiej.

Kingdom umiejętnie łączy apokalipsę i klasyczne jej problemy, śmierć i zniszczenie z rozmachem filmu historycznego, w którym na pierwszy plan wysuwają się przepiękne stroje, urokliwe, oświetlone lampionami sale królewskie, wymyślne fryzury dam dworu i samej królowej czy efektowne walki szermiercze. Bogactwo i przepych miesza się tu z wszechobecną biedą, zgnilizną i rozpaczą i pewną typową dla ludności azjatyckiej pokornością.

Świat serialu Kingdom nie jest przytulny, jest pełen brutalności, szybkiej akcji i dreszczyku, ale bywa także nieco zabawny, między innymi przez całkiem zgrabnie wykreowane role i prześmiewczy charakter niektórych postaci, które zostały napisane w taki a nie inny sposób dla lepszego nakreślanie kontrastu między bogactwem, a biedą.

W serialu zobaczymy obok Ji-hoon Joo jako księcia, między innymi Doona Bae modelkę i aktorkę znaną z filmu Tunel, która wcieliła się w rolę medyczki Seo-bi, Sang-ho Kima jako gwardzistę Moo-yeong i wiele innych. Każda z postaci jest tu bardzo charakterna, mniej lub bardziej wyniosła, buntownicza lub bardzo uległa, ale każda jest jakaś, co w połączeniu z szybkością akcji i zgrabnie stworzonym scenariuszem oraz niezłymi zdjęciami sprawia, że po sześć odcinków każdego sezonu pochłania się niemal natychmiast.

Kingdom to godny uwagi serial, który zaciekawił mnie już w zwiastunie i który chciałam obejrzeć gdy tylko przeczytałam jego zapowiedzi. Liczyłam na dobre kino i miałam rację. Nie zawiodłam się, a wręcz czuję niedosyt, że to już koniec, pozostając z przeświadczeniem, że to jednak dla mnie za mało. Po obejrzeniu pierwszej serii, mocno czekałam  na sezon drugi, nie spodziewając się zawodu, ale więcej emocji i jeszcze lepszej zabawy, którą oczywiście dostałam. 

Daje serialowi Kingdom mocne 8/10 i serdecznie go polecam.

Serial w dwóch sezonach można obejrzeć na Netflix. 


poniedziałek, 28 kwietnia 2025

Już nie żyjesz - recenzja pierwszego sezonu. Serial bawiący się formą i zwrotami akcji

Już nie żyjesz - recenzja pierwszego sezonu. Serial bawiący się formą i zwrotami akcji

Serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji pierwszego sezonu serialu platformy Netflix, zatytułowanego Już nie żyjesz, mrocznej komedii mającej na platformie aż trzy sezony. 

Koncertowo zagrane role, rewelacyjnie napisane dialogi i mnóstwo twistów, zamknięte w serialu Netflixa, Już nie żyjesz, w czarnej komedii o stracie, żałobie i…. przyjaźni. Takie w skrócie jest dzieło Elizabeth Feldman, które w postaci dziesięciu serialowych odcinków pierwszego sezonu opisałam w recenzji, a w trzech sezonach można obejrzeć na platformie Netflix.

Warto przeczytać także:

Już nie żyjesz, tytuł, który mógłby wskazywać na klasyczny film akcji z groźbą w tle, ale tak nie jest. Serial o którym mowa w tym tekście to, jak wspomniałam na wstępie, klasyczna czarna komedia o radzeniu sobie z żałobą, o borykaniu się z samotnością, złości, niesprawiedliwości, stracie, buncie i przede wszystkim przyjaźni oraz…. wielu innych, czasami zaskakujących aspektach życia. Autorka serialu postanowiła bowiem wrzucić do swojej opowieści, zapowiadającej się na emocjonalne, bardziej psychologiczne wniknięcie w ludzką głębie, szereg niespodziewanych, a może jednak spodziewanych zwrotów akcji, które mimo wszystko zaskakująco dobrze się ogląda.

Bohaterkami serialu są dwie, jakże różne kobiety, które połączyła bardzo silna przyjaźń, zbudowana jednak na dość niestabilnych relacjach, które niczym wieża, zaraz z pewnością się zawalą. Jen (Christina Applegate) niedawno straciła męża. Ten zginął w wypadku samochodowym, potrącony przez nieznanego sprawcę, który uciekł z miejsca zdarzenia. Wściekła, sfrustrowana, wybuchająca złością matka dwóch synów, szuka pomocy w grupie wsparcia zwanej „Przyjaciele Nieba”. Na kolejnym mitingu poznaje uroczą, spontaniczną Judy (Linda Cardellini), której życie również nie szczędziło smutków, choć nieco innych. W myśl zasady, że przeciwieństwa się przyciągają, opętana wręcz obsesyjnym pragnieniem odnalezienia sprawcy zabójstwa męża Jen i ukrywająca mroczną tajemnicę, próbująca ją pocieszyć Judy, nagle stają się sobie niezwykle bliskie, bardziej niż niejedna rodzina.

To w zasadzie wszystko co mogę napisać w kwestii fabuły, by nie wkroczyć na bardzo grząski teren wypełniony spojlerami. Już nie żyjesz, to bowiem serial, który niemal natychmiast odsłania najważniejszą kartę, podając ją widzom jak na tacy, a następnie obudowuje wokół niej kolejne zwroty akcji, przechodząc od obyczajowo – psychologicznej opowiastki z domieszką czarnej komedii, w thriller z licznymi twistami, aż po dramat. 

Elizabeth Feldman próbowała w nim dotknąć wielu problemów, zahaczając momentami o melodramatyzowanie i przesadę, która jednak doskonale wpisuje się w konwencję serialową, stworzoną specjalnie dla Netflixa. Bo czyż nie o to chodzi, by oglądając serial spędzać czas miło i przyjemnie, nie zasmucając i dręcząc widza problemami dojrzałej kobiety po traumatycznych przejściach? Już nie żujesz nie stawia, mimo początkowej konwencji, jedynie na dramatyzm i umartwianie. Tak właściwie w przeciągu kilku odcinków otrzymujemy bardzo specyficzny kogel – mogel, który choć nie jest mieszanką najwyższych lotów, ogląda się naprawdę dobrze. Przyznam się Wam szczerze, wchłonęłam wszystkie odcinki prawie jednym tchem, choć bardzo szybko zorientowałam się, albo….wyczułam, co tu tak naprawdę jest grane.

A grane jest wiele i to nie tylko jeśli chodzi o samą pokręconą fabułę, która momentami trąci myszką, czyli powiela schematy. Mamy choćby przedstawienie postaci wrednej, bogatej teściowej pogrążonej w umartwianiu się i zgryzocie po śmierci jedynaka, która swoje żale i pretensję wylewa na synową, będącą zwyczajnie pod ręką, bo pracującą w podobnej dewelopersko – mieszkaniowej branży.

Pisząc o graniu, miałam jednak na myśli przede wszystkim świetnie obsadzone role i doskonałe aktorstwo, które jest w tym wypadku kwintesencją tego filmowego projektu. Dawno nie widziana na wielkim ekranie Christina Applegate, która wszystkim widzom kojarzy się zapewne z rolą głupiutkiej Kelly w Świecie według Bundych, wyciągnęła ze swojej roli wybuchowej żądnej zemsty, pogrążonej w żałobie furiatki, tyle ile mogła i zrobiła to w iście perfekcyjny sposób. Grana przez nią postać Jen jest po prostu niezwykle naturalna, rzucająca „mięsem” gdy chce, wściekła gdy na to ochotę i płaczliwa, gdy przyjdzie moment załamania. Zupełnie inny obraz wykreowanej postaci delikatnej, dobrotliwej, nieco infantylnej, skrywającej sekret, zagubionej, ale bardzo oddanej w przyjaźni, prezentuje Linda Cardellini, swoją rolą Judy. Obydwie aktorki żyją postaciami, które odgrywają, stają się nimi w sposób dosłowny, są nad wyraz autentyczne, przez co odbiór serialu jest łatwiejszy i bardziej dosadny, co wcale nie jest takie proste, zważywszy na mnogość wątków i gwałtownych zmian fabularnych koncepcji.

Analizując serialową historię, którą pragnęła pokazać Elizabeth Feldman w Już nie żyjesz, nie sposób odnieść wrażenia, że autorka skupiła się przede wszystkim na kobietach, spychając męską część światka na boczne tory. Zdaje się, że istotą serialu jest właśnie kobieca przyjaźń, to ona gra tu pierwsze skrzypce, a to co dzieje się w między czasie, jest tylko barwnym, pokręconym i bardzo zmiennym dodatkiem, umilającym oglądanie projekcji, rodzajem zabawy, która tak naprawdę nie ma końca i może trwać dalej.

Już nie żyjesz bawi się fabularną przeplatanką, spychając w kąt wszystko to co zwykłe i zaszufladkowane. Serial jest wariacją twistów, mieszaniną stylów i form, ubarwioną świetnymi dialogami i równie udaną grą aktorską. Jeśli spodziewaliście się po nim gatunkowej stałości i zamkniętych ram, to nie jest to serial dla Was. Natomiast gdy chcecie nieźle się bawić, zatopić się w wciągającą i mimo pewnego dramatyzmu odprężającą opowieść o dziwnej, ale i pięknej przyjaźni, to zdecydowanie go polecam. 

Za pierwszy sezon stawiam mocne 7/10, dając kredyt zaufania kontynuacji opowieści.

Serial Już nie żyjesz w trzech sezonach można obejrzeć na platformie Netflix.

sobota, 29 marca 2025

Seria Niefortunnych Zdarzeń – recenzja pierwszego sezonu serialu Netflix

Seria Niefortunnych Zdarzeń – recenzja pierwszego sezonu serialu Netflix

Zapraszam serdecznie do przeczytania recenzji pierwszego sezonu serialu Seria Niefortunnych Zdarzeń. Miłej lektury! 

Seria Niefortunnych Zdarzeń, to składająca się z 13 tomów, tragikomiczna opowieść o trójce osieroconego rodzeństwa, autorstwa Daniela Handlera, znanego bardziej jako Lemony Snicket. Ten cykl książek przeznaczonych dla młodzieży, swoją niecodzienną formą, w której autor sprytnie połączył dramat z komedią i czarny humor z abstrakcją, szybko zyskał sobie spore grono czytelników. Wśród nich (choć z wieku nastoletniego wyrosłam już dawno), znalazłam się i ja. Chłonęłam po kolei tom za tomem, zaciekawiona tym, jaki finał będą miały pokręcone i jakże dramatyczne losy dzieciaków Baudelaire.

Warto przeczytać również:

Z zaciekawieniem, choć nie pozbawiona obaw, obejrzałam film Lemony Snicket: Seria Niefortunnych Zdarzeń (2004) z brawurową rolą Jima Carrey’a. Niestety reżyserowi, którym był Brad Silberling nie udało się oddać niesamowitego klimatu książki, traktując temat nieco po macoszemu. Miałam więc nadzieję, że zadaniu sprosta serial Netflixa, a czy się zawiodłam czy nie, spróbuję Wam przekazać w krótkiej recenzji Serii Niefortunnych Zdarzeń od wspomnianego Netflixa, który swoją premierę miał 13 stycznia, a był to piątek.

Bohaterami zarówno książki, jak i serialu jest rzecz jasna wyżej wspomniane rodzeństwo Baudelaire, których sielskie dzieciństwo u boku wspaniałych rodziców zmienia się gwałtownie pewnego mglistego dnia. Na plażę, na której właśnie wypoczywają, przybywa rodzinny bankier i opiekun finansowy pan Poe, który ogłasza im, że ogień strawił ich domostwo i zabrał ze sobą  rodziców. Pocieszeniem według urzędnika bankowego ma być majątek, który rodziciele im pozostawili, zaś opiekunem nieletnich dzieciaków, zostać ma niejaki Hrabia Olaf, o którym sieroty Baudelaire nigdy nie słyszały. Szybko okazuje się, że wspomniany Olaf, to osobnik czyhający jedynie na fortunę dzieci, człowiek bezwzględny i pozbawiony skrupułów. Ten mierny aktor wraz z grupą podległej mu, równie nędznej trupy aktorskiej, od chwili przybycia dzieciaków do jego obskurnej, zaniedbanej nory, zwanej domem, nie zawaha się użyć siły i wszelakich niecnych czynów, by położyć łapy na majątku tych wyjątkowych sierot.

Nie bez przyczyny napisałam o wyjątkowości tej trójki spadkobierców fortuny Baudelaire, bowiem każde z nich posiada odmienną, acz niecodzienną umiejętność, a nawet talent. Najstarsza z sierot, czternastoletnia Wioletka, w tej roli Malina Weissman, to nastolatka posiadająca umiejętność konstruowania czegoś z niczego. Gdy tylko wpadnie na pomysł, związuje włosy cienką wstążką i zabiera się do pracy. Średni z rodziny Baudelaire, to chłopak, dwunastolatek o imieniu Klaus – Louis Hynes, którego pasją jest czytanie książek o wszelakiej tematyce. Znajduje w nich wszystko, co jest mu do życia potrzebne, by następnie wiedzę tę świetnie wykorzystać. Najmłodszy dzieciak, to niemowlę, urocza dziewczynka o wdzięcznym imieniu Słoneczko, w tej roli Presley Smith, która czerpie przyjemność z gryzienia wyjątkowo twardych przedmiotów. Jak się zapewne domyślacie, sieroty będą musiały wykorzystać swoje unikatowe umiejętności, bowiem życie rzucać będzie im pod nogi kłody tak olbrzymie, że aż trudne do pokonania.

Seria Niefortunnych Zdarzeń, to opowieść przeznaczona dla młodszych odbiorców, ale zarazem historia, która nie rozwesela, ale zasmuca, czasami straszy, potrafi zachęcić do zadumy nad życiem, a czasami nawet potrafi rozbawić. Klimat tej niepowtarzalnej, niezwykle wciągającej książki udało się przenieść na ekran w serialowym odpowiedniku, nie tylko z powodu dość wiernego odtworzenia wydarzeń zawartych w powieści, ale i przez narratora w osobie samego Lemony Snicketa, w którego wcielił się Patrick Warburton. Autor nie tylko buduje odpowiednią, mroczną, melancholijną i tragikomiczną atmosferę, ale i wyjaśnia trudne słowa, w które jego dzieło obfituje, a których rzecz jasna nie brakuje także w serialu.

Osobliwy klimat idealnie zbudowało także to co widzimy na ekranie naszego telewizora, czy też monitora, w zależności gdzie przyszło nam oglądać. Mroczny, rozwalający się dom hrabiego Olafa, niesamowita posiadłość wujcia, zbieracza rzadkich gadów, dom niezwykle bojaźliwej ciotki czy wiele innych miejsc, wpasowują się w scenariusz na tyle, by podkręcać wrażenia z odbioru owej produkcji, tak jakby chciał to sam autor książki, który, należy to nadmienić, brał czynny udział w powstaniu serialu. Pracę włożoną w tę adaptację widać także w niezwykle dokładnych i doskonale dobranych dekoracjach, kostiumach i całej dodatkowej otoczce. Efekt jest naprawdę powalający i zapierający dech w ustach. 

Tragizm sytuacji sierot Baudelaire podkreśla nie tylko fabuła, warstwa wizualna, ale przede wszystkim doskonała praca aktorska, osób wcielających się w niezwykle charakterystyczne, czasami absurdalne i groteskowe postaci, z którymi zetniemy się zarówno w książce, jak i w serialu Netflixa. W życiu bywa z reguły tak, że to dorośli są autorytetami, posiadającymi bardziej lotny umysł, większe doświadczenie i spryt. W Serii Niefortunnych Zdarzeń jest zgoła inaczej. Tu prym wiodą dzieci. Urocza, niezwykle inteligentna, pomysłowa Wioletka, rozsądny i oczytany Klaus i nie mówiące jeszcze, ale potrafiące wyciągać trafne wnioski Słoneczko. Cała reszta otaczających je osób, to ludzie którzy są zaprzeczeniem zdroworozsądkowego myślenia. Mamy bankiera, Pana Poe, w tej roli K. Todd Freeman, którego celem jest osiągnięcie awansu w pracy, a który niezrozumiały dla nas i dla dzieciaków, nie potrafi dostrzec zagrożeń czyhających na Baudelaire’ów.  Mamy głównego sprawcę nieszczęść sierot, Hrabiego Olafa, w którego wcielił się Neil Patrick Harris, a zrobił to muszę przyznać doskonale. Aktor oddał wszystko to, co książkowa postać zawierać powinna. Jest jednocześnie „zabójczo przystojny” (morderstwo nie jest dla niego niczym niezwykłym), jednocześnie inteligentny jak i głupi, nieco naiwny i bezpardonowy, ale przede wszystkim niebezpieczny.

Serialowa Seria Niefortunnych Zdarzeń to wszystko to, co amatorzy książki już znają, ale i zupełnie nowy i wzbogacający film wątek. Twórcy zdecydowali się wprowadzić do fabuły nowe postaci i podkręcić nieco scenariusz, tym sposobem jeszcze bardziej gmatwając już i tak pokręconą historię. Netflixowa Seria Niefortunnych Zdarzeń, to opowieść, w której mieszają się wątki i gatunki filmowe, dlatego nie sposób się tu nudzić. Zaciekawić może fanów dramatu, czarnej komedii, filmów z gatunku absurdu a nawet pewnej bajkowości.

Oglądając serial, miałam niezwykłą i nieodpartą ochotę po raz kolejny sięgnąć po książki Lemony Snicketa. Myślę, że cel ten przyświecał właśnie twórcom serialu i samemu autorowi. W czasach, gdy czytanie książek stało się czymś zupełnie drugorzędnym, manewr ten jest postępkiem udanym. Seria Niefortunnych Zdarzeń Netflixa, to serial, który wchłania się odcinek za odcinkiem tak szybko, że po obejrzeniu ostatniego odcinka pierwszego sezonu pojawia się żal, że już się skończyła i rodzi się optymistyczna myśl, że przyjdzie czas na kolejny i być może zakończenie tej niewiarygodnej i smutnej historii.

Moja ocena 8/10.

Serial w trzech sezonach można obejrzeć na Netflix.



poniedziałek, 17 marca 2025

Przeznaczenie: Saga Winx: sezon 1 - recenzja. Luźna inspiracja włoską animacją

Przeznaczenie: Saga Winx: sezon 1 - recenzja. Luźna inspiracja włoską animacją

Zdjęcie: Netflix

Recenzja serialu Netflixa Przeznaczenie: saga Winx. Produkcja intrygująca, przeznaczona dla młodzieży, jedynie inspirowana włoska animacją. Zapraszam! 

Jeśli jesteś fanem serii Winx, podchodź do serialu Przeznaczenie: Saga Winx z pewną dawką rezerwy. Taka informacja powinna widnieć na platformie Netflix, na którą owa produkcja trafiła 22 stycznia 2021 roku. To jeden z takich seriali, który zanim na dobre się rozgościł na wspomnianej platformie, już został zalany morzem krytyki, niemal ze wszystkich stron.

Warto przeczytać również:

Problem w tym, że każdy porównywał, a wielu do tej pory porównuje go do włoskiej serialowej animacji, która wprawdzie jest inspiracją dla netflixowego serialu, ale nikt nigdy nie powiedział, że będzie jego wierną ekranizacją. Więc jeśli kochacie Sagę Winx w oryginale, to miejcie na uwadze, że nowa produkcja Netflixa, nie zabierze was w taką samą, znaną fantasy podróż. Oj nie!

Przeznaczenie: Saga Winx – o czym jest serial, fabuła i akcja

Historia, podobnie jak w animacji skupia się na wróżkach, istotach obdarzonych wyjątkowymi mocami, kilku nastolatkach, uczących się w szkole magii. Główne skrzypce wśród nich gra Bloom, rudowłosa czarodziejka, obdarzona mocą ognia, wychowywana w ludzkim, tak zwanym „pierwszym świecie”. Wchodząca w dorosłość nastolatka musi zmierzyć się nie tylko z magią, którą nie do końca rozumie, ale i ukrytymi głęboko problemami, które szybko wychodzą na pierwszy plan. W szkole, w której jest nowa, poznaje swoje współlokatorki, które wkrótce stają się jej bardzo bliskie. Jest wśród nich władająca mocą ziemi, zdolna i stawiająca na naukę Terra; empatka odczuwająca ludzkie emocje Musa; stawiająca na sport i posiadająca moc panowania nad wodą, Aisha czy mająca wpływ na światło, arystokratka Stella.

Każda z nich ma życiowe cele, każda stawia jednocześnie na siebie, ale i na przyjaźń. Wszystkim im jednak zagraża coś, co od lat związane było ze światem magii, a które nie powinno powrócić, a przynajmniej nikt się nie spodziewał, że powróci. Na horyzoncie pojawiają się wrogo nastawieni "Spaleni", istoty śmiertelnie niebezpieczne dla wróżek, szczególnie dla jednej z nich.

Jak na serial fantasy i produkcję dla młodzieży przystało, bohaterki i bohaterowie, bo ważną rolę stanowią tu także mężczyźni, muszą radzić sobie z panowaniem nad magią i codzienną rzeczywistością. Jest wśród niej miłość, przyjaźń, wybory moralne i pierwsze poważne życiowe rozterki. 

Czym jest tak właściwie ten serial?

Przeznaczenie: Saga Winx to historia na pograniczu fantasy, produkcji młodzieżowej a nawet horroru, której przypisano grupę wiekową 16+. Dobrze to współgra z serialową rzeczywistością, bowiem wiele można o tej produkcji napisać, ale nie to, że jest serialem dla dzieci. Jeśli zatem staracie się odnaleźć podobieństwo między nowym tytułem Netflix, a włoską animację, to próżno szukacie. Przeznaczenie: Saga Winx to typowa produkcja dla młodzieży, z którą chętnie zapoznają się także fani fantasy i magii, bo tej znajdziecie tu naprawdę sporo. Nie jest to oczywiście serial najwyższych lotów, ma w sobie wiele niedociągnięć, mniejszych lub większych. Jedno można przypisać nowej produkcji od Briana Younga, twórcy Pamiętników Wampirów, potrafi wciągnąć. A że jest to serial składający się w pierwszym sezonie jedynie z sześciu odcinków, może dlatego też, wierzcie mi lub nie, ogląda się go bardzo dobrze i niezwykle….szybko. 

Jeśli miałabym przypisać, czy raczej dać mu gatunkową łatkę to byłoby mi bardzo trudno. Po pierwsze wspomniane fantasy, pełne magii, czarowania, ukrytych mocy i dwóch niezależnych światów. Po drugie, rodzaj dramatu, w którym nieświadoma swych prawdziwych mocy, zawieszona między światem ludzi, a światem magii bohaterka, boryka się z demonami tkwiącymi w jej poranionej duszy. A muszę tu zaznaczyć, robi to dość chaotycznie, dziecinnie jak na swój wiek, czasami desperacko i infantylnie. Po trzecie coś na pograniczu horroru, a może bardziej thrillera, w którym napięcie stopniowane jest dość nerwowo, czasami banalnie, a czasami całkiem poprawnie, żeby nie powiedzieć….intrygująco. Jeśli lubicie takie gatunkowe melanże, to oglądajcie śmiało, tylko błagam Was, nie dokonujecie żadnych porównań.

Czy powinniśmy porównywać Przeznaczenie: Saga Winx do innych serialów Netflixa i nie tylko?

Nie. Odpowiedź jest według mnie prosta i jednoznaczna, nie warto, a nawet nie trzeba, zwyczajnie popsujecie sobie przyjemność z oglądania. Oczywiście wchodząc w serial i zagłębiając się w historię Bloom, ma się wrażenie, że gdzieś taka postać już istnienie. Tak, istnieje w Chilling Adventures of Sabrina, także produkcji od Netflixa. Obydwie główne bohaterki to osoby zawieszone między światem ludzi, a tym magicznym. Przy czym Bloom to ludzie i magia, a Sabrina, ludzie i demony, w tym wypadku piekło. Istnienie podobieństwa, dość wyraźnego, może wywodzić się także z tego, że aktora wcielająca się w postać Bloom, czyli Abigail Cowen, to jedna z postaci serialowych przygodach Sabriny Spellman. 

Przyglądając się serialowi bliżej znajdziemy też wiele standardów produkcji dla młodzieży, sztampowych elementów, klasycznych nawiązań, których dosłownie na pęczki w produkcjach dla nastolatków. Te nawiązania myślę, nie są do końca złe, ale totalnym błędem jest porównywanie serialu do animacji Winx. Wszyscy, którzy doszukiwali się tu nieścisłości fabularnych, braku postaci, przekłamania i totalnych bzdur, mają zapewne rację. Ale jak już wspomniałam, Przeznaczenie: Saga Winx to nie adaptacja animacji, a jedynie inspiracja, a to wielka różnica. 

Postaci, czyli aktorzy za i przeciw

Fabuła, akcja, realizacja, która wygląda naprawdę dobrze (niektóre sceny zachwycają, niektóre dziwią), są tylko częścią sukcesu lub porażki serialu. Na jego odbiór wpływają także postaci i aktorzy, którym przyszło się w niej wcielić. Przeznaczenie: Saga Winx ma na Netflix posiada pełną polską wersję językową, czyli jest dostępna z dubbingiem i o dziwo, wersja ta wypada całkiem przyzwoicie. Ja jednak skupię się na samych postaciach, sposobie ich ogrywania i zaangażowaniu, które bardzo mocno rzuca się tu w oczy. 

Jak już wiecie główną postacią serialu jest Bloom, młoda wróżka, żyjąca do siedemnastego roku życia w ludzkim świecie. Nagle przyjdzie jej mierzyć się z prawdą o sobie, nie tylko z mocą ognia, nad którą musi zapanować, ale kłamstwami, jakie towarzyszyły jej życiu. Sami przyznacie, że jak na nastolatkę, to trochę dużo i pewne zachowania buntu, jakim jest wiek nastoletni, mogą nie być niczym dziwnym. Problem w tym, że Bloom, w jej roli Abigail Cowen, bywa przesadna, przerysowana i zbyt emocjonalna, żeby nie powiedzieć, zapatrzona w siebie. Dziewczę wciąż gada o sobie, zachowuje się jak rozpieszczony dzieciak, a na domiar złego wpada w skrajne emocje, która odbijają się echem na innych, nawet na szkolnej dyrektorce. 

Na szczęście tę niezbyt dobrze napisaną postać, uzupełniają, a nawet bronią, ciągnąc serial na właściwe tory, postaci drugoplanowe. Tu prym wiodą przyjaciółki Bloom. Terra, w jej roli Eliot Salt, rezolutna, wygadana, mądra grubaska, która mimo pewnych kompleksów, zna swoją wartość. Jest i trochę zamknięta w sobie, odczuwająca emocje i odczucia innych ludzi, empatka Musa, w którą wcieliła się Elisha Applebaum. Nie zabrakło głosu rozsądku w postaci Aishy, w jej roli Precious Mustapha i szkolnej bogaczki, jaką jest Stella, w którą wcieliła się Hannah Van der Westhuysen.

Trochę pikanterii, nie tylko miłosnej, ale i czarno-charakterowej wnoszą Sky (Danny Griffin), Riven (Freddie Thorp), czy charyzmatyczna i chyba najbardziej charakterystyczna postać serialu, Beatrix, w którą wcieliła się Sadie Soverall. To na nich, na drugoplanowych postaciach opiera się serial i to one stanowią jego wartość, która przyćmiewa mało ciekawą, przerysowaną i zbyt egoistyczną Bloom. 

Podsumowanie serialu Przeznaczenie: Saga Winx

Przeznaczenie: Saga Winx to serial nierówności, sprzeczności i banałów, bo fajnie zrealizowany, wciągający, a jednocześnie działający na nerwy. Irytująca bohaterka główna, której za wiele się wydaje, zapatrzona w siebie i płaczliwa, kontra ciekawie napisane postaci drugoplanowe. 

Pomieszanie gatunkowe, a zarazem intrygująca opowieść, zachęcająca do zajrzenia w kolejne odcinki historia, to motyw przewodni serialu, który, nie zaprzeczycie, brzmi ciekawie. Przeznaczenie: Saga Winx, to jednocześnie produkcja dla tych, którzy nie porównują, nie szukają wspólnego mianownika z serialową animacją. Tym nowe dzieło Netflix może się nie spodobać. Tym jednak, którzy nie znają animacji, albo wchodzą w opowieść Netflixa z otwartym czystym umysłem, trochę na luzie, przypadnie do gustu, a przynajmniej będzie miłą odskocznią od codzienności. Zresztą zobaczcie sami. 

Moja ocena 7/10.

Serial Przeznaczenie: Saga Winx dostępny jest na Netflix w dwóch sezonach. 

niedziela, 9 marca 2025

Ciemny Kryształ: Czas Buntu – recenzja. Godny polecenia prequel filmu z lat 80-tych

Ciemny Kryształ: Czas Buntu – recenzja. Godny polecenia prequel filmu z lat 80-tych
Zdjęcie: Netflix

Serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji prequel filmu z lat 80-tych, serialowej opowieści od Netfliksa, zatytułowanej Ciemny Kryształ: Czas Buntu.

Jim Henson, a właściwie James Maury Henson i jego Muppety oraz Fraglesy to spora część mojego dzieciństwa i cała młodość. Zarówno one, jak i Ciemny Kryształ z roku 1982 na zawsze wpisały się w moją pamięć i pozostaną tam na długo, zapewne aż do mojej śmierci. Nikogo zatem nie powinno dziwić, że zapowiedź pojawiania się na Netflix prequela filmu fantasy, tym razem w postaci dziesięcioodcinkowego serialu pobudziła moje filmowe zmysły do granic możliwości. Postanowiłam zatem zatopić się po raz kolejny w przygody Gelflingów….i nie tylko. I wiecie co? Nie żałuję ani minuty z prawie dziesięciogodzinnego seansu spędzonego z serialem Ciemny Kryształ: Czas Buntu w reżyserii Louisa Leterriera, zrealizowanego przez Jim Henson Company. To przepiękna, mądra i niewiarygodnie kunsztownie zrealizowana lalkowa opowieść o heroizmie, oddaniu, odwadze i prawdzie, która często nie jest taka oczywista.

Warto przeczytać również:

Ciemny Kryształ z roku 1982, to poprawnie zrealizowana, jak na te czasy opowieść, która nie powala, ale zaciekawia. Przyjemnie się ją ogląda czy też oglądało, przymykając oko na pewne braki i niedociągnięcia. Prequel zaś, zatytułowany Ciemny Kryształ: Czas Buntu to już perfekcyjna produkcja fantasy, stworzona z pełnym rozmachem, niezwykle wciągająca, taka, którą pochłania się od tak, niemal niezauważalnie, choć to prawie dziesięć godzin przed ekranem.

Historia, którą uprzedzam wasze pytanie, nie musicie poprzedzać filmem z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, (jeśli oczywiście nie chcecie), rozpoczyna się od niejakiego wstępu, w którym widzowie poznają planetę Thra. Miejsce to położone jest  w innym świecie, innym czasie i innej epoce, krąży wokół trzech słońc, a jego sercem jest Kryształ Prawdy, utrzymujący życie na planecie w ładzie i porządku. Cudowny kryształ znajdował się od początku pod opieką Wiedźmy zwanej Augrha, która  zwiedziona chęcią badania gwiazd, oddała go pod opieką istot zwanych Skeksami. Rządni władzy i nieśmiertelności Skeksowie postanawiają zaburzyć porządek Thra, wykorzystując w tym celu Gelflingów i tym samym roztaczając na spokojnej do tej pory krainie złowrogie zaciemnienie. Siedem klanów z trzema ich przedstawicielami musi zrobić wszystko, by powiadomić mieszkańców planety o zbliżającym się zagrożeniu oraz prawdziwych, niestety złych zamiarach Skeksów i zbliżającym się końcu Thra. Rein, paladyn, żołnierz w służbie klanu Vapra, Brena, pragnąca wiedzy, spędzająca dnie w bibliotece księżniczka klanu Vapra oraz Deet zamieszkująca groty, kochająca zwierzęta grotanka muszą zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem i zapobiec knowaniom i złu roztaczanemu przez Skeksów.

Fabuła serialu Ciemny Kryształ: Czas Buntu opisana przeze mnie powyżej, zdaje się na początku banalna i dobrze wielu widzom znajoma. Szybko wychodzi jednak na jaw, że tylko skrawek, malutki wycinek tego co czeka widzów podczas serialowego seansu. Trójka bohaterów, wprawdzie pierwszoplanowych i chciałoby się rzecz…najważniejszych, to właściwie tylko podstawa wielowątkowości zarówno pod względem opowieści, jak i ogromu postaci, z których każda spełnia w netfliksowej produkcji swoją ważną rolę.

Opowieść, która nie wiedzieć czemu przeznaczona była jest dla widzów od siódmego roku życia, choć kwalifikację podniesiono do wieli 10+, choć zrealizowana w lalkowym stylu, zdecydowanie nie jest tytułem przeznaczonym dla tak małych widzów. Zawiera ona nie tylko komediowe i nieco baśniowe elementy, ale także sporo bardzo dosadnej brutalności. Niektóre sceny, jak i dialogi są przeznaczone dla nieco starszego widza, jeśli nie dorosłego, to przynajmniej nastoletniego, powiedzmy dwunastolatka.

Mimo tego, że fabuła kręci się wokół tematyki fantasy, wymyślnej baśni, która z rzeczywistością nie ma nic wspólnego, to w bardzo prosty i zarazem przenikliwy sposób porusza kwestie, które śmiało możemy odnieść do współczesności. Skupia się  bowiem wokół problemów, z jakimi borykamy się w życiu codziennym, skłania do przemyśleń co w danym momencie jest lojalnością wobec władzy, a co jedynie głupotą. Stawia pytania dotyczące bohaterstwa, przyjaźni, a nawet miłości. Klasyczna walka dobra ze złem, która w serialu jest aspektem dominującym ma tu wiele rozgałęzień. Mamy walkę klasową, nierówność społeczną, dominację władzy, terror, ale mamy także lęk przed odrzuceniem, starością i śmiercią.

Jak w klasycznej baśniowej opowieści teoretycznie wiemy kogo powinniśmy lubić, komu możemy zaufać, kogo darzyć serialową przyjaźnią. Niby jesteśmy tego świadomi, ale autorzy bardzo sprytnie, na przykładzie pewnej postaci pokazali jak cienka jest nić łącząca wiarę w dobro, sprawiedliwość i porządek z butą, a nawet skrajnym posłuszeństwem, które prowadzić może do tragedii. Wszystko ma w scenariuszu Ciemnego Kryształ: Czas Buntu swoje uzasadnienie, każda decyzja niesie ze sobą konsekwencję. Spójna, wielowątkowa fabuła, która toczy się swoim powolnym rytmem, zaraz gwałtownie przyspiesza co  niesamowicie wciąga. Ja czułam się tak pochłonięta, że nie zdążyłam się zorientować, że to już niestety koniec. Niestety Netflix nie zechciał kontynuować opowieści. 

Ciemny Kryształ: Czas Buntu to produkcja, o której powinno się dyskutować, o której powinno się mówić, nie tylko ze względu na zaserwowaną nam intrygującą, i jakże ludzką, mimo baśniowych postaci, opowieść, ale także przez pryzmat wykonania, które jest zwyczajnie genialne. Lalki i postacie ku nim zbliżone ożywają tu na naszych oczach. Mimo pewnych ograniczeń, związanych z nieżywą bądź co bądź materią, stają się realne i takie prawdziwe. Miny, gesty, ruchy to tylko maluśki ułamek prawdziwości każdej, nawet najmniejszej czy może mniej znaczącej postaci. Pytanie tylko czy takie mniej znaczące istoty w serialu w ogóle znajdziemy? Otóż nie! Każda…powiadam…każda postać ma cel, przekaz i serialową funkcję, której nie sposób lekceważyć zupełnie ją pomijając. Świetnie zarysowane charaktery, obrazowane poprzez życiowe rozterki i własne problemy, kierują główną opowieść na inne tory, zbaczają ze ścieżki, jednocześnie łącząc się z nią w bardzo klarowny i urokliwy, choć czasami brutalny i smutny sposób.

Wyjątkowości scenerii pełnej lalek dodają efekty wizualne, które co tu kryć są zwyczajnie powalające. Cudna gra świateł, niesamowitość lokacji, rewelacyjne oświetlenie, przepiękne animacje, dbałość o każdy najmniejszy szczegół. Ciemny Kryształ: Czas Buntu jest po prostu produkcją przepiękną, która nie sposób nie podziwiać, nawet jak widzi się na ekranie postacie jak brzydkie jak Skeksowie.

Na uwagę zasługuje także wersja językowa. Otóż serial na naszym Netflixie dostępny jest w pełnej polskiej wersji językowej. Mimo tego, że zwiastun próbki dubbingu, dostępny przed premierą serialu nie napawał mnie zachwytem i wydawał mi się delikatnie mówiąc, nie trafiony, to muszę przyznać, że było to tylko moje początkowe wrażenie. Polski dubbing idealnie moim zdaniem wpisuje się w klimat opowieści i bardzo dobrze obrazuje każdą postać, jej charakter, styl i sposób bycia. Wersja polska jest zwyczajnie dobra, a czasami nawet bardzo dobra. Radzę także obejrzeć produkcję także w oryginalnej wersji językowej z polskimi napisami, bo w obsadzie same gwiazdy: Caitriona Balfe, Helena Bonham Carter, Harris Dickinson, Natalie Dormer, Taron Egerton jako Rian, Nathalie Emmanuel w roli Deet,  Anya Taylor-Joy jako Brea, Harvey Fierstein, Mark Hamill, Donna Kimball jako Aughra i wielu innych.

Cóż mogę powiedzieć podsumowując niewiarygodnie wciągający serial Netflixa Ciemny Kryształ: Czas Buntu? Tylko to, że strasznie mi się podobał, tylko to, że spędziłam z nim wiele cudownych, zaskakujących, trzymających w napięciu, zarówno smutnych, jak i wesołych chwil. Rewelacyjna historia, niesamowita sceneria, świetnie zarysowane postacie i urok lalek Jima Hensona, zamknięty w zmyślonej historii fantasy ze współczesnym przesłaniem. Byłam, jestem i pewnie będę pod wrażeniem tego prequelu. 

Nie może być inaczej, dla mnie mocne 9/10. 

Serial Ciemny Kryształ: Czas Buntu do obejrzenie na Netflix.

poniedziałek, 3 marca 2025

Biohakerzy - recenzja 1 sezonu. Coś na granicy thrillera i science - fiction oraz fantasy

Biohakerzy - recenzja 1 sezonu. Coś na granicy thrillera i science - fiction oraz fantasy

Recenzja pierwszego sezonu serialu Biohakerzy, kolejnej niemieckiej produkcji od Netflixa, coś na granicy thrillera i science - fiction, z wartką akcją.

Biohakerów, kolejną niemiecką serialową produkcję, która trafiła na Netflix, przyznam się, traktowałam jako serialowy zapychacz, będący przedsmakiem oczekiwanych produkcji, a takich trochę się nazbierało. Okazało się, że mimo braku serialowych uniesień, jakich w Biohakerach nie znajdziemy, produkcja, która jest w miarę krótka, i niezbyt wymagająca fabularnie, szybko mnie wciągnęła i ani się obejrzałam, a sześć odcinków miałam już za sobą. Pozwolę sobie zatem nieco się o tej produkcji wypowiedzieć. Czy zatem warto zanurzyć się w biohakerską opowieść z nutką dramatu i thrillera? 

 Warto przeczytać również: 

Musicie mi przyznać rację, że najbardziej znaną produkcją niemiecką jest na Netflix oczywiście Dark, które, wstyd się przyznać, jeszcze do końca nie sprawdziłam. Jeśli przyjdzie Wam do głowy w jakiś sposób  porównywać Biohakerów do wspomnianej produkcji, to muszę od razu powiedzieć, że to nie ma to sensu. Powiedziałabym, że porównywanie to, byłoby dla opisywanego w tej recenzji serialowego tytułu, bardzo krzywdzące. A to dlatego, że choć jakiś stopień apokaliptycznego elementu w serialu znajdziemy, to mimo wszystko jest to opowieść skupiona na tajemnicy, którą stopniowo odkrywamy. W tle serialowej historii, rozgrywa się dramat głównych postaci, których, mimo nacisku na jedną z nich, znajdziemy w serialu kilka. 

Naczelną postacią, którą napisano w stylu znanym z klasycznych thrillerów, jest Mia Akerlund (Luna Wedler), młoda kobieta, która rozpoczyna naukę na renomowanej uczelni, wszystko po to, by zbliżyć się do wykładowczyni na owym uniwersytecie, profesor Lorenz (Jessica Schwarz). Mia ma w tym swój cel. Dziewczyna uważa, że znana osobistość świata nauki, zajmująca się genetyką, ma coś wspólnego z dramatem jej rodziny. Trafiając do nowego miasta, znajduje mieszkanie, które wraz z nią podnajmują teraz dość specyficzni, gotowi na wszystko studenci. Próbujący zdobyć rozgłos, gotowy wszczepić sobie pod skórę prawie wszystko, eksperymentujący z lekami, Ole (Sebastian Jakob Doppelbauer), niezwykle inteligentka studentka biologii Chen-Lu (Jing Xiang) oraz bogata i wyluzowana Lotta (Caro Cult). Dziewczynie szybko udaje się zaskarbić przychylność, baa... nawet zdobyć serce bliskiego asystenta profesor Lorenz, Jaspera (Adrian Julius Tillmann), który, podobnie jak Mia ma swojej tajemnice. W międzyczasie, wraz z rozwojem opowieści, w tajemnicze dochodzenie zostaje wciągnięty także przyjaciel Jaspera, Niclas (Thomas Prenn). W tle opowieści toczy się życie w bardzo specyficznym światku, bo biohakerskim. 

Serial Bohakerzy na kilka zalet, ma też parę wad, które rozmywają się na tle naprawdę wciągającej akcji, która posiada wiele zwrotów akcji i pędzi w dość szybkim tempie. Jednego z pewnością nie można tejże produkcji zarzucić, nie jest nudna, nie sądzę, żebyście oglądając ją, w ogóle pomyśleli o nudzie. Uwierzcie mi, nie będziecie mieli na to czasu. 

Jest to też serial, który stworzony został w stylu, który ja osobiście lubię. Otóż kolejne rąbki tajemnicy, kolejne szczegóły opowieści są widzowi serwowane po kawałku. Twórca serialu, Christian Ditter, postanowił także pobawić się płaszczyzną czasowo, mieszając wątki, czasami wybiegając dużo w przód, a czasami cofając się w przeszłość. Jednocześnie nie mamy przeświadczenia, że w fabułę wdarł się chaos, a muszę zaznaczyć, że dzieje się naprawdę sporo.

A dzieje się głównie dzięki trzem postacią w serialu. Przede wszystkim dzięki protagonistce opowieści. Mia ma tajemnicę, próbuje dowiedzieć się czy i jak Lorenz stoi za tragedią jej rodziny. Jej historię obserwujemy w różnych perspektywach czasowych, zaczynając od przysłowiowego "trzęsienia ziemi" czyli tajemniczego ataku na pociąg, czyli od końca, powoli poprzez retrospekcję zbliżając się do poznania prawdy. 

Mia to nie jedyna tragiczna postać w tym serialu. Jest bowiem także Jasper, który skrywa tajemnicę, o której tak naprawdę nie mamy pojęcia, aż do pewnego odcinka. Serial jest bowiem tak stworzony, by wciąż i wciąż podsycać zainteresowania widza. Nie można zapomnieć także o profesor Tanji Lorenz, charyzmatycznej, pewnej siebie kobiecie nauki i sukcesu, która poświęciła się w pełni nauce, dokonaniom, a nawet eksperymentom genetycznym. Podczas serialowego seansu postać Lorenz balansuje na granicy dobra i zła, co ponownie, aż do końca, nie daje widzowi pewności, kim tak naprawdę jest ta kobieta naukowiec i jaka jest jej rola w tej opowieści. 

Nieco zastrzeżeń można mieć do światka bohakerskiego, do jakiego przynajmniej w zapowiedziach miała trafić Mia. Twórca nie rozwinął dostatecznie tematyki związanej z genetyką i eksperymentami, nie pokazano w pełni złych i dobrych czynników tej naukowej materii. Ten etap fabuły jest potraktowany nieco po macoszemu i skupia się tylko na bardzo wąskim fragmencie, tym dotyczącym samej Lorenz i samej panny Akerlund, o których  z wiadomych przyczyn, nie mogę się za nadto rozpisywać. 

Dziwne, a momentami nawet śmieszne mogą wydawać się postaci poboczne, które są napisane na kolanie, niepoważnie i płytko. Robiący karierę w sieci, eksperymentujący na swoim ciele Olo, szukająca akceptacji, balująca Lotta i kobiecy nerd Chen-Lu. Cóż....to postaci, które aż kipią prostotą i banalnością, są jednak jakieś. Problem stanowi postać Niclasa, który jest zwyczajnie nijaki, trochę włożony do serialu na siłę, mam wrażenie dla wydłużenia i podsycenia emocji, natury bardziej romantycznej.

Porzucając kwestie negatywne, pora wrócić do pozytywów, wśród których na pierwszy plan wysuwa się już wspomniana przeze mnie szybkość akcji, ciekawe poprowadzenie fabuły, które bawi się czasem i kilka kreacji aktorskich.  

I tu zdecydowanie na plan pierwszy wysuwa się postać Mii, świetnie odtwarzanej przez Lune Wedler. Mam wrażenie, że to ona dźwiga całą serialową otoczkę tajemnicy i buduje klimat, wczuwając się w dość niejednoznaczną bohaterkę. Problem w tym, że w pewnym momencie nasza bohaterka staje się czymś na granicy agentki, zmagającej się z czasem, nieuchwytnego szpiega, a nawet intrygantki. Całkiem ciekawie na tle wszystkich innych postaci Biohakerów prezentują się także zarówno Jasper i profesor Lorenz. Obydwie osoby  są sobie bliskie, każde z nich dysponuje pewną dozą tajemnicy i każdy ma swój jakże różny, ale niezwykle ważny cel. Celowość wydaje się być istotą tejże produkcji, która skończyła się w sposób otwarcie sugerujący powrót w drugim sezonie, który jak wiemy, powstał. 

Biohakerzy to nie jest serialowa produkcją z listy tytułów wybitnych, i mimo tego, że tematykę, wokół której miała się kręcić fabuła, czyli biohakerstwo potraktowano dość obcesowo, sam serial nieźle wciąga, zaciekawia, a odcinek po odcinku, biegnie zdecydowanie za szybko. Znakiem zapytania są jednak wrzucone trochę od niechcenia postaci poboczne, które, wydaje się, znalazły się tu jedynie dla wydłużenia serialu, zupełnie przypadkowo.

Moja ocena 6/10.

Serial, w dwóch sezonach znajdziecie na Netflix.